Pisarze ze starej szkoły (XVI): O damskim kryminale rodem z PRL-u

Pisarze ze starej szkoły (XVI): O damskim kryminale rodem z PRL-u


W 1975 roku dwaj młodzi krytycy literaccy, Feliks Trzymałko i Szczęsny Dzierżankiewicz, rozpoczęli swoje zmagania z peerelowską grafomanią. Szczególnie upodobali sobie swojską powieść kryminalną, zwaną milicyjniakiem, ukazując czytelnikom mechanizmy powstawania ich ulubionych utworów i odkrywając nowe podgatunki, np. „kryminał uszminkowany” Urszuli Milc-Ziembińskiej pt. Tajemnica „Elizabeth Arden” (Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1975, ss. 217, nakład 100 000 egz.).
Różne bywają sposoby ożywiania postaci pozytywnych bohaterów w polskiej powieści kryminalnej. Doskonały jest katar. Wystarczy po prostu obdarzyć porucznika Zielińskiego czy innego tam majora Grabowskiego silnym nieżytem, i już śledztwo utrudnione a w powieści więcej życia. Inna znana metoda to odzwyczajanie się bohatera od palenia, albo przeciwnie, palenie nadmierne. Dobry jest też chwyt znany w kręgach twórców powieści milicyjnej pod kryptonimem „Zaniedbywana żona”: kapitan Olszewski czy podporucznik Wiśniewski otrzymują wtedy do towarzystwa małżonkę, która od czasu do czasu ponarzeka na nieregularny tryb życia pracowitego męża, nadając powieści natychmiast mnóstwo życiowego ciepła i autentyzmu.

Pani Urszula Milc-Ziembińska w swojej debiutanckiej (według wszelkich oznak) powieści posłużyła się sposobem najbardziej niezawodnym: jej bohaterowie są dowcipni. Jak coś powiedzą, to boki zrywać, a na wesoły żart stać ich dosłownie w każdej sytuacji. Ot, znaleziono na ulicy zwłoki kobiety – i już nad trupem nawiązuje się dowcipny dialog między kapitanem a sierżantem:

„– No i co, kapitanie, mamy nową robotę?

– A mamy, mamy. W sam raz dla ciebie. Młoda, piękna, elegancka

kobieta; tyle tylko, że nie żyje.

– Duża przykrość. Ale jak się to stało?

– Normalnie. Ktoś jej pomógł.

– Jakby mi pan kapitan nie powiedział, pewnie umarłbym w nie­świadomości” (s. 7).

Śmiejąc się do rozpuku, czytamy dalej i bawimy się coraz lepiej. Oficerowie zwracają się do siebie nawzajem per „ozdobo milicji”, „wodzu” lub „perełko”, w rozmowach cytują żartobliwe powiedzonka („– Romek, zmiłuj się i przestań śpiewać […], bo głos masz, ale do baletu, natomiast nogi, to powiem ci, stary, w sam raz do chóru”, 108) i w ogóle brylują przed nami bez chwili wytchnienia. Toteż nie może dziwić, że śmiechu jest w powieści co niemiara: „– Wojtek, odnoszę coraz częściej wrażenie – Czerwiński głośno się śmiał – że ty wyraźnie pomyliłeś się z powołaniem [!]. Powinieneś, stary, w Syrenie występować i ludzi rozweselać” (166). Z całą przyjemnością przyznajemy kapitanowi Czerwińskiemu rację: humor powieści jest rzeczywiście na poziomie warszawskiego teatru „Syrena”. A nawet niżej.

Jeśli chodzi o intrygę kryminalną, przeprowadzona jest ona w sposób typowo damski, to znaczy przy użyciu maksymalnej liczby szczęśliwych zbiegów okoliczności i cudownych przypadków. Sprawca zbrodni zostaje wykryty właściwie tylko dzięki temu, że kpt. Czerwiński znalazł się przypadkiem w mieszkaniu pewnej pani, podszedł tam przypadkiem do półki z książkami, jedną z nich przypadkiem wyciągnął i zaczął wertować, po czym przypadkiem znalazł w niej pewien list, który oczywiście natychmiast przeczytał, choć skądinąd list był nie do niego adresowany. Pod koniec powieści zjawia się nagle jakiś zagadkowy profesor Nowak, o którego istnieniu nie mieliśmy dotąd pojęcia, i dokłada swej naukowej ręki do wyjaśnienia tajemnicy morderstwa. Zbędne byłoby dodawać, że zbrodniarzem okazuje się w końcu osoba, którą bez przerwy podejrzewaliśmy z przyczyny jej rozlatanych oczu i spoconych rąk, a mianowicie zdegenerowany niedobitek arystokracji nazwiskiem Sosnkowski, podstarzały reakcyjny goguś, którego pisarka słusznie piętnuje za niestosowny do wieku ubiór i farbowanie sobie włosów. Jeśli już o tej ostatniej czynności mowa, trzeba oddać autorce sprawiedliwość, że na pisaniu powieści kryminalnych to się ona może nie zna, ale na kosmetykach owszem. Zaprawdę, nic co damskie nie jest Urszuli Milc-Ziembińskiej obce. Wprawdzie do końca powieści nie dowiadujemy się, po jaką cholerę jedna pani drugiej pani wcisnęła do ręki pomadkę do ust nadziewaną cyjankiem potasu i kazała się umalować, ale faktem jest, że o pomadkach, pudrach, kremach i perfumach mówi się tu dużo i z zapałem. Wydaje nam się, że i pani Milc-Ziembińska, aby użyć jej stylistyki, „pomyliła się z powołaniem”.


Stanisław Barańczak, Książki najgorsze i parę innych ekscesów krytycznoliterackich, a5 1990, s. 61–62.

Pisarze ze starej szkoły (VIII): Pisarze i krytycy

„Karafka La Fontaine’a” to ostatnie wielkie dzieło Melchiora Wańkowicza, opowieść o jego pracy i warsztacie pisarskim, o sztuce pisania, a w szczególności o sztuce reportażu. Osobny rozdział poświęcony został krytyce i krytykom.
Melchior Wańkowicz.
Dopóki [książka] się nie ukazała, autor ją słyszy wewnątrz siebie. I chyba notorycznie – źle słyszy. „Sami nie wiemy – mówi Parnicki – co odrzucamy z rzeczywistości, którą mamy przed sobą i którą ujmujemy w słowa, uświadamia nas o tym później czytelnik albo krytyk”. Toteż emocja osądu jest nieodłącznym składnikiem pisarstwa.
Tak czy owak – pisarz potrzebuje spojrzenia z boku albo obiektywnej oceny jego założeń ideowych czy formalnych, albo żeby jego megalomanii przytrzeć rogów, albo jego zwątpieniom podać pomocną rękę. […]
Obawiam się, że [w Polsce] krytyką się emocjonują tylko debiutanci. Pisarze o wyrobionej marce prawdopodobnie by pragnęli krytyki całym sercem jako cennego współpracownika w swoim warsztacie. Znaleźliby pożywienie w recenzji surowej, krytycznej, lecz wnikliwej. Ale doświadczenie nauczyło ich, że recenzje będą zwykle przychylnie odfajkowane i puste.
Krytycy nie hołdują poglądom Sandauera: „Krytyka, jak ja ją pojmuję, nie jest zajęciem miłych i uczynnych ludzi. Jest bezustanną rezygnacją z dobrych stosunków na rzecz bezlitosnej prawdy”. Ale nie mam pewności, czy Katon-Sandauer byłby zdolny powiedzieć pisarzowi słowami z Hamleta: „Nie ruszysz się stąd, aż ci postawię zwierciadło, w którym zobaczysz najtajemniejszą głąb duszy własnej”.
Wobec tego zapewne pisarz polski jest więcej skazany na kontrolę jednostronną – wsłuchując się w odbiór przez czytelników.
I tu go czekają niespodzianki, jak cukiernika, który wynalazł nowy rodzaj ciast, wyłożył je i czeka na zachwyty.
Pierwszy gość, który spróbował, powiedział: – Nie, proszę zapakować raczej napoleonki, stefanki i babki śmietankowe.
– Jak to? – woła cukiernik – czy wie pan, co wchodzi w skład tego ciastka?
I poczyna wyliczać ingrediencje.
Ale cóż to pomoże – cukiernik ma skład ciastka w głowie, a klient na języku. Nie smakuje i tyle…
Narcyz zadufany w sobie przejrzał się w strumieniu krytyki i zobaczył, że ma krzywą gębę. Straszne!
No, nie takie znowuż bezwzględnie straszne, kiedy i krytykom nie spodoba się ciastko. Niektórzy lubią ciastka anyżowe, a są i tacy, którzy przepadają za ciastkami z lukrecją. Skoro więc od wieków wypieka się ciastka i z takimi ingrediencjami, to znaczy że gusta są pojęciem względnym. […]
Przed wojną książka poczytnego autora miała w ciągu dwu lat pół setki i więcej recenzji – był to różnobarwny bukiet – od hołdów do połajanek.
Autor uzyskał pewien poklask za określone rzeczy w książce poprzedniej i próbował nasilić dawki tych rzeczy, którymi trafiał do rozumu lub wyobraźni. Podwoił dawki patosu albo rubaszności, albo groteski, albo metafory, albo rozlewności, albo zwięzłości, albo sentymentalizmu, albo lakonizmu, albo impresji, albo dokumentaryzmu, albo… albo… albo… – tysiące tych „albo”.
No i wtedy – słyszy dzwonki ostrzegawcze. Wyważy w sobie. Przemyśli.
I wówczas – w pas kłania się krytyce, walnemu towarzyszowi. Bo, jak mówi Parandowski, człowieka trawi całe życie głód oceny. Domaga się jej każda garść słów powiązana z myślą”.
Sokrates w jednym z Platońskich dialogów mówi: „Jest wielkim nieszczęściem człowieka publicznego, o ile się natyka na brak krytyki”. […]
W rozdziałku o listach czytelników piszę o korzyści nawet z brutalnych anonimów. Hemingway irytował się na łatwo pochlebne recenzje, chciałby mieć uwagi, z których mógłby się czegoś nauczyć. Taki krytyk, który jak król Midas zmienia wszystko, czego się dotknie, w złoto, sprawia, że ludzi nie wzbogaci, tylko zamorzy głodem, bo przecie złotem się nie posilą. […]
Andrzej Wasilewski uważa, że „mądry akceptuje krytycznego partnera dla własnego dobra, a głupi tępi go na własną zgubę”.
Pisarz więc tęskni do rzetelnej krytyki. Jeśli jest ostra, lecz ugruntowana, pisarz może się zbiesić, rozpowiadać wszędzie, że krytyk ma ośle uszy, ale krytyk doświadczony nie tylko tym się nie przejmuje, ale doświadcza zadowolenia. Wie, że trafił celnie, że oścień utkwił w organizmie pisarskim, że komórki tego organizmu poczynają wytwarzać substancje zaleczające, obronne, zmężniające organizm.
W tym wypadku krytyk spełnia rolę osełki, która zaostrza, choć sama nie kosi. […]
Melchior Wańkowicz, Karafka La Fontaine’a, t. 2, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 206, 211–213.
%d bloggers like this: