Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane (Natalia Rolleczek, „Gang panny Teodory”)

Być może najstarsi krakowianie pamiętają tamto lato z początku lat sześćdziesiątych, gdy ich miastem trząsł gang panny Teodory. Jego złowrogi cień obejmował cały Zwierzyniec, sięgał po Wawel, a nawet podkrakowskie wsie. Nikt z przerażonych mieszczan nie miał pojęcia, że za bezwzględną przestępczą strukturą kryje się czternastoletnia panienka. Bynajmniej żadna do szpiku kości zdemoralizowana zbrodniarka, ale najzwyklejsza Danuta Pętlikówna, której nie wypalił wyjazd na wakacje.

Wehikuł czasu (Robert McCammon, „Magiczne lata”)

Ta książka jest wszystkim, co potrzebne, by wrócić w czas dzieciństwa: wehikułem czasu, magdalenką maczaną w herbacie – czy raczej babcinym smalcem na wielkiej pajdzie chleba. I nieważne, czy to dzieciństwo przypadło trzydzieści czy dziesięć lat temu, dzięki „Magicznym latom” do niego wrócicie – dajcie się tylko prowadzić głównemu bohaterowi, zrzućcie z siebie ciężar wieku, balast doświadczeń i przypomnijcie sobie jakiś epizod z roku, w którym mieliście dwanaście lat.

Palec w zupie (Natalia Sherba, „Czasodzieje. Klucz czasu”)

Gdyby porównać „Czasodziejów” do jakiejś potrawy, byłby to barszcz ukraiński. Ugotowany przez utalentowanego i doświadczonego kucharza zadowoli najwybredniejsze podniebienia, przygotowany przez amatora będzie po prostu czerwonawą zupą z warzywami i fasolą. Barszcz przygotowany przez Natalię Sherbę mieściłby się gdzieś pośrodku: od czasu do czasu chrupnąłby w zębach niedogotowany ziemniak, kolor zostawiałby nieco do życzenia, ale potrawa byłaby zjadliwa i w miarę sycąca. Byłaby, gdyby w drodze między kuchnią a stołem kelner nie włożył do talerza brudnego palca. Albo i dwóch.

Notka na rozruch, czyli marudzenia większe i mniejsze

Przerwy w pisaniu mają zdecydowanie jedną złą stronę: całkowicie rozleniwiają i nie chce się wracać. Mam kilka rozgrzebanych tekstów, stos powakacyjnych książek do zrecenzowania i trudności z wykrzesaniem z siebie entuzjazmu do pisania. Zanim więc zbiorę siły do pełnowymiarowych tekstów, proponuję garść marudnych notek. Dla pomarudzenia udało mi się przełamać. Kolejność książek przypadkowa, rozrzut gatunkowy spory.

Odrzucenie i przyjaźń (Aleksander Minkowski, „Gruby”)

Gotów byłbym przysięgać, że „Gruby” Aleksandra Minkowskiego to typowa powieść przygodowa, pełna „chłopczyńskich” awantur, coś w stylu „Księgi urwisów” Niziurskiego. Tymczasem rocznicowa (bo w tym roku mija 50 lat od pierwszego wydania powieści) lektura pokazała, że własnym wspomnieniom nie można do końca ufać. „Gruby” okazał się bowiem niezłym studium psychologicznym dziecka po bolesnych przejściach, które właściwie samo próbuje się uporać z wojennymi przeżyciami, walcząc z odrzuceniem i marząc o przyjaźni i akceptacji.

„Okręt, który morze ukochało szczególnie” (Stanisław Biskupski, „ORP »Orzeł« zaginął”)

20150627_155357Wracałem kilka dni temu z pracy, gdy w radio powiedzieli o odnalezieniu przez Norwegów wraku frachtowca „Rio de Janeiro”. Statek przewoził niemieckich żołnierzy, którzy mieli uczestniczyć w inwazji na Norwegię, a zatopił go w kwietniu 1940 roku polski okręt podwodny ORP „Orzeł”. Tak się przypadkiem złożyło, że tę historię poznałem w zeszłym tygodniu, nadrabiając czytelnicze zaległości.

Ślepy zaułek (Alan Bradley, „As Chimney Sweepers Come to Dust”)

bradley_as chimne
Alanowi Bradleyowi zabrakło pomysłu. Już zdarzało mu się balansować nad otchłanią, w której kłapał zębiskami krokodyl z gatunku „za dużo deus ex machina” i jego krewniak, aligator „za dużo szczęśliwych zbiegów okoliczności”. Tym razem jednak Bradley poleciał w przepaść, w rozdziawione paszcze gadów. I w szpony rozżalonego partaniną czytelnika. Czyli mnie.