„Zarabiamy, śmiejąc się” (Tadeusz Wittlin, „Ostatnia cyganeria”)

Ostatnia cyganeria

 

Piękne to musiały być czasy dla literatów, rysowników i wszelkiej maści artystycznych duchów. Biesiadowało się w barach, kawiarniach raz na koszt własny, raz na rachunek zamożniejszych kolegów, omawiając wzniosłe sprawy ducha, a do stolika nieśmiało, żeby nie zburzyć tej intelektualnej atmosfery, podchodzili wydawcy, redaktorzy, dyrektorzy kabaretów czy producenci filmowi, by wsunąć temu i owemu do kieszeni zaliczkę na opowiadanie, skecz, piosenkę czy scenariusz, koniecznie z happy endem. Gdzieś tam za drzwiami „Adrii”, „Oazy” czy Hotelu Europejskiego trwał kryzys, panowało bezrobocie, czaił się autorytaryzm i cenzor z nożycami, ale te elementy nie przebijają się przez mgłę sentymentu, w jaką spowił swe wspomnienia Tadeusz Wittlin. I właściwie trudno mu się dziwić, że po kilku dziesięcioleciach na emigracji miał ochotę przywoływać z pamięci tylko to, co najmilsze i najzabawniejsze.

Dojrzewanie w warunkach infernalnych (Yehuda Nir, „Utracone dzieciństwo”)

 

Julek Grünfeld miał dziewięć lat, gdy wybuchła wojna. Mieszkał we Lwowie; jego ojciec prowadził dobrze prosperującą firmę, matka spędzała czas w kawiarniach, a dziećmi (Julek miał starszą siostrę, Lalę) zajmowała się guwernantka. Wrzesień 1939 roku przerwał beztroskie życie Grünfeldów: najpierw tułali się w kierunku granicy z Rumunią, potem wrócili do miasta zajętego przez Armię Czerwoną. Jako „kapitaliści”, stracili mieszkanie i firmę, ale przynajmniej uniknęli deportacji. Pod koniec czerwca 1941 do Lwowa wkroczyli Niemcy i zaczął się nowy okres w wojennych dziejach rodziny. Ojciec został aresztowany, a rodzina musiała sobie jakoś radzić z codziennymi trudnościami i zaostrzającą się antyżydowską polityką: brutalnymi „akcjami”, podczas których Żydów wyłapywano i wywożono z miasta, i koniecznością przeprowadzki do getta. Zapadła decyzja o ucieczce, wciąż jednak odwlekana: „Nasze wahania powodowane były strachem przed nieznanym i niepewnością, czy podołamy przekonywająco grać rolę Polaków-katolików. […] Nie wiedzieliśmy zbytnio jak się z nimi identyfikować – co najwyżej mogliśmy ich naśladować”.
 

Julek Grünfeld.
I rzeczywiście, po ucieczce do Krakowa Grünfeldowie żyją w ciągłym strachu. Nie mają (poza matką) „aryjskiego” wyglądu, zdradzić ich może wszystko: źle dobrane słowo, gest, nieznajomość jakiegoś powszechnego zwyczaju. Zaczynają ściągać na siebie podejrzenia otoczenia, więc przenoszą się do Warszawy – tam jednak nie jest lepiej. Mimo usilnych starań, Julek wciąż odstawał od swych polskich rówieśników; nie miał, na przykład, zdjęcia od pierwszej komunii, które legitymizowałoby jego pochodzenie i wyznanie. Zdobycie odpowiedniej fotografii wymagało wielu zabiegów. Ponieważ matka i siostra Julka pracowały u niemieckich chlebodawców, co zapewniało im niejakie bezpieczeństwo, postanowiono również i jego ukryć w ten sposób, odsuwając od podejrzliwych Polaków.
I tak aż do samego powstania warszawskiego Grünfeld pracował jako goniec w gabinecie niemieckiej dentystki. „Wydawało nam się, że Niemcy nie będą zdolni odróżnić polskich Żydów od polskich katolików, podczas gdy Polacy łatwo wychwytywali niuanse zachowań, wynikające z odmienności naszego wychowania”. I faktycznie, Julek pewnego razu spytał na przykład polską współpracowniczkę, czy w związku z tym, że Wielkanoc przypadła bardzo późno, przesunie się też Boże Narodzenie! Zatarcie tej gafy wymagało wielu zabiegów. Po wybuchu powstania czternastoletni Grünfeld przyłączył się do jednego z oddziałów jako łącznik: walczył, oglądał śmierć kolegów, błąkał się w kanałach, wreszcie po kapitulacji trafił do obozu w Pruszkowie.
Mimo iż spisana po latach, opowieść Julka Grünfelda (Yehudą Nirem stał się dopiero po wojnie, by nie nosić niemieckiego nazwiska), jest szczegółowa i barwna. Autor przywołuje liczne epizody, przedstawia swoje ówczesne odczucia i emocje: nieustanny strach przed dekonspiracją, stałą czujność, która pozwalała w porę zauważyć wszelkie niebezpieczeństwa, wielkie napięcie nerwów. Julek nie tylko przeżył, ale i miał podczas wojny warunki stosunkowo lepsze niż wielu innych ukrywających się Żydów. Nie zmienia to jednak faktu, że stracił dzieciństwo, że dojrzewał, jak napisał Władysław Bartoszewicz, „w warunkach infernalnych”. Oglądamy świat jego oczami, poznajemy jego subiektywne opinie o ludziach i wydarzeniach, niekiedy gorzkie dla nas, Polaków, jak wtedy, gdy pisał o niechęci Armii Krajowej wobec Żydów: „Przypuszczam, że większość Polaków nie zwalczała nazizmu, a raczej walczyła z Niemcami – ich odwiecznym, historycznym wrogiem. To zaś pozwalało znacznej ich części zachować swój antysemityzm nawet wtedy, gdy [Żydzi] przelewali własną krew w walce ze wspólnym wrogiem”. Po części z tego powodu nawet w czasie powstania Julek ukrywał swe pochodzenie – chociaż napisał, że robił tak z obawy o swój los, gdyby wpadł w ręce Niemców. Obszernie opisał pogrzeb poległego czternastolatka, który okazał się Żydem, ku zaskoczeniu wszystkich. Jego dowódca powiedział wtedy nad grobem: „Nasuwa mi się smutna refleksja, że nawet teraz – wśród nas, uwolnionych już od Niemców – on nie ośmielił się ujawnić swojej prawdziwej tożsamości”. Oficer ten zresztą był jednym z niewielu, o których Grünfeld wyrażał się z szacunkiem, gdyż ogólnie nie miał wysokiego mniemania o dowódcach; uważał ich za zadufanych i nieliczących się z ludzkim życiem. Można się oburzać i prostować fakty, ale – jak zauważył ks. Adam Boniecki – „sprostowania […] są bez sensu, bo widziane od strony świata żydowskiego fakty takimi były, widziani z tamtej strony tacy byliśmy”.
 

Yehuda Nir, psychiatra i psychoterapeuta.
Profesor Michał Głowiński w swoim słowie wstępnym (nieduża książka zaopatrzona jest w aż pięć takich krótkich wstępów: Władysława Bartoszewskiego, ks. Adama Bonieckiego, Michała Głowińskiego, autora i tłumacza) napisał: „Wszystko jest tu dokumentem wielkiej klasy, całość zaś stanowi przejmującą relację, pisaną nader wprawnym piórem”. Niestety, w polskim wydaniu to wprawne pióro zostało może nie całkiem złamane, ale na pewno bardzo mocno stępione. Tłumacz przełożył tekst koślawym stylem: zachował angielską składnię, zbyt kurczowo trzymał się oryginału, tworząc niezrozumiałe zdania-potworki, upstrzone kalkami językowymi. Żeby nie być gołosłownym, kilka przykładów: „Osłabiona pozycja ojca wobec świata zewnętrznego zdegradowała w jakimś sensie jego rolę w naszej rodzinie” (s. 18), „Konflikt między mym doświadczeniem wyniesionym z domu a doznawanym w otaczającym zewnętrznym świecie, przybierał intensywnie na sile” (s. 19), „Soczewkę ogniskującą ich zainteresowanie na istotnych wydarzeniach stanowiło radio, zwłaszcza dla ojca” (s. 23). Są strony, na których jest po kilka tego rodzaju zdań. A wystarczyła dokładniejsza redakcja, by tych wpadek uniknąć. Również korekta była mistyfikacją, ponieważ w wielu miejscach szwankuje zarówno ortografia, jak i interpunkcja. Ogromna to szkoda, ponieważ wspomnienia Nira doskonale nadawałyby się dla młodzieży. Trudno jednak polecać uczniom tekst, który choć wartościowy historycznie i pozwalający się wczuć w sytuację ukrywającego się rówieśnika, równocześnie stanowi zaprzeczenie zasad poprawności językowej. Starszy czytelnik, zgrzytając zębami i odruchowo korygując błędy, zdoła się jakoś skupić na dramatycznych losach Julka i jego rodziny. W każdym razie warto ten wysiłek podjąć.
Yehuda Nir, Utracone dzieciństwo, tłum. Jacek Mazur, Nowy Świat 2011.

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Nowy Świat.

Szperanie na antresoli (Agnieszka Osiecka, „Szpetni czterdziestoletni”)

 

Miałem tylko sprawdzić jeden cytat do celów służbowych, ale gdy kartkowałem „Szpetnych czterdziestoletnich” w jego poszukiwaniu, wzrok co chwilę padał mi a to na wierszyk o wrednym Muminku („Raz pewien Muminek spod Sopot – z gotówką gdzieś przepadł za mgłą. Dziś każdy kto znał go, ma kłopot – bo Muminki-skurwysynki straszne są”), a to na opis niemalże kastowej struktury bywalców warszawskiego basenu Legii. Potrzebny cytat znalazł się na samym początku książki (a poszukiwania zacząłem od końca, rzecz jasna), więc właściwie uznałem, że mogę przystąpić do powtórkowego podczytywania tego – jak nazwała go sama autorka – „małego słowniczka odwilży”.

Bukiety wtenczas jak wiadomo,
z czerwonych plotło się goździków.
Ojczyźnie naszej, krytej słomą,
nigdy nie dosyć Październików.

Kilkadziesiąt alfabetycznie ułożonych haseł: od „Aby artystą zostać” do „Żałobnicy i żartownisie” to bardzo osobisty i tym samym szalenie subiektywny zbiór wspomnień z lat pięćdziesiątych, „zapiski z pamięci, rezultat szperania na antresoli”: przewijają się tu ludzie, rzeczy, slogany i pojęcia, anegdota sąsiaduje z melancholijną refleksją, wiersz z opisem wizyty u Dygatów. Obok klasyfikacji prywatek (cielęce, mysie, lisie i tygrysie) – portret Tyrmanda, obok elementów stroju – zapis wrażeń z wysłuchiwanego po raz pierwszy tajnego referatu Chruszczowa. Epoka w historii i historie o epoce. Mieszanina spraw wielkich i błahych, takich, którymi żył świat, i takich, którymi żyła tylko Osiecka i jej koledzy.
Chłopa zbudzili, by brał ziemię,
kołchozowego zmietli stracha,
i nowe nam wschodziło plemię
od Toeplitza do Himilsbacha.
Ale nie tylko odbycie podróży sentymentalnej było celem autorki. Próbowała też po latach spojrzeć na siebie i swoje pokolenie, by zrozumieć własną zmianę: przejście od pokolenia pieczonego „w przeraźliwym tyglu przeciętności”, uczestniczącego w zbiorowych rytuałach narzucanych przez władze (wykopki, akcja zwalczania analfabetyzmu, kursokonferencje, wieczornice) i – czego się nie wypiera – o lewicowych przekonaniach, do ludzi, którzy zachłysnęli się nagle odzyskanymi barwami świata i zwiększoną (co prawda na krótko) dawką swobody.

Ja – wychowana bez historii,
pomiędzy Marksem a matczyskiem,
ja nie wiedziałam, co tak boli,
gdy agitator idzie rżyskiem…
I nagle patrzcie – parlamenty,
O demokracji dyskusyje…

Ta przemiana (nie tylko zresztą ta) samej Osieckiej wydaje się niepokojąca i niezbyt jasna:
W roku pięćdziesiątym piątym i szóstym wielu ludzi zapragnęło zmienić skórę. Inni, czyści lub półczyści, umieścili się na balkonach i robili im „zyg, zyg, marchewka”. […]
My – zmienialiśmy się w dobrej wierze, dla jasnej przyszłości własnej i narodu. Inni – zmieniali się dla hecy albo dla kariery.
Nic tu nie można stwierdzić na pewno:

…Prześledzić Zmianę, a tym bardziej opisać ją i objaśnić in statu nascendi, tak u siebie, jak i u kogoś, jest potwornie, niewyobrażalnie trudno. […] Czy my, w wędrówce swojej, popychani przez wiatry i prądy, przywdziewamy wciąż nowe twarze, których przedtem nie było, czy też my […] już dawno te nowe twarze dźwigaliśmy, tylko prądy i wichry nie pozwalały nam ich odkryć? […] Czy dogrzebujemy się siebie, zrzucamy kolejne skorupy, czy też przeciwnie – rozrastamy się dookoła, przywdziewamy wciąż nowe skóry?

Bo pytanie kluczowe brzmi: „czy Zmiana, w ogóle, istnieje?? Czy coś, co w pewnej skali jest Zmianą, w innej skali w ogóle istnieje?” Niektórzy pewnie zechcą szukać odpowiedzi samodzielnie, inni będą woleli nie wgłębiać się w ten problem, tylko po prostu korzystać z nowych możliwości otwieranych przez „wiatry i prądy”.
„Szpetni czterdziestoletni” to rzecz pełna zmiennych nastrojów i stylów: dobrze opowiedziana anegdota sąsiaduje tu z poetycką refleksją, spiętrzone metafory obok nader trzeźwych uwag o przemianach języka i obyczaju. Można książkę kartkować, zatrzymując wzrok tu i ówdzie, albo czytać od a do zet, można śledzić tropy obyczajowe, literackie, towarzyskie, śmiać się lub irytować, albo i ziewnąć, jeśli stężenie poezji zrobi się za wysokie, nie da się jednak zaprzeczyć, że nawet przefiltrowane przez czas i owiane mgiełką sentymentu wspomnienia Osieckiej to jedna z najciekawszych, moim zdaniem, obok dziennika Tyrmanda, opowieści o latach pięćdziesiątych.

Bukiety wtenczas, jak wiadomo,
z czerwonych plotło się goździków.
Jeszcze mi dzisiaj w oczach słono,
kiedy się nagle budzę – w krzyku.

Agnieszka Osiecka, Szpetni czterdziestoletni, ilustr. Jan Młodożeniec, Iskry 1987. 

„Człowiek przyjemnie jednoznaczny” („Akademia Pana Brzechwy”)

<
Roku czytania biografii nie wymyśliłem tak całkiem bezinteresownie. Chciałem się w ten sposób zmobilizować do napisania o kilku przeczytanych książkach, które być może wstawiłbym na półkę bez poświęcenia im chociaż kilku słów. A tak, to proszę: jest cel, jest i motywacja, więc przedstawiam pierwszą z zeszłorocznych zaległości.Jan Brzechwa, prawnik z wykształcenia, chciał zabłysnąć jako poeta, w końcu pokrewieństwo z Bolesławem Leśmianem zobowiązywało. Zadebiutował wierszem w wieku piętnastu lat, ostatecznie jednak, niejako wbrew sobie, skupił się na twórczości dla dzieci, która przyniosła mu nie tylko miłość małych czytelników, ale i upragnioną sławę, i stabilność finansową. Sam żartował, że pisanie dla dzieci jest dla niego sposobem, by trafiać do ich… matek:

Kazio („Wspomnienia o Kazimierzu Rudzkim”)

 

 
Kazimierz Rudzki to dla mnie przede wszystkim odtwórca roli ojca Pawła Jankowskiego w serialu „Wojna domowa”. Wiecznie nieobecny, ciągle „w terenie”, na delegacjach, wpadał od czasu do czasu do domu i zabierał się do wychowywania syna. Zasadniczy, sztywny, staroświecki nie potrafił porozumieć się z Pawłem i stąd brały się wszystkie domowe spięcia. Dla nas ten serial to już klasyka i z ogromnym zdziwieniem stwierdziłem, że w obszernym zbiorze wspomnień o Rudzkim jest jedna (słownie: jedna) wzmianka o tej roli: sam aktor wspomina w liście przyjacielowi, że kręcenie serialu koliduje z próbami nowej sztuki w teatrze. I tyle. Kim więc Kazimierz Rudzki był dla autorów wspomnień, skoro nie gwiazdą fantastycznego serialu?

„Żyję w utopii, która nie jest moja” (Joanni Sanchez, „Cuba libre”)

 

„Żyję w utopii, która nie jest moja”, napisała 10 kwietnia 2008 roku Kubanka Yoani Sanchez. Ta niezgoda na życie w systemie, który dawno już stracił kontakt z obywatelami, ich potrzebami i odczuciami, skłoniła Sanchez do tego, by pokazać, jak jest naprawdę. Yoani nie stworzyła opozycyjnej organizacji, nie drukowała ulotek, nie malowała haseł na murach. Założyła blog, pisała krótkie teksty o tym, co dotykało bezpośrednio ją i jej najbliższych, a potem przemykała do jakiegoś hotelu, by podłączyć się do sieci i opublikować swoje notatki. Internet jest dostępny tylko dla cudzoziemców, zresztą Kubańczycy i tak, przynajmniej teoretycznie, nie mają komputerów.

„Mali wiekiem, lecz dojrzali cierpieniem” (Hanka Ordonówna, „Tułacze dzieci”)

Zachowane nagrania i filmy – jak twierdził Jerzy Waldorff – nie dają pojęcia o talencie i charyzmie Hanki Ordonówny, wielkiej gwiazdy Dwudziestolecia. „Tułacze dzieci”, wydane w Bejrucie w 1948 roku, dają natomiast pojęcie nie tylko o jej talencie pisarskim, ale przede wszystkim o wielkim sercu, odwadze i determinacji, dzięki którym udało się Ordonównie, a właściwie Annie hr. Tyszkiewiczowej, i jej mężowi uratować kilkaset polskich dzieci od poniewierki, głodu, chorób i śmierci, jakie czekały na nie w Związku Radzieckim.