Skip to content

Zacofany w lekturze

Blog Piotra Chojnackiego. Książki nowe, stare, znane i zupełnie zapomniane, pełna swoboda wyboru.

Menu
  • Strona główna
  • O mnie
  • Powieści młodzieżowe PRL
  • Przestały oczekiwać 2011
  • Przestały oczekiwać 2012
  • Przestały oczekiwać 2013
  • Przestały oczekiwać 2014
  • Przestały oczekiwać 2015
  • Przestały oczekiwać 2016
  • Przestały oczekiwać 2017
  • Przestały oczekiwać 2018
  • Przestały oczekiwać 2019
  • Przestały oczekiwać 2020
  • Przestały oczekiwać 2021
  • Polityka prywatności
  • Przestały oczekiwać 2022
  • Przestały oczekiwać 2023
  • Przestały oczekiwać 2024
  • Przestały oczekiwać 2025
  • Przestały oczekiwać 2026
Menu

Księgozbiory polskie, cz. 9: Księgarnie, antykwariaty i biblioteki warszawskie przełomu XIX i XX wieku

Posted on 8 kwietnia 20163 lutego 2017 by Piotr (zacofany.w.lekturze)

Nałogowi czytelnicy gotowi są na wiele i znają mnóstwo sposobów, by zdobyć upragnioną książkę. Czasy się zmieniają, ale w tej kwestii zmienia się niewiele. Stefania Podhorska-Okołów tak wspominała źródła, z których na przełomie XIX i XX wieku czerpała lektury:

Gdzie się kupowało te wszystkie książki? Przede wszystkim w księgarni Gebethnera i Wolffa na Krakowskim Przedmieściu. Była to najpoważniejsza bodaj, nie tylko w Warszawie, ale w całym kraju oficyna wydawnicza, posiadająca filię w Krakowie. Drugą była księgarnia Arcta na Nowym Świecie, specjalizująca się później w książkach dziecinnych, młodzieżowych i popularnonaukowych. Było wreszcie parę księgarń: na Marszałkowskiej Treptego, Centnerszwera, na Miodowej Sennewalda, na Krakowskim Przedmieściu Wendego, na Senatorskiej Hoesicka. Dla nas, dzieci, istniał przede wszystkim Gebethner i Arct, dwa źródła gwiazdkowych niespodzianek i podarunków imieninowych.

Księgarnia Gebethera i Wolffa przy Krakowskim Przedmieściu, okres międzywojenny.
Księgarnia Gebethera i Wolffa przy Krakowskim Przedmieściu, okres międzywojenny.

Ale starsi, prawdziwi bibliofile lubili w poszukiwaniu „białych kruków” godzinami szperać po żydowskich antykwariatach na Świętokrzyskiej. Odgrywały one podwójną rolę. Z jednej strony poważną, solidną, przynoszącą stosunkowo niewielki i rzadki zysk, podobną do funkcji paryskich bukinistów z wybrzeży Sekwany, poprzez handel starymi, nieraz wyczerpanymi książkami. Drugą rolą — pewniejszą pod względem finansowym — poprzez sprzedaż używanych podręczników. W ciągu całego roku „stapiali” je na Świętokrzyskiej za bezcen uczniowie gimnazjów, potrzebujący trochę grosza na wagary. Na początku roku szkolnego w końcu sierpnia aż do połowy września nastawał dla antykwariatów na Świętokrzyskiej czas żniw. Zarabiało się wtedy nieraz sto i więcej procent na jakimś wyczerpanym czy bliskim wyczerpania podręczniku.

Poezje Mickiewicza w wydaniu Brockhausa
Poezje Mickiewicza w wydaniu Brockhausa

Ale były jeszcze inne, podziemne, tajemnicze źródła, którymi napływały w końcu ubiegłego wieku do Królestwa tak zwane książki „zakazane”. Matka moja miała w swojej panieńskiej biblioteczce całego Mickiewicza, Słowackiego i Zaleskiego bez skrótów cenzuralnych, w lipskim wydaniu Brockhausa, a Zygmunta Krasińskiego, zdaje się, w wydaniu lwowskim. Mówiła mi później, że sprowadziła sobie te dzieła przez znajomych księgarzy. Mieli oni widać swoje sposoby przemycania niebezpiecznych „materiałów palnych” wśród neutralnych wydawnictw z zagranicy.

Z tych czasów pozostało mi wspomnienie wielkiego kultu książki, nie tylko jeśli chodziło o jej zawartość treściową, ale i szatę zewnętrzną. Książki, a nawet broszury nie oprawione oddawało się zaraz po przeczytaniu do introligatora, aby utrwalił ich żywot. W początku tego wieku weszło w modę oprawianie niektórych książek, zwłaszcza Wyspiańskiego, w zgrzebne płótno, ożywione przepaską z krakowskiej kwiecistej wstążki. Z zagranicy przywożono sobie w prezencie śliczne teczki z florenckiej miękkiej skórki, do których można było włożyć każdorazowo czytaną w danym czasie książkę. Niektóre panie o wyrobionym smaku artystycznym i zdolnościach zdobniczych komponowały i wykonywały na zamówienie specjalne kosztowne okładki, nieraz prawdziwe dzieła sztuki. Było w tym wszystkim wiele burżuazyjnego snobizmu, ale i spora doza tęsknoty do piękna w życiu codziennym.

Po skończeniu pensji i zdaniu matury mój głód książki wzrósł tak, że mi już nie wystarczały zasoby rodzinnej biblioteki, z której przestudiowałam nawet z pomocą słownika całego prawie Goethego w oryginale. Trzeba było zaabonować książki w czytelni. Warszawa miała ich bardzo dużo, ale większość mieściła się w jednym pokoiku, ciasno zastawionym półkami. Czekało się tam nieskończenie długo na nowości i trzeba było zadowalać się zaczytanymi doszczętnie powieściami Hajoty i Gamastona. A przecież w tych czasach na firmament polskiej literatury wzeszły dwie nowe gwiazdy pierwszej wielkości: Żeromski i Reymont. Niezapomniany był to rok, kiedy w „Tygodniku Ilustrowanym” jednocześnie wychodziły „Popioły” Żeromskiego i „Chłopi” Reymonta, budząc pragnienie poznania innych prac tych dwóch tytanów pióra.

Trzeba było znaleźć taką czytelnię, w której wypożyczenie ich dzieł nie przedstawiało tylu trudności. W Warszawie jedynie „Czytelnia Powszechna” pań Zaborowskich przy ulicy Mazowieckiej mogła zadośćuczynić takim pragnieniom.

Podczas okupacji, kiedy jedna z Zaborowskich już nie żyła, a druga była zbyt sterana pracą, aby zajmować się osobiście biblioteką, z niewymownym wzruszeniem wstępowałam na kamienne schody w oficynie poprzecznej, wydeptane przez kilka pokoleń, które śpieszyły na pierwsze piętro do tej jedynej w swoim rodzaju krynicy wiedzy i piękna. Były tam książki w sześciu językach, ale jakie książki! Nie tylko beletrystyka — klasycy i najnowsi pisarze, ale ileż pierwszorzędnych dzieł z zakresu historii, literatury, filozofii, sztuki — wszystko, co kraj i zagranica mogły mieć najlepszego.

Ojciec mój przynosił czasem do domu książki z biblioteki gimnazjalnej: dzieła Tołstoja, Turgieniewa, dodatki powieściowe do tygodnika „Niwa”, miesięczniki: „Russkaja Starina”, „Istoriczeskij Wiestnik”. Poznawaliśmy z nich innych Rosjan niż ci, którzy przybywali do „Priwislinja” w charakterze rusyfikatorów, urzędników i carskiej policji; poznawaliśmy cichy, pracowity, nieodgadniony lud, zagubiony w olbrzymich przestrzeniach lasów i stepów, poznawaliśmy ludzi nauki i poetów o gorącym buntowniczym sercu…

Z tego okresu pamiętam jedno ciekawe zdarzenie. Jakiś znajomy mojego ojca, Rosjanin, jeden z kustoszów Biblioteki Uniwersyteckiej, zaproponował, że mu pokaże bibliotekę. Ojciec zabrał mnie ze sobą. Kustosz z dumą pokazywał nowoczesne urządzenia. Cała wewnętrzna konstrukcja była z żelaza. Jedną kondygnację od drugiej — a było ich znacznie więcej niż pięter — dzieliła ażurowa podłoga-sufit z prętów metalowych tak, że można było pod stopami widzieć osoby chodzące poniżej.

Naraz w perspektywie wąskiego korytarza między regałami dostrzegłam zamczystą kratę, oddzielającą tę część księgozbioru. Kiedyśmy się zbliżyli do tych ażurowych drzwi o mocnym zamku, nasz przewodnik, drobny, szary, zasuszony człowieczek, odwrócił się do nas i powiedział ze szczególną nutą w głosie:
— A tu oddział zamknięty dla publiczności — książki zakazane.

Stary gmach Biblioteki Uniwersyteckiej
Stary gmach Biblioteki Uniwersyteckiej

I błysnąwszy filuternie bladym okiem zza okularów, dodał: — Tut i Tołstoj popał! (Tu i Tołstoj się dostał.)
Mój ojciec uśmiechnął się w milczeniu. Spojrzenia ich spotkały się. Ci dwaj ludzie zrozumieli się bez słowa…
Dzisiaj, gdy myślę, „co mi zostało z tych lat młodości pierwszej”, widzę: „Młodość Mickiewicza” w miękkiej oprawie ze szlachetnej skóry, wydeptane schody do „Czytelni Powszechnej” Zaborowskich i widmo geniusza ludzkości za kratą…

To były pierwsze lata dwudziestego wieku.

Stefania Podhorska-Okołów, Warszawa mego dzieciństwa, Czytelnik 1955, s. 193–197.

Udostępnij:

  • Kliknij by wydrukować (Otwiera się w nowym oknie) Drukuj
  • Kliknij, aby wysłać odnośnik e-mailem do znajomego (Otwiera się w nowym oknie) E-mail
  • Kliknij, aby udostępnić na Facebooku (Otwiera się w nowym oknie) Facebook
  • Kliknij, aby udostępnić na WhatsApp (Otwiera się w nowym oknie) WhatsApp
  • Kliknij, aby udostępnić na Threads (Otwiera się w nowym oknie) Threads
  • Kliknij, aby udostępnić na Bluesky (Otwiera się w nowym oknie) Bluesky

Dodaj do ulubionych:

Lubię Wczytywanie…

16 thoughts on “Księgozbiory polskie, cz. 9: Księgarnie, antykwariaty i biblioteki warszawskie przełomu XIX i XX wieku”

  1. Marlow pisze:
    8 kwietnia 2016 o 19:36

    Nie wiem gdzie Ty wynajdujesz takie anachroniczne teksty; „Żeromski i Reymont, tytani pióra” – phi, też mi coś, kto by tam jeszcze ich czytał!

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      8 kwietnia 2016 o 20:36

      O pardą, ja tam czytam Reymonta i sobie chwalę :P

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
      1. Marlow pisze:
        8 kwietnia 2016 o 20:40

        A fe! Kolega, widzę że zupełnie nie nadąża za nowymi trendami w czytelnictwie, i jeszcze prowokacyjnie się z tym nie kryje!

        Wczytywanie…
        Odpowiedz
        1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
          8 kwietnia 2016 o 20:56

          Uwielbiam czytelnicze prowokacje, a nowe trendy mię nudzą. Czytać to, co wszyscy? A fe! :D

          Wczytywanie…
          Odpowiedz
          1. Marlow pisze:
            8 kwietnia 2016 o 21:03

            :-) BTW, na Świętokrzyskiej musiałoby naprawdę zatrzęsienie antykwariatów bo wspominał o nich Ważyk i Wojdowski, choć może to i trochę była nostalgia za czasami dzieciństwa i młodości, które widzi się z perspektywy czasu przez różowe okulary.

            Wczytywanie…
            Odpowiedz
            1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
              8 kwietnia 2016 o 21:05

              Stałym ich bywalcem był też Tuwim, który tam wygrzebywał rozmaite kurioza. A z czasów nam bliższych, ileż fajnych książek wygrzebałem w Antykwariacie Warszawskim :D

              Wczytywanie…
              Odpowiedz
              1. Marlow pisze:
                8 kwietnia 2016 o 21:38

                Ja lubiłem Logos i Kwadrygę ale co raz rzadziej mam czas żeby tam zajrzeć a i oferta antykwariatów w internecie działa demobilizująco :-)

                Wczytywanie…
                Odpowiedz
                1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
                  8 kwietnia 2016 o 21:53

                  Logos zawsze był dla mnie za drogi. Za to wciąż noszę żałobę po Pałacu Starych Książek na Działdowskiej, jakie to było cudowne miejsce.

                  Wczytywanie…
  2. guciamal (małgosia) pisze:
    9 kwietnia 2016 o 17:29

    „..że mi już nie wystarczały zasoby rodzinnej biblioteki, z której przestudiowałam nawet z pomocą słownika całego prawie Goethego w oryginale” – zazdrościć, czy współczuć, albo zasoby biblioteki były nie tak ogromne, albo też autorka miała ogromne zasoby wolnego czasu. Choć gdyby dzisiaj wykluczyć z rozkładu dnia internet i telewizję pewnie i my nie mielibyśmy takich czytelniczych zaległości. BTW też czytam Reymonta (Chłopi są w porządku, a Ziemia obiecana mnie zachwyciła), a i Żeromskiego pochłaniałam w Liceum (choć fakt, że to już wieki temu), ale może jeszcze uda się wrócić. Może zdążę:)

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      9 kwietnia 2016 o 18:04

      Zaważywszy tego ojca nauczyciela i matkę wielbicielkę literatury, domowa biblioteka mogła być spora. A i wolnego czasu jej pewnie nie brakowało, ja w czasach szkolnych czytałem jak maszyna, fakt, że czasy były przedinternetowe, a w telewizji nic ciekawego :)
      Reymont jest świetny, niech żałuje młodzież, która go nie umie docenić :)

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
  3. Qbuś pożera książki pisze:
    11 kwietnia 2016 o 17:19

    Czy tylko we mnie budzi się pewien żal z powodu tego, że dziś marnujemy to, jak dostępna jest literatura i słowo pisane w ogóle?

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      11 kwietnia 2016 o 21:01

      A marnujemy? Co masz na myśli?

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
      1. Qbuś pożera książki pisze:
        12 kwietnia 2016 o 13:19

        Dostęp do słowa pisanego jest teraz niezmiernie ułatwiony, ale jednocześnie czytelnictwo jest na rekordowo niskim poziomie. Przełomowy wynalazek, jakim jest Internet, prowadzi nie do rozwoju, a raczej spadku umiejętności koncentracji i zwyczajnie zalewa nas falą bezużytecznych informacji.

        Wczytywanie…
        Odpowiedz
        1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
          12 kwietnia 2016 o 13:22

          W porównaniu z takim średniowieczem, a nawet Dwudziestoleciem jesteśmy czytelniczą potęgą :) To zawsze była elitarna rozrywka, nawet przed internetem. Natomiast co do fali bezużytecznych informacji, to owszem, działa rozpraszająco, ale to nie ona decyduje o ogólnym nieczytaniu.

          Wczytywanie…
          Odpowiedz
          1. Qbuś pożera książki pisze:
            13 kwietnia 2016 o 10:44

            Tylko, że w czasach średniowiecza czy międzywojnia dochodził jeszcze analfabetyzm. Czy nie jest tak, że dziś większość potrafi czytać i może bez większych problemów zdobyć coś do czytania, a i tak tego nie robi?

            Wczytywanie…
            Odpowiedz
            1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
              13 kwietnia 2016 o 10:50

              Jak pokazują badania, mimo obowiązkowej edukacji umiejętność czytania zanika. A w wielu przypadkach wręcz nigdy nie jest przyswajana na poziomie pozwalającym przeczytać coś dłuższego niż etykieta z ceną.

              Wczytywanie…
              Odpowiedz

OdpowiedzAnuluj pisanie odpowiedzi

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Zaprenumeruj ten blog przez e-mail

Wprowadź swój adres email, aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Wyszukiwanie

Instagram

Narrator opowieści, wykładowca uniwersytecki, miał dość środków, żeby w obawie przed atomową zagładą zarezerwować sobie miejsce w schronie w hotelu Termush na wybrzeżu Atlantyku. Oczekiwana katastrofa nadchodzi, a gdy najgorsze przeminie, goście mogą wyjść z jaskiń, by ocenić, jak zmienił się świat. Apokaliptyczne wizje, jakie podsuwała ocalałym wyobraźnia, okazały się mylne. Tym trudniej było pojąć, że nic już nie będzie takie, jak przedtem. Cały tekst już na blogu, link w bio.
Przekład Iwona Zimnicka
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Narrator opowieści, wykładowca uniwersytecki, miał dość środków, żeby w obawie przed atomową zagładą zarezerwować sobie miejsce w schronie w hotelu Termush na wybrzeżu Atlantyku. Oczekiwana katastrofa nadchodzi, a gdy najgorsze przeminie, goście mogą wyjść z jaskiń, by ocenić, jak zmienił się świat. Apokaliptyczne wizje, jakie podsuwała ocalałym wyobraźnia, okazały się mylne. Tym trudniej było pojąć, że nic już nie będzie takie, jak przedtem. Cały tekst już na blogu, link w bio. Przekład Iwona Zimnicka
5 dni ago
View on Instagram |
1/5
Jest 5 stycznia, jest impreza. Piętnaste urodziny bloga, który co prawda dalej haniebnie zaniedbuję i który czytają tylko najwytrwalsi z wytrwałych, ale który trwa sobie, bo kto mu zabroni... Zapraszam więc na tradycyjne podsumowanie ubiegłego roku z tradycyjną częścią nieoficjalną. Całość na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Jest 5 stycznia, jest impreza. Piętnaste urodziny bloga, który co prawda dalej haniebnie zaniedbuję i który czytają tylko najwytrwalsi z wytrwałych, ale który trwa sobie, bo kto mu zabroni... Zapraszam więc na tradycyjne podsumowanie ubiegłego roku z tradycyjną częścią nieoficjalną. Całość na blogu, link w bio.
2 tygodnie ago
View on Instagram |
2/5
Potencjalnych czytelników hardohordzianej (hardohordziej?) antologii „Cztery trupy w barszcz” ostrzegam, że nieprzyzwyczajonym zaszkodzić może stężenie bożonarodzeniowej atmosfery podkreślonej w opowiadaniach Anety Jadowskiej i Magdaleny Kubasiewicz potężną dawką akcesoriów rodem z hallmarkowego filmu świątecznego. Pomijając to głębokie zanurzenie w barszczykach, sernikach, grzańcach i brokatowych bombkach, obie autorki napisały całkiem zgrabne historie kryminalne z dodatkiem elementów pokrzepienia duchowego. Marta Kisiel z kolei pokazała, ile determinacji i oblizanych pierniczków potrzeba, żeby święta w ogóle mogły się odbyć, a także jak bardzo ostrożnie należy obchodzić się z bigosem. Milena Wójtowicz szczęśliwie darowała sobie bożonarodzeniowe klimaty, choć podkreśliła magiczną moc tego okresu oraz stworzyła postać wiedźmy włosingowej, specjalistki od rozczesywania kołtuna. Cały tom jest bardzo udany, podobnie jak drugi tom wampirzych opowieści Wójtowicz. „W cieniu dnia” to dalszy ciąg losów Aśki zmienionej w wampirzycę i, trochę wbrew woli, w przywódczynię wampirzego gniazda. Bohaterka i jej znajomi dynamicznie badają możliwości stwarzane przez nowe (nie)życie, ze szczególnym uwzględnieniem kimchi jako broni ofensywnej. Zabawne, bezpretensjonalne, może trochę miejscami chaotyczne, ale zrzućmy to na dezorientację, jaką budzi u bohaterów sos czosnkowy i zapach wilkołaków.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Potencjalnych czytelników hardohordzianej (hardohordziej?) antologii „Cztery trupy w barszcz” ostrzegam, że nieprzyzwyczajonym zaszkodzić może stężenie bożonarodzeniowej atmosfery podkreślonej w opowiadaniach Anety Jadowskiej i Magdaleny Kubasiewicz potężną dawką akcesoriów rodem z hallmarkowego filmu świątecznego. Pomijając to głębokie zanurzenie w barszczykach, sernikach, grzańcach i brokatowych bombkach, obie autorki napisały całkiem zgrabne historie kryminalne z dodatkiem elementów pokrzepienia duchowego. Marta Kisiel z kolei pokazała, ile determinacji i oblizanych pierniczków potrzeba, żeby święta w ogóle mogły się odbyć, a także jak bardzo ostrożnie należy obchodzić się z bigosem. Milena Wójtowicz szczęśliwie darowała sobie bożonarodzeniowe klimaty, choć podkreśliła magiczną moc tego okresu oraz stworzyła postać wiedźmy włosingowej, specjalistki od rozczesywania kołtuna. Cały tom jest bardzo udany, podobnie jak drugi tom wampirzych opowieści Wójtowicz. „W cieniu dnia” to dalszy ciąg losów Aśki zmienionej w wampirzycę i, trochę wbrew woli, w przywódczynię wampirzego gniazda. Bohaterka i jej znajomi dynamicznie badają możliwości stwarzane przez nowe (nie)życie, ze szczególnym uwzględnieniem kimchi jako broni ofensywnej. Zabawne, bezpretensjonalne, może trochę miejscami chaotyczne, ale zrzućmy to na dezorientację, jaką budzi u bohaterów sos czosnkowy i zapach wilkołaków.
3 tygodnie ago
View on Instagram |
3/5
Na kilka dni przed piętnastymi urodzinami bloga (ależ ten czas leci!) zapraszam na tradycyjny końcoworoczny przegląd najchętniej czytanych wpisów. Co prawda, słupki statystyk na blogu w tym roku raczej nie były wysokie, ale zestawienie wyszło całkiem zacne. Czytajcie, nadrabiajcie, jeśli coś Was ominęło! No i oczywiście niech Wam się wiedzie w nowym roku!
Cały tekst już na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Na kilka dni przed piętnastymi urodzinami bloga (ależ ten czas leci!) zapraszam na tradycyjny końcoworoczny przegląd najchętniej czytanych wpisów. Co prawda, słupki statystyk na blogu w tym roku raczej nie były wysokie, ale zestawienie wyszło całkiem zacne. Czytajcie, nadrabiajcie, jeśli coś Was ominęło! No i oczywiście niech Wam się wiedzie w nowym roku! Cały tekst już na blogu, link w bio.
3 tygodnie ago
View on Instagram |
4/5
Popielątko marzy o pójściu na królewski bal, kot w butach doprowadza młynarczyka do ślubu z królewską córką, krwawa kiszka jest hersztem zbójców dybiących na wątrobiankę, królewny uprawiają seks przedmałżeński, książęta są zaklęci w żaby albo lwy, głupi bracia okazują się najmądrzejsi, a odcinanych kończyn i wyłupywanych oczu wprost nie da się zliczyć. Nic tu nie jest uładzone, nie zawsze wszystko ma ręce i nogi (i fizycznie, i metaforycznie), a potężna dawka absurdu, czarnego humoru i makabry sprawia, że ten wybór z pierwszej edycji baśni braci Grimm niezbyt nadaje się dla dzieci, ale dorosłym może dać mnóstwo uciechy, szczególnie że nie unosi się nad nim dydaktyczny smrodek, za to mnóstwo tu niczym nieskrępowanej fantazji. Fabularne rozwichrzenie idealnie podkreślają ilustracje Michaliny Jurczyk, pełne detali, na które warto zwrócić uwagę. Znakomity przekład Elizy Pieciul-Karmińskiej oddaje naturalność i jędrność języka tych baśni.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Popielątko marzy o pójściu na królewski bal, kot w butach doprowadza młynarczyka do ślubu z królewską córką, krwawa kiszka jest hersztem zbójców dybiących na wątrobiankę, królewny uprawiają seks przedmałżeński, książęta są zaklęci w żaby albo lwy, głupi bracia okazują się najmądrzejsi, a odcinanych kończyn i wyłupywanych oczu wprost nie da się zliczyć. Nic tu nie jest uładzone, nie zawsze wszystko ma ręce i nogi (i fizycznie, i metaforycznie), a potężna dawka absurdu, czarnego humoru i makabry sprawia, że ten wybór z pierwszej edycji baśni braci Grimm niezbyt nadaje się dla dzieci, ale dorosłym może dać mnóstwo uciechy, szczególnie że nie unosi się nad nim dydaktyczny smrodek, za to mnóstwo tu niczym nieskrępowanej fantazji. Fabularne rozwichrzenie idealnie podkreślają ilustracje Michaliny Jurczyk, pełne detali, na które warto zwrócić uwagę. Znakomity przekład Elizy Pieciul-Karmińskiej oddaje naturalność i jędrność języka tych baśni.
3 tygodnie ago
View on Instagram |
5/5
zajrzyj na instagram

Blog o książkach, blog z recenzjami książek, recenzje klasyki,
książki recenzje

Pozycjonowanie strony: VD.pl

© 2026 Zacofany w lekturze | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme
Ta strona używa ciasteczek (cookie)Rozumiem Chcę wiedzieć więcej
Polityka prywatności

Privacy Overview

This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary
Always Enabled
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Non-necessary
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.
SAVE & ACCEPT
 

Wczytywanie komentarzy...
 

    %d