Pisarze ze starej szkoły (XXII): „W futerale powiastek podrzucać tę i ową prawą myśl – jest obrzydłą dla mnie robotą”

Literatura, zdaniem niektórych, jest sprawą śmiertelnie poważną. Pewnie już Homerowi robiono zarzuty, że tumani gawiedź historyjkami o wojenkach i romansach, zamiast opiewać bogów i zgłębiać tajemnice Bytu, zapewniając tym samym słuchaczom odpowiednio treściwą strawę duchową. Niegodne literatury jest też przemycanie treści głębszych odzianych w atrakcyjne szatki – nawet najlepszy kryminał poruszający bolesne problemy społeczne gorszy będzie od eksperymentalnej powieści pisanej krwią i innymi wydzielinami i tak głębokiej, że jej dna nie da się dostrzec. Radykalny pogląd na tę kwestię wyraził w 1868 roku Cyprian Kamil Norwid w liście do zapomnianej już dziś zupełnie pisarki Łucji Rautenstrauchowej. Miał rację?
[…] Widziałem ja marchew i rzepę w rosole pięknie zgotowanym, a marchew i rzepę krajaną sztucznie w arcynadobne formy: gwiazdy i cyfry, w serca gorejące, a krzyże nawet!…
Wszelako i marchew, i rzepa pozostawały marchwią i rzepą, mimo ze wszech miar dziwne i udatne onej reformy. O! ty rzepo – o! ty marchew etc… Fidias gdyby ostrugał cię za dni Peryklesa, azali nie przestałabyś być leguminą? – wątpię.

 

Cyprian Kamil Norwid, Autoportret, 1847 rok.

 

 

 

 

Z tych to względów tam, gdzie kardynalnych zbywa rzeczy i prawd, tam na sposób (skądinąd płynnego) Kraszewskiego w futerale powiastek podrzucać tę i ową prawą myśl – jest obrzydłą dla mnie robotą.
Niewolnicy taką czynią i czynili – i czynili tak niewolnicy starożytni, w powiastek formie mimochodem podrzucając rzecz sumienia Panu swojemu.
Nędzę tę, że ją mam za takową, wie i zna ode mnie i ze słów mych Kraszewski.
Oni gotowi by Dekalogu Mojżeszowego i Dwunastu Tablic rzymskich nauczać w romansach, a Ezechiela na fortepian i na nutę Trzeciego maja!
Zniewieścieli i niewolnicy są!
[…] Powiadają mi na to: że tym sposobem zyskuje się powolność czytelnictwa… Niech go pioruny zapalą! niech go nie będzie wcale – to lepiej jest. Niech wszyscy pisarze polscy założą ręce i milczą – to lepiej.
[…] Jać wiem, że dla publiczności polskiej trzeba tak, jak dla niektórych romantycznych starych panien, które życzą sobie bardzo uprzejmie, aby ów przyszły szczęśliwy (nieszczęśliwy!) był niesłychanie piękny, i niesłychanie dobrze urodzony, i genialny, i doskonałego zdrowia, i wielkiego doświadczenia, i rozsądku, i aby był jak Solon, i jak Plato, i jak Fidias, i jak Rafael, i jak Herkules, i jak Beethoven, i jak Aleksander Macedoński, i jak pasterz z fletem wierzbowym, i jak Savonarola, i jak panna Taglioni, i jak baron James Rotschild i Spółka – amen. […]

Zoilus, rys. Cyprian Kamil Norwid.
Dzikie nasze położenie. Wybór listów romantycznych, oprac. Danuta Sosnowska, Siedmioróg 1997, s. 97–98.

Pisarze ze starej szkoły (XXI): „Nie było w tych książkach kłamstwa”, czyli Antoni Słonimski o Bolesławie Prusie

W roku 1932 przypadała 85 rocznica urodzin i 20 rocznica śmierci Bolesława Prusa. W styczniu redakcja „Wiadomości Literackich” poświęciła temu pisarzowi cały numer pisma. Również Antoni Słonimski w „Kronice tygodniowej” złożył hołd swojemu ulubionemu autorowi. Mimo upływu lat, nie zdezaktualizowały się w sporej części ani felietony Prusa, ani opinia Słonimskiego o nich.
Bolesław Prus (źródło).

Prus jest moim ulubionym pisarzem. […] skromnie we własnym kącie postanowiłem uczcić pamięć wielkiego pisarza, poświęcając swą „Kronikę tygodniową” – „Kronikom tygodniowym” Prusa. […]Kroniki, o których mówię, wyszły zebrane w książce w r. 1895. Jest to data mego urodzenia. Cóż mogę wiedzieć o tych czasach pozornie tak spokojnych? Zakosztowałem jeszcze tej atmosfery ogródków, handelków winnych, powolnych rozmów nie przyspieszonych tempem ulicy ani gwałtownością tłoczących się myśli, żyłem na początku swej młodości w starej Warszawie Prusa, ale trudno mi dzisiaj wyrozumieć, czy ta pogoda rozlana była nad naszym miastem, czy też skojarzenia młodości tak beztrosko zabarwiły mi we wspomnieniu ten czas miniony. […]  Sam tok narracyjny, styl pisarski „Kronik” Prusa zdradzają nam spokojniejszy i łagodniejszy puls tych dni i nocy warszawskich. Na świecie tak podważonym i rozkołysanym, w epoce względności i niepewności rozciągającej się na wszystkie dziedziny życia i myśli, dzisiaj wziąć do ręki książkę Prusa – znaczy prawie to samo, co ciepłym latem położyć się w krzakach malin, zamyślić się o dzieciństwie albo przeglądać stare fotografie przy lampie naftowej. Nie wiem czemu, ale lektura Prusa łączy mi się zawsze z pojęciem ciepła i cichej pogody. Mam uparte przekonanie, że w tamtych czasach było znacznie cieplej, że inny i lepszy smak miały serdelki, o których Prus często wspomina, a zapach „porcji pieczeni”, którą sobie wraz z kufelkiem piwa zafundował stary Rzecki, dystansuje wszystkie obecne, realne i namacalne, majonezy od Hirszfelda. Jakże wtedy żyło się wygodnie. […]

A przecież czytając „Kroniki” Prusa, chwilami doznawałem zamroczenia, przecierałem oczy, powracałem raz jeszcze do przeczytanej stronicy i sprawdzałem datę. Co parę kartek spotykałem dobrze znajome i bardzo mi bliskie sprawy. W „Kronice” z dn. 26 kwietnia 1875 r. pisze Prus o stanie rolnictwa, o dziesiątkach majątków wystawionych na licytację. Mówi po prostu o kryzysie i przytacza takie fakty: „Mówią niektórzy, że herbata zdrożała i że dziś płaci się kop. 50 za to, co przed miesiącem kosztowało 30. I to nas nie dziwi, słyszeliśmy bowiem, że zniszczono 1530 funtów »prawdziwej lądowej kiachtyńskiej herbaty«, wyprodukowanej na plantacjach w San Francisco”. Cóż się zmieniło? Za naszych czasów niszczy się kawę i zboże. Wtedy niszczono herbatę. Gdy Prus mówi o konieczności tworzenia bibliotek gminnych i miejskich, gdy mówi o potrzebie szkół rzemieślniczych i wyższej szkoły politechnicznej, o zwalczaniu gruźlicy, o obłudzie szowinistów nawołujących do bicia Żydów i sprowadzających do własnych fabryk Niemców, gdy nawołuje do stworzenia domu noclegowego, bibliotek szpitalnych, gdy wyszydza skłonność do blichtru i fałszywej elegancji, gdy walczy o prawa kobiet – wszystko to właściwie można by przedrukować prawie bez zmian dzisiaj, w kilkadziesiąt lat później.

Plac Grzybowski w Warszawie, II poł. XIX wieku (źródło).

A jednak nie były takie ciche i pogodne te noce warszawskie. Czas jak na starych freskach wytworzył glazurę łagodną i przejrzystą, ale wystarcza popatrzeć dłużej, aby rozpoznać znane nam ciemne i smutne malowidło. Oto Prus mówi, że leżał gdzieś stos belek czy desek: „idziesz tam, lecz stos znikł, rozebrali go. A deszcz tymczasem pada, wlazł ci już za kołnierz, zamoczył plecy, a nawet i po nogach ciec zaczyna… O gdybyś mógł znaleźć jaki dom nowo budujący się z jego wilgocią, brakiem drzwi i okien, jakże byś chętnie zakwaterował się choćby do piwnicy… Ileż to już takich nocy przespała Warszawa…”. A w innym miejscu mówi o swym kochanym mieście: „O ty, miasto ślepe i głuche, o ty, szczurze, któremu kadzidło pochwał do reszty zamąciło w głowie”. Nazwanie Warszawy „szczurem” miało prawdopodobnie jakieś głębsze usprawiedliwienie. Trudno dzisiaj zrozumieć to porównanie, jak również nie bardzo wiemy, kto wtedy i dlaczego kadził szczurom. […]

Rynek Starego Miasta w Warszawie, ok. 1882–1888 (źródło).

Czy wszystko, o co walczył Prus, zostało zrealizowane, czy obraz Warszawy zmienił się przez jego pracę na korzyść? Jakiś człowiek o ponurym spojrzeniu mógłby nam powiedzieć, że od czasów Prusa na świecie się pogorszyło i że nasze starania o poprawę życia są czczą walką z mechanicznymi wiatrakami, które przez nas stworzone, głodzą nas dzisiaj i chłodzą. Nie, to nieprawda. Bez społecznej pracy pisarzy nie byłoby na świecie lepiej, ale gorzej. To, że wiatr zrywa nam dachy nad głową, nie znaczy wcale, aby nie miał racji ten, który chciał, abyśmy nie żyli w brudzie i zaduchu. Prus jest nam bliższy dzisiaj i droższy od pięknoduchów bajdurzących o tęczowych Polskach. Większy był pisząc o potrzebie kanalizacji w białych dworkach z kolumienkami niż ci, którzy z tych dworków robili świętość narodową. Była w tym pisarzu jakaś żarliwa troska o człowieka przyszłości, był jednym z wielkich wychowawców, mądrym i cierpliwym profesorem, i nie jego to wina, że miał gnuśnych i leniwych uczniów. Czyż możemy widzieć, które ze słów jego przerodziły się w cegłę i budulec, które zostały w życiu, a które rozjaśniły tylko na chwilę serca czytelników? Słowa rozrastają się albo martwieją. Jak zabawnie jest spotkać w tych starych „Kronikach” jakiś wyraz, epitet, nazwę nic prawie nie znaczącą dla Prusa, a dziś zamykającą cały ogrom zjawisk, które dopiero przyjść miały. Zamyśliłem się nad jednym takim niewinnym zdaniem o modach damskich: „Długi ogon wprawdzie dla znających teorię komentatorów nieszczęsnego Darwina może być symbolem postępu i radykalizmu, dziś jednak wydaje się anachronizmem, choćby dlatego że cesarsko-niemieckie demokratki i komunistki nie za pomocą ogonów, ale za pomocą czerwonych krawatów wyróżniają się od niepostępowych kobiet”. O tym zdaniu można by nie manierą Prusa, ale Prousta napisać cały tom. Czas jest tu przyłapany na jakimś zakręcie perspektywicznym. Pisząc słowo „komunistki”, Prus czuł niewinny i sielankowy smak tych paru liter. Czyż mógł przewidzieć, że ten wyraz rozsadzi mu całą stronę drobnego petitu? A czy dzisiaj znamy moc i zasięg słów, embrionów, z których budujemy nasze książki i życie całe? Któż wie, co wyrośnie z tych liter, z tych trzydziestu paru znaków na klawiaturze maszyny? Pisarze umierają i zmartwychpowstają nie raz jeden. Wracają jak słowa o zmienionym często brzmieniu, mimo to przecież przekazywanie pokoleniom wieści o ludziach, którzy odeszli, a którzy byli nam bliscy, ma swoją mądrość.

Halo! Czy słyszycie? Powtórzcie znowu za lat pięćdziesiąt, że był taki pisarz Prus, któregośmy czcili i podziwiali. Jesteśmy pewni, że przeczytacie jego książki z zadowoleniem. Nie było w tych książkach kłamstwa. Było dużo serca i prawdy. Tu mówi rok 1932. Halo?! Rozmowa skończona? Skończona. Proszę się rozłączyć.

Antoni Słonimski, Kroniki tygodniowe 1932–1935, oprac. Rafał Habielski, LTW 2001, s. 1–3.

Pisarze ze starej szkoły (XX): Zawód redaktor

Bennett Cerf (1898–1971) był amerykańskim wydawcą, założycielem i twórcą sukcesu wydawnictwa Random House, dla którego pozyskał m.in. Trumana Capote, Sinclaira Lewisa czy Williama Faulknera. Wymyślił też niezwykle popularne serie kieszonkowych wydań klasyków czy popularnonaukowych książek dla dzieci. W swych wspomnieniach przedstawił rozwój wydawnictwa, przytoczył masę anegdot z życia wydawcy, ale omówił też wiele elementów istotnych dla dobrego funkcjonowania wydawnictwa, m.in. rolę redaktorów.
[…] Moim zdaniem dobry redaktor, podobnie jak dobry pisarz, powinien mieć wrodzone zdolności — takie jak dobra pamięć i nieco wyobraźni; musi jednak również posiadać dość szerokie zainteresowania, odpowiednią znajomość języka i jak największy zasób wiedzy ogólnej — aby mógł zrozumieć zamysł autora i pomóc mu w jego realizacji. Musi być człowiekiem wystarczająco oczytanym, by umieć rozpoznać i docenić dobrą literaturę — a równocześnie wyczuwać potrzeby rynku księgarskiego. Wydawnictwo nie może bowiem liczyć na przetrwanie, jeśli nie będzie popytu na jego książki, choćby jak najlepiej napisane.

Jedna z najważniejszych funkcji redaktora polega na zachowaniu równowagi pomiędzy interesami autora, z którym współpracuje, a interesami wydawcy, który go zatrudnia. Często pokrywają się one, kiedy jednak są rozbieżne, redaktor, jako mediator, musi wykazać się talentem dyplomatycznym oraz cierpliwością — kolejnym atrybutem niezbędnym w jego zawodzie.


Bennett Cerf.

Redaktor musi również znajdować wspólny język z pisarzami, a to nie zawsze jest łatwe. Kiedy łączą ich dobre stosunki, redaktor może stać się bardzo pomocny, wysłuchując pomysłów i koncepcji autora i radząc mu, jak przekazaćw jasny i wyraźny sposób to, co ma on do powiedzenia. Może też odegrać ważną rolę, wskazując fragmenty rękopisu, które należy wykreślić, ponieważ są nieciekawe lub zbędne albo powtarzają się. 

Różni pisarze różnie wyobrażają sobie rolę redaktora; jedni potrzebują jego rad i proszą o nie, inni w ogóle nie chcą go słuchać. Ponieważ niektórzy z nich nie przyjmują do wiadomości nawet słusznych sugestii, ukazuje się wiele książek, których autor nie pozwolił adiustować, choć bardzo tego potrzebowały. Wściekły jestem, kiedy recenzenci pytają: „Dlaczego wydawca nie wywiązał się ze swych obowiązków?” Zwykle okazuje się, że redaktor wychodził z siebie, bezskutecznie próbując nakłonić autora do dokonania zmian. Kiedy książkę kupują producenci filmowi czy telewizyjni, zakłada się, że mogą z nią robić, co im się podoba, ale w stosunkach z wydawcami autor zawsze ma ostatnie słowo. Jeśli nie chcemy mu ustąpić, musimy zrezygnować z wydania książki. 

Kiedy redaktor jest zbyt mało pomocny, nie wykazuje właściwego zainteresowania autorem i jego dziełem lub wreszcie posuwa się zbyt daleko w forsowaniu własnych opinii, jego stosunki z pisarzem muszą się popsuć. Oczywiście każdy dobry pisarz potrafi wyznaczyć granice ingerencji redaktora. Zdarzasię też, że prosi o zlecenie redakcji książki komuś innemu. […]

Random House wydawał też liczne antologie, często w opracowaniu samego Cerfa.

Inne ważne zadanie redaktorów polega oczywiście na pozyskiwaniu dla wydawnictwa nowych pisarzy. Odbywa się to na różne sposoby, ale rzecz jasna redaktor posiadający w kręgach uniwersyteckich i literackich licznych przyjaciół, którzy lubią go i szanują, ma przewagę nad człowiekiem, wyposażonym nawet w niezbędne zdolności, lecz pozostającym na uboczu. Niektórzy wybitni pracownicy wydawnictw poświęcają większość czasu na zdobywanie rękopisów, które oceniają potem inni redaktorzy.  
Istnieje wyraźny przedział między redaktorami pracującymi w biurach a ich kolegami, którzy udzielają się towarzysko, poszukują nowych talentów i podejmują pisarzy, choć są to ludzie umiejący robić jedno i drugie. Redaktor wizjoner, zabiegający o nowe książki, gra bardziej spektakularną rolę i nieraz więcej zarabia niż pracownik ślęczący nad rękopisami i odwalający w wydawnictwie czarną robotę. Ten ostatni przypomina palacza okrętowego, wrzucającego łopatą węgiel do pieców, podczas gdy kapitan siedzi na górnym pokładzie i zabawia najładniejsze pasażerki. Jeden z mechanizmów rządzących dzisiejszym światem polega na tym, że tylko nieliczni chcą i potrafią wykonywać żmudne prace — jak dawni mistrzowie, którzy robili ręcznie piękne meble i byli dumni ze swych dzieł. […]

Bennett Cerf, Na los szczęścia, tłum. Michał Ronikier, Książka i Wiedza 1991, s. 247–251.

Pisarze ze starej szkoły (XVIII): Maria Dąbrowska o swoim dzienniku

Zaczęłam pisać dziennik z początkiem pierwszej wojny światowej w przekonaniu, że żyję w wielkiej epoce, w której każdy co najmniej ociera się o fakty warte zanotowania. Tymczasem z biegiem lat „historia” znikła niemal z kart mojego dziennika i nie notowane są nawet fakty dziejowe, które odegrały bezpośrednią rolę w moim życiu, jeśli nie zewnętrznym, to duchowym. A chęć i potrzeba pisania dziennika, ograniczającego się coraz bardziej do spraw ściśle osobistych, mimo to nie słabła. Pozostawało to zapewne w związku z moim stopniowym odsuwaniem się od czynnego udziału w tzw. życiu publicznym i z coraz większym moim sceptycyzmem co do wartości tego życia. Może tu jednak wchodzić w grę mnóstwo innych przyczyn, których nie dostrzegam lub nie uświadamiam sobie.
Wszystko to pogrąża mnie w zadumę nad sensem pisania dzienników. Co rządzi najbardziej tą czynnością? Co chcemy przez to osiągnąć? Przekazać jakimś potomnym wieść o tym, co razem z naszą śmiercią przepada bez śladu, a co jest naszą niepowtarzalną, jedyną w swoim rodzaju, własną doczesną osobowością? Dać wyraz tej całkowitej prawdzie naszego życia, której pełnię warunki realnej rzeczywistości każą przemilczać, zatajać albo wypaczać? Przedstawić się jakiemuś urojonemu trybunałowi w korzystniejszym świetle, jeśli uważamy się za krzywdzonych ludzkim sądem, lub ujawnić naszą nędzę duchową czy moralną, gdy dręczy nas poczucie niezasłużonych łask losu i opinii? Co za złudzenie, że którykolwiek z tych wysiłków doprowadza do zamierzonego i upragnionego celu! Nie wiemy nigdy, czym i jacy jesteśmy w oczach bliźnich, ale nie wiemy również, czy istotnie jesteśmy tacy, jakimi wydajemy się sami sobie. Nie wiemy nawet, co przedstawia nas istotnie w lepszym lub gorszym świetle. Nasza próżność i miłość własna bywa źródłem najzabawniejszych w tej kwestii nieporozumień. A jeśli idzie nam już tylko o tak mało w życiu dostępną satysfakcję powiedzenia raz tzw. „nagiej prawdy” o sobie i o świecie, to wszak docieranie do prawdy naszych przeżyć jest podróżą bez kresu i podróżą po manowcach. Jedno dodane albo ujęte słówko, jeden pominięty albo podkreślony drobniutki szczegół zbijają nas już z drogi. Dodajmy, że to, co przeżywamy dziś, po latach we wspomnieniach staje się zgoła czymś innym, czasami czymś znacznie bogatszym i ciekawszym, czasami czymś o wiele mniej ważnym lub zgoła czymś odwrotnym. Nie dosyć na tym. Czytając swoje notatki, przypominam sobie, że już wtedy kiedy działo się to, co zapisywałam, i fakty, i moje reakcje bywały niekiedy cokolwiek różne od tego, co z nich w raptularzykach utrwaliłam. Czasem przypominam sobie nawet względy uboczne (przeważnie wpływ najbliższego otoczenia), które kazały mi daną rzecz jakby inaczej zapisać, niż ją czułam i przeżywałam. A jednak nie „poprawiam” dawniej zapisanego tekstu w poczuciu, że i owo „inaczej” jest jakąś postacią prawdy o mnie samej, o moim życiu i moim świecie.
Według Einsteina godzina, którą stwierdzamy na zegarku, nie jest już „tą” godziną. Przeżycie zapisane nie jest już tym przeżyciem, któregośmy doznali przed paru zaledwie godzinami. Niemniej – oba są chyba w jakimś sensie prawdziwe. Przy czym powiedzieć „oba” to jeszcze za mało. Gdyż jest się tak rozmaitym człowiekiem, a każde nasze przeżycie ma w sobie zadatki na tyle innych przeżyć. I nie raz, nie dwa, lecz wiele razy i na wiele sposobów doświadczamy go zarówno w czasie jego trwania, jak potem w naszych wspomnieniach. Które z tych przeżyć jest najprawdziwsze? Co kieruje nami, kiedy bezwiednie czynimy wybór, aby zanotować nie tę, lecz ową postać tych wielu aspektów tego samego zdarzenia czy uczucia? Tajemnica, tajemnica, w którą spowite są, mimo ciągłych „odcyfrowań”, wszystkie nasze kroki, gesty, uczucia i myśli na tej ziemi. „Piece d’identite” [dowód tożsamości], stwierdzająca tożsamość naszej osobowości wśród różnych i sprzecznych ze sobą jej przejawów, jest nam zazwyczaj – tak jak paszport i równie mało zabawnie – wystawiana przez innych.
1943

Maria Dąbrowska, Dzienniki, t. 1, oprac. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik 1988, s. 325–326.

Pisarze ze starej szkoły (XVII): Boy o Ibsenie

Recenzując w 1935 roku „Norę” Henrika Ibsena w reżyserii Karola Adwentowicza, wystawioną w warszawskim Teatrze Kameralnym, Tadeusz Boy-Żeleński pokusił się o wskazanie kilku głównych problemów poruszonych w dramacie. Jego wywód (nieco przydługi, ale szkoda mi było każdego zdania) stanowić może wstęp albo uzupełnienie do dyskusji o sztuce, która dziś zacznie się w Klubie Dyskusyjnym na blogu Czytanki.Anki.

Henrik Ibsen.
Nora Ibsena rozbiła szczęśliwie z pewnością więcej małżeństw niż Werter spowodował samobójstw. Była wielkim manifestem praw kobiety, kobiety-człowieka. Stała się symbolem, zsumowała wszystkie pretensje i żale. W chwili końcowego rozrachunku między mę­żem a żoną stał przy Norze w kulisach cały legion kobiet zawiedzionych w małżeństwie, kobiet niezrozu­mianych, kobiet-lalek, które ożyły, kobiet-dzieci, które dojrzały w ciągu jednej krytycznej doby, aby ogarnąć nagle nicość swoich władców. Straszliwy porachunek! bo nawet osiem lat niezmąconego szczęścia żony nie obroniło w jej oczach męża. „Alboż nie byłaś szczęśli­wą?” – pyta jej strapiony Helmer. „Nie, nigdy – zdawało mi się tylko, że nią jestem” – od­powiada Nora.

Pozornie nonsens, bo przecież w ogóle szczęście polega na tym, aby się komuś wydawało, że jest szczęśliwy… Ale w nonsensie tym jest sens, cały sens każdego takiego wstecznego rozrachunku. Ibsen poszedł w nim do najdalszych krańców; Nora z godziny na godzinę porzuca dom i troje drobnych dzieci, mimo (co było niewątpliwie nowością w teatrze) że żadna inna miłość ani w ogóle motyw erotyczny nie odgrywa roli w jej decyzji.

Dziś, kiedy oglądamy rzecz chłodniejszym okiem, zarówno w tym zakończeniu, jak i w całej sztuce uderza nas dysproporcja między błahą – na pozór – przyczyną a tak poważnym skutkiem. Ale to właśnie jest krytyką małżeństwa Helmerów. Kiedy dziecko bojąc się przynieść do domu niedobre świadectwo popełnia samobójstwo, też jest w tym dysproporcja przyczyny i skutku, ale w tej dysproporcji jest straszliwe oskarżenie systemu. Aby zdobyć pieniądze na kurację chorego męża i ocalić go bez jego wiedzy, Nora sfałszowała podpis ojca na wekslu, który potem latami heroicznie spłaca. (W tym celu przetłumaczyła nawet powieść dla jakiejś gazety – oto przyczynek do genezy lichych przekładów.) Nora nie zdawała sobie sprawy z wagi ani z konsekwencji swego postępku, bo nikt tej laleczce o takich rzeczach nie mówił. Nieszczęściem ojciec umarł na dwa dni przed datą podpisu – weksle w ręku szantażysty stają się groźbą dla spokoju rodziny, dla kariery męża.

Pod tym naciskiem Nora miota się w rozpaczy: próbuje daremnie szukać rady i pomocy u przyjaciela, doktora Ranka; niewczesne wyznanie miłości ze strony doktora mrozi jej słowa na ustach, uraża jej delikatność, każe milczeć. Nora decyduje się na samobójstwo. Jedno tylko ani na chwilę nie postało jej w głowie, mianowicie to, że mogłaby po prostu iść do męża, wyznać mu wszystko, prosić go o radę i o pomoc, powiedzieć mu: „Zbłądziłam może, ale zbłądziłam z miłości dla ciebie, radź, co czynić, pomóż, ratuj, ratujmy się oboje…” Nie ulega wątpliwości, że małżeństwo, w którym taka myśl nie postanie w głowie, jest złym małżeństwem, choćby się przez osiem lat „zdawało”, że jest szczęśliwe; można zrozumieć, że Nora przejrzawszy gatunek swego szczęścia – brzydzi się nim…

Tylko… tylko musielibyśmy naprawdę uwierzyć, że Nora tego wyznania uczynić nie mogła, musielibyśmy zrozumieć, czemu nie mogła. Otóż to wydaje się dziś nieco trudne. Może dlatego, że żyjemy w innej epoce, kiedy autorytet męża i ojca rodziny nie jest tak przytłaczający. Ten Helmer – poza tym trochę cymbał – kocha Norę najczulszą miłością męża i opiekuna, na rękach ją nosi po prostu; aż do ostatniej chwili niczym nie zdradza, aby nie był godzien takiego zwierzenia. Tymczasem Nora nie mówi mu do samego końca nic, uparcie milczy; w końcu, gdy już postanowiła umrzeć, dopuszcza, aby list szantażysty pouczył Helmera o wszystkim. Wyznaję, że dzisiaj owo uparte unikanie najprostszego wyjścia działa na widza trochę niecierpliwiąco, nie wydaje się dość silnie mo­tywowane.

Skutek listu otrzymanego przez Helmera niespodzianie i w najmniej właściwej chwili, jest piorunujący. Cały trud życia tego młodego dyrektora banku, cała kariera wydaje się zdruzgotana; ma do Nory głęboki żal i daje mu wyraz. Przeraża go jej zdolność tak długiego i konsekwentnego kłamstwa. Dodajmy, że z tego listu Helmer nawet nie może dobrze wiedzieć, że to dla niego Nora dopuściła się swego czynu, przecież ona przed nim taiła jego chorobę, udawała wielkodusznie, że to dla niej, dla jej kaprysu była owa zbawcza podróż do Włoch. Helmer wybucha brutalnie, mówi jej bardzo przykre rzeczy; potem, gdy niebezpieczeństwo minęło, natychmiast zapomina o wszystkim, odnajduje swą czułość dla Nory, darzy ją niezręcznie swoim – przebaczeniem!

Otóż w chwili jego wybuchu Nora przestała nagle kochać męża; osądziła go, zrozumiała, że ich małżeń­stwo było oparte na kruchych podstawach. Robi ra­chunek przeszłości. Była mu bawidełkiem, nigdy nie kochał jej, tylko kochał w niej siebie, pożądał jej, nigdy z nią poważnie nie rozmawiał, była jego błazenkiem, zabawką. Nora opuszcza dom – musi zostać sama, szukać drogi, szukać siebie, wychować samą siebie. A dzieci? Trudno, opuści i dzieci. Taka, jak jest obecnie, na nic się dzieciom nie zda…

Akceptujemy – radzi nieradzi – tę scenę; czujemy poza tym wszystkim mnóstwo rzeczy niedopowiedzianych, które wykrystalizowały się w tym momencie, Jeżeli miłość – wedle głośnej formuły Stendhala – ma swoją „krystalizację”, skon miłości może mieć ją również. W jednej chwili Helmer, ze swoją zdawkową pieszczotą na ustach, ze swoim „skowroneczkiem”, „kanareczkiem”, „wiewióreczką” – stał się Norze nie do zniesienia.

Trzeba przyznać, że Helmer zachowuje się w tej scenie jak osioł. Może, oszołomiony potokiem wymowy i powagą swego „skowroneczka”, nie umie się zdobyć na żadną odpowiedź. Ten były adwokat nie znajduje na swoją obronę ani jednego argumentu, ani jednej okoliczności łagodzącej. Mógłby przecież uprzytomnić Norze ów jej brak zaufania, który doprowadził do katastrofy. Mógłby bodaj powstrzymać jej decyzję do jutra… Ale nie, nie mógł, bo – jak rzekliśmy na wstępie – Nora nie jest poszczególnym wypadkiem, Nora to legion, którego słabemu mężczyźnie nie zatrzymać w marszu!

Gabriela Zapolska w Norze Ibsena, 1883 r.
I tak trzeba tę sztukę brać. Bo jak na poszczególny konflikt, zbyt wiele polega tu na nieporozumieniu. Ostatecznie ten Helmer był niezgorszym mężem… Że nie dość rozmawiał z nią poważnie… Mój Boże! Czy ludzie z tamtej epoki nie przeceniali trochę wartości poważnych rozmów? Dziś, gdy najśmielsze postulaty Nory zostały przez życie zdystansowane, niejedna kobieta, choćby była doktorem dwóch fakultetów i wiceministrem, będzie łasa na to, żeby jej mówić „głup­tasku” i „wiewióreczko” i podziwiać, jak w nocnej koszuli tańczy tarantelę… Nie możemy się oprzeć wrażeniu, że ten Helmer został wzięty na zbyt ostrą próbę, i to z winy samej Nory – gdyby dowiedział się wszystkiego od niej samej, może znalazłby się na wysokości zadania. Zarzuca mu, że w pewnym mo­mencie powiedział: „jestem ocalony”, że się troszczył o siebie, nie o nią, czym dał dowód egoizmu. Ależ w tym wypadku jego ocalenie, jego honor, jego sta­nowisko to jest ich wspólne dobro, wspólny kapitał – tutaj między „ja” i „ty” nie ma różnicy.

Sztuka kończy się beznadziejnie, ale kiedy jej słu­chamy dziś (może dlatego, że wobec mnóstwa nowych zmartwień nie bierzemy już tej sprawy dość serio), jest dla nas w finale wyraźny błysk nadziei. Aby ich małżeństwo było możliwe – powiada Nora – trzeba, żeby stał się cud, żeby się oboje odmienili. Taki cud nie wydaje się czymś niepodobnym. Nora pojedzie w swoje strony szukać zajęcia, rekolekcje takie wybor­nie jej zrobią. Spotka się ze wszystkimi małostkowymi szykanami, jakich ofiarą bywała wówczas samotna ko­bieta, zatęskni może za swoim „domem lalek”. Osta­tecznie osiem lat, przez które „zdawało się komuś”, że był zupełnie szczęśliwy, to jest coś. Helmer przemyśli również na nowo problem małżeństwa, oboje podzielą się swymi doświadczeniami i zaczną na nowo, na innej podstawie. Alboż takie kryzysy małżeńskie i takie psy­chiczne przegrupowania nie są czymś normalnym?

Gorzej będzie, jeżeli Nora spotka faceta, z którym będzie miała nowych troje dzieci, aby się przekonać, że znów się jej tylko zdawało, iż była szczęśliwa, i że jeszcze nie dość się zorientowała w sobie… Albo jeżeli, co gorsza, jej facet dojdzie do takiego przekonania… […]

Tadeusz Boy-Żeleński, Ibsen „Nora” [w:] Pisma, t. 26, Państwowy Instytut Wydawniczy 1969, s. 55–59.

Pisarze ze starej szkoły (XVI): O damskim kryminale rodem z PRL-u


W 1975 roku dwaj młodzi krytycy literaccy, Feliks Trzymałko i Szczęsny Dzierżankiewicz, rozpoczęli swoje zmagania z peerelowską grafomanią. Szczególnie upodobali sobie swojską powieść kryminalną, zwaną milicyjniakiem, ukazując czytelnikom mechanizmy powstawania ich ulubionych utworów i odkrywając nowe podgatunki, np. „kryminał uszminkowany” Urszuli Milc-Ziembińskiej pt. Tajemnica „Elizabeth Arden” (Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1975, ss. 217, nakład 100 000 egz.).
Różne bywają sposoby ożywiania postaci pozytywnych bohaterów w polskiej powieści kryminalnej. Doskonały jest katar. Wystarczy po prostu obdarzyć porucznika Zielińskiego czy innego tam majora Grabowskiego silnym nieżytem, i już śledztwo utrudnione a w powieści więcej życia. Inna znana metoda to odzwyczajanie się bohatera od palenia, albo przeciwnie, palenie nadmierne. Dobry jest też chwyt znany w kręgach twórców powieści milicyjnej pod kryptonimem „Zaniedbywana żona”: kapitan Olszewski czy podporucznik Wiśniewski otrzymują wtedy do towarzystwa małżonkę, która od czasu do czasu ponarzeka na nieregularny tryb życia pracowitego męża, nadając powieści natychmiast mnóstwo życiowego ciepła i autentyzmu.

Pani Urszula Milc-Ziembińska w swojej debiutanckiej (według wszelkich oznak) powieści posłużyła się sposobem najbardziej niezawodnym: jej bohaterowie są dowcipni. Jak coś powiedzą, to boki zrywać, a na wesoły żart stać ich dosłownie w każdej sytuacji. Ot, znaleziono na ulicy zwłoki kobiety – i już nad trupem nawiązuje się dowcipny dialog między kapitanem a sierżantem:

„– No i co, kapitanie, mamy nową robotę?

– A mamy, mamy. W sam raz dla ciebie. Młoda, piękna, elegancka

kobieta; tyle tylko, że nie żyje.

– Duża przykrość. Ale jak się to stało?

– Normalnie. Ktoś jej pomógł.

– Jakby mi pan kapitan nie powiedział, pewnie umarłbym w nie­świadomości” (s. 7).

Śmiejąc się do rozpuku, czytamy dalej i bawimy się coraz lepiej. Oficerowie zwracają się do siebie nawzajem per „ozdobo milicji”, „wodzu” lub „perełko”, w rozmowach cytują żartobliwe powiedzonka („– Romek, zmiłuj się i przestań śpiewać […], bo głos masz, ale do baletu, natomiast nogi, to powiem ci, stary, w sam raz do chóru”, 108) i w ogóle brylują przed nami bez chwili wytchnienia. Toteż nie może dziwić, że śmiechu jest w powieści co niemiara: „– Wojtek, odnoszę coraz częściej wrażenie – Czerwiński głośno się śmiał – że ty wyraźnie pomyliłeś się z powołaniem [!]. Powinieneś, stary, w Syrenie występować i ludzi rozweselać” (166). Z całą przyjemnością przyznajemy kapitanowi Czerwińskiemu rację: humor powieści jest rzeczywiście na poziomie warszawskiego teatru „Syrena”. A nawet niżej.

Jeśli chodzi o intrygę kryminalną, przeprowadzona jest ona w sposób typowo damski, to znaczy przy użyciu maksymalnej liczby szczęśliwych zbiegów okoliczności i cudownych przypadków. Sprawca zbrodni zostaje wykryty właściwie tylko dzięki temu, że kpt. Czerwiński znalazł się przypadkiem w mieszkaniu pewnej pani, podszedł tam przypadkiem do półki z książkami, jedną z nich przypadkiem wyciągnął i zaczął wertować, po czym przypadkiem znalazł w niej pewien list, który oczywiście natychmiast przeczytał, choć skądinąd list był nie do niego adresowany. Pod koniec powieści zjawia się nagle jakiś zagadkowy profesor Nowak, o którego istnieniu nie mieliśmy dotąd pojęcia, i dokłada swej naukowej ręki do wyjaśnienia tajemnicy morderstwa. Zbędne byłoby dodawać, że zbrodniarzem okazuje się w końcu osoba, którą bez przerwy podejrzewaliśmy z przyczyny jej rozlatanych oczu i spoconych rąk, a mianowicie zdegenerowany niedobitek arystokracji nazwiskiem Sosnkowski, podstarzały reakcyjny goguś, którego pisarka słusznie piętnuje za niestosowny do wieku ubiór i farbowanie sobie włosów. Jeśli już o tej ostatniej czynności mowa, trzeba oddać autorce sprawiedliwość, że na pisaniu powieści kryminalnych to się ona może nie zna, ale na kosmetykach owszem. Zaprawdę, nic co damskie nie jest Urszuli Milc-Ziembińskiej obce. Wprawdzie do końca powieści nie dowiadujemy się, po jaką cholerę jedna pani drugiej pani wcisnęła do ręki pomadkę do ust nadziewaną cyjankiem potasu i kazała się umalować, ale faktem jest, że o pomadkach, pudrach, kremach i perfumach mówi się tu dużo i z zapałem. Wydaje nam się, że i pani Milc-Ziembińska, aby użyć jej stylistyki, „pomyliła się z powołaniem”.


Stanisław Barańczak, Książki najgorsze i parę innych ekscesów krytycznoliterackich, a5 1990, s. 61–62.