„Podstawowy cel życia”, czyli Joanna Chmielewska o pisaniu

DSC_1094Pragnienie napisania powieści tkwiło w niej od zawsze. „Było tak dawne, zastarzałe, tak głęboko zakorzenione, że chyba urodziło się razem ze mną”, napisała we „Wszyscy jesteśmy podejrzani”. Tłumione nieco życiowymi koniecznościami, studiami, wychowaniem synów, pracą na warszawskich budowach i w pracowni architektonicznej, w końcu znalazło ujście. „Napisałam książkę do końca, zaniosłam, umowa już wcześniej została podpisana, teraz przyjęto dzieło do druku. Szłam sobie Wiejską w kierunku Sejmu z głupkowato rozanielonym wyrazem twarzy i asfodele mi kwitły po dwóch stronach ulicy, a możliwe, że nawet i na jezdni. Osiągnęłam podstawowy cel życia…!”

Pomidorowe lektury, czyli co czytać przy uprawianiu ogródka

Na zdjęciu pomidor. Własnego chowu. Taka uprawa pomidorów to fajna rzecz, ale odciąga od blogowania. Tyle dobrego, że w przerwach między podlewaniem, pieleniem, nawożeniem i przyganianiem pszczół, żeby zapylały kwiaty, można sobie poczytać.


Na przykład ostatnią powieść Joanny Chmielewskiej. „Zbrodnia w efekcie” zaczyna się z przytupem, a właściwie z gwizdem lecącego odrąbanego łba. Potem niby wszystko jest poprawnie, ale stale do głowy ciśnie się myśl, że to wszystko już znamy, te postacie, te powiedzonka, te wydarzenia i historyjki. Na dodatek fabuła zaczyna się nieco sypać. Wielki plus tylko za ciocię Rychezę Klucznik i scenę rodzinnego obiadu z pierogami i walką o tajemniczą kasetkę z rodzinnymi sekretami. Do pilnowania roślinności w sam raz.
Ponoć wiara przenosi góry. Z „Człowieka, który wszedł na wzgórze, a zszedł z góry” Christophera Mangera wynika natomiast, że narodowa duma góry podwyższa. A precyzyjniej – podwyższa wzgórza, aby mogły stać się górami. Skomplikowane? Może nawet trochę bez sensu? Na pewno jednak nie dla mieszkańców szkockiego miasteczka, którzy od zawsze czerpali dumę z tego, że wznosząca się nad ich domami góra Ffynnon Garw jest pierwszą walijską górą, jaką widzi podróżny jadący od strony Anglii. Bolesnym ciosem okazuje się wynik pomiaru dokonanego przez dwóch wojskowych geometrów: Ffynnon Garw to zaledwie wzgórze! 
Na świecie trwa I wojna światowa, wielu mężczyzn z miasteczka walczy gdzieś daleko, a ich pozostali na miejscu ziomkowie obawiają się, że po powrocie żołnierze czynić im będą wyrzuty: „Jakże to tak, kiedy oni walczyli z Niemcami, miasteczko straciło górę? To nie do pomyślenia! Jak można było pozwolić, żeby Anglicy zabrali naszą górę, naszą walijskość?”. Walijczycy ruszają więc do walki w obronie swej narodowej godności.
Do powieści pasują wyświechtane określenia typu: ciepła, bezpretensjonalna, z subtelnym poczuciem humoru. Odrobina refleksji, trochę wzruszeń, ciekawa galeria typów ludzkich i analiza motywów kierujących ludzkimi zbiorowościami. Doskonała książka nie tylko do prac ogrodniczych.
Trzecią pomidorową lekturę wydawca zachwala tak: „Wilżyńska Dolina jest ukryta pośrodku Gór i – jakkolwiek władyka i pleban mogą mieć w tej kwestii inne zdanie – nieodwołalnie i niepodzielnie należy do Babuni Jagódki. Pełna zgryźliwego humoru, przewrotna opowieść, w której baśń miesza się z groteską i zaskakująco współczesną refleksją”. Babunia Jagódka, uściślijmy, jest wiedźmą – a literackie wiedźmy, od czasu zawarcia znajomości z czarownicami z Pratchettowskiego Lancre, budzą moje żywe zainteresowanie. Bohaterka opowiadań Anny Brzezińskiej stanowi połączenie Babci Weatherwax z jej dbałością o wiedźmią godność i odpowiedzialnością za lokalną społeczność z Nianią Ogg: Jagódka też za kołnierz nie wylewa, żadnemu (prawie) chłopu nie przepuści, a i figle jej się trzymają. 
Babcia Jagódka roboty ma huk. Samo tylko wydanie za mąż Jarosławny, pięknej młynarzówny, wymaga mnóstwa zabiegów. A gdzie czas na pokonanie grasantów i na odbudowę zniszczonej przez nich wsi? Drobniejszych spraw nie ma co wyliczać. Akcja płynie wartko i faktycznie, zgodnie z zapowiedzą wydawcy – i smieszno jest, i straszno. I całkiem niegłupio, bo sporo o ludzkiej naturze i mechanizmach zachowań można się dowiedzieć. Wszystko w atrakcyjnych plenerach, o ile ktoś lubi nibyśredniowieczne dekoracje, i jędrnym językiem spisane. Numerem jeden jest dla mnie zdecydowanie opowiadanie „Kot Wiedźmy” o damskim odpowiedniku słynnego Greebo, kocura Niani Ogg. Wiele w nim pazurów i krwi, ale w zasadzie jest to historia miłosna.
Babcia Jagódka zdecydowanie jest warta poznania; mam już kolejne opowieści w zapasie na czasy, gdy nadejdą „znów wieczory sałatki niejedzonej, tęsknoty dojmującej i łzy przełkniętej wpół”.
Wśród pomidorów czytałem:
Joanna Chmielewska, Zbrodnia w efekcie, Klin 2013.
Christopher Monger, Anglik, który wszedł na wzgórze, a zszedł z góry, tłum. Marek Cegieła, Prószyński i S-ka 1996.
Anna Brzezińska, Opowieści z Wilżyńskiej Doliny, Code Red 2014.

Wyścigi w literaturze (IV): „Wyścigi” Joanny Chmielewskiej

Dziś rozpoczął się jubileuszowy sezon wyścigowy na warszawskim Służewcu – minęło 75 lat od otwarcia toru. Padało, więc warunki niezbyt sprzyjały rozrywce na świeżym powietrzu, ale to nie odstraszyło stałych bywalców. Starsi tłoczyli się przy kasach, a najmłodsi z upodobaniem brodzili w kałużach. Przed nami jeszcze wiele dni wyścigowych – oby pogoda była lepsza. A na zachętę dla tych, którzy chcieliby się wybrać na parę gonitw, fragment z absolutnego klasyka.

– A te robione gonitwy? Ciągle się słyszy o robionych gonitwach? Co to jest takiego?
Westchnęłam ciężko.
– Są dwie wersje… Zaraz, w ogóle robiona gonitwa to jest taka, w której ustala się wcześniej, co ma przyjść i bez względu na klasę, wagę i formę konia, to ustalone przychodzi. Lepszego konia, na przykład, dżokej ma obowiązek wstrzymać albo tak nim pojechać, żeby się nie zmieścił w porządku. Trzeci może sobie być. I, jak powiedziałam, są tu dwie wersje, jedna: że robione są wszystkie gonitwy, i druga: że nie robiona jest żadna, a najwyżej jedna w sezonie.
– A pani jest jakiego zdania?

Znów westchnęłam i popatrzyłam na niego w zadumie.

– Nie mam zdania – oznajmiłam stanowczo po chwili namysłu. – Powiem panu, co wiem, a pan niech sobie zdanie wyrabia beze mnie. […] W punktach będzie. Po pierwsze, koń jest to silne zwierzę, które leci z zapałem i z tego wynika problem podstawowy: jak przytrzymać silne zwierzę, rwące się do galopu, w sytuacji, kiedy powinno się je poganiać, w taki sposób, żeby nikt tego przytrzymywania nie zauważył. Jest to wielka sztuka, przez naszych jeźdźców opanowana z precyzją najwyższą.

– Mam wrażenie, że od razu zaprezentowałaś określony pogląd? – zdziwił się Janusz i dolał mi wina.

– Masz złudne wrażenie, bo zaraz będzie po drugie. Mianowicie, te nasze stajnie, gracze, trenerzy, stajenni, dżokeje i cała reszta, to nie jest niebo, gdzie w białych szatach i przy dźwiękach harfy wszyscy świadczą sobie usługi z czułym uśmiechem na ustach i w sercu. Przeciwnie, to są koterie, kliki, sitwy, przyjaźnie i nienawiści, wzajemne animozje, niechęci, zawiści, interesy i szlamy. Żadna siła na świecie nie wmówi we mnie, że siadają przy kominku i życzliwie ustalają miedzy sobą, kto kiedy wygrywa, dbając jeszcze w dodatku o równość i sprawiedliwość. Po trzecie, wiem z całą pewnością, ze ukrywają przed sobą wzajemnie mnóstwo różnych rzeczy, w pierwszej kolejność jakość i formę koni, w drugiej własne, podstępne zamiary. Jedna stajnia nie ma pojęcia, co się dzieje w drugiej, oczywiście z wyjątkiem wydarzeń rażących, pożaru, ciężkiej infekcji i tak dalej. Nie zadają sobie trudu, żeby się w tym zorientować i w rezultacie gracze mają więcej wiedzy ogólnej i porównawczej niż ludzie ze stajni. A przynajmniej powinni mieć… Po czwarte, stajnia i jej wyniki to wizytówka trenera. Jak by nie było, jest to ich praca, każdy w swojej pracy coś chce osiągnąć, pewnie, że są ćwoki, którym ganc pomada, ale chyba większość… no, może połowa… jest takich, którym jednak zależy. Jak Boga kocham ekspedientka chce być dobrą ekspedientką, dostawać premie, pochwały, projektant chce być genialnym projektantem, hydraulik jest dumny, że potrafi, kierowca, lekarz, nauczyciel, policjant! Nawet bandzior…! A ci trenerzy to co, nie ludzie? […]

– Po trzecie – powiedziałam, jeszcze trochę ze złością – nie, po czwarte. Nie, po które tam…?

– Po piąte – podsunął Józio Wolski delikatnie.

– Po piąte, może być. Po piąte, siedział kiedyś u mnie jeden taki, teraz jest trenerem we Wrocławiu, a wówczas był kandydatem dżokejskim, chłopak ze wsi, lubił konie i opowiadał, bardzo zmartwiony, jak się raz narwał sam na siebie. Umówione było, że przychodzi dwa cztery, on jechał na koniu numer trzy. – Wychodzę na prostą – powiada. – Widzę, że czwórka, co miała być druga, jest przede mną, oglądam się, dwójki, co miała być pierwsza, nie ma wcale, nie daje rady, czuję, że koń mnie niesie, wszystko się i tak połamało, puściłem go i przyszedłem pierwszy. I niech pani powie, siedemset złotych górą za mnie dali, a ja sam siebie nie grałem! – Nie łgał, żałował z całego serca. Po szóste, sytuacji, w których idzie bardzo dobry koń, najlepszy w stawce, faworyt toru, i ten koń przychodzi ni z tego, ni z owego trzeci albo nawet czwarty, a powinien być pierwszy z łatwością, widziałam setki. Nawet bym prawie umiała powiedzieć, jak który dżokej to zrobi, bo mają swoje metody, jeden straci start i za późno zacznie doganiać, drugi będzie prowadził, zmęczy konia, da się wyprzedzić w ostatniej chwili, trzeci pogoni na zakręcie, konia wyniesie, pójdzie na duże koło i do widzenia, już jest te parę długości do tyłu. […]

– Po siódme, te nagrody i te pieniądze, które oni wszyscy uzyskują za zwycięstwo, od lat budzą śmiech pusty i trwogę. Policzcie sobie, za pierwsze miejsce w przeciętnej gonitwie dżokej dostaje dwieście tysięcy i nic więcej, nawet tej chwały w statystyce. Przychodzi do niego jakiś i daje mu dwa albo i trzy miliony, żeby nie przyszedł pierwszy. To co ten dżokej jest? Anachoreta? Derwisz? Święty Franciszek? Bierze dwa miliony i już go nie ma. Zyski z wygranych są groteskowe, chyba że gra sam na siebie, ale jeśli jest faworytem, niewiele zyska…[…]

– Po ósme, na ludzkie gadanie nie wolno zwracać uwagi, bo ten cały tłum jest poszkodowany na umyśle. Tysiąc wypadków było takich, że przyszedł fuksowy porządek, krzyk się podniósł, że robione i butelkami od piwa w okna rzucali, tymczasem ja to miałam wytypowane, bo tak mi poprzedniego dnia wieczorem wyszło w domu. To co, ja tę gonitwę robiłam, czy jak? Z kariery koni wynikło, że wygrać powinny te dwa, te dwa wygrały, mogę wam pokazać, na programach mam to pozapisywane… […]

– Po dziewiąte, uczciwość gonitwy sprawdza się po wypłacie. Tu już potrzebne są lata doświadczeń wyścigowych. I dostrzegam osobliwe zjawisko… […]

– Widzi się najpierw konia w programie – rzekłam powoli. – Można odgadnąć, że będzie to faworyt i ludzie będą go grali. Widzi się następnie, co się dzieje w kasach i co grają. Na jakiegoś tam konia wiszą zerowe bilety, nikt go nie rusza, wszyscy się pchają na faworyta. Przychodzi nagle ten fuks od zerowych biletów, powinni zapłacić majątek, powiedzmy sześćdziesiąt tysięcy górą. Płacą dziesięć. Znaczy, ten niezwykły fuks został przez kogoś ostro zagrany. To samo w porządkach i triplach, fuks, grane zupełnie co innego, wypłata powinna być monstrualna, a tu chata. Ledwo przeciętna. Ktoś zagrał. […]

– Po dziesiąte. Dżokej spada z konia, częściowego, powiedzmy, faworyta. Krzyk na torze, specjalnie zleciał! Szczególnie na płotach to było, pojechałam kiedyś z Jeremiaszem na tor, patrzyłam z bliska. Konie idą z szybkością prawie 60 kilometrów na godzinę. Leci ich wielka kupa, wszystkie mają kopyta, zleciałby pan pod te kopyta dobrowolnie? Paru dżokejów już w szpitalu leżało, paru przestało jeździć, paru ma trwały uraz. Ja poważnie wątpię, czy oni spadają specjalnie. […]

– W kwestii robionych gonitw mamy już do przemyślenia dziesięć punktów. Będzie jedenasty?

– Przy odrobinie uporu można by dojść do sto jedenastego – uszczęśliwiłam go. – Po jedenaste zatem, bywa tak, że jeden drugiego puszcza z grzeczności. Lecą razem dwa konie, ścigają się jak szatany, któryś wygrywa o nos, to tez wielka sztuka. Ten drugi puścił tego pierwszego i dał mu ten nos, bo akurat były tamtego imieniny. Prezent mu zrobił. Albo siostra tamtego kończyła nim triplę. Oczywiście muszą to być przyjaciele, a nie wrogowie, ale ostatnio był wypadek, że jechali razem ojciec i syn. Jest tu dżokej, którego syn też jeździ, mało mu brakuje do kandydata, dwie gonitwy chyba, wszyscy uważali, że ojciec puści syna, niech sobie leci i zrobi kolejne zwycięstwo, ojciec mu pokaże sztukę przegrywania na celowniku o nos, tymczasem nic podobnego. Ojciec mu pokazał sztukę wygrywania na celowniku o nos. Nawet się dopytywałam, w jakich oni są ze sobą stosunkach, bo różnie bywa, ale okazało się, że w dobrych. W ogóle dżokej z prawdziwego zdarzenia… a, to powinno być po dwunaste. Dżokej z prawdziwego zdarzenia leci odruchowo. Jeśli koń ciągnie, jeździec zapomina o wszystkich i pcha się do przodu, niesie go, można powiedzieć, powołanie. […]

– Jest jeszcze coś…?

Zastanowiłam się, którym problemom dać pierwszeństwo i wypiłam wino do końca.

– Jest. Plotki. Innymi słowy, gadanie. Że działa tajemnicza mafia, która płaci za przegranie gonitwy na faworytach. Że tkwią w tym bukmacherzy, co mi się wydaje o tyle wątpliwe, że bukmacherzy przyjmują stawki do końca, nie są w stanie przewidzieć, na co ludzie będą grali, bo naród jest nieobliczalny, nie mogą z góry z dżokejem załatwiać, a w ostatniej chwili nie mają już szans. Ktoś inny chyba… że pomiędzy dżokejami istnieją układy, jedni ze sobą współpracują, a drudzy się nienawidzą. Że jeden taki na dole zawsze trafia i to wysoko, nie wiem, czy trafia, ale za to wiem kto to jest. Były pracownik byłego MSW, stopnia nie znam. Że stajnie dają… A, co do dawania stajni, to będzie po trzynaste. Osobiście, przez całe lata, byłam świadkiem następujących wydarzeń: primo, jest kowal na wyścigach. Znam go, porządny człowiek i zdaje się, że najlepszy kowal w Europie. Nie ma takiego trenera, takiego dżokeja i w ogóle takiego pracownika stajni, który nie chciałby być z kowalem w jak najlepszych stosunkach. Dawali mu ostatnią gonitwę, stałam za nim do kasy, dwie stówy w ręku trzymał, przypominam panu, że wtedy stawka wynosiła dwadzieścia złotych, widziałam co stawia i stawiał na to, co mu dawali. Nie przypominam sobie wypadku, żeby to przyszło i nie wierzę, że oszukiwali go złośliwie. Secundo: był taki kulturalno-oświatowy dla chłopaków, uczniów, praktykantów i tak dalej, od niego zależała ich egzystencja, czas wolny, odpoczynek, rozrywki i tym podobne, zasługiwali mu się wszyscy z całej siły. I też mu dawali, wszystkie gonitwy. Sprawdzało się mniej więcej jak trzy do ośmiu, czasem cztery, to znaczy na osiem gonitw trzy do czterech mógł trafić, przy czym to samo trafić to i ja umiałam sama z siebie, z programu wychodziło. To co oni wiedzą? Jak mogą przy tej wiedzy robić gonitwy?

 

Joanna Chmielewska, Wyścigi, PDW 1992, s. 51–61.

Wyścigi w literaturze (cz. II): „Lesio” Joanny Chmielewskiej

 

[…] Lesio nagle wrósł w ziemię. Do przystanku na placu Unii podjeżdżał autobus z napisem WYŚCIGI. Pchała się do niego grupka ludzi, ale wewnątrz było jeszcze nieco miejsca.
– Konia!!!… – krzyknęło Lesiowi w duszy zuchwale i buntowniczo.
Pchnięty kategorycznym żądaniem nagle rozbestwionej duszy rzucił się do autobusu. Pchnięty równie kategorycznym życzeniem kontrolera rzucił się do kasy. Następnie znów podporządkował się duszy.
Dusza, zniecierpliwiona i pełna gwałtownie rosnących wymagań, zmusiła go do wykupienia najdroższego biletu wstępu za 30 złotych, przegnała obok pustego w tej chwili paddocku i wpędziła do budynku trybuny. Program wyścigów pominęła milczeniem, z czego można wnioskować, że jej na nim nie zależało. Na bilecie wstępu też by jej zapewne nie zależało, gdyby nie to, że bez niego nie wpuszczano do środka.
Przekroczywszy drzwi Lesio znalazł się w samym środku półprzytomnej, zemocjonowanej tłuszczy, usiłującej w możliwie krótkim czasie stracić możliwie dużo pieniędzy. […]
Nie wdając się w nie znane mu i skomplikowane szczegóły podstaw gry na wyścigach, bez chwili namysłu udał się do tej samej kasy co poprzednio. W głowie huczał mu potężny młyn, głuszący wszelkie skojarzenia. Nie obudził się w nim nawet cień przypuszczenia, że zasadniczym elementem tej całej zabawy są przecież konie. Nie wiedział w ogóle, gdzie te konie się znajdują, nie zauważył ich dotychczas, nie istniały dla niego. […]
Wręczył kasjerce następne pięćset złotych, mówiąc stanowczo to, co mu wpadło w ucho przy bufecie:
– Dwa trzy. Pięć razy.
Przed Wielką Warszawską, 1967 rok.

Dumny i głęboko poruszony nie zatrzymywał się już nigdzie, lecz jął obchodzić wkoło całe pierwsze piętro. Miał niejasne wrażenie, że teraz powinno się dziać coś, w wyniku czego on znów będzie wygrany, nie wiedział tylko dokładnie, co by to mogło być. […] Dzwonek, oznaczający zakończenie przyjmowania wpłat, napełnił go głębokim niepokojem. Wydawało mu się, że lada chwila przeoczy coś szalenie ważnego. Coraz bardziej przejęty odruchowo podążył tam, gdzie wszyscy, to znaczy na stronę torów.

W napięciu i z wytężoną uwagą jął wpatrywać się w dal, toteż start piątki arabów spod samej niemal trybuny nie dotarł do jego świadomości. Dopiero kiedy araby przebiegły połowę trasy i znalazły się po drugiej stronie pola, tam, gdzie spoczywał jego wzrok, pojął wreszcie, że coś leci. Uczyniwszy wysiłek umysłowy przypomniał sobie nagle, że to są konie. Prawda, konie!… Przecież on gra na wyścigach! Postawił na jakieś konie, to konie właśnie lecą, zaraz tu będą i w związku z tym on zaraz wygra!
Powoli zaczęła nawet docierać do niego treść dźwięków, rozlegających się dokoła. Osobnik oparty tuż obok o balustradę patrzył przez lornetkę i udzielał informacji pozostałym, patrzącym gołym okiem. Wszyscy byli wyraźnie zdenerwowani i zdenerwowanie to zaczęło się udzielać Lesiowi, dotychczas, dzięki pewności wygranej, wręcz rażącemu na tle otoczenia.
– Piątka ciągle prowadzi! – wrzeszczał facet z lornetką. – Piątka prowadzi, za nią trójka, potem dwójka!… Trójka dochodzi, nie, zostaje!… […]
– Panie, mów pan! Co na tym wirażu?!
– Trójka wychodzi, piątka druga!…
– I tak będzie trzy, pięć, zobaczy pan!…
– Mam dwójkę w triplach! — wrzasnął ktoś rozdzierająco.
Ten rozpaczliwy, acz niezrozumiały okrzyk wstrząsnął Lesiem do głębi. Padł na plecy stojącego przed nim faceta i nie wytrzymał nerwowo.
– Mów pan! – krzyknął, szarpiąc za rękaw właściciela lornetki.
Właściciel lornetki czynił starania, żeby wydrzeć mu rękaw, wraz z szarpaną częścią odzieży miotała mu się bowiem ręka z przyrządem optycznym, który usiłował przyłożyć do oczu. Konie były już na prostej, Lesio nerwowo szarpał, poniechał więc lornetki i wrzeszczał dalej, oceniając sytuację bez udoskonaleń technicznych. 
– Walet idzie, Walet! Piątka druga!
– Chała druga! Dwójka ją bierze! Już jest trzy dwa!…
– Dwójka wychodzi!
– Nie daj się!!!…
– Walet dawaj. Walet dawaj!!!…
– Jest! Dwa trzy!!!…
– Cholera ciężka, trzy dwa grałem dziesięć razy!…
Nieprzytomny i niemal wytrzeźwiały z przejęcia Lesio bez protestu pozwolił się wepchnąć z powrotem do środka. Dwa trzy!… Dwa trzy to było to, co miał napisane na pięciu wykupionych biletach! Wygrał! Znów wygrał! Sam los był po jego stronie! […]
O wysokości wygranej sumy dowiedział się dopiero po jej otrzymaniu, bo wszelkie ogłaszane przez głośnik i na tablicy informacje umykały jego uwadze. Porządek dwa trzy oceniony na 220 złotych, dał mu w ręce pięć i pół tysiąca i sprawił, że po odliczeniu sprzeniewierzonych funduszów był już na plusie. […]

Joanna Chmielewska, Lesio, Czytelnik 1989, s. 105–110.

O purchli skrętnej, czyli powrót do formy (Joanna Chmielewska, „Krwawa zemsta”)

 


 
Niewykluczone, że poniżej zdradzam szczegóły fabuły, ale jakoś muszę ją naszkicować, a podkreślam, że nie w fabule tkwi główny walor najnowszej powieści Joanny Chmielewskiej. Gdyby ktoś nie miał ochoty na absolutnie żadne przecieki, to niech ominie następny akapit.