„Wilkom podobni wikingowie” (Philip Parker, „Furia ludzi Północy”)

Pierwszy odnotowany napad „wilkom podobnych wikingów” nastąpił pod koniec VIII wieku. Przybyli znikąd i wzbudzili nieopisaną grozę: palili, rabowali, mordowali, bezcześcili kościoły i klasztory, zagarniali jeńców. Podobną histerię wywołało w średniowieczu chyba tylko pojawienie się Mongołów. Książka Philipa Parkera pokazuje jednak, że ten obraz dzikich łupieżców to krzywdzący stereotyp. Czytaj dalej

„Trzy lata albo i cała wieczność” (Hampton Sides, „W królestwie lodu”)

W przypadku książki Hamptona Sidesa po prostu nie da się uniknąć porównań z „Terrorem” Dana Simmonsa: bo to i tematyka podobna, i rzetelność przeprowadzonych badań równie wielka. Wrażenia czytelnicze także zbliżone i nawet obie książki czytałem o tej samej porze roku i niemal w tym samym miejscu. W zasadzie Sides ustępuje Simmonsowi jedynie pod względem sugestywności opisów – nie udało mu się sprawić, żeby zrobiło mi się naprawdę zimno. Ale może to tylko skutek słabego wiatru na plaży. Czytaj dalej

Skąd się wzięła szczotka do zębów i nie tylko (Greg Jenner, „Milion lat w jeden dzień”)

Nasze życie składa się z mnóstwa rutynowych działań, którym poświęcamy niewiele uwagi. Cóż może być bowiem ciekawego w myciu zębów czy zmienianiu skarpet? Jakie tajemnice mogą kryć bawełniane majtki czy papier toaletowy? Otóż okazuje się, że niepozorne przedmioty i codzienne czynności mają historię nie tylko długą, ale niekiedy nawet burzliwą. A w każdym przypadku fascynującą. Czytaj dalej

Czytajcie „Położną”! (Jennifer Worth, „Zawołajcie położną”; „Shadows of the Workhouse”; „Farewell to the East End”)

On weterynarz, ona – pielęgniarka i położna; on zaczynał swą zawodową karierę w latach trzydziestych w górach na północy Anglii, ona – w latach pięćdziesiątych w najuboższej dzielnicy Londynu. Oboje mieli dar obserwacji i lekkie pióro; oboje wbrew wszelkim codziennym trudnościom i frustracjom kochali swoją pracę, oddani byli swoim pacjentom, których mogli nie lubić – bez względu na to, czy chodziło o złośliwego knura, czy niedomytą, krzykliwą kobietę – ale którym zobowiązali się pomagać. U obojga też widać zachwyt życiem w rozmaitych jego przejawach. James Herriot doczekał się godnego następcy. A raczej, precyzyjnie mówiąc, następczyni.
Jennifer Worth była już pielęgniarką, kiedy postanowiła zdobyć również kwalifikacje położnej w (jak sądziła) małym, prywatnym szpitalu w londyńskiej dzielnicy dokerów, Poplars. Ku jej zdziwieniu prywatna placówka okazała się klasztorem; zamieszkujące go zakonnice od końca XIX wieku niosły pomoc medyczną i położniczą najuboższym mieszkańcom, których nie stać było nawet na chleb, o lekarzu nie wspominając. Porody domowe były tu normalnością, wizja szpitala wywoływała grozę wśród ludzi wciąż pamiętających brudne umieralnie z przeszłości i wiktoriańskie przytułki. Zakonnice i ich współpracowniczki wprowadzały nowe standardy w opiece nad ciężarnymi (rzecz wcześniej tu niespotykana) i podczas porodów (począwszy od zapewnienia specjalnych pakietów z materiałami sanitarnymi).
Wraz z kilkoma świeckimi koleżankami Jennifer pod okiem sióstr zaczyna swoją praktykę. Zgłębia tajniki położnictwa, a równocześnie nieustannie poznaje toczące się wokół niej życie stołecznych slumsów: zatłoczonych ponad miarę, pozbawionych bieżącej wody i kanalizacji, a niekiedy nawet ogrzewania. Poznaje ich mieszkańców: tych mających pracę i bezrobotnych, spokojnych i brutali, trzeźwych i pijanych, czystych i brudasów. Każde wezwanie do porodu oznacza wejście w nową ludzką historię; zazwyczaj typową dla okolicy, niekiedy jednak odsłaniającą przed Jennifer i jej koleżankami jakiś nowy wymiar ludzkiej egzystencji.
Dzieci z East Endu w ruinach zbombardowanego domu.
W trzech tomach swych wspomnień Worth zbiera historie, które szczególnie zapadły jej w pamięć. Trzeba przyznać, że i czytelnik nie może długo zapomnieć o zwariowanej siostrze Monice Joan, o perfekcyjnym angielsko-hiszpańskim małżeństwie, które odkryło tajemnicę idealnego pożycia, czy o dziewczynie dwudziestu jeden marynarzy. Jak w życiu – dramat przeplata się ze śmiechem, ktoś się rodzi, a ktoś umiera, jednym się wiedzie, innym świat wali się na głowę. Zakonnice i położne zazwyczaj są tylko świadkami, i to przelotnymi. Przychodzą odebrać poród albo zająć się chorym i odchodzą. Odgrywają małą rolę w opowieści, której początku i końca nigdy nie poznają, chyba że w wyjątkowych okolicznościach.
Kiedy niedawno w antologii reportażu polskiego czytałem tekst o położnej, która prowadziła po wojnie pionierską działalność na zabitej dechami wsi, kiwałem głową nad naszym zapóźnieniem cywilizacyjnym. Okazuje się jednak, że rzeczywistość polskiej wioski i londyńskich slumsów niezbyt się różniła – fatalne warunki higieniczne, słaba świadomość, jak powinna wyglądać opieka nad ciężarną i noworodkiem, opór przed przyjmowaniem porodu przez fachową siłę, a nie babkę, sąsiadkę czy „znającą”… Książki Worth są więc też pożyteczną lekcją historii społecznej Anglii; pozwalają wniknąć w nieznany świat cockneyów, ich codzienne życie, zwyczaje, łączące ich więzi, codzienne problemy – biedę i bezrobocie, ale i występujące wśród nich patologie – alkoholizm, przemoc domową, przestępczość, prostytucję. Świat pod wieloma względami niezmieniony od czasów Dickensa.
Jennifer Worth w zakończeniu „Zawołajcie położną” potwierdziła, że wzorem dla niej były książki Jamesa Herriota. Chciała wprowadzić położne na karty literatury. W pełni jej się udało (na dodatek, sądząc po liczbie wspomnień pielęgniarek i położnych, jakie można znaleźć w anglojęzycznych księgarniach, pociągnęła za sobą całą rzeszę naśladowczyń). Cały cykl, że użyję banału, po prostu wciąga. Zacząłem pierwszą część i oprzytomniałem pod koniec trzeciej. Z tym światem i zaludniającym go postaciami trudno się rozstać, mimo iż czasem mowa jest o sprawach bardzo bolesnych, jak wiktoriański system przytułków i tamtejszych metod wychowawczych, tragiczne losy dotkniętych gruźlicą Mastertonów, pokątne aborcje czy pozbywanie się niechcianych dzieci.
Położna podczas wizyty, East End, Londyn, lata pięćdziesiąte.
Worth zmienia nastroje, prowadzi nas od postaci do postaci, od epizodu do epizodu, nie tracąc rytmu, chociaż zdarzają się drobne, konieczne powtórzenia pewnych detali. Używa nieskomplikowanego języka, a mimo to świetnie oddaje wszelkie subtelności. Trzeba też przyznać, że obcując na co dzień z narodzinami i śmiercią potrafi pisać o nich bez patosu i zawsze znajduje właściwe słowa. Używa też, oczywiście, mnóstwa medycznej terminologii, a także cockneya i oddaje specyfikę miejscowego akcentu. Mając porównanie oryginału i polskiego przekładu, muszę złożyć wyrazy uznania i zawodowej zawiści Marcie Kisiel, która nie zagubiła żadnej z cech języka autorki. Mam też nadzieję, że dwa kolejne tomy wspomnień Jennifer Worth szybko ukażą się po polsku, bo już nabrałem ochoty na powtórkę.
Jennifer Worth, Zawołajcie położną, tłum. Marta Kisiel-Małecka, Wydawnictwo Literackie 2014.
Jennifer Worth, Shadows of the Workhouse, HarperCollins 2013.
Jennifer Worth, Farewell to the East End, HarperCollins 2013.

Skarbiec wiedzy dziwnej, cz. 3: O egipskich kopalniach złota

Skarbiec wiedzy dziwnej, cz. 3: O egipskich kopalniach złota
Focjusz (ok. 820–891) był bizantyńskim duchownym, człowiekiem wielce wykształconym i autorem licznych dzieł. Najważniejszym dla nas jest Biblioteka, której pierwotny tytuł w pełni oddaje charakter i zawartość tej pracy: Katalog i wykaz przeczytanych przez nas książek, których treść chciał dzięki nam poznać w ogólnym zarysie nasz ukochany brat Tarazjusz. Liczba ich wynosi trzysta pomniejszone o dwadzieścia jeden. Wśród streszczonych utworów znalazła się opowieść niejakiego Agatarchidesa o Morzu Czerwonym. Z niej zaczerpnął Focjusz opis egipskich kopalni złota.
23. W pobliżu Morza Czerwonego, tam, gdzie Nil, tworząc zakola i odnogi, wyraźnie skręca ku morzu i wpływa po prawej stronie na wielkie nierówności terenu, wyłania się z morza zatoka i wrzyna się do lądu; jest ona tak rozległa, że pas ziemi rozciągający się między wodami morską i rzeczną jest ścieśniony, podobny do wielkiego bagniska. Nieopodal morza znajdują się tereny, które zawierają duże złoża kruszcu zwanego szlachetnym; ma on zdecydowanie ciemną barwę, mimo to lśni takim blaskiem, że nic nie może się z nim równać; jego biel nie ma podobnej sobie.

24. Ludzie skazywani przez tyranów do kopalni złota, to ci, którym przypadł w udziale najnieszczęśliwszy los. Praca w kopalni należy do najbardziej okrutnego rodzaju niewoli. Jedni dzielą tam swój los z żonami i dziećmi, drudzy znoszą ten trud sami. Po tragicznym opisie ogromu ich nieszczęścia, któremu nie dorównuje żadne inne, autor wyjaśnia, w jaki sposób przebiega praca przy złocie.

 

Wejście do staroegipskiej kopalni złota w Bir Umm Fawakhir.

25. W górach, w których znajdują się złoża złota, układa się drewno i rozpala ogień w miejscach urwistych, gdzie skała jest bardzo twarda; w ten sposób skrusza się ją i przystępuje do pracy. Tam, gdzie skała uległa skruszeniu, rozbija się ją za pomocą przecinaka kamieniarskiego. Na czele niewolników stoi robotnik, który dokonuje selekcji kamieni. Kiedy już utoruje drogę dla górników, cała praca ulega podziałowi między nieszczęsnych i zmuszonych do niej ludzi; dzieje się to w następujący sposób.

Najsilniejsi i młodzi uderzeniami żelaznych narzędzi rozbijają skałę lśniącą jak marmur. Uderzając nie stosują żadnej techniki, wykorzystują jedynie siłę mięśni; wycinają w skale liczne chodniki, które nie są proste. Złotodajne żyły idą bądź w górę, bądź w dół, albo w lewo, albo ukośnie, czy też w poprzek, prawie tak jak korzenie drzewa. Ci górnicy z przy wiązanymi na czole kagankami drążą skałę idąc za czymś w rodzaju białej żyły. Często zmieniając pozycję ciała wyrzucają odłamki skały na ziemię nie tak, jak im wygodniej i na miarę swych sił, lecz pod okiem dozorcy, który nigdy ich nie łaje i nie stosuje wobec nich kary bicia. 

26. Do chodników wydrążonych przez górników wchodzą wyrostki, z trudem zbierają kamyki i wynoszą je z kopalni na zewnątrz. Przejmują je od nich ludzie starsi i liczni chorzy, po czym odnoszą je do tak zwanych nadzorców. Nadzorcy w wieku poniżej trzydziestu lat, mający siłę do rozbijania, biorą kamienne moździerze, w których żelaznymi tłuczkami kruszą starannie kamienie na drobne kawałki; największy z nich miał mniej więcej wielkość soczewicy. Następnie przekazują je od razu innym robotnikom. Praca kobiet zamkniętych w tym obozie wraz z mężami i dziećmi polegała na tym: w obozie stały jeden przy drugim czynne młyny; do nich kobiety wrzucały stłuczony kamień. Trzy kobiety stały po obu stronach korby młyna i tak mełły; ich ubranie przedstawiało straszny widok, gdyż zasłaniało jedynie wstydliwe części ciała. Mełły one dostarczony im, pokruszony kamień dopóty, dopóki nie zamienił się on w proszek.

Wszyscy, którym przypadł w udziale opisany los, woleliby umrzeć niż wieść takie życie.

Fragmenty młynów do kamienia z Bir Umm Fawakhir.
27. Proszek otrzymany w wyniku pracy kobiet odbierają tak zwani płukacze. Są nimi wykwalifikowani robotnicy umiejący doprowa­dzić całą pracę do końca dla potrzeb króla. Ich zadanie jest następujące: rozprowadzają zmielony kamień na szerokiej, płaskiej i gładkiej desce, którą umieszcza się nie w pozycji poziomej, lecz nieco pochyłej. Płukacze leją wodę i rozgniatają proszek rękami, początkowo lekko, potem silniej. W ten sposób, sądzę, ziemia rozmięka i spływa wraz z wodą po nachylonej desce; składniki cięższe i użyteczne pozostają na desce nieruchome. Po kilkakrotnym płukaniu płukacz zbiera ostrożnie proszek za pomocą miękkich i gęstych gąbek, czyści go przez jakiś czas i usuwa resztki substancji lekkich i miękkich pozostałych w porach gąbki; na desce pozostaje to, co wydzielone, ciężkie i błyszczące, a jest to metal ciężki i przemieszczający się z trudem z powodu swojej naturalnej wagi.

28. W ten sposób ów płukacz oczyszcza złoty piasek z zanieczyszczeń i oddaje wytapiaczom. Wytapiacze biorą zebrany w odpowiedniej ilości złoty piasek i wkładają według określonej miary i wagi do glinianego naczynia, w którym mieszają go w ustalonej proporcji z bryłkami ołowiu, grudami soli, dodając trochę cyny i otrąb jęczmiennych, po czym zamykają naczynie hermetyczną pokrywą, smarują ze wszystkich stron i ustawiają w piecu do wytopu przez pięć dni i pięć nocy bez najmniejszej przerwy. W następnym dniu poddają wytopioną w ogniu mieszankę lekkiemu ochłodzeniu, wlewają do innego naczynia i nie znajdują już żadnego składnika włożonego wraz z ziarnami złota; zastają jednolitą masę złota z niewielkim ubytkiem spowodowanym szlaką.

 

Płukanie, wytop i ważenie złota.

29. Śmierć wielu ludzi w kopalniach sprowadza się do tego, o czym mówiłem, mianowicie, jak gdyby sama natura chciała pokazać, że zdobywanie złota okupuje się wielkim nakładem znoju, jego zabezpieczenie jest trudne, zabiegi o jego posiadanie ogromne i że użytek złota daje w połowie przyjemność, a w połowie kłopot; sposób jego produkcji jest w sumie bardzo archaiczny.

Focjusz, Biblioteka, tłum. Oktawiusz Jurewicz, IW PAX 1999, s. 36–38.

W obronie przed bezprawiem (Jan Skórzyński, „Siła bezsilnych”)

W czasach, gdy wyrażenie swojego zdania nic nas nie kosztuje, wszelkiego rodzaju listy protestacyjne i petycje krążą swobodnie i nawet nie musimy odchodzić od komputera, by je podpisać, dziwnie myśli się o ludziach, którzy w niezbyt odległej epoce, owianej dziś mgiełką melancholii, zaryzykowali wiele, by dać wyraz swojej niezgodzie na otaczającą ich rzeczywistość, a przede wszystkim – by nie pozwolić krzywdzić tych, którzy sami bronić się nie potrafili.

Czytaj dalej

„Napisz, proszę, chociaż krótki list…”

„Napisz, proszę, chociaż krótki list…”

W.V. Davies, Egipskie hieroglify, tłum. Maciej G. Witkowski, RTW 1998.
John Chadwick, Pismo linearne B i pisma pokrewne, tłum. Piotr Taracha, RTW 1998.
Larissa Bonfante, Język etruski, tłum. Witold Dobrowolski, RTW 1998.
Pomyśleliście kiedyś z wdzięcznością o tym starożytnym facecie, który w błysku geniuszu albo w pocie czoła wynalazł pismo? Może nie chciało mu się spamiętywać wielopiętrowych list zakupów dyktowanych przez małżonkę, albo znudziło mu się zapisywanie liczebności stada kóz za pomocą nacięć na kijku. A może ukochana molestowała go co dzień: Napisz, proszę, chociaż krótki list… Cokolwiek nim kierowało – chwała mu! Cóż byśmy bez niego poczęli, skazani wyłącznie na pieśni aojdów czy innych trubadurów i babcine bajania przy kominku? Swoimi opiniami o wysłuchanych pieśniach moglibyśmy się co najwyżej dzielić w kółkach dyskusyjnych działających przy miejskich bazarach. „Pieśń, którą recytował Homer wczoraj wieczorem, zdecydowanie słabsza od przedwczorajszej, ten katalog okrętów to jakaś potworna dłużyzna, na co to komu?” „Z punktu widzenia fabuły faktycznie słabe, ale jaka wartość historyczna, weźcie pod uwagę przyszłe pokolenia”. A tak, dzięki nieznanemu wynalazcy ludzkość mogła sobie radośnie i beztrosko zapisywać złote myśli na glinianych tabliczkach, pergaminie, papierze czy w internecie, składać donosy na sąsiadów albo zamazywać miejskie mury wyborczymi hasłami lub po prostu brzydkimi wyrazami.
 

Graffiti na murze w Pompejach, I wiek n.e.

Niewykluczone, że tych bystrych gości było więcej, bo co prawda tacy Egipcjanie mogli się sugerować osiągnięciami Mezopotamii, ale jednak ich system pisma jest całkowicie odmienny i ktoś musiał go wymyślić niemal od podstaw. Ewolucja pisma sama w sobie jest zagadnieniem fascynującym i wywołującym dyskusje, dzieje zaś odczytania najstarszych zapisów porównać można do dobrych historii detektywistycznych. Pamiętam, jak z zapartym tchem czytałem w „Bogach, grobach i uczonych” C.W. Cerama o odczytaniu egipskich hieroglifów przez Jeana Champolliona czy odcyfrowaniu pisma klinowego. Niestety, autorzy książek wydanych niegdyś przez Wydawnictwo RTW na licencji British Museum Press, choć uznawani za wybitnych specjalistów, nie mają Ceramowskiego daru opowiadania, a ich tłumacze, także uznani eksperci, zdecydowanie nie mieli lekkiego pióra (jak również żadnego wsparcia redaktora i korektora). Mamy więc do czynienia z solidnymi i bogato ilustrowanymi monografiami poszczególnych pism, dostarczającymi rzetelnej wiedzy, ale i wymagającymi nieco samozaparcia, żeby przebrnąć przez niektóre drobiazgowe rozważania lingwistyczne. Zdecydowanie jednak warto się nieco pomęczyć, by dowiedzieć się ciut więcej choćby o mechanizmach rozwoju pisma czy sposobach ich odczytywania.
W.V. Davies przedstawił pismo egipskie, jego ewolucję, rodzaje, zasady zapisu, wreszcie egipską ortografię i gramatykę, o których wiemy dużo dzięki zachowanym zabytkom: inskrypcjom grobowym, modlitwom na paskach papirusu, którymi owijano mumie, dokumentom, dziełom poetyckim i literackim, a nawet szkolnym wypracowaniom i wprawkom. Przez całe wieki hieroglify były fascynującą zagadką, elementem mitu „tajemnego Egiptu”, krainy ezoteryki i wiedzy tajemnej. Próby ich odczytania kończyły się niepowodzeniem. Dopiero odkrycie w 1799 roku kamienia z Rosetty dostarczyło klucza do zrozumienia hieroglifów. Od chwili opublikowania w 1824 roku przez Champolliona wyników jego badań nasza wiedza znacznie się poszerzyła, a W.V. Davies niezbyt sobie poradził z wybraniem tego, co może zainteresować zwykłego czytelnika. Wiele razy grzązł w szczegółach, na dodatek posługiwał się niekiedy mocno specjalistycznym językiem („W zdaniach werbalnych predykatem jest zazwyczaj czasownik występujący przeważnie w stanie koniugacji sufiksalnej. Konstrukcja ta składa się z rdzenia czasownikowego i zaimka sufigowanego”). Na szczęście nie ma przymusu czytania „Krótkiego kursu gramatyki egipskiej”, a reszta tekstu wygląda lepiej.
 

Kamień z Rosetty – bazaltowa płyta zawierająca tekst dekretu kapłańskiego z 196 roku p.n.e., zapisany trzema rodzajami pisma: hieroglifami, demotyką (pismem ludowym) i greką.

Dużo ciekawiej wypadła opowieść Johna Chadwicka o kreteńskim piśmie linearnym B i jego krewniakach, z barwnie zarysowanym tłem historycznym. Jest to ciekawy przykład pisma, którego używano wyłącznie do spisywania inwentarzy, należności podatkowych, liczebności oddziałów wojskowych czy ofiar należnych bogom. Poza tym żadnej poezji, żadnej literatury. Czysta proza życia. I pomyśleć, że wiele imion i słów z tych dokumentów znaleźć można w późniejszych poematach Homera.
 

Tabliczka z Pylos zapisana pismem linearnym B, ok. 1450 roku p.n.e. Zawiera informacje o przydziale skór wołowych, świńskich i jelenich dla szewców i siodlarzy.
Nie przetrwała też żadna literatura w języku etruskim, znamy jedynie około trzynastu tysięcy inskrypcji o dość ubogiej treści, a mimo to udało się do pewnego stopnia zrekonstruować język ludu, który wywarł ogromny wpływ na wierzenia, obyczaje i kulturę starożytnych Rzymian. Na etruskich wazach i lusterkach odkryto chociażby imiona bogów czczonych później w Rzymie. Od Etrusków przejęli również Rzymianie sztukę odczytywania znaków wróżebnych, na przykład z wnętrzności zwierząt. Co ciekawe, do dziś nie mamy pojęcia, do jakiej grupy języków należał etruski, który nie przypomina żadnego z języków europejskich i nieeuropejskich. Larissa Bonfante ciekawie wplata w rozważania lingwistyczne rozmaite informacje o dziejach Etrusków, ich organizacji społecznej, życiu codziennym, religii. Książka jednak pozostawia spory niedosyt – na szczęście mam na półce „Życie codzienne Etrusków” Jacques’a Heurgona, więc sobie doczytam. Kiedyś.
 

Brązowy model wątroby baraniej znaleziony w Piacenzy, ok. 150 roku p.n.e. Wyryto na nim 52 imiona bóstw.

%d bloggers like this: