Skip to content

Zacofany w lekturze

Blog Piotra Chojnackiego. Książki nowe, stare, znane i zupełnie zapomniane, pełna swoboda wyboru.

Menu
  • Strona główna
  • O mnie
  • Powieści młodzieżowe PRL
  • Przestały oczekiwać 2011
  • Przestały oczekiwać 2012
  • Przestały oczekiwać 2013
  • Przestały oczekiwać 2014
  • Przestały oczekiwać 2015
  • Przestały oczekiwać 2016
  • Przestały oczekiwać 2017
  • Przestały oczekiwać 2018
  • Przestały oczekiwać 2019
  • Przestały oczekiwać 2020
  • Przestały oczekiwać 2021
  • Polityka prywatności
  • Przestały oczekiwać 2022
  • Przestały oczekiwać 2023
  • Przestały oczekiwać 2024
  • Przestały oczekiwać 2025
  • Przestały oczekiwać 2026
Menu

Kuchnia na ciężkie czasy (Marcin Szczygielski, „Kuchnia na ciężkie czasy”)

Posted on 11 sierpnia 201313 marca 2020 by Piotr (zacofany.w.lekturze)
Kuchnia na ciężkie czasy
 
W naszym kraju ciężkie czasy trwają właściwie nieustannie i nawet chwilowa przerwa w trudnościach nie powinna usypiać naszej czujności. Kolejny kryzys bowiem niewątpliwie czai się za progiem. W tej sytuacji każde gospodarstwo domowe zaopatrzone powinno być w stosowny poradnik ułatwiający przygotowanie smacznych, tanich i pełnych walorów odżywczych potraw.

Książka Marcina Szczygielskiego, której barokowy tytuł może sugerować, że mamy do czynienia ze zgrywą albo mistyfikacją, jest jak najbardziej serio. Podstawą do jej napisania stał się zbiór przepisów i rad zbieranych przez dziesięciolecia przez babcię autora, Genowefę Racz, której „całe życie przypadło na »ciężkie czasy«”. Pani Racz słynęła jako znakomita gospodyni i wzorem wszystkich (albo prawie) babć przy karmieniu wnucząt wyznawała zasadę „jeden do jednego, czyli waga posiłku równa się wadze dziecka”.
W ciężkich czasach należy korzystać ze składników tanich, łatwo dostępnych, jak najmniej marnować i posługiwać się zamiennikami artykułów, których aktualnie brak w sprzedaży. Poznajemy więc przepis na zupę „dziadówkę”, pasternak na chrupko czy rzodkiewkę duszoną (ale też propozycje dań wigilijnych i wielkanocnych), rozmaite sposoby wykorzystywania mięsa i warzyw z zupy czy resztek potraw. Monotonię dań urozmaicą liczne sosy i dodatki.
Tym, czym jest dla pani pan,
czym dla zlewu bywa kran,
a dla twarzy każdej nos,
jest dla potraw dobry sos.
Sos grzybowy, cytrynowy,
koperkowy czy szczawiowy
jest istotny niesłychanie,
gdyż przemienia porcję w danie.
(Pani Racz prace w kuchni urozmaicała sobie układaniem takich kulinarnych wierszyków).
Pożądana jest też możliwie duża samowystarczalność, a więc umiejętność konserwowania i przechowywania produktów tak, by można z nich było korzystać jak najdłużej. Absolutnie rozczulający jest więc dział z przetworami domowymi, gdzie znajdziemy przepis na ocet (pamiętam czasy, kiedy w sklepach był wyłącznie ocet; czyżby kiedyś było gorzej i nie było nawet tego?) albo sposób przechowywania śliwek i wiśni (w beczułce z zasmołowanym deklem, na łańcuchu w studni lub w beczce wody w piwnicy). Do przetestowania są przepisy na wina domowe (np. z chabrów).
Na końcu znalazła się garść porad praktycznych, takich chociażby:

Plamy na tkaninach wełnianych z wódek kolorowych usuwa się poprzez natarcie wódką czystą.

W ciężkich czasach na wakacje się nie jeździ, ale to nic nie szkodzi, bo kąpiel morską można sobie urządzić w domu:

W tym celu przygotowuje się mieszaninę: na 400 części soli kuchennej bierzemy 100 części soi gorzkiej, 20 części chlorku wapnia, 1 część jodku potasu i ½ części bromku potasu. Mieszaninę tę rozpuszcza się w wannie miękkiej wody i kąpie jak zazwyczaj.

Ze względu na delikatne uczucia PT Czytelników powstrzymam się od zacytowania w całości „okrutnej i drastycznej, acz prostej, taniej i stuprocentowo skutecznej metody wytępienia gryzoni domowych”.

Całość jest uroczo staroświecka, ale jak najbardziej do wykorzystywania na co dzień. Powinna się podobać szczególnie kuchennym debiutantom, ze względu na prostotę proponowanych przepisów i rozmaite praktyczne podpowiedzi. Szkoda, że o samej pani Racz dowiadujemy się tak niewiele (chociaż anegdota z wnuczkiem wielorybem przednia!).

Marcin Szczygielski, Kuchnia na ciężkie czasy. 700 przepisów i sposobów, jak niedrogo i do syta wyżywić rodzinę w okresie: kłopotów z domowym budżetem, kryzysu gospodarczego, działań wojennych, zagrożenia terrorystycznego, Instytut Wydawniczy Latarnik 2004.

87 thoughts on “Kuchnia na ciężkie czasy (Marcin Szczygielski, „Kuchnia na ciężkie czasy”)”

  1. wiki.bibliofilka pisze:
    11 sierpnia 2013 o 17:55

    Myślałam, że już tylko moja babcia przyrządza dziadówkę :)

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      11 sierpnia 2013 o 18:26

      Żadna z moich nie przyrządzała :( Ani parzybrody, ani pasternaku :(

      Odpowiedz
  2. Anonymous pisze:
    11 sierpnia 2013 o 19:59

    matko,zaczął pan czytać książki kucharskie?

    Odpowiedz
  3. zacofany.w.lekturze pisze:
    11 sierpnia 2013 o 20:09

    W tym wypadku miałem nadzieję, że będzie więcej Szczygielskiego niż kuchni:P A z książek kucharskich namiętnie czytywałem kiedyś „Dobrą kuchnię” mojej mamy, bardzo użyteczne dzieło i miało rozkosznie siermiężne fotografie potraw :D

    Odpowiedz
  4. momarta pisze:
    11 sierpnia 2013 o 20:19

    Fajna sprawa, taka zakonserwowana w przepisach babcia. To pani Racz była taka zapobiegliwa i wszystko spisywała zawczasu, czy też wnuczek odwalił kawał dobrej roboty i pracowicie spisał to wszystko, co babcia miała w głowie? Ja do dziś nie mogę odżałować paru przepisów i choć smak mam gdzieś „w głowie”, nijak nie mogę sama ich odtworzyć.
    A zupa „dziadówka” vel „dziadowska” do dziś jest jednym z moich ulubionych dań, choć nie wiem czy w takiej samej wersji, jak u pani Racz. U nas to po prostu woda, podsmażona na tłuszczu cebula i kluski kładzione, a w wersji rozpustnej dodatkowo skwarki. Mniam!:))

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      11 sierpnia 2013 o 21:00

      Babcia miała wszystko starannie w teczuszkach, wycinki, własne zapiski, a Wnuczek tylko wklepał w komputer. No i może miary nieco ujednolicił i dopisał tu i ówdzie, że zamiast domowych konfitur z pomidorów może być koncentrat:)
      Biedna ta Twoja zupka dziadówka, u pani Racz jest na bogato: 1/2 kg kości cielęcych, wieprzowych lub wołowych, włoszczyzna, cebula, 1/2 kg fasoli lub grochu, 1/3 kg kapusty kiszonej lub 5 kiszonych ogórków, 1 suszony grzybek, łyżka mąki i kawałek boczku lub słoniny. U nas z kolei najskromniejsza była chyba zacierkowa, właśnie z podsmażaną cebulą, ziemniakami, domowymi zacierkami i jakąś marchewką. Pyszna rzecz.

      Odpowiedz
    2. momarta pisze:
      11 sierpnia 2013 o 21:20

      Fajna babcia; żałuję że moja miała taką dobrą pamięć.
      No tak, zapomniałam o ziemniakach. W mojej wersji też były. Ale kości? Włoszczyzna? Fasola lub groch? I to ma być zupa „dziadówka”? Chyba u dziadów przy dworze; moi najwyraźniej spod obory:(

      Odpowiedz
    3. zacofany.w.lekturze pisze:
      12 sierpnia 2013 o 04:20

      „Jest tragedią dla Polaka każdy obiad bez ziemniaka”, jak podsumowuje pani Racz. Widać zawartość dziadówki zależała od stopnia ciężkości ciężkich czasów:P

      Odpowiedz
  5. Anonymous pisze:
    11 sierpnia 2013 o 20:28

    o mnie moja bratanica mówi”ciocia tobie wszystko kojarzy się z jedzeniem”i myślę,że coś w tym jest,moja biblioteczka to,w połowie,książki dotyczące historii i w połowie książki o gotowaniu i jedzeniu,czytam różne rzeczy,najchętniej starocie nazywane klasyką literatury ale mam jeszcze jedną malutką słabostkę,wybieram książki z czymś do jedzenia w tytule,np”czekolada”,”pięć cząstek pomarańczy”,”śniadanie u tiffaniego”,”uczta babette”itd.no cóż?

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      11 sierpnia 2013 o 21:04

      Z takich smakowitych lektur mam sentyment do Smażonych zielonych pomidorów, gdzie jest nawet zbiór przepisów na końcu. I nieustannie apetyt pobudzają mi szare kluski z ziemniaków serwowane w Opium w rosole:)

      Odpowiedz
  6. Anonymous pisze:
    11 sierpnia 2013 o 21:33

    donna leon jest autorką kryminałów,w których się dużo gotuje i je,niedawno ukazała się”szczypta wenecji czyli ulubione dania komisarza brunettiego”,autorka zebrała w jednej książce przepisy na wszystkie potrawy,które zjedli bohaterowie jej powieści,czyli jest to coś w rodzaju suplementu,są tam również zamieszczone fragmenty utworów,gdzie się owe potrawy spożywa

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      12 sierpnia 2013 o 06:02

      Nie znam tej autorki – pisuje dobre kryminały?

      Odpowiedz
  7. inwentaryzacja krotochwil pisze:
    11 sierpnia 2013 o 22:33

    Czyli mogła z tego powstać kuchenna 'Lala’?

    (No i szkoda, że nam metod tępienia gryzoni oszczędziłeś, moje uczucia zraniłeś tym krwistym brakiem wisienki na torcie, ale cóż)

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      12 sierpnia 2013 o 05:58

      Mogłaby powstać, gdyby autor miał taki plan. Może jeszcze powstanie:)
      Przepis tępienia gryzoni obejmuje nakarmienie ich gąbką naturalną i napojenie wodą, resztę sobie dośpiewaj :P

      Odpowiedz
    2. inwentaryzacja krotochwil pisze:
      16 sierpnia 2013 o 07:11

      A jaka to gąbka nienaturalna, he?
      Podobne metody znalazłam na portalu dla tępicieli srok (ale nie zastosowałam rzecz jasna)

      Odpowiedz
    3. zacofany.w.lekturze pisze:
      16 sierpnia 2013 o 08:14

      Technika poszła do przodu i są już sztuczne gąbki w kolorach tęczy :)

      Odpowiedz
  8. Agnes pisze:
    11 sierpnia 2013 o 22:57

    O, wino z chabrów pamiętam z dzieciństwa! To znaczy pamiętam jak stało, gdzie by tam kto dał dziecku wino. Niebieski kolor, śliczny.
    Co do duszonej rzodkiewki, mam poważne wątpliwości, bo rzodkiewka na ciepło jest wyjątkowo paskudna. Kiedyś z koleżanką robiłyśmy pizzę, w szale sypania na ciasto kiełbas, papryk i tym podobnych, wrzuciłyśmy i rzodkiewkę w plasterkach, bo pięknie wyglądało. Co za ohydztwo, blee. Starannie wydłubałyśmy wszystkie plasterki i dopiero mogłyśmy zabrać się za pizzę. Do śmierci będę pamiętać.

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      12 sierpnia 2013 o 06:00

      Ono jest niebieskie? To tym bardziej chciałbym je przeeksperymentować, tylko nie wiem, czy na sąsiednich łąkach znajdę dość surowca.
      Rzodkiewka też mnie zdziwiła, bo miałem okazję spożywać na ciepło. Z przepisu wynika, że dodatki mogą to uczynić bardziej zjadliwym. Służę przepisem, gdybyś chciała ugotować na obiad :D

      Odpowiedz
    2. Agnes pisze:
      12 sierpnia 2013 o 09:45

      Przynajmniej na początku jest niebieskie, ech, drzewiej to surowca było dość na każdym prawie polu czy miedzy. Teraz opryski zniweczyły te śliczne łany, żółto-niebiesko-czerwone :) Ok, wiem, chwast i tyle. Ale jaki piękny.
      Nie chcę przepisu, nie nie. Nie.
      Na pewno nie.
      Mówiłam, do śmierci. :)

      Odpowiedz
    3. zacofany.w.lekturze pisze:
      12 sierpnia 2013 o 10:00

      Nawet w bardzo ciężkich czasach nie? To się nie narzucam.
      U nas był łan, nawet dość zachwaszczony, ale od paru lat nie sieją, a tak z przydrożnych rowów te chabry rwać to chyba niezdrowo.

      Odpowiedz
  9. Książkozaur pisze:
    12 sierpnia 2013 o 06:18

    Padłam przy zasadzie jeden do jednego :D

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      12 sierpnia 2013 o 06:22

      Zasada była wcielana w życie. Moje babcie na szczęście chyba jej nie znały:P

      Odpowiedz
    2. Książkozaur pisze:
      12 sierpnia 2013 o 07:52

      Babcie moich dzieci na szczęście chyba też nie :)

      Odpowiedz
    3. zacofany.w.lekturze pisze:
      12 sierpnia 2013 o 07:54

      Babcie naszych dzieci to już inne pokolenie :)

      Odpowiedz
  10. Anonymous pisze:
    12 sierpnia 2013 o 07:26

    czy donna leon pisze dobre kkryminały?nie wiem,rzecz gustu,ale jest to cykl powieści połączonych osobą komisarza brunettiego i jego rodziny,lubię ich,bo lubią to co ja,czytać i jeść

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      12 sierpnia 2013 o 07:27

      Skoro czytają i jedzą, to trudno ich nie lubić:) Rozejrzę się za którąś z jej książek.

      Odpowiedz
  11. Anonymous pisze:
    12 sierpnia 2013 o 07:41

    ale przypomniałam sobie o czymś,co stoi na mojej półce i nazywa się”SZCZĘŚCIE DOMOWE dokładna nauka o gospodarstwie domowem oraz poradnik kucharski”,zostało to wydane z serii perły biblioteki narodowej,po raz pierwszy w 1882 roku,jak ktoś chce się pośmiać a przy okazji zasięgnąć przeróżnych rad,np.jak wyczyścić piec żelazny lub utynkować podłogę olejem lnianym,to polecam

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      12 sierpnia 2013 o 07:43

      Mam coś podobnego, poradnik wiejskiej gospodyni z czasów głębokiego stalinizmu, kiedyś go przedstawię, bo jest tam wiele równie użytecznych rad, jak te o czyszczeniu pieca :)

      Odpowiedz
  12. Anonymous pisze:
    12 sierpnia 2013 o 07:54

    mój poradnik zaczyna się od wskazówek jak być idealną żoną i matką,jak uczynić swoją rodzinę szczęśliwą,,ha ha ha ,mnie to raczej przypomina przepis jak zostać świętą,ha ha ha,chcąc zobaczyć reakcje,czytałam urywki moim znajomym,może pan sobie wyobrazić ich miny,ha ha ha,było super

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      12 sierpnia 2013 o 07:56

      Mój zaczyna się od tego, jak ważna jest pomyślność rodziny dla socjalistycznej ojczyzny:) Chyba wyciągnę tę książkę i pooglądam dokładniej.

      Odpowiedz
  13. Anonymous pisze:
    12 sierpnia 2013 o 08:13

    „…jest to książka powstała z autentycznej troski o ludzi,którzy z różnych względów radzą sobie w życiu gorzej niż inni,jest to poradnik dla miejskiej i wiejskiej biedoty,czyli dla osób,dla których kwestia każdego obfitszego obiadu jest wyzwaniem zmuszającym do dramatycznej nieraz kalkulacji finansowej…”,to tyle ze wstępu do mojego poradnika,czasy się niby zmieniły i wiele fragmentów,wzbudza wybuchy śmiechu ale to akurat brzmi całkiem rozsądnie,nawet dziś.

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      12 sierpnia 2013 o 08:14

      Rozsądnie i aktualnie, niestety.

      Odpowiedz
  14. Bazyl pisze:
    12 sierpnia 2013 o 08:27

    Każdy, kto miał szczęście cieszyć się w swym życiu obecnością babci, ma pewnie zachowane w pamięci smaki z nią związane. U mnie, z mroków, wyłania się dwie potrawy: porka i garus. I choć od ostatniego posiłku przyrządzonego ręką babci minęło kilkadziesiąt lat, a ja do ust nie wziąłem nigdy więcej zupy owocowej, to gdybym dostał talerz tego garusu z młodymi ziemniaczkami z okrasą, to nie wahałbym się ani chwili :D

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      12 sierpnia 2013 o 08:32

      Aż się odwołałem do wujka gugla, który wie wszystko. Idea zupy owocowej z ziemniakami do mnie nie przemówiła:) Wolałem wersję kompot truskawkowy z makaronem :) Za to porka, również mi nieznana, zapowiada się ciekawiej: http://wwwpysznejedzonko.blox.pl/2009/11/Porka-zwana-rowniez-psiocha.html

      Odpowiedz
    2. Bazyl pisze:
      12 sierpnia 2013 o 08:35

      Nie wiem skąd ta psiocha, ale starsi ludzie w moich stronach określali tą nazwą zupełnie co innego :P A owocowa woda z kluchami to jedna z moich zmór z czasów, kiedy korzystałem ze zbiorówki :(

      Odpowiedz
    3. zacofany.w.lekturze pisze:
      12 sierpnia 2013 o 08:37

      E tam, owocowa z kluchami ulubione danie przedszkolaków :) Na temat znaczenia psiochy może nie dyskutujmy, ja też pod tą nazwą znam coś innego :P

      Odpowiedz
    4. Bazyl pisze:
      12 sierpnia 2013 o 08:59

      A tak w ogóle, to padłem, podobnie jak Książkozaur, przy regule jeden do jednego. Mniej śmieszyła mnie za to zasada mojej cioci, że chłop musi jeść tłusto. Niemal na kolanach błagałem o sam sos do ziemniaków. Nigdy też nie przekonałem się do śniadań a la mój kuzyn. Skiba chleba, płat boczku i cebula krojona w pół i szczodrze osolona :D Ech, wywołałeś kulinarnego wilka z lasu dzieciństwa :P

      Odpowiedz
    5. zacofany.w.lekturze pisze:
      12 sierpnia 2013 o 09:01

      Mógłbym jadać śniadania z Twoim kuzynem:) Niekoniecznie z cebulą.

      Odpowiedz
    6. Bazyl pisze:
      12 sierpnia 2013 o 11:59

      Taaaak? Nie wiem czemu, ale żywieniowo kojarzyłeś mi się bardzo antycholesterolowo i w ogóle, zdrowo :P Ja cebulkę jak najbardziej, ale podduszoną na masełku. Niestety, bezkarnie takie rzeczy uchodziły jakieś 20 lat temu :(

      Odpowiedz
    7. zacofany.w.lekturze pisze:
      12 sierpnia 2013 o 12:10

      A wegańsko Ci się nie kojarzyłem? No weź, przestań:P Mój ojciec robił świetną duszoną cebulę, to se ne vrati :(

      Odpowiedz
    8. Bazyl pisze:
      12 sierpnia 2013 o 12:16

      Uczcijmy to minutą ciszy co, przyznajmy szczerze, po cebulowej uczcie byłoby trudne do wykonania :P A z babcinych rzeczy to jeszcze przypominam sobie podpłomyki z blachy*. I coś (nie potrawę) co by spowodowało serię omdleń u unijnych ekspertów od krowiej aseptyki – cowieczorna szklaneczka mleka „pod piankę”, prosto od krówki :D
      * Młodzieży wyjaśniam, że chodzi o to, że podpłomyki piekło się na blasze, a nie, że zawierały dużo żelaza :D

      Odpowiedz
    9. zacofany.w.lekturze pisze:
      12 sierpnia 2013 o 12:22

      Podpłomyki z resztek ciasta pierogowego? Mniam. Za mlekiem prosto od krowy nie przepadałem, wolałem porządnie schłodzone. A co do aseptyki, to krowie wymiona przed udojem były myte, więc nie przesadzajmy. Gruźlica krów w tamtych czasach też już należała do rzadkości (tamtych czasach – lata 80.).

      Odpowiedz
    10. Bazyl pisze:
      12 sierpnia 2013 o 12:34

      Moje opowieści na ten temat wciąż wywołują okrzyki zdumienia wśród dzieci, które piją mleko z kartonu i są zszokowane, że w całą sprawę jest zamieszana jakaś krowa :P Schłodzone (zazwyczaj w studni), swoją drogą, ale rytuał szklanki z pianką pamiętam do dziś. Podobnie jak smak niepryskanych dębówek u sąsiada, który gonił nas z czereśni używając przy tym słów, które mogłyby zawstydzić nawet Maurera z „Psów” :D A pozostając poniekąd przy mleku, to jakżeż fajną sprawą byli wozacy zbierający bańki z mlekiem po wsiach i odstawiający je do mleczarni. Ileż to kuligów zaliczyłem za ich wozami. Ech! :D

      Odpowiedz
    11. zacofany.w.lekturze pisze:
      12 sierpnia 2013 o 12:37

      U moich dziadków był do wożenia mleka traktor z przyczepą, chyba się gospodarze wymieniali. Za to puste bańki przywoziło się ręcznym wózkiem ze skrzyżowanie, gdzie je zrzucano.

      Odpowiedz
    12. Agnes pisze:
      12 sierpnia 2013 o 19:48

      Podpłomyki z resztek ciasta makaronowego – o kurczaki, biłyśmy się z siostrami, która pierwsza może porwać z blachy i zjeść.
      A jedliście placuszki ziemniaczane też z blachy? Ze świeżym masełkiem, roztapiającym się na ciepłym placuszku…
      Namówiłam mamę jakieś pół roku temu, żeby, na fali nostalgii zrobiła. Pyszności.

      Żywieniowo-wspomnieniowo jeszcze: ziemniaki i twarożek z mlekiem. Obiadek. Mniam.

      Odpowiedz
    13. zacofany.w.lekturze pisze:
      12 sierpnia 2013 o 19:55

      U nas były z pierogowego:) Placuszki z blachy odpadały z braku kuchni węglowej. Jak ziemniaki, to z zsiadłym mlekiem:)

      Odpowiedz
    14. Bazyl pisze:
      13 sierpnia 2013 o 07:21

      I niezapomniany chlebek z wodą (wersja light) lub śmietaną i cukrem :D

      Odpowiedz
    15. zacofany.w.lekturze pisze:
      13 sierpnia 2013 o 07:23

      Wolałem ze smalcem i solą, ale śmietana z cukrem od biedy mogła być :)

      Odpowiedz
    16. Bazyl pisze:
      13 sierpnia 2013 o 12:38

      Burżuj! Z burżujskiego jadła to wspomnę odpiekaną na tłuszczyku mortadelę :)

      Odpowiedz
    17. zacofany.w.lekturze pisze:
      13 sierpnia 2013 o 13:10

      Oj tak, co za czasy to były, że mortadelę dawało się odsmażać:)

      Odpowiedz
  15. Anonymous pisze:
    12 sierpnia 2013 o 08:39

    dzieciństwo spędziłam u dziadków,na całe życie zapamiętałam smak babcinego chleba,dziś mieszka tam moja ciotka,synowa babci i jeśli chce mi zrobić przyjemność,to przysyła mi bochenek,swojskiego,przez siebie upieczonego chleba,jest pyszny,taki jak pamiętam,a na dokładkę dostaję podpłomyk z borówkami,niebo w gębie

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      12 sierpnia 2013 o 08:44

      Na babciny chleb się nie załapałem, pokazywano nam tylko miejsce po piecu chlebowym. Ale chleb i tak był u dziadków najlepszy, z wojskowej piekarni.

      Odpowiedz
  16. czytanki.anki pisze:
    12 sierpnia 2013 o 09:18

    Tym, czym jest dla pani pan – dzisiaj taki początek wierszyka może być nieaktualny, albo mieć zupełnie inną wymowę.;)
    Ciekawe, co za 50 lat da się wyczytać z tanich pism kobiecych, w których sporo jest porad i przepisów na tanie dania. Może się okazać, że bez parówek trudno było przeżyć.

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      12 sierpnia 2013 o 09:22

      Chyba nawet przepisy na tanie dania nie zawierają parówek, raczej propagują warzywa, w tym te mniej popularne cukinie, bakłażany, ostatecznie zawsze można wykorzystać tradycyjnie „ziemniaki na sto sposobów” :D

      Odpowiedz
    2. czytanki.anki pisze:
      12 sierpnia 2013 o 10:14

      A potem ludzie się obruszają, że nas do ziemniaków porównują;(

      Odpowiedz
    3. zacofany.w.lekturze pisze:
      12 sierpnia 2013 o 10:17

      Akurat tym bym się nie przejmował:) Żabojad brzmi gorzej :P

      Odpowiedz
    4. czytanki.anki pisze:
      12 sierpnia 2013 o 10:25

      Ale ta figura!

      Odpowiedz
    5. zacofany.w.lekturze pisze:
      12 sierpnia 2013 o 10:31

      Co figura? Już literatura mówi nam, że tylko po ziemniakach nabiera się odpowiedniej sylwetki: „O nie bójcie się tatku, jeszcze miesiąc-dwa poje z nami kartoflów i się rozbędzie” :P

      Odpowiedz
    6. czytanki.anki pisze:
      12 sierpnia 2013 o 13:08

      Rozbędzie jak ta lala, nie ma co!;(

      Odpowiedz
  17. Blanka W. pisze:
    12 sierpnia 2013 o 09:31

    Hahaha, wygląda na must-have każdego studenta ;P Sama bym ją sobie kupiła gdyby nie to, że nie korzystam z książek kucharskich, a przed gotowaniem bronię się rękami i nogami ;P

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      12 sierpnia 2013 o 09:35

      Studenci oblatują wyżywienie bułką z kefirem albo serkiem topionym :P

      Odpowiedz
  18. Kasia Sawicka pisze:
    12 sierpnia 2013 o 13:12

    No proszę.. Znajoma ta zasada, jeden do jednego.. Moja Babcia bardzo skutecznie wprowadziła ją w życie. Figurę mam zatem idealnie do niej dopasowaną do dziś, choć sama dietę prowadzę zgoła inną. Ale jak to mawiają – czym skorupka za młodu.. ;) Ciekawe, co by moja Babcia powiedziała na tę książkę.. Trzeba by jej kupić i sprawdzić reakcję :D

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      12 sierpnia 2013 o 13:14

      Babcia pewnie ma to wszystko przerobione w praktyce i w małym palcu. Mogłaby nawet skrytykować, że to czy tamto robi inaczej albo wręcz lepiej:D

      Odpowiedz
    2. Kasia Sawicka pisze:
      12 sierpnia 2013 o 13:16

      Właśnie to miałam na myśli ;P ciekawa byłabym jej zdania na temat nazw zup ;D

      Odpowiedz
  19. Lirael pisze:
    17 sierpnia 2013 o 05:48

    Czy jest też przepis na blok paraczekoladowy? To był kiedyś hit. :) Tudzież spódnice z chusteczek do nosa, bandaża lub pieluch tetrowych. :)

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      17 sierpnia 2013 o 05:56

      Nie ma ani na blok, ani na domową czekoladę. W ogóle dział „Desery” reprezentują tylko ciasta. A mogłoby się wydawać, że np. domowy kisiel można zrobić nawet w najcięższym kryzysie (chociaż jak sobie teraz przypominam, swego czasu mąka ziemniaczana była rarytasem, więc może i kisiel odpada).

      Odpowiedz
    2. Lirael pisze:
      17 sierpnia 2013 o 07:45

      W dawnych czasach robiono kisiel owsiany:
      http://kuchnia-polska.net/kisiel-owsiany,30
      ale mąka owsiana też mogla być trudna do zdobycia, zresztą przepis nie brzmi zbytnio apetycznie.
      A swoją drogą podziwiam wszechstronność Szczygielskiego i dystans do tego, co robi.

      Odpowiedz
    3. zacofany.w.lekturze pisze:
      17 sierpnia 2013 o 08:18

      Mąkę owsianą to pierwszy raz zobaczyłem za wypasionego kapitalizmu, to chyba nie był produkt dostępny w sklepach WSS :P
      Co do Szczygielskiego, to ja bym może wreszcie Poczet królowych przeczytał. Albo Czarny młyn. Albo Czarownicę piętro niżej. Stoją, czekają.

      Odpowiedz
    4. Lirael pisze:
      17 sierpnia 2013 o 13:42

      Wydaje mi się, że kisiel owsiany to tradycyjna potrawa wigilijna w niektórych regionach polski, więc ta mąka mnie była chyba rarytasem. Chyba że robiono go bezpośrednio z rozgotowanego owsa, ale to nie brzmi szczególnie zachęcająco. :)
      Czytałam tylko „Czarownicę…”, polecam z czystym sumieniem, choć mam małe zastrzeżenia.

      Odpowiedz
    5. zacofany.w.lekturze pisze:
      17 sierpnia 2013 o 15:44

      Nie zamierzam wnikać w szczegóły kisielu, jakoś nie budzi mojego zaufania:) Do czytania Szczygielskiego zachęcam, może Omegę?

      Odpowiedz
    6. Lirael pisze:
      17 sierpnia 2013 o 18:18

      A gdzieś nawet mi ostatnio mignęła wśród książkowych hałd. :)

      Odpowiedz
    7. zacofany.w.lekturze pisze:
      17 sierpnia 2013 o 19:03

      Namierz ją czym prędzej:) Kisiel owsiany http://gotowanie.onet.pl/przepisy/kisiel-owsiany,114247.html nie zapowiada się zachęcająco.

      Odpowiedz
    8. Lirael pisze:
      17 sierpnia 2013 o 19:06

      Chyba to nie przypadek, że Ten przepis nie posiada jeszcze zdjęć. Ta maź musi być średnio fotogeniczna. :)

      Odpowiedz
    9. zacofany.w.lekturze pisze:
      17 sierpnia 2013 o 19:10

      Na dodatek pewnie trudno ją podać w jakiś estetycznie atrakcyjny sposób. Chociaż zważywszy choćby upodobanie mojej Młodszej do naparu z siemienia lnianego, kisiel owsiany też może mieć swoich fanów.

      Odpowiedz
    10. Lirael pisze:
      17 sierpnia 2013 o 19:22

      Zawsze można podać tę beżową plazmę w gustownych pucharkach utrzymanych w kolorystyce psychodelicznej, efekt murowany. :)
      Chyba nigdy nie próbowałam naparu z siemienia lnianego, ale jakoś szczególnie nie żałuję.

      Odpowiedz
    11. zacofany.w.lekturze pisze:
      17 sierpnia 2013 o 19:25

      Do każdego pucharka plastikowa rurka:) A siemię jest glutowatym glutem bez smaku.

      Odpowiedz
    12. Agnes pisze:
      17 sierpnia 2013 o 19:28

      Ja próbowałam naparu z siemienia lnianego. Co tam próbowałam, piłam! Wielokrotnie. Za każdym razem ze wstrętem. Babcia to w nas wmuszała, wierząc świecie, że to nas uchroni przed gruźlicą, kokluszem, grypą i nie wiem czym jeszcze. Dodawała do tego mleka, chyba żeby nie było widać glutowatości.

      Odpowiedz
    13. zacofany.w.lekturze pisze:
      17 sierpnia 2013 o 19:37

      Nawet przed kokluszem? Nieźle:) Siemię, zdaje się, działa głównie na błonę śluzową żołądka, przy wrzodach wskazane. Młodsza pije bez obrzydzenia, na dodatek z własnej woli:)

      Odpowiedz
    14. Lirael pisze:
      17 sierpnia 2013 o 19:54

      Szkoda, że takie mało apetyczne i glutowate, bo z tego, co właśnie wyczytałam wynika, że dobre właściwie na wszystko. :) Wszędzie wymieniają liczne zalety, ponoć w formie maseczki działa też na włosy i paznokcie.

      Odpowiedz
    15. zacofany.w.lekturze pisze:
      17 sierpnia 2013 o 19:57

      Pod postacią maseczki jeszcze nie przerabialiśmy, wszystko przed nami :D

      Odpowiedz
    16. Lirael pisze:
      17 sierpnia 2013 o 20:14

      Wywar z siemienia to znakomita maseczka na włosy. 2-3 łyżki siemienia (całe ziarenka) zalewamy szklanką wody i gotujemy kilka minut. Powstały preparat odcedzamy i nakładamy na umyte, jeszcze wilgotne włosy, wmasowujemy i trzymamy taką maseczkę przez 30-40 minut, po czym dokładnie spłukujemy. Taką maseczkę warto powtarzać przez kilka kolejnych myć głowy. Już po pierwszym użyciu jest różnica, ale po kilku użyciach włosy stają się po prostu boskie: lśniące, puszyste, zdrowe i błyszczące jak u modelek z reklam szamponu do włosów. Jeśli jednocześnie z maseczką spożywasz siemię mielone codziennie, to włosy również dużo szybciej rosną!

      Trzymanie maseczki przez Młodszą przez 30-40 minut to może być prawdziwy – stosując język korporacji – czelendż, ale dla chcącego…

      Odpowiedz
    17. zacofany.w.lekturze pisze:
      17 sierpnia 2013 o 20:18

      Chwilowo udało jej się wymoczyć stopy w rozlanym wywarze:P Za to cytat daje wyjaśnienie, czemu Młodsza powoli zaczyna mieć pukle jak Anna Csilag :P

      Odpowiedz
    18. Lirael pisze:
      17 sierpnia 2013 o 20:22

      :D Może w czasie picia potajemnie wklepuje we włosy? :) A stópki na pewno moczyła w ramach pedikiuru. :)

      Odpowiedz
    19. zacofany.w.lekturze pisze:
      17 sierpnia 2013 o 20:24

      We włosy nie, za to w bluzeczkę niekiedy:P

      Odpowiedz
  20. Pingback: Warto zajrzeć 42 – anioł, szachy i Oscary | Tramwaj nr 4 książki i...
  21. Mama w dużym domu pisze:
    22 lutego 2015 o 12:14

    O jak babcię kocham, jadłabym…

    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      22 lutego 2015 o 12:22

      A co konkretnie Pani Mama by jadła? Duszoną rzodkiewkę czy dziadówkę?

      Odpowiedz

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Wyszukiwanie

Instagram

Blog o książkach, blog z recenzjami książek, recenzje klasyki,
książki recenzje

Pozycjonowanie strony: VD.pl

© 2026 Zacofany w lekturze | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme
Ta strona używa ciasteczek (cookie)Rozumiem Chcę wiedzieć więcej
Polityka prywatności

Privacy Overview

This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary
Always Enabled
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Non-necessary
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.
SAVE & ACCEPT