Skip to content

Zacofany w lekturze

Blog Piotra Chojnackiego. Książki nowe, stare, znane i zupełnie zapomniane, pełna swoboda wyboru.

Menu
  • Strona główna
  • O mnie
  • Powieści młodzieżowe PRL
  • Przestały oczekiwać 2011
  • Przestały oczekiwać 2012
  • Przestały oczekiwać 2013
  • Przestały oczekiwać 2014
  • Przestały oczekiwać 2015
  • Przestały oczekiwać 2016
  • Przestały oczekiwać 2017
  • Przestały oczekiwać 2018
  • Przestały oczekiwać 2019
  • Przestały oczekiwać 2020
  • Przestały oczekiwać 2021
  • Polityka prywatności
  • Przestały oczekiwać 2022
  • Przestały oczekiwać 2023
  • Przestały oczekiwać 2024
  • Przestały oczekiwać 2025
  • Przestały oczekiwać 2026
Menu

Zupełnie inaczej niż w serialu (Max Hastings, „Wojna koreańska”)

Posted on 22 maja 20113 kwietnia 2024 by Piotr (zacofany.w.lekturze)
Na powszechnym wyobrażeniu o pierwszej wojnie światowej zaważyły w większym stopniu, jak sądzę, przygody dobrego wojaka Szwejka (a u nas film CK Dezerterzy) niż Na Zachodzie bez zmian. Sam mam raczej skłonność do postrzegania tego wielkiego konfliktu jako czasu chaosu, bezdusznej i idiotycznej wojskowej biurokracji, łazików i dekowników niż krwawej i bezsensownej jatki wojny pozycyjnej. Wojna w Korei z lat 1950–1953 podobną sławę „zawdzięcza” serialowi M.A.S.H., którego bohaterowie, powołani do armii lekarze, nijak nie mogą przywyknąć do wojskowych rygorów i całą swoją postawą wyrażają protest przeciwko temu, co się wokół nich dzieje. Flirtują, płatają iście sztubackie figle i mobilizują się wyłącznie w chwilach, gdy helikoptery dostarczają rannych z pola bitwy, co stanowi jedyne przypomnienie o tym, że toczą się walki.

Już na samym początku swej książki Max Hastings podkreśla, jak niesprawiedliwy to obraz wojny w Korei, jak głęboko krzywdzący dla wszystkich jej uczestników, deprecjonujący skalę i grozę tego konfliktu. Jego praca miała być (i dodam od razu, że jest) pełnym rozmachu przedstawieniem wszystkich aspektów wojny w Korei, pierwszej zbrojnej konfrontacji zimnej wojny w zacofanym i biednym zakątku Azji. Okupowaną przez Japończyków Koreę po drugiej wojnie podzielili między siebie Rosjanie i Amerykanie; w obu strefach zaczęły się zupełnie nowe porządki. Amerykanie nie wykazywali się zrozumieniem dla miejscowych stosunków, tradycji i pragnień ludności, narzucając rząd, który w ich mniemaniu miał zapewnić opór wobec komunizmu szerzącego się na północ od 38 równoleżnika. Napięta sytuacja wewnętrzna w Korei i równie napięte stosunki między mocarstwami nie musiały prowadzić do wojny, szczególnie że, jak wykazuje Hastings, ani ZSRR, ani Stany Zjednoczone nie pragnęły nowego zbrojnego konfliktu. Działania zbrojne rozpoczął jednak północnokoreański przywódca Kim Ir Sen, przypuszczając w czerwcu 1950 roku atak na Południe.
Wielu autorów książek o wojnach uznaje, że liczą się tylko aspekty militarne, siła armii, ruchy oddziałów, strategia i taktyka. Piszą, jakby czytali sztabową mapę, przejmują opinie wyższych dowódców, traktujących żołnierzy jak pionki na gigantycznej szachownicy. Straty w ludziach są dla nich tylko statystykami. Tego rodzaju prace nudzą mnie ogromnie i starannie ich unikam. Hastings jednak napisał książkę, w której posunięcia polityczne i dyplomatyczne przeplatają się z działaniami zbrojnymi – częstokroć przedstawianymi w punktu widzenia szeregowych żołnierzy na pierwszej linii, a całość obrazu uzupełniają informacje o losach ludności cywilnej, najbardziej poszkodowanej podczas wojen. Wielkim osiągnięciem autora jest to, że nie sięgnął wyłącznie po memoriały dyplomatów i wspomnienia generałów. Zebrał też wiele relacji żołnierzy, nie tylko amerykańskich i brytyjskich, ale również chińskich, oraz Koreańczyków. Dzięki temu uniknął typowego dla wielu podobnych opracowań bezosobowego spojrzenia na wojnę; w tej książce walczą ludzie, konkretni, znani nam z nazwiska, a nie poszczególne oddziały. Cierpienia cywilów także poznajemy na konkretnych przykładach ludzi zmuszonych do opuszczenia domów i porzucenia dorobku całego życia, głodnych, cierpiących z chorób i zimna.
Książkę czyta się nieźle mimo niejakich chropowatości przekładu i pewnych niedociągnięć redakcyjno-korektorskich. Autor bardzo sprawnie rozwija opowieść, ubarwiając ją cytatami z dokumentów i relacji, krytycznie ocenia postępowanie stron konfliktu, wskazując błędy i ich podłoże (jak choćby lekceważenie przez Amerykanów „bosonogiej azjatyckiej armii”, co prowadziło do porażek w początkowej fazie wojny). Liczne mapy pokazują kolejne etapy działań, a fotografie przybliżają klimat tamtych czasów.
Obszerna monografia zainteresuje zapewne głównie miłośników dziejów najnowszych, ale wydaje mi się, że z zaciekawieniem i z pożytkiem mogą po nią sięgnąć również czytelnicy zwykle stroniący od książek o wojnach.
Max Hastings, Wojna koreańska, tłum. Barbara Cendrowska, Wydawnictwo Dolnośląskie 2010.
Za przesłanie książki dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat.

25 thoughts on “Zupełnie inaczej niż w serialu (Max Hastings, „Wojna koreańska”)”

  1. viv pisze:
    22 maja 2011 o 07:41

    Rozejrzę się za książką, bo jestem świeżo po lekturze wspomnień północnokoreańskiego pułkownika i brakowało mi w nich pewnej szczegółowości. Z recenzji wynika, że książka nie jest skupiona wyłącznie na okresie wojny, ale opowiada też trochę o okresie wcześniejszym – dobrze rozumiem? :)

    Odpowiedz
  2. zacofany.w.lekturze pisze:
    22 maja 2011 o 08:00

    @Viv: jest bardzo solidny rozdział wprowadzający, bez tego zresztą nie można się połapać o co poszło.

    Odpowiedz
  3. Lirael pisze:
    22 maja 2011 o 08:27

    Prześmiewcze filmy i seriale, które komizmem próbują oswoić potwora wojny (wspomniany „M.A.S.H.”, „Allo, allo, „Giuseppe w Warszawie”, „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”, etc), zwykle narażone są na surową krytykę. Granica między szarganiem świętości a terapeutycznym dostrzeganiem śmiesznostek w sytuacjach strasznych jest cieniutka i łatwo ją przekroczyć. Nie sadzę, żeby oglądając „M.A.S.H.” do łez zaśmiewała się rodzina, która straciła w Korei kogoś bliskiego.

    P.S. 1
    To ciekawe, że pan o nazwisku Hastings specjalizuje się w pisaniu wojnie i bitwach.

    P.S. 2
    W wojnie koreańskiej uczestniczył brat Chucka, Aaron. Na szczęście z niej wrócił, w przeciwieństwie do drugiego brata, Wielanda, który zginął w Wietnamie. Amerykanie chyba do tej pory nie otrząsnęli się z koreańsko-wietnamskiej traumy, która dotknęła chyba więcej rodzin, niż nam się wydaje na pierwszy rzut oka.

    Odpowiedz
  4. zacofany.w.lekturze pisze:
    22 maja 2011 o 08:34

    @Lirael: amerykańscy weterani z Korei o „M.A.S.H.”u nie mają wiele dobrego do powiedzenia, ich prawo, ale dobrze, że można tamtą wojnę poznać też od bardziej realnej strony.
    Co do nazwiska autora – to ono go wręcz predestynuje i pcha do pisania o wojnach.
    Co do traumy – to tę koreańską wtedy starannie zamieciono pod dywan, gdyby było o niej głośniej, protesty przeciwko Wietnamowi zaczęłyby się pewnie wcześniej.

    Odpowiedz
  5. Lirael pisze:
    22 maja 2011 o 09:02

    Wydaje mi się, że Amerykanie potrzebują czasu, żeby pewne rzeczy sobie uświadomić. Ostatnio na przykład jest głośno o Indianach, odbywa się pokutne posypywanie głowy popiołem, występuje wzmożone zainteresowanie pierwotną sztuką indiańską, itp. Czyli pełnym głosem o Korei zaczną mówić może za sto lat. Bolesne tematy stanowią zgrzyt w obrazie radosnego, uśmiechniętego, entuzjastycznie spełniającego na co dzień American dream społeczeństwa.
    Mam nadzieję, że aż tak źle nie będzie, między innymi za sprawą pana Hastingsa. Wojna koreańska pojawia się też w literaturze pięknej. Niedawno wydano u nas „Kiedy ulegnę” Changa-Rae Lee. Jeszcze nie czytałam, ale zapowiada się ciekawie.

    Odpowiedz
  6. the_book pisze:
    22 maja 2011 o 09:55

    Zgadzam się Lirael Amerykanie, zresztą jak każdy naród potrzebują czasu, żeby uświadomić sobie pewne rzeczy, okrucieństwa, przemoc. Amerykańskie „winy azjatyckie” to również naloty na Kambodżę (oczywiście w kontekście wojny koreańskiej). O czym pisze Idling w „Uśmiech Pol Pota”: „„W sumie zrzucono (Armia U.S.A) na Kambodże 2 756 941 ton bomb(…) Nixon uzasadniając naloty mówił: Bombarduje się dla pokoju (…)”. Sekretarz stanu Henry Kissinger, który wraz z Nixonem podejmował decyzje o bombardowaniach w 1973 otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla”.
    Rewizjonistyczne podejście do działań Stanów Zjednoczonych w Azji potrwa jeszcze wiele lat. Nie ma co się łudzić. Podobnie zresztą jak wyznanie angielskiej winy, francuskiej za afrykański kolonializm. Przykłady można mnożyć. Niestety.
    Na szczęście obok M.A.S.H. jest jeszcze wizja Coppoli.

    Odpowiedz
  7. zacofany.w.lekturze pisze:
    22 maja 2011 o 19:06

    @Lirael i The_book: Dziękuję Wam, zwróciłyście moją uwagę na aspekt, którego nie brałem pod uwagę, i macie całkowitą słuszność.
    Ja natomiast myślałem o czymś innym: Polak oglądający „Giuseppe w Warszawie” wie, że przedstawiony w nim obraz okupacji jest skrzywiony; wie to, bo oglądał – powiedzmy – „Polskie drogi”. W związku z tym „Giuseppe” jest właśnie próbą oswojenia dramatu, a nie podstawowym źródłem wiedzy o tamtych czasach. Ale w przypadku wojny w Korei znamy tylko obraz z „MASH”a (znacie jakiś inny film o tej wojnie? Ja nie), a tym samym nasz obraz tamtych wydarzeń jest skrzywiony. Tak samo z pierwszą wojną. „CK Dezerterzy” w każde święta i też mamy obraz takiej śmiesznej wojenki toczonej przez zgrzybiałych generałów.

    Odpowiedz
  8. Lirael pisze:
    23 maja 2011 o 04:55

    http://en.wikipedia.org/wiki/List_of_war_films_and_TV_specials#Korean_War_.281950.E2.80.931953.29
    Bardzo zaskoczyła mnie ta lista. Nie znam absolutnie żadnego z podanych tytułów. dystrybucja miała chyba charakter dzielnicowy. To dziwne, że nie powędrowały w świat.
    Kilka z tych filmów z krótkimi omówieniami:
    http://www.associatedcontent.com/article/21133/best_movies_about_the_korean_war.html?cat=37

    Odpowiedz
  9. zacofany.w.lekturze pisze:
    23 maja 2011 o 07:17

    @Lirael: po datach sądząc, te filmy z lat 50. to jakieś propagandowe masówki typu dobry Amerykanin strzela do złego komunisty, pewnie puszczali je tylko poborowym w ramach szkolenia ideologicznego:) Mam wrażenie, że to http://en.wikipedia.org/wiki/The_Nun_and_the_Sergeant albo coś podobnego chyba kiedyś widziałem, też raczej trudno uznać ten obraz za szczególnie pogłębiony:)

    Odpowiedz
  10. the_book pisze:
    23 maja 2011 o 13:02

    Faktycznie jest obraz wojny i „obraz wojny”. Są „Czterej pancerni” i „Kanał” Wajdy. Przypomina mi to sytuacje w Związku Radzieckim. W czytanej niedawno przeze mnie książce Aleksijewczi „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” świetnie ten problem został nakreślony. Cały czas mówiło się o Wojnie Ojczyźnianej jako o bohaterskiej walce w chwale i zawsze czystym mundurze. Nie było mowy o wszechobecnym brudzie, wszach, krwi, odciętych kończynach. Kobiety nie mając świadomości jak naprawdę wygląda wojna uciekały z domów, zostawiały rodziny, aby tylko zapisać się do armii. Koszmar. Rewizjonizm jest (bo cały czas ma przecież miejsce) możliwy po 60 latach. Dlatego tak cenię sobie literaturę faktu, reporterów.
    Dobrze, że powstają tego typu książki. Bardzo dobrze.

    Odpowiedz
  11. Lirael pisze:
    23 maja 2011 o 13:06

    Z opisów wynika, że dla określenia klasy tych filmów potrzebne byłyby zdecydowanie dalsze litery alfabetu.
    Autor artykułu podkreśla, że temat jest nadal białą plamą w kinematografii. W literaturze jest chyba podobnie.

    Odpowiedz
  12. zacofany.w.lekturze pisze:
    23 maja 2011 o 19:16

    @The_book: no właśnie coś takiego:) Widzę, że Aleksijewicz wywarła niezatarte piętno:)

    @Lirael: nie znam ani jednej książki o wojnie w Korei, a przecież o Wietnamie jest tego masa, nawet powieści o wojnie w Zatoce już są. Zdaje się, że Amerykanie faktycznie dość skutecznie wyparli tę wojnę z własnej świadomości.

    Odpowiedz
  13. the_book pisze:
    23 maja 2011 o 20:04

    Jak najbardziej :) Dobra książka. Zresztą sam wiesz;) Cyba najlepsza jaką przeczytałam w tym roku.

    Odpowiedz
  14. zacofany.w.lekturze pisze:
    23 maja 2011 o 20:11

    @The_book: wiem, na razie numer jeden w dziale non-fiction.

    Odpowiedz
  15. Lirael pisze:
    24 maja 2011 o 10:46

    Znalazłam takie zestawienie: http://browse.barnesandnoble.com/browse/nav.asp?No=0&N=691060&Ne=691049+691060&visgrp=fiction
    Wprawdzie są na nim 22 pozycje, ale niektóre tytuły się powtarzają w różnych edycjach. Króluje wspomniany Chang-Rae Lee. Ucieszył mnie Styron, bo go cenię. To może być ciekawa książka. Została przetłumaczona na język polski (chyba tylko „The Long March”), ale to seria „Biblioteka Jednorożca”, więc jakieś maleństwo.

    Odpowiedz
  16. zacofany.w.lekturze pisze:
    24 maja 2011 o 10:52

    @Lirael; być może jeszcze Griffin się załapał na tłumaczenie, ale to raczej sensacyjne strzelanki:)

    Odpowiedz
  17. Lirael pisze:
    24 maja 2011 o 13:39

    Wprawdzie przetłumaczono „Retreat, Hell!”, „Under Fire” i „The Captains”, ale noty wydawcy świadczą o tym, że trafnie określiłeś te powieści.
    Swoją drogą to ciekawe, że człowiek, który nazywa się William Edmund Butterworth III, jest
    „mistrzem amerykańskiej powieści wojskowej”, a nie na przykład delektuje się urokami własnego jachtu lub rodowej rezydencji. :)

    Odpowiedz
  18. zacofany.w.lekturze pisze:
    24 maja 2011 o 13:59

    @Lirael: bo on jest, proszę ja Ciebie, z arystokracji wojskowej. Pewnie dziad, ojciec i stryjowie byli wojskowymi po West Point:)

    Odpowiedz
  19. Lirael pisze:
    24 maja 2011 o 16:35

    Dokładnie tak. Jego ojciec był pułkownikiem huzarów (!).

    Odpowiedz
  20. zacofany.w.lekturze pisze:
    24 maja 2011 o 18:54

    Pochwaliłbym się, że mam taką intuicję i inteligencję, ale chyba kiedyś czytałem coś Griffina i jakąś notkę z okładki też:)

    Odpowiedz
  21. Lirael pisze:
    25 maja 2011 o 08:15

    Wyczytałam, że sam W.E.B. (zastanawiam się, czy należy się do niego zwracać per „dabljuibi”, czy może bezpretensjonalnie „łeb”) służył w Korei, więc jego powieści mogą mieć posmak autentyzmu. Zdziwiło mnie to, że publikował nie tylko pod własnym nazwiskiem, ale używał jeszcze sześciu rożnych pseudonimów. Mnie to by chyba zdezintegrowało osobowość. :)

    Odpowiedz
  22. zacofany.w.lekturze pisze:
    25 maja 2011 o 08:37

    @Lirael: Łeb mi się najbardziej podoba:) On jest wojskowy i ma odporną psychikę, może mieć tyle pseudonimów, ile chce:)

    Odpowiedz
  23. Lirael pisze:
    25 maja 2011 o 09:06

    Ja rozumiem, wojskowy dryl, ale jak on to wszystko ogarnia? Nawet na spotkaniu autorskim na pewno musi zerkać na okładkę, żeby wiedzieć jak podpisać dedykację.

    Odpowiedz
  24. zacofany.w.lekturze pisze:
    25 maja 2011 o 09:14

    Ma napisane na mankiecie kim jest danego dnia:)
    Albo podpisuje się nieczytelnym gryzmołem i ma z głowy:D

    Odpowiedz
  25. Lirael pisze:
    25 maja 2011 o 11:17

    Przypuszczam, że ma okolicznościowy stempel ze wszystkimi siedmioma wariantami i potem trzeba sobie samemu te niepotrzebne wykreślić. A może budzi się rano i losuje, kim będzie danego dnia.:)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Zaprenumeruj ten blog przez e-mail

Wprowadź swój adres email, aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Wyszukiwanie

Instagram

Blog o książkach, blog z recenzjami książek, recenzje klasyki,
książki recenzje

Pozycjonowanie strony: VD.pl

© 2026 Zacofany w lekturze | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme
Ta strona używa ciasteczek (cookie)Rozumiem Chcę wiedzieć więcej
Polityka prywatności

Privacy Overview

This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary
Always Enabled
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Non-necessary
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.
SAVE & ACCEPT