„Migotliwa wiązka potencjalnych elementów” (Jan Zieliński, „Słowacki. Szatanioł”)

SzatAnioł
 
Ubiegłoroczna lektura listów Słowackiego do matki, w wydaniu pozbawionym jakichkolwiek przypisów i objaśnień, pozostawiła mnie w zachwycie dla daru słowa poety, ale i z obietnicą, że uzupełnię obraz wyrobiony na podstawie tej korespondencji jakąś biografią. A akurat pod ręką miałem „Szatanioła” Jana Zielińskiego.

„Przeszedłem trochę do dandyzmu”, czyli Słowacki i moda

Słowacki i moda
Poeta, jak powszechnie wiadomo, powinien chodzić okryty obszerną peleryną, która litościwie osłoni wszelkie braki w jego garderobie, wystrzępione mankiety koszuli, pocerowaną na łokciach marynarkę czy zgoła rozciągnięty sweter i powycierane na kolanach spodnie. Tylko dziurawych butów nie osłoni. Zdarzają się jednak poeci bardziej dbali o garderobę i w ogóle o swój wygląd – zwykle to ci sami, którzy w przeciwieństwie do mniej szczęśliwych kolegów nie muszą żywić się energią słoneczną czy miską zupy cebulowej raz na dwa dni.

„Podobno niezły był z niego łakomczuszek” (Juliusz Słowacki o rozkoszach stołu)


– Dlaczego wy ciągle jecie? – z rozpaczą krzyknęła Cesia.
– Tak już zostaliśmy skonstruowani – powiedział uprzejmie Żaczek. – […] Nawet Słowacki miał zwyczaj jadać.
– Podobno niezły był z niego łakomczuszek – filuternie powiedziała ciocia Wiesia. 

Ten fragment z „Szóstej klepki” miałem stale w pamięci, gdy czytałem listy Słowackiego do matki i natykałem się w nich na kwestie dietetyczne. Wzmianki o jedzeniu nie są bardzo częste, dużo częściej żali się poeta na swoją samotność i tęsknotę, dziękuje za wsparcie finansowe i ubolewa nad tym, że nie jest doceniany za swą twórczość, co tylko pogłębia jego spleen i podsuwa myśli o wycofaniu się w jakieś klasztorne zacisze albo do małego domku na wsi, gdzie będzie mógł żyć spokojnie u boku ukochanej matki. W listach górnolotne westchnienia przeplatają się z kwestiami nader przyziemnymi; Juliusz zdawał matce sprawę nie tylko ze swych myśli, ale i detali codziennego bytowania. Zresztą nie ma chyba takiej matki, szczególnie syna jedynaka, która by na takie wiadomości nie czekała i nie wypytywała o nie.
Dobry syn, rzecz jasna, nie będzie matki niepokoił swoim trybem życia, stąd uspokajające doniesienia z Londynu z sierpnia 1831 roku:

Mam ładny pokój, z rana angielskie śniadania, o godzinie 1-szej drugie śniadanie bardzo pięknie zastawione, o godzinie 6-stej obiad wykwintny – wino osobno kupuję… Po obiedzie pijemy my mężczyźni aż do 8, ale pijemy bardzo skromnie, nigdy więcej nad pół butelki…

Osiadłszy kilka miesięcy później w Paryżu, przedstawił Słowacki sprawozdanie z kosztów wyżywienia:

Za 2 franki mam w Palais Royal obiad bardzo dobry – zupa, trzy lub cztery potrawy i deser – z pół butelką wina. Potrawy wybierają się w karty, na której ze sto jest do wyboru – i można kazać dawać najwykwintniejsze. Wino zwyczajne szkaradne…

„Trois Frères Provençaux” restauracja in Palais Royal
staloryt J.B.Allena według obrazu Eugène’a Lami, ok. 1840 roku.
Aż nieprawdopodobny wydaje się nam ten wykwint za jedne 2 franki. I faktycznie, po roku i do Juliusza zaczęło docierać to i owo na temat paryskiej gastronomii:

I tak, dawniej jadłem obiady po dwa franki – wyborne na pozór – ale przekonałem się, że mi szkodzą – bo w tych traktierniach skupują potrawy z innych drogich traktierów i różnymi sposobami chronią je od zepsucia – tak, że na stół podane, pięknie się wydają – i są smaczne, ale przez długi czas używane, niszczą zdrowie. Ponieważ zaś nie życzę sobie otruć się obiadami, chodzę więc do traktierów, gdzie a la carte jeść dają… bifsztyk tam sam franka bez dwóch sous kosztuje, ale przynajmniej zdrowy i posilny, a zjadłszy zupę, dwie potrawy i deser, można być sytym – obiad zaś taki dwa franki i pół – albo trzy franki kosztuje…

Jak widać, jakaś ówczesna Magda Gessler miałaby sporo roboty i kilka niezłych rewolucji dałoby się przeprowadzić w stołecznych jadłodajniach. Słowacki zresztą nie powinien narzekać, bo powodziło mu się całkiem nieźle, szczególnie w porównaniu z wieloma rodakami:

Są Polacy, którzy po 18 sous jedzą obiad i mają trzy potrawy, deser – pół butelki wina. Boże, zmiłuj się nad nimi! W menażerii królewskiej, gdzie dawniej co miesiąc dla zwierząt dostarczano z pewnego okręgu miasta 15 zdechłych koni, teraz tylko dwa przysłano… więc trzynaście musiało dwunożne żywić zwierzęta.

Uznawszy najwyraźniej, że matka uspokojona jest w kwestii synowskich posiłków, przestał Juliusz o nich donosić. Tylko w liście z podróży na Wschód w 1837 roku napomyka, że nawykł do wielu niewygód: „przekonałem się, że obiad bez mięsa obejść się może i że na[leży] czasem pościć, tak jak nieraz pościliśmy razem z Zenonem żyjąc przez dzień cały ryżu garsteczką, przez mi[iesiąc] jedząc tylko kury”. Oczywiście, nie tylko drób trafiał się w drodze; na pokładzie okrętu poeta skosztował dania bardziej egzotycznego: „Wczoraj jadłem nową potrawę – był to żółw morski, któregośmy ułowili spiącego na wodzie; mięso jego dobre mi się wydało i trochę do łososia podobne”.
Początek lat czterdziestych XIX wieku to chwilowe związanie się Słowackiego z Towiańskim i zwrot w stronę refleksji dużo mniej przyziemnych. Listy zaczynają przypominać nabożne kazania, niemal znikają z nich opisy codziennego życia. Na szczęście nie do końca. Na rok przed śmiercią na przykład poeta prosi wuja Teofila, „by cydr robił z jabłek – i tego napoju używanie wprowadził między lud. […] Zresztą jabłeczne to zdrowie może jest w tym ochładzającym napoju”. Niecałe dwa tygodnie później zaś przyznaje się, że znów prowadzi uregulowany tryb życia („na pamiątkę Twoją jadam o godzinie drugiej obiad […] – a to mi zdrowiej”) i kupił sobie taki sam serwis do kawy, jakim posługiwała się matka
Jak widać, ciocia Wiesia mogła mieć rację: Słowacki lubił dobrze zjeść i nawet – choć pisał to żartobliwie – potrafił sobie odpowiednią dietą regulować poetycką wenę:

Dziwnie byłem wtedy [w Damaszku] skłonny do improwizacji, bo zazwyczaj głodny od obiadu klasztornego wstawałem. Teraz, Bogu dzięki, co dnia władze imaginacyjne przygaszam i przytłumiam tęgim bifstekiem i wcale jestem niepoetycznym.

Juliusz Słowacki, Listy do matki, oprac. Zofia Krzyżanowska, Ossolineum 1983.