Mikołaj był?!

O szóstej rano u Kowalików wszyscy jeszcze spali. Za oknem było zupełnie ciemno. W ciszy rozległ się tylko stukot i gwizd pociągu przejeżdżającego pod mostem Teatralnym. […]
Romcia usiadła na łóżeczku i pomyślała, że chce się jej pić. Potem ziewnęła i nagle zelektryzowało ją przypomnienie, że dziś w nocy miał przyjść Mikołaj… Wyskoczyła z pościeli i rzuciła się od ustawionych rzędem bucików. Przyszedł! Przyszedł! W pierwszym buciku wymacała ziemniaka. No, tak, poczciwy starzec zawsze zostawiał kilka ziemniaków, rodzice twierdzili, że to kara za niegrzeczność, ale Romcia miała swoje zdanie na ten temat: Mikołaj po prostu zapewniał dzieciom podstawowe produkty spożywcze. Romcia nie zdziwiłaby się, gdyby w którymś pantofelku znalazła kotlet schabowy lub pół kostki masła. Następne buciki zawierały już szeleszczące paczuszki z cukierkami, a w kaloszu był nawet batonik. Romcia łakomie wpakowała go sobie w usta i pociągnęła brata za zimną nogę.

Nim północ wybije…

Nim północ wybije, przesyłać można głosy w plebiscycie na ulubioną polską powieść młodzieżową wydaną (po raz pierwszy) w latach 1945–1989 (wszystkie szczegóły podałem w poprzednim wpisie). Maile z propozycjami maksymalnie 15 tytułów można przesyłać na adres: zacofany.w.lekturze@gmail.com. Jest już ukształtowana czołówka, w której wszystko jeszcze może się zmienić! Zapraszam do wspominania i głosowania. Wyniki, zgodnie z obietnicą, w niedzielę.

A żeby uprzyjemnić oczekiwanie na rezultaty, mała galeria ilustracji i kilka cytatów z klasyków.
Seweryna Szmaglewska, Czarne Stopy, ilustr. Zbigniew Lengren, Wydawnictwo Śląsk, 1981, s. 35.
— Marek, leć no prędko po zapałki. Przynieś też od razu śle­dzie, ile tylko znajdziesz.

Śle… Przepraszam!, co takiego, druhu drużynowy?

Śledzie, patałachu. Mówię wyraźnie: zapałki i śledzie. Coś takie oczy wybałuszył na mnie?! Ganiaj!

Marek odwrócił się. Wyraz niepewności malował się w jego rysach. Uszedł kilka kroków, obejrzał się, nikt jednak nie zwracał na niego uwagi. Śledzie? Nagle stuknął się w czoło i skoczył szybko. Zniknął w gęstwinie krzaków.

Upłynęły może dwie minuty, a już zaczęto go niecierpliwie nawoływać.

Prędzej, gdzie te śledzie? Poszedłeś po nie do stolarza?

Marek nadbiegł wreszcie potrząsając pudełkiem zapałek.

Druhu drużynowy, melduję: w magazynie żywnościowym śledzi nie ma, są tylko piklingi. Kucharz kazał się dowiedzieć, ile potrzeba…

Wróble, co młóciły pobliski łan żyta, zerwały się nagle podcięte śmiechem całej gromady.

O rany kota! Druhu! Takiego patałacha tośmy jeszcze między sobą nie mieli.

Marek! A może w sklepiku wiejskim dostaniesz? Ganiaj. Zakup całą beczkę… Tylko żeby były dobrze nasolone!!! Chciał umocnić namiot pudełkiem zapałek i wędzonymi piklingami. 

Małgorzata Musierowicz, Kwiat kalafiora, ilustr. Małgorzata Musierowicz, Nasza Księgarnia 1985, s. 5–6.
Suknia była różowa.
Na zgięciach i szwach tkanina migotała delikatnie i złociście. U dołu spódnicy tryskał tęczowymi iskrami ornament ze sztucznych brylanci­ków. Wisiała na sinym manekinie w oknie wystawowym Domu Mody „Telimena” przy ulicy Armii Czerwonej w Poznaniu.

Kreacje tego typu nie podobają się na ogół wyrafinowanym elegantkom. Ale Ida Borejko do takich nie należała. Miała lat czternaście, była chuda, rudowłosa i odziana w za duże palto odziedziczone po starszej siostrze — Gabrieli.

— Chciałabym — powiedziała Idą Borejko gorącym głosem. — Chciałabym być brunetką. — Przykleiła nos do szyby wystawowej Domu Mody „Telimena” i pożerała wzrokiem błyszczące, różowe cudo konfekcyjne. — Gdybym była brunetką — dodała następnie — mogła­bym malować usta na wiśniowo.

A tak to nie możesz wcale — celnie odparła Gabriela, rosła i dorodna siedemnastoletnia sportsmenka o niebywale długich nogach. — Ida, dziecino, idziemy. Jestem głodna jak szakal.

Edmund Niziurski, Sposób na Alcybiadesa, ilustr. Zbigniew Łoskot, Nasza Księgarnia 1971, s. 199–200.

Dla klasy nastały teraz wielkie dni. Rozpoczął się sławny w dziejach naszej budy okres Wielkiego Asocjacyjnego Bluffu. Triumfalne pochody z Alcybiadesem, zwane przemarszami Ósmej Legii, trwały odtąd nieprzerwanie. Utarł się już cały ceremoniał. W poniedziałki, środy i piątki, w dni lekcji historii, spotykaliśmy się z Alcybiadesem jeszcze na drodze do szkoły i odprowadzaliśmy go zwartą gromadą aż do drzwi pokoju nauczycielskiego, przygotowując grunt do kolejnego Dryfu. Następnie pojawialiśmy się znowu na pauzie przed lekcją historii. Zabieraliśmy mapy, plansze, aparat projekcyjny i kasety z filmami i maszerowaliśmy z Alcybiadesem do klasy. Pochody te budziły sensację w szkole, gdyż żadnego z profesorów tak tnie odprowadzano. Z chwilą gdy Alcybiades przekraczał próg klasy, popadał od razu w błogie oszołomienie wynikające z działania Haszyszu ciszy. Zanim odurzenie mijało, przystępowali do działania Stoicy. Stoikami Alcybiades nazywał żartobliwie uczniów, którzy wstawali do odpowiedzi. […] Prócz wyuczenia się bieżącej lekcji, do ich obowiązków należało przygotowanie tematu i materiałów do Dryfu.

Adam Bahdaj, Do przerwy 0:1, ilustr. Stanisław Rozwadowski, Nasza Księgarnia 1970, s. 247–248.

Piłkę wybijał Perełka. Na środku boiska złapał ją Krzyś Słonecki. Prowadził ją spokojnie. Potem podał do Pająka. Ten popisał się dwiema pięknymi „główkami”, a gdy minął pomocnika, przedłużył podanie do Ignasia. Ignaś wyprysnął do przodu i w pełnym biegu oddał piłkę Maniusiowi.

— Strzelaj! — ryknęły zielone trybuny.

Paragon był już tak zmęczony, że słaniał się na nogach. W oczach miał mgłę. Zdawało mu się, że wszystko tonie w kleistej, ciężkiej mazi. Czuł ból przy każdym ruchu. Ale gdy zobaczył przed sobą piłkę, zerwał się wkładając ostatki sił. Ktoś biegł obok niego, dysząc ciężko. Jakaś zielona koszulka chciała mu zagrodzić drogę… Dojrzał przed sobą zamazany prostokąt bramki… Minął przeciwnika i posłał piłkę do bramki… W tej samej chwili ktoś podciął mu nogi. Chłopiec upadł, przekoziołkował i zatrzymał się na samej linii bramkowej.

W uszach szumiał mu potężny wrzask trybun, w oczach migotały czarne i czerwone krążki. Widział leżącego bramkarza i żółtą kulę piłki tkwiącą w rogu bramki.

„Jest” — pomyślał.

— Jest! Jest! — usłyszał triumfalne okrzyki kolegów.

Z trudem podźwignął się z ziemi. Stał oszołomiony nagłym szczęściem. Zielona murawa boiska, błękitne płaty nieba, barwny tłum, czarne koszulki graczy, wszystko wirowało mu przed oczami, jakby stał w parnym środku olbrzymiej karuzeli.

Ignaś i Mandżaro rzucili mu się na szyję.

— Świetnie, Paragon! Brawo, Paragon!

Czytadła na lato (subiektywnie)

Jako osobnik do głębi aspołeczny wszelkie zaproszenia do blogowych łańcuszków zbywam gniewnym fuknięciem albo wzruszeniem ramion. Ale propozycja Kalio, bym przedstawił dziesięć najlepszych książek, jakie przeczytałem, trafiła w dobry moment, bo odsuwa o kilka dni konieczność napisania wreszcie jakiejś recenzji z tych kilkunastu przeczytanych ostatnio pozycji. A zarobiony jestem, więc dodatkowa praca koncepcyjna mnie po prostu odrzuca.
No więc proszę uprzejmie. Może nie dziesięć najlepszych w ogóle, ale dziesięć najlepszych letnich książek według Zacofanego.w.lekturze (w kolejności, w jakiej przychodziły mi do głowy). Wybrałem tylko książki, które czytałem po kilka, albo wręcz po kilkanaście razy:
1. Magda Szabo Tajemnica Abigel – w wakacje co prawda oglądałem serial, ale właśnie wtedy zapamiętałem nazwisko autorki i potem długo szukałem książki w bibliotekach. Kiedy już znalazłem, wypożyczałem ją sobie co jakiś czas, póki nie zdobyłem własnego egzemplarza. Właśnie wyszło wznowienie, więc ze znalezieniem powieści nie będzie problemów, a więcej o książce pisałem tutaj.
2. Joanna Chmielewska – powinienem napisać WSZYSTKO (no prawie), ale padło na Całe zdanie nieboszczyka. W końcu taką egzotykę rzadko się spotyka: jaskinia hazardu w Kopenhadze, basen w brazylijskiej rezydencji mafii, jacht na Atlantyku i lochy w zamku nad Loarą. O Sycylii nie wspomnę. Ostatnio przypominałem kulisy powstawania tej powieści (tu i tu).
3. Małgorzata Musierowicz – najbardziej letnie są chyba Ida Sierpniowa i Nutria i Nerwus, ale ja zdecydowanie wolę pierwsze trzy części Jeżycjady: Szóstą klepkę, Kłamczuchę i Kwiat kalafiora. Mogłem czytać w kółko.
4. Marcin Szczygielski PL-Boy, czyli zbiór scen z życia redakcji miesięcznika dla mężczyzn. Fabuła dość luźna, za to poszczególne epizody bawią mnie do łez. Humor z gatunku mniej subtelnego, akurat żeby sobie porechotać. Panowie, jeśli wierzycie, że roznegliżowane modelki na zdjęciach wyglądają tak samo w rzeczywistości – nie sięgajcie po PL-Boya.
5. Nie wiem, czy znalezienie się Nad Niemnem w gronie letnich czytadeł, to nobilitacja dla reszty wymienionych, czy może wstyd dla Orzeszkowej, ale niech tam. Nigdy nie ukrywałem, że uwielbiam tę powieść, od pierwszego czytania, a to już – niech policzę – ze 24 lata temu. Lato czuć w tej książce na każdej stronie.
6. Janusz Przymanowski Czterej pancerni i pies – proszę mi nie mówić, że fałszuje obraz wojny, prawdę historyczną i takie tam. Przez długie lata czytałem od początku do końca i od dowolnie wybranego momentu do końca (albo do innego wybranego momentu). Albo co drugi rozdział, pomijając te mniej lubiane.
7. Zygfryd M. Stryjecki Podchorąży, wojna i ślepy los– w czasach, kiedy na wakacje jeździliśmy PKSem, ciężar bagażu dźwiganego przez tatę był ściśle limitowany. Na książki nie było wiele miejsca, więc przeczytawszy co tam najgrubszego wziąłem ze sobą, usychałem za czymkolwiek do czytania. I wtedy znalazłem zostawione przez ciotecznego brata jenieckie wspomnienia Stryjeckiego: sześć razy próbował uciec z niemieckiej niewoli. Jest o kopaniu podkopu, o sposobach na samodzielne zrobienie busoli, konkursach w jedzeniu chleba i pochłonięciu na sucho puszki neski. Czytałem w każde wakacje, nawet po dwa, trzy razy.
8. Juliusz Verne Tajemnicza wyspa – wszyscy czytali? Fascynowały mnie opisy, jak grupka rozbitków, dysponując niemal wyłącznie własnymi rękami (i wiedzą), buduje od podstaw cywilizację. Przy okazji nabywałem kompleksu niższości, bo ja na bezludnej wyspie mógłbym co najwyżej zbierać kokosy, a nie wytapiać szkło i konstruować wiatraki.
9. Władysław St. Reymont Chłopi – niemal bym o nich zapomniał, ale czytywałem ich sobie ze smakiem na leżaku wystawionym na balkon. Gdy znajomość weszła w głębszą fazę zażyłości, zaczynałem w dowolnym miejscu, ze szczególnym wskazaniem na tom trzeci.
10. Tu mi się nieco myśli spiętrzyły. Bo właściwie powinienem jeszcze dopisać Monikę Szwaję (może Artystkę wędrowną?), Terry’ego Pratchetta (Wyprawa czarownic, a może Maskarada), Smażone zielone pomidory Fannie Flagg, ale ostatecznie stanęło na Wszystko dla pań Emila Zoli. Jest tu jakiś wątek romansowy, ale liczy się tak naprawdę jedno – demon handlu: rozbudzanie apetytów klientów i sposoby ich zaspokojenia, bezwzględne pożeranie konkurencji i rozbudowa własnej firmy. Zaplecze wielkiego domu towarowego i małego sklepu. Agresywna reklama i poleganie na tradycji firmy.
Upały wracają, więc szukajcie cienia i miłego letniego czytania życzę. 

Pisarze ze starej szkoły (VII): Małgorzata Musierowicz, cz. 4

Nie powinienem chyba eksploatować wspomnień Małgorzaty Musierowicz, szczególnie że skończyły się już wątki poświęcone pisaniu, ale nie mogę się powstrzymać. Niech mnie usprawiedliwi fakt, że książka jest słabo dostępna. Dorzucam więc kilka kolejnych fragmentów, które ilustrują temat „polityka i literatura”.
I jak tylko się ukazało [Szósta klepka], z punktu: bęc! – sukces. Nagroda Złotych Koziołków na IV Biennale Sztuki dla Dziecka w moim Poznaniu. Uwaga: ciekawostka! Przewodniczącym jury był znany literat Wojciech Żukrowski, bardzo wtedy ważna osoba. A tu proszę: ledwie mi te Koziołki przyznali, a już do Żukrowskiego zwrócili się z pretensją panowie z Komitetu Wojewódzkiego PZPR, z wydziału kultury, czy czegoś w tym rodzaju, i uczynili mu gorzkie wymówki, że oto dopuścił, by główną nagrodę Biennale i to właśnie w Poznaniu, tu i teraz (był rok 1979) załapała siostra tego ohydnego Barańczaka, który jest członkiem KOR-u  i non stop kala swe gniazdo, przynosząc ujmę rodzinnemu swemu miastu. Na te słowa Wojciech Żukrowski rzekł z mocą: – Panowie, nie będziemy przecież stosowali odpowiedzialności zbiorowej! – i utrzymał w mocy decyzję jury, w którym zasiadały między innymi dwie wielkie damy polskiej krytyki, znawczynie literatury dla dzieci i młodzieży, Halina Skrobiszewska i Krystyna Kuliczkowska. Silną wymowę tego wydarzenia osłabił nieco fakt, że pan Żukrowski natychmiast mi o nim opowiedział, ale bądźmy wielkoduszni, każdy by się chętnie pochwalił, gdyby uczynił coś takiego. […]
 
Małgorzata Musierowicz.
Opium w rosole wyszło wreszcie w 1985 roku, po półtorarocznym oczekiwaniu na półce w wydawnictwie. Całkiem niedawno dowiedziałam się, że fakt ukazania się tej książki zawdzięczam ostatecznie pewnej miłej pani z Krakowa, do której ówczesne Ministerstwo Kultury i Sztuki, czy coś w tym rodzaju, zwróciło się z prośbą o recenzję i zaopiniowanie tej wywrotowej powieści. Pani owa wydała opinię, bardzo zręczną, kładąc w niej nacisk na wzorowe stosunki międzyludzkie i ciepło obyczajowe – i książka dostała zgodę na druk.
Jeszcze kiedy szła odcinkami w „Płomyku” Czytelnicy dali mi najcenniejszą z nagród: „Orle Pióro” – dla ulubionego pisarza nastolatków, a Krystyna Brudnowska-Muszyńska zamieściła w „Tygodniku Powszechnym” wielką i wspaniałą recenzję („Cudowna moc kwiatu kalafiora”). Tak że natychmiast po tym, jak powieść wyszła w formie książkowej – mogła zostać zjechana bezlitośnie przez „Trybunę Ludu” („Mętny rosół”) oraz „Kulturę” („Polityka zdziecinniała”). Nazwisk autorów nie podam. Zawdzięczam im to, że nawet ja, chudopachołek i zapracowana matka wielodzietna, zarobiłam na tę swoją chlubną kartę kombatancką.
 
Prześladowano mnie, owszem, również, ale niezbyt zajadle. W stanie wojennym doniosła mi Helena Stachova, czeska tłumaczka Szóstej klepki, że Kłamczucha już tam nie wyjdzie. Ponieważ nie chciałam występować w telewizji oraz odmówiłam przyjęcia nagrody premiera, Ministerstwo Kultury uznało, że musi przede mną ostrzec świat. Wysłało ostrzeżenie do Pragi, wraz z uzasadnieniem: „Autorka zachowuje się nieodpowiednio” – brzmiała, ku uciesze Heleny, ta informacja.
Do „Naszej Księgarni” natomiast przybył młody napalony z KC, czy czegoś w tym rodzaju, i wymachując listą nazwisk domagał się, by pisarzom z tej listy nie wydawać i nie wznawiać książek. (Odpowiedź dyrektora „NK” znam z przekazu ustnego, niosącego się po wydawnictwie: „Póki ja tu rządzę, najpierw będzie się wydawać u nas książki dobre, a dopiero potem – słuszne!”) Miałam zaszczyt znaleźć się na tej liście, pośrodku, bo była alfabetyczna. Otwierał ją Marian Brandys, a kończyła Wanda Żółkiewska.

Małgorzata Musierowicz, Tym razem serio, Akapit Press 1994, s. 74–79.

Pisarze ze starej szkoły (VI): Małgorzata Musierowicz, cz. 3

Rozmaite rzeczy mogą przeszkadzać w napisaniu kolejnej powieści. Kiedy jednak w proces twórczy wda się Historia, to jest naprawdę ciężko. Małgorzata Musierowicz tak wspominała powstawanie Opium w rosole:
W 1980 roku „Nasza Księgarnia” podpisała ze mną umowę „na niewidziane” (to znaczy – na kolejną powieść), na podstawie bardzo prowizorycznego konspektu. Otrzymałam zaliczkę, którą natychmiast wydałam, po czym niespodziewanie nastał czerwiec 1980, kiedy to przekonałam się z zaskoczeniem, że udało nam się z panem Musierowiczem powołać do życia kolejnego obywatela PRL, więc straciłam chwilowo zapał do pisania, zastanawiałam się tylko, co będzie dalej z nami wszystkimi i jak ja sobie w ogóle dam radę. Rychło nastał sierpień ‘80, a po nim – kolejne, znane skądinąd, historyczne wydarzenia. Emilka urodziła się dokładnie 12 lutego 1981, w dzień dojścia generała Jaruzelskiego do pełnej władzy, o którym to fakcie politycznym dowiedziałam się od mej sąsiadki-położnicy, przeklinającej opodal, na łóżku ustawionym w korytarzu, tuż obok mojego łóżka (sąsiadka miała przy uchu radio tranzystorowe).
Termin oddania powieści trzeba było przełożyć o pół roku, potem o rok, bo okazało się, że z trojgiem dzieci jest jednak bardzo dużo roboty. I tak nastał grudzień ‘81, stan wojenny, a ja wciąż nawet nie zaczęłam pisać powieści.
Pominę tu przykre opisy przykrego okresu, powiem tylko, że po raz pierwszy od bardzo dawna nie mogłam w tamtych dniach wykrzesać z siebie choćby odrobiny radości życia.
Straciliśmy przyjaciela, ojca Honoriusza, dominikanina. Zginął w tajemniczym wypadku. […]
Przestałam móc pisać cokolwiek.
Gotowy tekst pierwszej wersji Opium w rosole oddałam w „Naszej Księgarni” dopiero w 1983 roku. Zamiast zamówionej wesołej powieści współczesnej dla młodzieży, przedstawiłam coś, co przypominało „Biuletyn Informacyjny” pełen oskarżeń i buntu. Historyjka o dziewczynce, zapraszającej się do obcych ludzi na obiadki, usłyszana od koleżanki-plastyczki, posłużyła mi za pretekst do przywalenia z najgrubszej rury. Wojsko na ulicach, nasza bezradność, wszyscy moi bohaterowie siedzą w pudle, ci znów internowani i tak dalej. Ulżyłam sobie: proszę bardzo, miała być powieść – jest powieść, ale niech się nikomu nie wydaje, że ja nie napiszę całej prawdy! Umowy dotrzymałam, a teraz możecie tej książki nie wydać!
Danka przeczytała maszynopis, zawołała mnie do siebie, popatrzała boczkiem. – Um, bardzo ciekawe – powiedziała delikatnie – szkoda tylko, że to nie jest dobra książka.
– Nie jest dobra?!
– Nie. To jest okropnie deklaratywne i zgrzytliwe. Poza tym, nie musisz krzyczeć na cały głos, powiedz prawdę – ale ciszej.
I tyle.
Zabrałam maszynopis i zaczęłam się nad nim męczyć. Doszłam do wniosku, że Danka, jak zwykle, ma sto procent racji – trzeba to wszystko pokazać z innego punktu widzenia, z punktu widzenia dziecka. Geniusia powinna obserwować to wszystko, ale nawet nie komentować – tylko po prostu z tym żyć. I takie właśnie oskarżenie bez oskarżenia wyszło mi nagle zupełnie dobrze. Nagle coś dobrego stało się z tą książką. Być może coś dobrego stało się też i ze mną, bo przecież pisałam to Opium aż pięć lat! tak jest – przerabiając wszystko od początku do końca, jak to już było w moim zwyczaju i w czym zaczynałam nawet znajdować przyjemność – tyle że tym razem „Nasza Księgarnia” nie popędzała. Termin oddania powieści przesunięto.
No, ale wreszcie trzeba było jednak oddać maszynopis. Miałam go już zresztą dość. Strasznie się nad tą książką namęczyłam, jak nad żadną inną. Może bym i bawiła się jeszcze dłużej w to pisanie i poprawianie, ale okazało się nagle, że w tym zapracowaniu i roztargnieniu udało nam się z panem Musierowiczem sprowadzić z niebytu jeszcze jednego obywatela PRL. Bolesław Honoriusz Musierowicz urodził się dokładnie l listopada 1985 i nie miałam już głowy do pisania, przynajmniej na najbliższe trzy lata, bowiem wyszło na jaw, że z czwórką dzieci to jest dopiero dużo roboty.

Małgorzata Musierowicz, Tym razem serio, Akapit Press 1994, s. 77–78.

Pisarze ze starej szkoły (V): Małgorzata Musierowicz, cz. 2

Po wydaniu debiutanckiej powieści Małgorzata Musierowicz napisała kolejną książkę, Szóstą klepkę, i złożyła ją w Naszej Księgarni. I wtedy okazało się, że to nie jest dobry tekst, ale można nad nim popracować.
Pojechałam więc, obolała wewnętrznie po tej wewnętrznej recenzji. Spałam w Ursusie, u Cioci Luci, która gorąco, jak zwykle, przeżywała nowe wydarzenia w moim życiu. Nazajutrz, nakarmiona śniadankiem i ucałowana przez przejętą Ciocię, ruszyłam na ulicę Spasowskiego (dziś: Smulikowskiego) na Powiślu. We wskazanym mi pokoiku podniosła się na mój widok drobna, szczuplutka pani o ciemnych włosach i mądrej, z lekka ironicznej twarzy, ubrana niezwykle elegancko i prosto zarazem, pachnąca perfumami „Je reviens”. Była to właśnie Danuta Sadkowska, mój Dobry Duch, człowiek opatrznościowy, opiekunka i wieloletnia przyjaciółka – o czym naturalnie jeszcze wtedy nie miałam zupełnie pojęcia. Stałam onieśmielona i mocno wystraszona, dopóki pani Danuta Sadkowska nie uśmiechnęła się do mnie. Wtedy od razu pojęłam, że nie zostanę zjedzona, usiadłam i postanowiłam, że zrobię dla tej kochanej istoty wszystko, czego zażąda.
Zażądała wielkiego wysiłku. Powiedziała, że moje wypieszczone dzieło jest, owszem, chwilami niezłe (Kochana!), ale że trzeba wiele wyrzucić i wiele zmienić. Czy się zgadzam?
Oczywiście.
Wtedy pani Sadkowska podniosła słuchawkę i poprosiła jakąś Elżbietę. Już po chwili w drzwiach stanęła promienna, opalona blondynka, znajdująca się w stanie bardzo wyraźnie błogosławionym. Była to moja druga przyszła przyjaciółka i Dobry Duch, czyli redaktor Jasztal-Kowalska.

Razem wzięły mnie w obroty. Zażądały ode mnie ciężkiej pracy i mówiły mi rzeczy nieprzyjemne. Ale mówiły mądrze i ukazywały sposoby poprawy. Przekonały mnie natychmiast, że powinnam przede wszystkim być sobą, nikogo nie naśladować, nie starać się nikomu dorównać, zapomnieć o obowiązujących modach. Być sobą – i pisać. Tak? – hm. Tak, to mi się podobało.

To moje Dobre Duchy wymyśliły, że akcja Szóstej klepki powinna rozgrywać się w Poznaniu, a nie w jakimś wymyślonym mieście, one mi doradziły, by w tekście pojawiało się dużo realiów, odnoszących go do współczesności, one zażądały, bym nie stawiała żadnych tam humorowi i śmiesznym pomysłom. One kazały mi – pisząc – myśleć o ludziach, których lubię. I wreszcie to one postanowiły, że powieść Szósta klepka powinna być adresowana wyraźnie do dziewcząt.
Tak, że właściwie wszystko, co zdarzyło się potem, jest przede wszystkim ich – Dobrych Duchów – zasługą.
[…] przerobiłam Szóstką klepkę od początku do końca, czyli, krótko mówiąc, napisałam ją od nowa, po czym posłałam maszynopis do Danki i Elżbiety. One zaś stwierdziły, że wszystko jest OK, tylko że trzeba by jeszcze przerobić parę rzeczy. No,dobrze. Przerobiłam więc, ale w trakcie tej pracy okazało się niespodziewanie, że w pewnych dziedzinach życia jestem Perfekcjonistką oraz wręcz Pracowitą do nieprzytomności Pszczółką. Danka i Elżbieta kazały mi przerobić tylko to lub owo, ja zaś z rozmachu przerobiłam po prostu wszystko, raz jeszcze od początku do końca. Zabrały mi wreszcie ten tekst, wyrwały mi go z zębów po prostu – i poszło do druku. […]
Dostałam drugie miłe honorarium literackie i kupiliśmy pralkę Candy. […]
Małgorzata Musierowicz, Tym razem serio, Akapit Press 1994, s. 72–74.

Pisarze ze starej szkoły (IV): Małgorzata Musierowicz

Dziś pierwsza część wspomnień Małgorzaty Musierowicz o początkach jej pisarskiej kariery. Ze swojego debiutu, powieści Małomówny i rodzina, autorka była do tego stopnia niezadowolona, że na potrzeby wznowienia w latach dziewięćdziesiątych napisała książkę na nowo. Dalej też wcale nie było łatwo: talent to nie wszystko ważna jest też praca nad sobą i otwarcie się na opinie innych, szczególnie jeśli są to doświadczone redaktorki z renomowanego wydawnictwa.
 
Dyplom robiłam na Wydziale Grafiki, a szczegółową specjalnością moją stała się grafika książkowa. Niestety, mimo dobrej opinii, jaką miałam o swych umiejętnościach, i mimo piątki na moim dyplomie, nikt nie kwapił się do zasypywania mnie zleceniami.
Po dłuższym namyśle postanowiłam więc samej sobie dostarczyć materiału do ilustrowania, czyli napisać Książkę, najlepiej dla młodzieży, żeby było naprawdę dużo obrazków. W końcu, ileż to razy słyszałam w szkole, że mam zdolności literackie, prawda? W dodatku sam pan Kazimierz Brandys widział we mnie przyszłą pisarkę! Zadanie wydawało mi się dziecinnie proste, toteż wystarczył pierwszy sygnał od Losu – notatka w „Kulturze” o konkursie na powieść dla młodzieży, ogłoszonym przez LSW – a ja już pożyczyłam sobie od Mamy maszynę do pisania i tłukłam po nocach, usadowiona w kuchni, żeby nie budzić dzieci. Nad moją głową kołysały się łagodnie pieluszki Zosi, gdyż oczywiście była to epoka tetry, pranej ręcznie lub co najwyżej w pralce „Frania”. Książkę Małomówny i rodzina napisałam w okamgnieniu i jeszcze dużo przed terminem wysłałam maszynopis.
Okładka wydania I, 1975 rok.
Naturalnie, nie wygrałam niczego, nie mogłam. Tym więcej, że wówczas wydawało mi się, iż w książce dla młodzieży tekst nie jest taki znów bardzo ważny, jak ilustracje… Lecz mimo to maszynopis mój zwrócił czymś uwagę redakcji, bo zaproponowano mi wydanie tej książki oraz wykonanie ilustracji.
Po dwu latach oczekiwania ukazał się mój debiut literacki. Było to wstrząsające wrażenie – trzymać w rękach swoją własną książkę – i wtedy właśnie pojęłam, że lubię tę chwilę i że z całą pewnością będę tworzyć dalej. Zwłaszcza, że napłynęło przyjemne honorarium od LSW.
Kupiliśmy maszynę do pisania. […]
Natychmiast zasiadłam do pisania następnej powieści i ukończywszy ją nadałam jej tytuł Szósta klepka, wymyślony nb. przez pana Musierowicza. Staś [Barańczak, brat autorki], który był już wtedy cenionym poetą i asystentem na polonistyce w Poznaniu, poradził mi, bym dała sobie spokój z LSW i złożyła tekst w „Naszej Księgarni”. – Jak już masz spadać, to z wysoka – dodał krzepiąco.
Udałam się więc do Warszawy i śmiało przekroczyłam próg sławnego wydawnictwa. Rzecz nie była bolesna. Po prostu oddałam maszynopis jakiejś miłej pani i już mogłam sobie iść. Boleść zaczęła się dopiero po jakimś czasie, kiedy to przyszło pismo od red. Danuty Sadkowskiej oraz nie podpisana wewnętrzna recenzja, której autor schlastał mnie wnikliwie, na zakończenie dodając jednak pocieszająco, że warto by popracować nad tym tekstem, gdyż zawiera on pewne elementy świeżości, humoru oraz błysk talentu. Red. Danuta Sadkowska zapraszała mnie do stolicy na rozmowę w sprawie tych ewentualnych poprawek.
Ciąg dalszy zmagań z Szóstą klepką w następnym odcinku.
Małgorzata Musierowicz, Tym razem serio, Akapit Press 1994, s. 70-72.