Pisarze ze starej szkoły (XXI): „Nie było w tych książkach kłamstwa”, czyli Antoni Słonimski o Bolesławie Prusie

W roku 1932 przypadała 85 rocznica urodzin i 20 rocznica śmierci Bolesława Prusa. W styczniu redakcja „Wiadomości Literackich” poświęciła temu pisarzowi cały numer pisma. Również Antoni Słonimski w „Kronice tygodniowej” złożył hołd swojemu ulubionemu autorowi. Mimo upływu lat, nie zdezaktualizowały się w sporej części ani felietony Prusa, ani opinia Słonimskiego o nich.
Bolesław Prus (źródło).

Prus jest moim ulubionym pisarzem. […] skromnie we własnym kącie postanowiłem uczcić pamięć wielkiego pisarza, poświęcając swą „Kronikę tygodniową” – „Kronikom tygodniowym” Prusa. […]Kroniki, o których mówię, wyszły zebrane w książce w r. 1895. Jest to data mego urodzenia. Cóż mogę wiedzieć o tych czasach pozornie tak spokojnych? Zakosztowałem jeszcze tej atmosfery ogródków, handelków winnych, powolnych rozmów nie przyspieszonych tempem ulicy ani gwałtownością tłoczących się myśli, żyłem na początku swej młodości w starej Warszawie Prusa, ale trudno mi dzisiaj wyrozumieć, czy ta pogoda rozlana była nad naszym miastem, czy też skojarzenia młodości tak beztrosko zabarwiły mi we wspomnieniu ten czas miniony. […]  Sam tok narracyjny, styl pisarski „Kronik” Prusa zdradzają nam spokojniejszy i łagodniejszy puls tych dni i nocy warszawskich. Na świecie tak podważonym i rozkołysanym, w epoce względności i niepewności rozciągającej się na wszystkie dziedziny życia i myśli, dzisiaj wziąć do ręki książkę Prusa – znaczy prawie to samo, co ciepłym latem położyć się w krzakach malin, zamyślić się o dzieciństwie albo przeglądać stare fotografie przy lampie naftowej. Nie wiem czemu, ale lektura Prusa łączy mi się zawsze z pojęciem ciepła i cichej pogody. Mam uparte przekonanie, że w tamtych czasach było znacznie cieplej, że inny i lepszy smak miały serdelki, o których Prus często wspomina, a zapach „porcji pieczeni”, którą sobie wraz z kufelkiem piwa zafundował stary Rzecki, dystansuje wszystkie obecne, realne i namacalne, majonezy od Hirszfelda. Jakże wtedy żyło się wygodnie. […]

A przecież czytając „Kroniki” Prusa, chwilami doznawałem zamroczenia, przecierałem oczy, powracałem raz jeszcze do przeczytanej stronicy i sprawdzałem datę. Co parę kartek spotykałem dobrze znajome i bardzo mi bliskie sprawy. W „Kronice” z dn. 26 kwietnia 1875 r. pisze Prus o stanie rolnictwa, o dziesiątkach majątków wystawionych na licytację. Mówi po prostu o kryzysie i przytacza takie fakty: „Mówią niektórzy, że herbata zdrożała i że dziś płaci się kop. 50 za to, co przed miesiącem kosztowało 30. I to nas nie dziwi, słyszeliśmy bowiem, że zniszczono 1530 funtów »prawdziwej lądowej kiachtyńskiej herbaty«, wyprodukowanej na plantacjach w San Francisco”. Cóż się zmieniło? Za naszych czasów niszczy się kawę i zboże. Wtedy niszczono herbatę. Gdy Prus mówi o konieczności tworzenia bibliotek gminnych i miejskich, gdy mówi o potrzebie szkół rzemieślniczych i wyższej szkoły politechnicznej, o zwalczaniu gruźlicy, o obłudzie szowinistów nawołujących do bicia Żydów i sprowadzających do własnych fabryk Niemców, gdy nawołuje do stworzenia domu noclegowego, bibliotek szpitalnych, gdy wyszydza skłonność do blichtru i fałszywej elegancji, gdy walczy o prawa kobiet – wszystko to właściwie można by przedrukować prawie bez zmian dzisiaj, w kilkadziesiąt lat później.

Plac Grzybowski w Warszawie, II poł. XIX wieku (źródło).

A jednak nie były takie ciche i pogodne te noce warszawskie. Czas jak na starych freskach wytworzył glazurę łagodną i przejrzystą, ale wystarcza popatrzeć dłużej, aby rozpoznać znane nam ciemne i smutne malowidło. Oto Prus mówi, że leżał gdzieś stos belek czy desek: „idziesz tam, lecz stos znikł, rozebrali go. A deszcz tymczasem pada, wlazł ci już za kołnierz, zamoczył plecy, a nawet i po nogach ciec zaczyna… O gdybyś mógł znaleźć jaki dom nowo budujący się z jego wilgocią, brakiem drzwi i okien, jakże byś chętnie zakwaterował się choćby do piwnicy… Ileż to już takich nocy przespała Warszawa…”. A w innym miejscu mówi o swym kochanym mieście: „O ty, miasto ślepe i głuche, o ty, szczurze, któremu kadzidło pochwał do reszty zamąciło w głowie”. Nazwanie Warszawy „szczurem” miało prawdopodobnie jakieś głębsze usprawiedliwienie. Trudno dzisiaj zrozumieć to porównanie, jak również nie bardzo wiemy, kto wtedy i dlaczego kadził szczurom. […]

Rynek Starego Miasta w Warszawie, ok. 1882–1888 (źródło).

Czy wszystko, o co walczył Prus, zostało zrealizowane, czy obraz Warszawy zmienił się przez jego pracę na korzyść? Jakiś człowiek o ponurym spojrzeniu mógłby nam powiedzieć, że od czasów Prusa na świecie się pogorszyło i że nasze starania o poprawę życia są czczą walką z mechanicznymi wiatrakami, które przez nas stworzone, głodzą nas dzisiaj i chłodzą. Nie, to nieprawda. Bez społecznej pracy pisarzy nie byłoby na świecie lepiej, ale gorzej. To, że wiatr zrywa nam dachy nad głową, nie znaczy wcale, aby nie miał racji ten, który chciał, abyśmy nie żyli w brudzie i zaduchu. Prus jest nam bliższy dzisiaj i droższy od pięknoduchów bajdurzących o tęczowych Polskach. Większy był pisząc o potrzebie kanalizacji w białych dworkach z kolumienkami niż ci, którzy z tych dworków robili świętość narodową. Była w tym pisarzu jakaś żarliwa troska o człowieka przyszłości, był jednym z wielkich wychowawców, mądrym i cierpliwym profesorem, i nie jego to wina, że miał gnuśnych i leniwych uczniów. Czyż możemy widzieć, które ze słów jego przerodziły się w cegłę i budulec, które zostały w życiu, a które rozjaśniły tylko na chwilę serca czytelników? Słowa rozrastają się albo martwieją. Jak zabawnie jest spotkać w tych starych „Kronikach” jakiś wyraz, epitet, nazwę nic prawie nie znaczącą dla Prusa, a dziś zamykającą cały ogrom zjawisk, które dopiero przyjść miały. Zamyśliłem się nad jednym takim niewinnym zdaniem o modach damskich: „Długi ogon wprawdzie dla znających teorię komentatorów nieszczęsnego Darwina może być symbolem postępu i radykalizmu, dziś jednak wydaje się anachronizmem, choćby dlatego że cesarsko-niemieckie demokratki i komunistki nie za pomocą ogonów, ale za pomocą czerwonych krawatów wyróżniają się od niepostępowych kobiet”. O tym zdaniu można by nie manierą Prusa, ale Prousta napisać cały tom. Czas jest tu przyłapany na jakimś zakręcie perspektywicznym. Pisząc słowo „komunistki”, Prus czuł niewinny i sielankowy smak tych paru liter. Czyż mógł przewidzieć, że ten wyraz rozsadzi mu całą stronę drobnego petitu? A czy dzisiaj znamy moc i zasięg słów, embrionów, z których budujemy nasze książki i życie całe? Któż wie, co wyrośnie z tych liter, z tych trzydziestu paru znaków na klawiaturze maszyny? Pisarze umierają i zmartwychpowstają nie raz jeden. Wracają jak słowa o zmienionym często brzmieniu, mimo to przecież przekazywanie pokoleniom wieści o ludziach, którzy odeszli, a którzy byli nam bliscy, ma swoją mądrość.

Halo! Czy słyszycie? Powtórzcie znowu za lat pięćdziesiąt, że był taki pisarz Prus, któregośmy czcili i podziwiali. Jesteśmy pewni, że przeczytacie jego książki z zadowoleniem. Nie było w tych książkach kłamstwa. Było dużo serca i prawdy. Tu mówi rok 1932. Halo?! Rozmowa skończona? Skończona. Proszę się rozłączyć.

Antoni Słonimski, Kroniki tygodniowe 1932–1935, oprac. Rafał Habielski, LTW 2001, s. 1–3.

Wyścigi w literaturze (cz. I): „Lalka” Bolesława Prusa

Nareszcie nadszedł dzień wyścigów, pogodny, ale nie gorący; właśnie jak potrzeba. […]
W Alejach Ujazdowskich był już taki natłok powozów i dorożek, że miejscami należało jechać stępa, przy rogatce zaś utworzył się formalny zator i musiał czekać z kwadrans, pożerany niecierpliwością, zanim ostatecznie powóz jego wydostał się na mokotowskie pola. Na skręcie drogi Wokulski wychylił się i przez mgłę żółtawego kurzu, który gęsto osiadał mu twarz i odzienie, przypatrywał się wyścigowemu polu. Plac wydawał mu się dzisiaj nieskończenie wielkim i przykrym, jakby nad nim unosiło się widmo niepewności Z daleka przed sobą widział długi sznur ludzi uszykowanych w półkole, które ciągle zwiększało się dopływającymi gromadami.
Nareszcie dojechał na miejsce i znowu upłynęło z dziesięć minut, nim służący powrócił z kasy z biletem. Dokoła powozu tłoczyła się ciżba bezpłatnych widzów i huczał gwar tysiąca głosów, a Wokulskiemu zdawało się, że wszyscy mówią tylko o jego klaczy i drwią z kupca, który bawi się w wyścigi.
Nareszcie powóz puszczono wewnątrz toru. Wokulski zeskoczył na ziemię i pobiegł do swej klaczy usiłując zachować powierzchowność obojętnego widza.
Po długim szukaniu znalazł ją na środku wyścigowego placu, a przy niej panów Millera i Szulca tudzież dżokeja z wielkim cygarem w ustach, w czapce żółtej z niebieskim i w paltocie narzuconym na ramiona. Jego klacz wobec ogromnego placu i niezliczonych tłumów wydała mu się tak małą i mizerną, że zdesperowany chciał wszystko rzucić i wracać do domu. Ale panowie Miller i Szulc mieli fizjognomie jaśniejące nadzieją.
– Nareszcie jest pan – zawołał dyrektor maneżu i wskazując oczyma na dżokeja dodał: – Zapoznam panów: pan Yung, najznakomitszy w kraju dżokej – pan Wokulski.
Dżokej podniósł dwa palce do żółto-niebieskiej czapki, a wyjąwszy drugą ręką cygaro z ust plunął przez zęby.
Wokulski przyznał w duchu, że tak chudego i tak małego człowieka jeszcze w życiu nie widział. Zauważył przy tym, że dżokej ogląda go jak konia: ode łba do pęcin, i wykonywa krzywymi nogami ruchy, jakby miał zamiar wsiąść i przejechać się na nim.
– Niechże pan powie, panie Yung, czy nie wygramy? – spytał dyrektor.
– Och! – odpowiedział dżokej.
– Tamte dwa konie są niezłe, ale nasza klacz znakomita – mówił dyrektor.
– Och! – potwierdził dżokej.
Wokulski odprowadził go na stronę i rzekł:
– Jeżeli wygramy, będę panu winien pięćdziesiąt rubli ponad umowę.
– Och! – odparł dżokej, a przypatrzywszy się Wokulskiemu dodał:
– Pan jest czysty krew sportsmen, ale jeszcze pan trochu gorączkuje. Na przyszły rok będzie spokojniejszy.
Znowu plunął na długość konia i poszedł w stronę trybuny, a Wokulski, pożegnawszy panów Millera i Szulca, popieściwszy klaczkę, wrócił do swego powozu. […]
Teraz dopiero Wokulski kupił program i z uczuciem jakby wstydu czytał, że w trzeciej gonitwie biega klacz Sułtanka po Alim i Klarze, należąca do X. X., jeżdżona przez dżokeja Yunga w żółtej kurtce z niebieskimi rękawami. Nagroda trzysta rubli; koń wygrywający ma być na miejscu sprzedany.
„Oszalałem!” – mruknął Wokulski dążąc w stronę galerii. Myślał, że chyba tam jest panna Izabela, i projektował, że natychmiast wróci do domu, jeżeli jej nie znajdzie. […]
Zbudził go okrzyk tłumu, dzwonek i brawo… To odbył się pierwszy wyścig. Nagle spojrzał na tor i zobaczył wjeżdżający do szranków powóz hrabiny. Siedziały hrabina z prezesową, a na przodzie pan Łęcki z córką. […]
Pierwsze wyścigi na Polu Mokotowskim, mal. January Suchodolski, 1849 rok.
Spojrzał po obecnych. Prezesowa była wesoła, hrabina uśmiechnięta, pan Łęcki promieniejący. Na koźle lokaj hrabiny półgłosem zakładał się z furmanem, że Wokulski wygra. Dokoła nich kipiały śmiech i radość. Radował się tłum, galerie, powozy; kobiety w barwnych strojach były piękne jak kwiaty i ożywione jak ptaki. Muzyka grała fałszywie, ale raźnie; konie rżały, sportsmeni zakładali się, przekupnie zachwalali piwo, pomarańcze i pierniki. Radowało się słońce, niebo i ziemia, a Wokulski poczuł się w tak dziwnym nastroju, że chciałby wszystko i wszystkich porwać w objęcia.
Odbył się drugi wyścig, muzyka znowu zagrała. Wokulski pobiegł do trybuny, a spotkawszy Yunga, który z siodłem w ręku powracał w tej chwili od wagi, szepnął mu:
– Panie Yung, musimy wygrać… Sto rubli nad umowę… Niech bodaj klacz padnie…
– Och!… – jęknął dżokej przypatrując mu się z odcieniem chłodnego podziwu. […]
Zadzwoniono na trzeci wyścig. Panna Izabela stanęła na siedzeniu; na twarz jej wystąpiły rumieńce. O parę kroków od niej przejechał na Sułtance Yung z miną człowieka, który się nudzi.
– Spraw się dobrze, ty śliczna!… – zawołała panna Izabela.
Wokulski wskoczył do swego powozu i otworzył lornetę. Był tak pochłonięty wyścigiem, że na chwilę zapomniał o pannie Izabeli. Sekundy rozciągały mu się w godziny; zdawało mu się, że jest przywiązany do trzech koni mających się ścigać i że każdy ich ruch niepotrzebny szarpie mu ciało. Uważał, że jego klacz nie ma dość ognia i że Yung jest zanadto obojętny. […]
Dzwonek. Trzy konie z miejsca ruszyły cwałem.
– Yung na przodzie…
– To właśnie głupstwo…
– Już minęli zakręt…
– Pierwszy zakręt, a gniady tuż za nim.
– Drugi… Znowu wysunął się…
– Ale gniady idzie…
– Pąsowa kurtka w tyle…
– Trzeci zakręt… Ależ Yung nic sobie z nich nie robi…
– Gniady dopędza…
– Patrzcie!… patrzcie!… Pąsowy bierze gniadego…
– Gniady na końcu… Przegrałeś pan…
– Pąsowy bierze Yunga…
– Nie weźmie, już ćwiczy konia…
– Ale… ale… Brawo Yung!… Brawo Wokulski!… Klacz idzie jak woda!… Brawo!…
– Brawo!… brawo!…
Dzwonek. Yung wygrał. Wysoki sportsmen wziął klacz za uzdę i zaprowadziwszy przed trybunę sędziów zawołał:
– Sułtanka!… Jeździec Yung!… Właściciel anonim…
– Co to anonim… Wokulski… Brawo Wokulski!… – wrzeszczał tłum.
– Właściciel pan Wokulski! – powtórzył wysoki dżentelmen i odesłał klacz na licytację.
Wśród tłumu zbudził się szalony zapał dla Wokulskiego. Jeszcze żaden wyścig tak nie rozruszał widzów: cieszono się, że warszawski kupiec pobił dwu hrabiów. […]
Bolesław Prus, Lalka, rozdział Wielkopańskie zabawy, http://literat.ug.edu.pl/lalka/0013.htm