„Odrobinka w tej wielkiej całości” (Jarosław Iwaszkiewicz, „Podróże do Polski”)

Piechotą, konnym wozem, koleją, samochodem, a nawet motorówką przemierzał Jarosław Iwaszkiewicz Polskę, kraj bliski i znajomy, a jednocześnie egzotyczny i daleki – bo taka była Polska dla małego chłopca wychowywanego na Ukrainie, który znał ją początkowo tylko z opowieści, i taka pozostała dla dorosłego mężczyzny. Przez całe swe długie życie Iwaszkiewicz, jak sam pisze, nie zdołał się Polską nasycić, nie zdążyła mu też ona spowszednieć. Oglądał ją zawsze z niezmiennym zaciekawieniem, inspirowała go i pobudzała. Z tych wrażeń i wspomnień, „nieokreślonych uczuć, impresjonistycznych obrazów, bezideowych rysunków” składa się tom „Podróże do Polski”.

„Mogli tak gadać godzinami…” (Piotr Mitzner, „Hania i Jarosław Iwaszkiewiczowie”)

 

 
Jednego książce Piotra Mitznera odmówić nie można – czyta się ją znakomicie. Do tego stopnia, że umieszczona na przemyślnej konstrukcji z garnków (patent a la Mama Żakowa z „Szóstej klepki”) umilała mi jakieś monotonne czynności kuchenne. Język jest potoczysty, a liczne cytaty – z utworów Iwaszkiewicza, dzienników i korespondencji małżonków, wspomnień i relacji ich krewnych, przyjaciół i znajomych – smakowite. Może trochę za dużo tu poezji w prozie, ale autor uznał, że i w wierszach Jarosława mogą kryć się wskazówki pozwalające odkryć na czym polegał fenomen małżeństwa Iwaszkiewiczów, którzy wytrwali ze sobą niemal sześćdziesiąt lat.

Nijako i bez emocji (Jarosław Iwaszkiewicz, „Wybór opowiadań”)


Brzydki, kiepsko wydany tomik zawiera cztery powojenne opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza: „Ikara”, „Kwartet Mendelssohna”, „Dziewczynę i gołębie” i „Heydenreicha”. Zdecydowanie z tej czwórki wyróżnia się „Ikar”, mordowany kiedyś jako lektura w szkole podstawowej; krótka opowieść snująca paralelę między historią mitycznego Ikara a losem młodego chłopaka, który zaczytany wpada pod samochód gestapowców i znika w nim równie niezauważenie dla wszystkich, jak Ikar zniknął w toni morza. Iwaszkiewicz znakomicie pokazał dekoracje dramatu: warszawską ulicę podczas okupacji, zbliżający się wieczór, zaaferowane tłumy. Miniatura jest dopracowana do perfekcji, a jednak coś nie pozwalało mi się przejąć losem Michasia, jak go nazwał narrator. Mam wrażenie, że scence zabrakło napięcia, dramatyzmu, że emocje przesłoniło dążenie do osiągnięcia idealnej formy literackiej, wykazania przez narratora własnej erudycji – patrzcie, nie dość, że tylko ja zauważyłem ten jednostkowy dramat, to jeszcze skojarzył mi się on z mitologią i nawet z obrazem Breughla.