Literaci w drewnie ciosani

Kilka lat temu z gronem współpracowników wywieziono mnie na kursokonferencję czy inną naradę produkcyjną do Łochowa. Przerwy w obradach spędzaliśmy w pałacowym parku, którego sporą część zajmuje staw. Na stawie zaś jest wyspa z czymś, co z daleka przypomina megalityczny krąg, a z bliska okazuje się być zespołem drewnianych figur. Powstały one w 2014 roku podczas jednego z odbywających się tu plenerów. W tamtym roku rzeźbiarze mieli za zadanie stworzyć podobizny pisarzy i poetów związanych z Podlasiem. Umieszczone później na Wyspie Pisarzy i Poetów rzeźby stanowią atrakcję nie tylko dla moli książkowych.

Pisarze ze starej szkoły (XXVIII): Maria Dąbrowska o Marcelu Prouście

pisarze ze starej szkoły
Pierwsze wzmianki o dziele Marcela Prousta pojawiają się w dziennikach Marii Dąbrowskiej w 1927 i 1929 roku, jednak dopiero po zakończeniu wielkiej pracy nad „Nocami i dniami” pisarka sięga po ten „«ostatni krzyk» wyrafinowanej literatury”, a wrażenia zapisuje (szkoda, że tak skrótowo) w swoich notatkach.

Pisarze ze starej szkoły (XVIII): Maria Dąbrowska o swoim dzienniku

Zaczęłam pisać dziennik z początkiem pierwszej wojny światowej w przekonaniu, że żyję w wielkiej epoce, w której każdy co najmniej ociera się o fakty warte zanotowania. Tymczasem z biegiem lat „historia” znikła niemal z kart mojego dziennika i nie notowane są nawet fakty dziejowe, które odegrały bezpośrednią rolę w moim życiu, jeśli nie zewnętrznym, to duchowym. A chęć i potrzeba pisania dziennika, ograniczającego się coraz bardziej do spraw ściśle osobistych, mimo to nie słabła. Pozostawało to zapewne w związku z moim stopniowym odsuwaniem się od czynnego udziału w tzw. życiu publicznym i z coraz większym moim sceptycyzmem co do wartości tego życia. Może tu jednak wchodzić w grę mnóstwo innych przyczyn, których nie dostrzegam lub nie uświadamiam sobie.
Wszystko to pogrąża mnie w zadumę nad sensem pisania dzienników. Co rządzi najbardziej tą czynnością? Co chcemy przez to osiągnąć? Przekazać jakimś potomnym wieść o tym, co razem z naszą śmiercią przepada bez śladu, a co jest naszą niepowtarzalną, jedyną w swoim rodzaju, własną doczesną osobowością? Dać wyraz tej całkowitej prawdzie naszego życia, której pełnię warunki realnej rzeczywistości każą przemilczać, zatajać albo wypaczać? Przedstawić się jakiemuś urojonemu trybunałowi w korzystniejszym świetle, jeśli uważamy się za krzywdzonych ludzkim sądem, lub ujawnić naszą nędzę duchową czy moralną, gdy dręczy nas poczucie niezasłużonych łask losu i opinii? Co za złudzenie, że którykolwiek z tych wysiłków doprowadza do zamierzonego i upragnionego celu! Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również, czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie. Nie wiemy nawet, co przedstawia nas istotnie w lepszym lub gorszym świetle. Nasza próżność i miłość własna bywa źródłem najzabawniejszych w tej kwestii nieporozumień. A jeśli idzie nam już tylko o tak mało w życiu dostępną satysfakcję powiedzenia raz tzw. „nagiej prawdy” o sobie i o świecie, to wszak docieranie do prawdy naszych przeżyć jest podróżą bez kresu i podróżą po manowcach. Jedno dodane albo ujęte słówko, jeden pominięty albo podkreślony drobniutki szczegół zbijają nas już z drogi. Dodajmy, że to, co przeżywamy dziś, po latach we wspomnieniach staje się zgoła czymś innym, czasami czymś znacznie bogatszym i ciekawszym, czasami czymś o wiele mniej ważnym lub zgoła czymś odwrotnym. Nie dosyć na tym. Czytając swoje notatki, przypominam sobie, że już wtedy kiedy działo się to, co zapisywałam, i fakty, i moje reakcje bywały niekiedy cokolwiek różne od tego, co z nich w raptularzykach utrwaliłam. Czasem przypominam sobie nawet względy uboczne (przeważnie wpływ najbliższego otoczenia), które kazały mi daną rzecz jakby inaczej zapisać, niż ją czułam i przeżywałam. A jednak nie „poprawiam” dawniej zapisanego tekstu w poczuciu, że i owo „inaczej” jest jakąś postacią prawdy o mnie samej, o moim życiu i moim świecie.
Według Einsteina godzina, którą stwierdzamy na zegarku, nie jest już „tą” godziną. Przeżycie zapisane nie jest już tym przeżyciem, któregośmy doznali przed paru zaledwie godzinami. Niemniej – oba są chyba w jakimś sensie prawdziwe. Przy czym powiedzieć „oba” to jeszcze za mało. Gdyż jest się tak rozmaitym człowiekiem, a każde nasze przeżycie ma w sobie zadatki na tyle innych przeżyć. I nie raz, nie dwa, lecz wiele razy i na wiele sposobów doświadczamy go zarówno w czasie jego trwania, jak potem w naszych wspomnieniach. Które z tych przeżyć jest najprawdziwsze? Co kieruje nami, kiedy bezwiednie czynimy wybór, aby zanotować nie tę, lecz ową postać tych wielu aspektów tego samego zdarzenia czy uczucia? Tajemnica, tajemnica, w którą spowite są, mimo ciągłych „odcyfrowań”, wszystkie nasze kroki, gesty, uczucia i myśli na tej ziemi. „Piece d’identite” [dowód tożsamości], stwierdzająca tożsamość naszej osobowości wśród różnych i sprzecznych ze sobą jej przejawów, jest nam zazwyczaj – tak jak paszport i równie mało zabawnie – wystawiana przez innych.
1943

Maria Dąbrowska, Dzienniki, t. 1, oprac. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik 1988, s. 325–326.

„Zupełnie chybiona powieść”

Maria Kuncewiczowa w swoim gabinecie. 

Interesującą opinię o „Cudzoziemce” Marii Kuncewiczowej znajdujemy w dzienniku Marii Dąbrowskiej, która nie szczędziła koleżance po piórze i jej dziełu złośliwości.

9 stycznia 1936 roku, czwartek

[…] Czytam teraz „Cudzoziemkę” Kuncewiczowej. Po „Przymierzu z dzieckiem” dużo więcej się po niej spodziewałam. Zawód na całej linii. Karykaturalne reminiscencje motywu Barbara – Toliboski. Postać Róży melodramatyczna – umiera jak w złej operze. Wszystkie postacie antypatyczne, nie budzą ani współczucia, ani zadowolenia artystycznego. 

10 stycznia 1936 roku, piątek

Do obiadu czytam „Cudzoziemkę”, bo jestem w zbyt marnym usposobieniu, żeby coś robić. Zupełnie chybiona powieść. I jak można oprzeć cały temat na koncercie skrzypcowym Brahmsa, gdy istnieją arcydzieła muzyki, które rzeczywiście mogą odgrywać decydującą rolę w życiu człowieka. Cała też „muzyczna” strona utworu bardzo nudna. Któż słyszał aż tak rozpadać się nad Brahmsem. „Brahms wszystko wie” – cóż pozostaje w takim razie dla Beethovena, Chopina, Mozarta? […]

Maria Dąbrowska, Dzienniki, t. 2, oprac. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik 1988, s. 129–130.

Pisarze ze starej szkoły (III): Maria Dąbrowska, cz. 2

Wydawało się, że zakończenie pracy nad przekładem dziennika Samuela Pepysa zakończy zmagania Marii Dąbrowskiej z tym tekstem. Okazało się jednak, że to dopiero początek…
Przed kilku dniami byli u nas Kornaccy. Pojechałam z nimi do Kuryluka [dyrektor PIW-u], by się dowiedzieć o Pepysa. Otóż od siedmiu miesięcy ten rękopis leży zamrożony – rzecz w moim życiu pisarskim niebywała. Wszystkie moje rzeczy zaczynały się składać na drugi dzień po przyniesieniu rękopisu. Takie nieduże książki jak „Rozdroże”, „Moja odpowiedź”, „Ręce w uścisku” wychodziły gotowe z druku w ciągu trzech tygodni. […] Jakież to było zawrotne tempo w porównaniu z dzisiejszych „przekraczaniem norm”, „współzawodnictwem pracy” etc. [31 III 1950].
***
Okładka I wydania, 1952 rok.
Zeszłego piątku […] nagle przynieśli z PIW-u całą aż do końca korektę Pepysa – 200 szpalt! […] Do dzisiejszego dnia zrobiłam dopiero 76 szpalt korekty Pepysa. Praca jest prawdziwie ciężka, chociaż błędów zecerskich mało. Ale raz jeszcze sprawdzam cały tekst przekładu z pełnym wydaniem oryginału i w oryginale podkreślam wszystkie zdania, które tłumaczyłam. Przedłuża to trwanie korekty z jakie dwa razy i jest bardzo nużące, ale to jest konieczne. Skoro to jest wybór, musi istnieć egzemplarz oryginału, gdzie każdy, kto zechce, może sprawdzić, co wybrałam i przełożyłam.
Poprawiam też i sporo niedokładności przekładu. Składnia Pepysa jest tak dowolna, przypadkowa, różnolita, że często sens zdania pozostaje dwuznaczny dla najlepszego znawcy angielszczyzny. A cóż zrobić ze zdaniami, gdzie każde słowo jest w innym języku i nadto użyte w złej liczbie, złym przypadkiem i nieortograficznej pisowni. Myślę, że wybrnęłam z tego wszystkiego, jak mogłam najlepiej, ale nie jestem zadowolona. No, i żyję teraz całkiem jak pustelnica – nigdzie nie wychodzę. Ślęczę [16 II 1951].
***
Przy tej herbacie poznałyśmy niezwykle uroczego muzykologa [Mieczysława] Tomaszewskiego, dyrektora Filharmonii Bydgoskiej […]. Otóż ten czarujący młody człowiek zna doskonale muzykologiczną stronę „Dziennika” Pepysa, pytał mnie, jak sobie z tym dałam radę. Powiedziałam, że starałam się tłumaczyć z tej dziedziny to, co, jak mi się zdawało, dobrze i trafnie zrozumiałam. Ale zdjęła mnie trema, ile złego mogą znaleźć w moim przekładzie odpowiedni znawcy tylu poruszanych przez Pepysa dziedzin [28 II 1951].
***
Zaczęłam pisać powieść, już na czysto, od razu w czterech egzemplarzach, ale utknęłam na czwartej stronicy i dalej ani rusz. Co mnie też do rozpaczy doprowadza. Wyszedł wreszcie „Dziennik” Pepysa, ale nie miałam z kim podzielić radości. Mało się też jakoś ucieszyłam, za długo na to czekałam. Trzy dni czytałam to, wyszukując błędów, znalazłam dużo, często rzeczowych, choć zdawało się, że tak wszystko sprawdzone. […] Pan Szrojt [redaktor z PIW-u] mówi, że na jesieni będą robić nowe wydanie i już przygotowują poprawki. Zdziwiłam się, że tak prędko nowe wydanie, a on na to: „Pani nie ma pojęcia, jakie jest zainteresowanie tą książką” [20 VII 1952].
***
Okładka II wydania, 1954 rok.
Przez dwa tygodnie, pracując bez wytchnienia całymi dniami, przygotowywałam do druku nową redakcję pierwszego tomu Pepysa. Zwiększyłam wybór prawie dwukrotnie. Mowy nie było, żeby nowe teksty dodać osobno ze wskazówkami, gdzie je włączyć. Poplątaliby wszystko. Musiałam cały pierwszy tom pozamieniać w wycinki, wszystko wraz z kolejno dodawanymi nowymi tekstami ponalepiać na arkuszach papieru. Była to precyzyjna robota, wymagająca wielkiego skupienia i przytomności, żeby się samej nie pomylić. Brodziłam wprost w skrawkach papieru, umazana klejem, odchodziła tylko na krótkie posiłki, Frania patrzyła na mnie z ubolewaniem i trochę jak na wariatkę. W czasie tego zmagania się z Pepysem odwiedził mnie Jurek i zachwycał się, że ta gorączkowa robota wspaniale robi mi na wygląd i samopoczucie [22 X 1953].
Drugie, znacznie poszerzone wydanie „Dzienników” Pepysa ukazało się w 1954 roku i doczekało się dwóch wznowień, ostatniego w 1978 roku.
Maria Dąbrowska, Dzienniki, t. 3–4, oprac. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik 1988.

Pisarze ze starej szkoły (II): Maria Dąbrowska

W latach 1947–1949 Maria Dąbrowska zajmowała się przekładem dziennika Samuela Pepysa (1633–1703), syna londyńskiego krawca, który dzięki zdolnościom i licznym koligacjom szybko awansował w hierarchii urzędniczej. Od roku 1660 do 1669 prowadził dziennik, pisany wymyślonym przez siebie systemem stenografii. Tekst udało się odcyfrować dzięki znalezionemu w papierach Pepysa kluczowi dopiero na początku XIX wieku. Pełny tekst, w dziesięciu tomach, ukazał się w latach 1893–1899.
Dąbrowska zaczęła czytać dziennik Pepysa podczas wojny wraz z Anną Kowalską, która miała go początkowo tłumaczyć. Zmagania z pracą przedstawiała we własnym dzienniku.
Maria Dąbrowska.
Przez parę dni siedziałam kamieniem nad Pepysem, a przemachałam zaledwie 100 stron [27 VI 1947].
***
Pepys do obiadu, ale idzie jak po grudzie. Śmieszne. Iwaszkiewicz nie chciał wierzyć, że ja to tłumaczę wprost z książki na maszynę. Ależ ja pierwsze bruliony wszystkiego piszę na maszynie, a cóż dopiero przekładu [31 XII 1947].
***
O jedenastej zepsuła się maszyna. St. szedł właśnie do miasta, więc wziął ją do naprawy. Będzie gotowa za tydzień. Pepysa pisałam dziś ręką, co idzie znacznie wolniej i zużywa więcej papieru [6 II 1948].
*** 
Dręczy mnie, że nic od powrotu nie zrobiłam i że w ogóle te półtora miesiąca stracone są dla pracy. Pepys tak się opóźnia, że w końcu nie będzie można go wydać z powodu narastającej wrogości regime’u do Anglosasów.
***
Do dwunastej i pół siedzę nad Pepysem. Nuży mnie już ta praca. W dodatku kiedy go kończę – przychodzi mi na myśl, że powinnam go była tłumaczyć całkiem nowoczesnym językiem [20 II 1948].
***
Mimo wizyty Elżuni i dwu wyjść z domu skończyłam dzisiaj Pepysa. Ale nie puszczę go w świat, póki nie przeczytam więcej materiału o Pepysie. Boję się popełnić zbyt wielu [sic!] gaf [23 IV 1948].
***
Wczoraj do drugiej w nocy siedziałam nad przedmową do Pepysa, którą skończyłam [19 IV 1949].
***
Od poniedziałku 2 maja siedziałam co dnia do 2 w nocy, by wreszcie dla Kuryluka [ówczesny dyrektor PIW-u] przysposobić do druku część przynajmniej „Dziennika Pepysa”. Przerobiłam i skończyłam przedmowę i zrobiłam dwa pierwsze lata. We wtorek zaniosłam mu rękopis, a wczoraj zawarłam z nim umowę. Nie wiem, jak robić dalej, gdyż dla skończenia tego zmuszona będę odłożyć własną książkę, co mnie bardzo smuci. Potrzebowałabym na tego Pepysa dwa miesiące czasu po 10 do 12 godzin na dobę, ale nie wiem, czy będę mogła przez tyle czasu bez przerwy tak intensywnie pracować. Ze zdrowiem czuję się znów gorzej [5 V 1949].
***
Cały ten tydzień przygotowywałam 1663 rok „Dziennika Pepysa”. Dziś o pierwszej w nocy wreszcie to skończyłam. Ale co dzień siedziałam do 2, a nawet 3 w nocy. Przeważnie kładłam się, kiedy już było jasno [2 VI 1949].
***
Ostatnie dwa tygodnie sierpnia pracowałam po 10 godzin na dobę i 29 sierpnia o 1 w nocy skończyłam „Dziennik Pepysa”. Natychmiast wysłałam rękopis i otrzymałam od Kuryluka depeszę z podziękowaniem [6 IX 1949].
Oddanie maszynopisu do wydawnictwa nie oznaczało jednak dla Marii Dąbrowskiej ani końca pracy, ani końca kłopotów z tekstem, dlatego ciąg dalszy nastąpi.
Cyt. za: Maria Dąbrowska, Dzienniki, t. 3, oprac. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik 1988. 

Płaszcz zabójcy, odc. 9

Drodzy Czytelnicy,
zaczynając publikację pierwszych odcinków „Płaszcza zabójcy”, wyraziłem nadzieję, że serial nie wypchnie mnie z własnego bloga. Minął miesiąc i okazało się, że wyprorokowałem: żeby wstawić recenzję, muszę najpierw sprawdzić, czy nie będzie ona kolidować z kolejnym odcinkiem i czy będzie dość czasu na dyskusję zanim pojawi się nowy fragment dziennika. Postanowiłem więc przenieść „Płaszcz” w nowe miejsce: od dziś zaczyna działać blog „Płaszcz zabójcy”.   Dorzućcie go do swoich linków, a ja postaram się, by serial nie zawiódł Waszych oczekiwań. Zapraszam do komentowania już w nowym miejscu.

Z listu Marii Dąbrowskiej do męża, Mariana


Glina, 24 czerwca 1914 roku

Mój drogi Dziteńku –
Nic dziś nie robię. Przyjechałam i wyspałam się. Najadłam masę jagód i kwaśnego mleka. Łaziłam sobie po polach. Nikogo nie chcę widzieć, tylko Ciebie. Napiszę Ci jak ty mnie w zeszłym roku: „tyle już mam w sobie społecznego. Chcę Ciebie”. – Tak mi się szalenie chce do Ciebie w lipcu jechać – może na trzy tygodnie przyjadę – a sierpień już ty sobie dla Józka rezerwuj.
Lipiec jest taki gorący i zabójczy dla pracy umysłowej. Zresztą mam już tyle trucizny w komórkach mózgowych. Czekam jeszcze odpowiedzi na moje poprzednie listy. Zwymyślasz mnie i powiesz, żem wariatka. No cóż, wielkie rzeczy – niechaj. […]
Ach, żeby ciche i piękne miejsce, domek, mieszkanie czy coś w tym rodzaju – i mieć tyle swobody i niezależności, by nie być do niego przywiązanym. Cóż to są pieniądze! Gdy patrzę na Sobańską, że ona ma mieszkanie śliczne, samochód i wszystkie te akcesoria życia osiadłego – a swoją drogą i więcej robić może, i swobodniej się ruszać niż my.
Tak mi, Mirusiu, do Ciebie tęskno […]. 
Ogromnie pragnę nocy z Tobą. To, mój Boże, przecież jest od wszystkiego lepsze, dziwniejsze i droższe. Zasnąć z twarzą na Twojej kochanej dłoni.
Twoja Mirka

Ich noce i dnie. Korespondencja Marii i Mariana Dąbrowskich 1909-1925, oprac. Ewa Głębocka, Iskry, 2005, s. 420-421.