Podsumowania nie będzie, będzie bufet


Opada powoli fala noworocznych postanowień i podsumowań ubiegłego roku. Sam zwykle wstrzymywałem się z czytelniczą refleksją do urodzin bloga – a dziś wypadają trzecie, o ile dobrze liczę. Proszę więc wziąć sobie po kawałku tortu i zasiąść wygodnie na czas krótkiej części oficjalnej.

Krótkiej, gdyż po przejrzeniu archiwalnych zapisków muszę stwierdzić, że podsumowania nie będzie. Rok 2013 był co prawda udany pod względem liczby przeczytanych książek, ale żadna z nich nie wyróżniła się aż tak, by zostać książką roku. Były w większości dobre, nawet bardzo dobre, a mimo to na tytuł chyba żadna nie zasłużyła. Zauważywszy pod koniec wakacji, że zanosi się na taki kryzysik, przeczytałem „Grona gniewu”, żeby mieć jakiegoś pewniaka. I chociaż to jest znakomita powieść, to moje doznania tym razem były tak odmienne od zapamiętanych sprzed dwóch dziesięcioleci, że i nad wyróżnieniem dla Steinbecka się zawahałem. Nie odżyły tamte emocje, chociaż wzrósł podziw dla literackiego kunsztu autora.
Żeby jednak nie wyjść na takiego zupełnego malkontenta, postanowiłem przyznać swój tytuł autora roku Marcinowi Szczygielskiemu, którego rozwój obserwuję od lat i któremu kibicuję. Rok 2013 przyniósł dwie zupełnie różne książki: „Filipinki – to my”, barwną monografię zapomnianej grupy wokalnej, i „Arkę czasu” – opowieść dla dzieci o warszawskim getcie i o wielkim marzeniu. Mam jeszcze do nadrobienia kilka zaległości i już się na nie cieszę.


To może wystarczy już tej celebry, zapraszam wszystkich do bufetu na małą przekąskę i na lampkę szampana.

Minął rok drugi


Dwa lata temu pojawił się pierwszy wpis na moim blogu.
Wszystkim, którzy przez ten czas czytali to, co pisałem, komentowali, inspirowali i wspierali bardzo dziękuję.
Zapraszam na tradycyjny tort, a tych, którzy nie lubią słodyczy albo mają już dość podsumowań czytelniczych, od razu do bufetu.


***
Pod względem ilościowym rok 2012 był całkiem niezły, gorzej z objawieniami i książkami rzucającymi na kolana. Najwięcej wrażeń przyniosły dwie klasyczne już powieści Johna Steinbecka: „Na wschód od Edenu” i „Myszy i ludzie” – obie pełne uniwersalnej mądrości, a na dodatek znakomite literacko. Takich książek się już dziś nie pisze, westchnąłem w recenzji, i faktycznie: dwa kolejne tytuły na liście najlepszych powieści ubiegłego roku też mają swoje lata: „Świniobicie” Magdy Szabo jest pogłębioną psychologicznie historią dwóch rodzin, na dodatek misternie skonstruowaną, „Eden” Stanisława Lema zaś to trzymająca w napięciu i pełna goryczy opowieść o próbie nawiązania kontaktu z Obcymi – o tej książce niedługo więcej.
Muszę też wspomnieć o „Niuchu” Terry’ego Pratchetta, który z autora humorystycznych historii od dłuższego czasu zmienia się w autora życiowych historii zaprawionych goryczą (ale wciąż pełnych humoru). W kategorii powieść młodzieżowa konkurencję zdystansował Marcin Szczygielski i jego „Omega”, brawurowa historia dojrzewania nastolatki. Z książek dla dzieci królują „Mali bohaterowie” Zofii Lorentz, po części z sentymentu z dzieciństwa, ale przede wszystkim dlatego, że to świetna rzecz o trudnych sprawach: wojnie, walce, odwadze i umieraniu.
Dział literatury faktu zdominowały trzy portrety kobiet nieprzeciętnych. Najpierw biografia Haliny Mikołajskiejpióra Joanny Krakowskiej, rzecz o aktorce i opozycjonistce, rewelacyjny obraz czasów PRL. Działań w opozycji dotyczą też w dużym stopniu wspomnienia Anki Kowalskiej „Folklor tamtych czasów”, niemal reporterski zapis pracy w Komitecie Obrony Robotników. Wreszcie lektura grudniowa: dziennik wojenny Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej „Wojnę szatan spłodził”: intymne, bolesne, przejmujące notatki poetki oderwanej od najbliższych i umierającej w obcym, nieżyczliwym kraju. O tych zapiskach również więcej napiszę wkrótce.
***
A teraz zapraszam już do pogawędek przy bufecie.

Czytadła na lato (subiektywnie)

Jako osobnik do głębi aspołeczny wszelkie zaproszenia do blogowych łańcuszków zbywam gniewnym fuknięciem albo wzruszeniem ramion. Ale propozycja Kalio, bym przedstawił dziesięć najlepszych książek, jakie przeczytałem, trafiła w dobry moment, bo odsuwa o kilka dni konieczność napisania wreszcie jakiejś recenzji z tych kilkunastu przeczytanych ostatnio pozycji. A zarobiony jestem, więc dodatkowa praca koncepcyjna mnie po prostu odrzuca.
No więc proszę uprzejmie. Może nie dziesięć najlepszych w ogóle, ale dziesięć najlepszych letnich książek według Zacofanego.w.lekturze (w kolejności, w jakiej przychodziły mi do głowy). Wybrałem tylko książki, które czytałem po kilka, albo wręcz po kilkanaście razy:
1. Magda Szabo Tajemnica Abigel – w wakacje co prawda oglądałem serial, ale właśnie wtedy zapamiętałem nazwisko autorki i potem długo szukałem książki w bibliotekach. Kiedy już znalazłem, wypożyczałem ją sobie co jakiś czas, póki nie zdobyłem własnego egzemplarza. Właśnie wyszło wznowienie, więc ze znalezieniem powieści nie będzie problemów, a więcej o książce pisałem tutaj.
2. Joanna Chmielewska – powinienem napisać WSZYSTKO (no prawie), ale padło na Całe zdanie nieboszczyka. W końcu taką egzotykę rzadko się spotyka: jaskinia hazardu w Kopenhadze, basen w brazylijskiej rezydencji mafii, jacht na Atlantyku i lochy w zamku nad Loarą. O Sycylii nie wspomnę. Ostatnio przypominałem kulisy powstawania tej powieści (tu i tu).
3. Małgorzata Musierowicz – najbardziej letnie są chyba Ida Sierpniowa i Nutria i Nerwus, ale ja zdecydowanie wolę pierwsze trzy części Jeżycjady: Szóstą klepkę, Kłamczuchę i Kwiat kalafiora. Mogłem czytać w kółko.
4. Marcin Szczygielski PL-Boy, czyli zbiór scen z życia redakcji miesięcznika dla mężczyzn. Fabuła dość luźna, za to poszczególne epizody bawią mnie do łez. Humor z gatunku mniej subtelnego, akurat żeby sobie porechotać. Panowie, jeśli wierzycie, że roznegliżowane modelki na zdjęciach wyglądają tak samo w rzeczywistości – nie sięgajcie po PL-Boya.
5. Nie wiem, czy znalezienie się Nad Niemnem w gronie letnich czytadeł, to nobilitacja dla reszty wymienionych, czy może wstyd dla Orzeszkowej, ale niech tam. Nigdy nie ukrywałem, że uwielbiam tę powieść, od pierwszego czytania, a to już – niech policzę – ze 24 lata temu. Lato czuć w tej książce na każdej stronie.
6. Janusz Przymanowski Czterej pancerni i pies – proszę mi nie mówić, że fałszuje obraz wojny, prawdę historyczną i takie tam. Przez długie lata czytałem od początku do końca i od dowolnie wybranego momentu do końca (albo do innego wybranego momentu). Albo co drugi rozdział, pomijając te mniej lubiane.
7. Zygfryd M. Stryjecki Podchorąży, wojna i ślepy los– w czasach, kiedy na wakacje jeździliśmy PKSem, ciężar bagażu dźwiganego przez tatę był ściśle limitowany. Na książki nie było wiele miejsca, więc przeczytawszy co tam najgrubszego wziąłem ze sobą, usychałem za czymkolwiek do czytania. I wtedy znalazłem zostawione przez ciotecznego brata jenieckie wspomnienia Stryjeckiego: sześć razy próbował uciec z niemieckiej niewoli. Jest o kopaniu podkopu, o sposobach na samodzielne zrobienie busoli, konkursach w jedzeniu chleba i pochłonięciu na sucho puszki neski. Czytałem w każde wakacje, nawet po dwa, trzy razy.
8. Juliusz Verne Tajemnicza wyspa – wszyscy czytali? Fascynowały mnie opisy, jak grupka rozbitków, dysponując niemal wyłącznie własnymi rękami (i wiedzą), buduje od podstaw cywilizację. Przy okazji nabywałem kompleksu niższości, bo ja na bezludnej wyspie mógłbym co najwyżej zbierać kokosy, a nie wytapiać szkło i konstruować wiatraki.
9. Władysław St. Reymont Chłopi – niemal bym o nich zapomniał, ale czytywałem ich sobie ze smakiem na leżaku wystawionym na balkon. Gdy znajomość weszła w głębszą fazę zażyłości, zaczynałem w dowolnym miejscu, ze szczególnym wskazaniem na tom trzeci.
10. Tu mi się nieco myśli spiętrzyły. Bo właściwie powinienem jeszcze dopisać Monikę Szwaję (może Artystkę wędrowną?), Terry’ego Pratchetta (Wyprawa czarownic, a może Maskarada), Smażone zielone pomidory Fannie Flagg, ale ostatecznie stanęło na Wszystko dla pań Emila Zoli. Jest tu jakiś wątek romansowy, ale liczy się tak naprawdę jedno – demon handlu: rozbudzanie apetytów klientów i sposoby ich zaspokojenia, bezwzględne pożeranie konkurencji i rozbudowa własnej firmy. Zaplecze wielkiego domu towarowego i małego sklepu. Agresywna reklama i poleganie na tradycji firmy.
Upały wracają, więc szukajcie cienia i miłego letniego czytania życzę. 

Bilans pierwszoroczniaka

Doprawdy nie wiem, jak uczcić pierwsze urodziny. Tortów na tym blogu było już tyle, z okazji i bez okazji, że zabrakło mi pomysłów na cukiernicze arcydzieło. Poza tym nie należy popadać w sztampowość, więc tortu nie będzie. Będzie jak w podstawówce: dla każdego po cukierku.
A gdyby ktoś cukierków nie lubił, to zapraszam do koreczków. Na wystawniejsze przyjęcia nie pozwala szlachetne ubóstwo, alkoholu zaś ze względu na wczesną porę rozpoczęcia imprezy nie proponuję. 
Chciałbym natomiast podziękować wszystkim, którzy odwiedzają Zacofanego w lekturze, czytają, a czasem skomentują moje notatki – dzięki Wam ten blog żyje, a ja mam motywację do jego prowadzenia i mam nadzieję, że starczy mi jej jeszcze na jakiś czas.
Tym, którzy nie mają jeszcze dość podsumowań, kilka słów na temat ubiegłorocznego czytelnictwa – ale bez statystyk. Rok 2011 okazał się rokiem odkrywania na nowo literatury faktu, a najlepszą książką, jaką przeczytałem – i tu się chyba nikt nie zdziwi – był Korczak. Próba biografii” Joanny Olczak-Ronikier. „Wiele jest w tej książce wątków, myśli, tropów – każdym można podążyć. Ja podążyłem tropem smutku: dojmującego i wszechobecnego”. Tak pisałem pół roku temu, a teraz powoli zaczynam dojrzewać do podążenia którymś z innych wątków i odświeżenia sobie chociaż części tej znakomitej książki. Mam też nadzieję, że Rok Korczakowski przyniesie kolejne ciekawe publikacje – jedna już jest: to „Pamiętnik Blumki” Iwony Chmielewskiej, opowieść o Starym Doktorze przeznaczona dla dzieci, piękna, mądra i poruszająca.
Kolejnym odkryciem minionego roku był reportaż Swietłany Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, niełatwy, poruszający, bolesny. Każdy czytelnik pewnie zwróci uwagę „na inną opowieść, inną kwestię, inny wątek – na przeplatanie się śmierci i miłości, wszechobecnego brudu i marzeń o pięknie, szarości błota i zieleni drzew”.
Colette przy pracy pod czujnym okiem Kiki.
W literaturze pięknej takich wstrząsów nie odnotowałem, chociaż wśród grona moich ulubionych autorek pojawiły się aż dwie nowe postacie. Colette – skwitowana niegdyś wzruszeniem ramion – tym razem dała się odkryć na nowo jako autorka kunsztownych, świeżych i zmysłowych powieści: przede wszystkim „Cheriego”, który „jest niczym truskawki i szampan w upalny dzień. Uderza do głowy, oszałamia bogactwem smaków, musuje bąbelkami humoru”, ale i cyklowi o Klaudynie nie można wiele zarzucić. Niemal w ostatniej chwili do Colette dołączyła Katherine Mansfield z tomem znakomitych, kameralnych opowiadań „Garden party”. Jej niewielki dorobek literacki zdecydowanie zasługuje na dokładniejsze poznanie.
Na koniec jeszcze dwa wyróżnienia: dla Marcela Pagnola  za pachnące tymiankiem i rozgrzaną ziemią wspomnienia z dzieciństwa, które zapewniły kilka godzin prawdziwego czytelniczego błogostanu, oraz dla Józefa Ignacego Kraszewskiego za to, że nie okazał się konkursowym nudziarzem i stworzył postać panny Palmiry z Wykołowiczów baronowej von Zughau, secundo voto podczaszyny bracławskiej Sierocińskiej.