Usta Boga (Sabina Flanagan, „Hildegarda z Bingen”)

Hildegarda z Bingen

Wystarczy wejść na większą pocztę, nie wspominając już o dowolnej księgarni internetowej, żeby zostać zaatakowanym przez poradniki opatrzone portretem średniowiecznej mniszki i hasłami w stylu „Kuracja św. Hildegardy z Bingen na wszystkie dolegliwości świata” albo „Jedz według zaleceń św. Hildegardy”. Kim jest ta zmarła przed wiekami kobieta, wykorzystywana jako patronka sporej gałęzi piśmiennictwa i symbol, który pozwala opchnąć zapewne dużej grupie czytelników cudowne panacea i porady?

Światy Piotra S. (Monika Wąs, „Skrzynecki. Demiurg i wizjoner”)

Skrzynecki. Demiurg i wizjonerPiotr Skrzynecki pojawił się w Krakowie na początku lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku jako dorosły człowiek bez przeszłości, gdyż niemal nikomu nie opowiadał o swoim dzieciństwie i wojennych losach. Bez wątpienia jednak okupacyjne przejścia głęboko wpłynęły na jego postrzeganie świata i życia. Do samej śmierci nonszalancko traktował kwestie materialne, nie pragnął życiowej stabilizacji, za to spragniony był niezwykłości, zabawy, upiększania świata. Swoje miejsce na ziemi odnalazł w Piwnicy pod Baranami, początkowo klubie krakowskich studentów o artystycznym zacięciu, który niedługo potem stał się jedną z najniezwyklejszych enklaw wolnej sztuki, zjawiskiem jedynym w swoim rodzaju, w czym niemała, jeśli nie wręcz główna, była zasługa właśnie Skrzyneckiego.

Rodzina od kuchni (Anya von Bremzen, „Szarlotka Lenina”)

Szarlotka LeninaNie dane mi było nigdy (może na szczęście) popróbować kuchni radzieckiej. Wystarczy, że szkolna wycieczka do Wilna na początku lat dziewięćdziesiątych dostarczyła pod tym względem wrażeń mocno wstrząsających: w eleganckim hotelu karmiono nas gliniastym razowcem, do którego za jedyny dodatek służył pełen chrząstek salceson. Pojęcia nie mam, co dostawaliśmy na obiad, ale wszyscy potem dojadaliśmy na mieście, a hitem był bar mleczny, w którym na zapleczu stała maszyna do smażenia naleśników zaopatrzona w taśmociąg!

Grunt to babcia… (J.D. Vance, „Elegia dla bidoków”)

Elegia dla bidoków

Doprawdy źle jest ze Stanami Zjednoczonymi, skoro najważniejszą książką o nich jest jakoby autobiografia J.D. Vance’a, nijakiego faceta, którego  największym życiowym szczęściem było pokrewieństwo z kobietą, która przelała na niego swoje marzenia i ambicje. Niezłomna babcia za punkt honoru obrała sobie wykierowanie wnuka na ludzi i dokonała tego. Bez swojej Mamaw J.D. skończyłby jak inni jego rówieśnicy: jako bezrobotny z popsutymi zębami, być może uzależniony od alkoholu czy narkotyków, może nawet przestępca, a nie absolwent prawa na Yale.

„Zarabiamy, śmiejąc się” (Tadeusz Wittlin, „Ostatnia cyganeria”)

Ostatnia cyganeria

 

Piękne to musiały być czasy dla literatów, rysowników i wszelkiej maści artystycznych duchów. Biesiadowało się w barach, kawiarniach raz na koszt własny, raz na rachunek zamożniejszych kolegów, omawiając wzniosłe sprawy ducha, a do stolika nieśmiało, żeby nie zburzyć tej intelektualnej atmosfery, podchodzili wydawcy, redaktorzy, dyrektorzy kabaretów czy producenci filmowi, by wsunąć temu i owemu do kieszeni zaliczkę na opowiadanie, skecz, piosenkę czy scenariusz, koniecznie z happy endem. Gdzieś tam za drzwiami „Adrii”, „Oazy” czy Hotelu Europejskiego trwał kryzys, panowało bezrobocie, czaił się autorytaryzm i cenzor z nożycami, ale te elementy nie przebijają się przez mgłę sentymentu, w jaką spowił swe wspomnienia Tadeusz Wittlin. I właściwie trudno mu się dziwić, że po kilku dziesięcioleciach na emigracji miał ochotę przywoływać z pamięci tylko to, co najmilsze i najzabawniejsze.

Patchwork niedbale zszyty (Anna Mieszkowska, „Mistrzowie kabaretu”)

Mistrzowie kabaretu

Przedwojenne kabarety obrosły legendą: wielkie gwiazdy, wielkie szlagiery, cekiny, pióra i oczywiście „schody jak w Casino de Paris”. Pewnie wszyscy potrafimy zanucić „Miłość ci wszystko wybaczy”, a nazwa „Qui pro quo” brzmi znajomo, ale czy nasza wiedza sięga głębiej niż barwne obrazki z kilku filmów w stylu „Halo Szpicbródka”?

Marchewka w błocie (Bartosz Janiszewski, „Grzesiuk. Król życia”)

Grzesiuk. Król życiaSiódma klasa podstawówki. Może ósma. W każdym razie dawno temu. Przejęta koleżanka opowiada o czytanej książce: „Więźniowie byli tacy głodni, że chodzili wyciągać z błota za kuchnią kawałki marchewki. Tylko musieli uważać, żeby nie trafić palcem w gówno”. Rzecz nosiła tytuł „Pięć lat kacetu”, a po takiej rekomendacji przeczytałem ją od razu. Od tej chwili ta i inne książki Stanisława Grzesiuka na wiele lat stały się jednymi z moich ulubionych i długo mi towarzyszyły.