Skip to content

Zacofany w lekturze

Blog Piotra Chojnackiego. Książki nowe, stare, znane i zupełnie zapomniane, pełna swoboda wyboru.

Menu
  • Strona główna
  • O mnie
  • Powieści młodzieżowe PRL
  • Przestały oczekiwać 2011
  • Przestały oczekiwać 2012
  • Przestały oczekiwać 2013
  • Przestały oczekiwać 2014
  • Przestały oczekiwać 2015
  • Przestały oczekiwać 2016
  • Przestały oczekiwać 2017
  • Przestały oczekiwać 2018
  • Przestały oczekiwać 2019
  • Przestały oczekiwać 2020
  • Przestały oczekiwać 2021
  • Polityka prywatności
  • Przestały oczekiwać 2022
  • Przestały oczekiwać 2023
  • Przestały oczekiwać 2024
  • Przestały oczekiwać 2025
  • Przestały oczekiwać 2026
Menu

Wehikuł czasu (Robert McCammon, „Magiczne lata”)

Posted on 9 listopada 20166 października 2017 by Piotr (zacofany.w.lekturze)

Magiczne lataTa książka jest wszystkim, co potrzebne, by wrócić w czas dzieciństwa: wehikułem czasu, magdalenką maczaną w herbacie – czy raczej babcinym smalcem na wielkiej pajdzie chleba. I nieważne, czy to dzieciństwo przypadło trzydzieści, czy dziesięć lat temu, dzięki „Magicznym latom” do niego wrócicie – dajcie się tylko prowadzić głównemu bohaterowi, zrzućcie z siebie ciężar wieku, balast doświadczeń i przypomnijcie sobie jakiś epizod z roku, w którym mieliście dwanaście lat.

Rok 1964, miasteczko Zephyr w Alabamie. „Nigdy nie było tam za zimno ani za gorąco. Ulice tonęły w cieniu dębów, a wszystkie domy miały ganki i siatki w okna”. Zwyczajne, maleńkie, prowincjonalne, a jednak niezwykłe – przynajmniej w oczach dziecka. W tym roku Cory Jay Mackenson skończył dwanaście lat. Bawił się z kolegami, włóczył po okolicy, unikał miejscowych rozrabiaków. Cieniem na jego zwyczajnym życiu kładło się jednak wydarzenie, którego świadkiem był chłopiec: tonący w jeziorze samochód z martwym mężczyzną za kierownicą. Kim był? Kto go zabił i dlaczego? Czy zrobił to ktoś obcy, czy może jednak w dobrze znanym miasteczku czai się coś przerażającego?

Wątek kryminalny nie dominuje w książce, stanowi raczej nić, do której doczepione jest oszałamiające bogactwo epizodów: atak os na wiernych w kościele, powódź i rytualna parada, dramatyczna wyprawa do lasu – każdy rozdział to etiuda z życia Cory’ego i miasteczka: zabawne, smutne, znaczące i niezbyt ważne wydarzenia, często przelotne, a mimo to zapadające w pamięć. McCammon hojnie rozrzuca wątki, wprowadza nowe postacie, czasem po to, by je szybko porzucić. Takie okruchy bez dalszego ciągu, choć każdy mógłby stać się zalążkiem własnej opowieści. Tak jak w życiu: ledwie kogoś poznamy i zaczynamy lubić, a już wyjeżdża albo my wyjeżdżamy i zostaje tylko wspomnienie. „Magiczne lata” to kalejdoskop takich wspomnień, owianych mgiełką sentymentu i pełnych magii, która dodaje niezwykłości i uroku naszym dziecięcym przygodom, bo „wiele jest rzeczy, które dla chłopca są piękne: połysk lakieru na rowerowej ramie, przepych psiej sierści, śpiew skaczącego jo-jo, żółty księżyc w pełni, zielona trawa na łące, a nade wszystko wolny czas na zabawę”.

Nie doceniamy ich wtedy, bo chcemy czegoś innego: „chłopcom się spieszy; chcą zostać mężczyznami, a potem nagle przychodzi dzień, kiedy żałują, że nie mogą znów stać się dziećmi”. Jedyne, co możemy, to przywoływać wspomnienia. Przy opisach wspaniałego lata Cory’ego sam wiele razy wracałem do upalnych dni, kiedy w drodze nad jezioro trampki lepiły się do rozgrzanego asfaltu, do butów pogubionych w bruzdach w pogoni za krową, która postanowiła odłączyć się do stada w drodze na wieczorne dojenie, do chleba z cukrem i śmietaną albo, jeszcze lepiej, z domowym smalcem, który smakował najlepiej po całym dniu w rzece. Dziesiątki takich epizodów są w nas i tylko czekają na impuls, by wypłynąć na powierzchnię pamięci i przynieść ze sobą obrazy, zapachy, smaki, strzępy rozmów i śmiechy.

„Magiczne lata” to podróż w przeszłość, przejaw tęsknoty za utraconym rajem dzieciństwa, ale też książka o dojrzewaniu i magii, która przesyca nasze życie, która nas uskrzydla, dodaje blasku codzienności. To też kawał znakomitej literackiej roboty: powieść świetnie skonstruowana, z wyrazistymi postaciami i doskonale nakreślonym tłem, pełna przepysznych epizodów, radości i wzruszeń, przygód i refleksji, prostej mądrości, o zmiennym tempie odpowiadającym rytmowi życia w miasteczku. Sześćset pięćdziesiąt stron, od których nie sposób się oderwać i które żegnamy pełnym rozżalenia: „jak to, już koniec?”.

Robert McCammon, Magiczne lata, tłum. Maria Grabska-Ryńska, Papierowy Księżyc 2012.

38 thoughts on “Wehikuł czasu (Robert McCammon, „Magiczne lata”)”

  1. Olga pisze:
    9 listopada 2016 o 20:24

    Kiedy patrzę na okładkę „Wehikułu czasu” na myśl przychodzi mi proza Stephena Kinga, jego powroty do dzieciństwa i przygody zabarwione nutką tajemnicy, nadnaturalności. Z chęcią zapoznałabym się z twórczością McCammona jeśli jest choć w jednej dziesiątej (a zapowiada się, że tak) tak pełna nostalgii, jak niektóre powieści Kinga.

    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      9 listopada 2016 o 21:33

      Wyrosłem z Kinga, zanim się zrobił nostalgiczny, więc nie mam porównania. Ale właściwą analogią mogłaby być Fannie Flagg i jej Smażone zielone pomidory.

      Odpowiedz
      1. Olga pisze:
        10 listopada 2016 o 09:58

        O matko, a ja właśnie zorientowałam się, że podałam tytuł Twojej recenzji, zamiast tytułu książki :P nie ma to jak pełne skupienie podczas komentowania…
        Fannie Flagg z kolei ja nie czytałam, więc pozostaje mi tylko sięgnąć po „Magiczne lata” :)

        Odpowiedz
        1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
          10 listopada 2016 o 10:45

          Fannie Flagg bardzo polecam, takich nostalgicznych i dobrze napisanych książek nigdy dość.

          Odpowiedz
  2. kurp pisze:
    10 listopada 2016 o 09:17

    Potwierdzam, cudowna, sentymentalna podróż. Szkoda, że takiej książki nie mamy dla polskich realiów. Jedna z moich ulubionych książek.

    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      10 listopada 2016 o 09:21

      W pierwszym odruchu chciałem zaprotestować, że na pewno mamy coś takiego u nas, ale trochę mnie przystopowało. Bo pewnie każdy z nas mógłby wskazać jakiś tytuł, który go przenosi w dzieciństwo, ale nic z takim rozmachem jak „Magiczne lata” nie pamiętam.

      Odpowiedz
  3. Qbuś pożera książki pisze:
    13 listopada 2016 o 02:51

    Ależ tu się rozpływacie bezczelnie.

    A co do powyższego komentarza – w anglosaskiej typologii funkcjonuje nawet określenie „coming of age” dla takich opowieści. W polskiej literaturze ten motyw zbyt popularny nie jest – jest sporo dobrych powieści o młodych bohaterach albo ukazujących moment przejścia w dorosłość, ale takich śledzących drogę od młodości do dorosłości wiele nie ma.

    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      13 listopada 2016 o 08:43

      Sam poczytaj, też się rozpłyniesz :)
      I to nie jest powieść śledząca drogę od młodości do dorosłości, opowiada o jednym roku z życia Cory’ego. Do tego typu, o którym piszesz, to raczej „Syzyfowe prace” należą :D

      Odpowiedz
  4. Bazyl pisze:
    14 listopada 2016 o 08:24

    Podobnie jak Oldze mnie też na myśl przyszedł King i jego „To!”. Małolaty jeżdżące na Schwinnach z kartami trącymi dla akustycznego efektu o szprychy, małe i duże tajemnice niewielkiego amerykańskiego miasteczka, te rzeczy :) Książka w końcu rozczarowuje zakończeniem, ale tło bardzo fajne. I podobnie, z tego co piszesz, można się u Kinga nacieszyć tymi epizodzikami, urwanymi, trochę bez znaczenia, ale bardzo miłymi w czytaniu :)
    PS. Obejrzyj sobie „Stranger Things” na Netflixie :)

    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      14 listopada 2016 o 08:31

      Swego czasu ten King przeraził mnie objętością, więc zrezygnowałem, ale skoro klimat jest, to może kiedyś :) A Netflixa proszę mi nie polecać, za szybko zużyłbym abonament na internet :P

      Odpowiedz
      1. Bazyl pisze:
        14 listopada 2016 o 08:47

        Fakt, King troszkę grubawy, ale czyta się żwawo, więc … A Netflix jest nieźle zoptymalizowany i nie żre. No, chyba że Kolega raczy oglądać jedynie w 4K UHD :P A ja, jak tylko wylezę z dojonej przez Leopolda Afryki, dla odpoczynku ducha sięgnę po McCammona :)

        Odpowiedz
        1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
          14 listopada 2016 o 08:53

          Zasadniczo to nic nie oglądam z braku czasu, a z żarciem przepływu mam złe doświadczenia po ipli.

          Odpowiedz
          1. Bazyl pisze:
            14 listopada 2016 o 09:21

            Zaryzykuj miesiąc flixa i sam się przekonasz. Większość znajomych chwali, porównując nie tylko do ipli, ale choćby do habełogo :)

            Odpowiedz
            1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
              14 listopada 2016 o 09:32

              Zważywszy, że pewnie miałbym jakieś pół godziny miesięcznie na oglądanie, to chyba nie opłaca się nic kombinować :P

              Odpowiedz
              1. Bazyl pisze:
                14 listopada 2016 o 11:42

                Noce teraz takie długie … :P

                Odpowiedz
                1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
                  14 listopada 2016 o 11:55

                  Serio? Jakoś nie zauważyłem, 5.40 wstaję :P

  5. AnnRK pisze:
    16 listopada 2016 o 13:20

    Piękna książka i ogromnie mnie cieszy, że i Tobie przypadła do gustu. Muszę się w końcu zaopatrzyć we własny egzemplarz (miałam biblioteczny), żeby kiedyś móc do niej wrócić.

    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      16 listopada 2016 o 13:22

      Ja to najchętniej bym już wrócił, ale chyba odłożę sobie do następnych wakacji :)

      Odpowiedz
  6. Secrus pisze:
    20 listopada 2016 o 19:23

    Jest coś takiego w „Magicznych latach”, że niemal każdy pisze o nich z dużą emocjonalnością, zwraca uwagę na nostalgiczne, bardzo uczuciowe elementy, na małe rzeczy związane z pamięcią dzieciństwa, choćby na co dzień pisał teksty stonowane i analityczne (rzecz zaobserwowana szerzej, niekoniecznie mówię o Tobie). I cytaty! Cytaty się pojawiają, te najbardziej sentymentalne, najtrafniejsze – tutaj dobrane w ten sposób, że właściwie dopowiadałem je sobie z głowy, tyle razy były przeze mnie czytane po cichu albo na głos ;)

    Z każdym zdaniem się zgadzam, wracam do „Magicznych lat” nieustannie, zachwycam się językiem. I prawdą jest, że zaraz po skończeniu lektury chce się do niej wrócić, a najchętniej w ogóle nie opuszczałoby się Zephyr. Z rzeczy podobnych to właśnie jest ten nostalgiczny King, który Cię ominął („Serca Atlantydów” bywają bardzo bliskie „Magicznym latom”, „To”, którego jeszcze nie czytałem, z pewnością też; albo „Ciało”). Dana Simmonsa z jego „Letnią nocą” i Bradbury’ego z „Jakiś potwór tu nadchodzi” również się z McCammonem zestawia, ja dodałbym jeszcze „Słoneczne wino” Bradbury’ego (to taka moja czytelnicza rekomendacja numer jeden na to przyszłoroczne lato, gdy może wrócisz do „Magicznych…”. Niech Cię przekona, że McCammon, wymyślając Zephyr, myślał właśnie o Green Town ze „Słonecznego wina”, a sama książka była poniekąd inspiracją do stworzenia „Magicznych lat”). I tak naprawdę jeszcze sporo tytułów mniej lub bardziej zbliżonych mam w głowie, wiele wciąż nieprzeczytanych, ale McCammon wyprzedza je właśnie tą wielkością, tym rozmachem i wyważeniem elementów, a szczególnie wyjątkowością małych opowieści w poszczególnych rozdziałach – wszystkie są tak charakterystyczne, że od razu zostają w głowie.

    Czy my mamy coś takiego u siebie? Chyba nie na taką skalę, choć chciałoby się tu przywoływać „Weisera Dawidka” czy istotniejsze powieści z nurtu wiejskiego, albo jakieś wspomnieniówki na kształt wydanego ostatnio „Snu sów”, ale to już faktycznie nie ten kaliber. Czy zatem „Magiczne lata” w polskich realiach wciąż czekają na napisanie? Hm, chciałoby się powiedzieć: „Challenge accepted”, ale jak się ma w głowie słowa McCammona, to jakoś tak pewność siebie umyka ;)

    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      20 listopada 2016 o 21:35

      Od razu widać, kogo ta książka naprawdę wzięła :) Dzięki za wszystkie tropy, część wygląda obiecująco.
      Natomiast co do rodzimych przykładów, to właśnie mi przyszło do głowy, że w podobny sposób jest odmalowywane dzieciństwo w Mr Pebble i Gruda Ziomeckiego. Tyle że w tej książce to jedynie część fabuły. Ale warto sięgnąć, choćby dla wielkiej sceny z turbiną wiatrową :) Gwarantowane niesamowite przeżycie.

      Odpowiedz
      1. Secrus pisze:
        20 listopada 2016 o 21:53

        Wzięła i do teraz trzyma ;) Puściłem ją w świat, jak tylko potrafiłem, a kolejne pozytywne recenzje wyjątkowo cieszą.

        O książce Ziomeckiego chyba po raz pierwszy przeczytałem właśnie u Ciebie. Zachowałem w pamięci, bo naprawdę mnie zaintrygowała, ale jeszcze nie miałem okazji się zapoznać… może z tych samych powodów co z „To” Kinga – sięgnięcie po 900 stron wymaga sporo wewnętrznego chilloutu ;)

        Odpowiedz
        1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
          20 listopada 2016 o 21:55

          To jest 900 stron, które się pochłania migiem i wola o więcej, więc bez obaw :D

          Odpowiedz
          1. Secrus pisze:
            20 listopada 2016 o 22:17

            Wiem, wieem, obaj znamy takie książki, ale 900 stron migiem to więcej niż 350 stron tym samym migiem :P Na pewno nie zapomnę o Ziomeckim w spokojniejszym czasie ;)

            Odpowiedz
            1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
              20 listopada 2016 o 22:19

              Polecam ebooka, robi dużo mniej przerażające wrażenie. Papier sobie dokupisz potem :D

              Odpowiedz
              1. Secrus pisze:
                20 listopada 2016 o 22:27

                Odkryłeś metodę, którą od jakiegoś czasu stosuję coraz częściej :D

                Odpowiedz
                1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
                  21 listopada 2016 o 08:36

                  Ja to przepróbowałem przy antologii 100/XX, pewnie do papieru bym się w życiu nie zabrał :)

  7. Agnes pisze:
    8 grudnia 2016 o 22:44

    Ja Cię kocham. Napisałeś tak pięknie o książce, która tak bardzo, bardzo, BARDZO podbiła moje serce. Ubolewam od lat nad tym, że nie napisałam jej recenzji, ale to z obaw, że moje nieudolne, nieporadne zdania nie zdołają przekazać ogromu myśli, spostrzeżeń i skojarzeń, które „Magiczne lata” wywołuję. Tobie się udało i w ogóle to Ci zazdroszczę okropnie, kurde flaszka, bo umiesz. No!

    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      8 grudnia 2016 o 22:50

      Nie wiem, co na to wyznanie Twój mąż, ale moja żona będzie zazdrosna :D A wiesz, że ja mam nieodparte wrażenie, że o tej książce pierwszy raz usłyszałem od Ciebie? Chyba jeszcze pod tym wcześniejszym tytułem. Ale skoro nie pisałaś o niej, to nie wiem, gdzie to było. W jakimś komentarzu? Zestawieniu ulubionych książek? Co do napisania: to dostałem przypływu weny na plaży, jeszcze w trakcie czytania. Rzadko tak się dzieje, że mam niemal gotowy tekst, zanim jeszcze skończę czytać :D

      Odpowiedz
      1. Agnes pisze:
        8 grudnia 2016 o 23:37

        Oj, bo tam powinno być tak „kocham to, co napisałeś”, tylko mi się ręka omskła. A kocham to oczywiście męża.

        O „Magicznych latach” mogłeś słyszeć ode mnie, bo ja o niej gadam, wspominam w komentarzach, zestawieniach i luźnych pogaduszkach. Poza tym chętnie książkę pożyczam, kto tylko chce ją ode mnie pożyczyć i cieszę się jak diabli, gdy kolejnej osobie się podoba. Tylko dłuższego tekstu o niej nie potrafię napisać, no trema mnie ścina i już.
        Ech, dalej zazdroszczę.

        Odpowiedz
        1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
          8 grudnia 2016 o 23:43

          Ja wiem, co chciałaś napisać :D
          Niech Cię trema nie ścina, ja mam wrażenie, że każdemu ta książka przypomina o czymś innym i chciałbym sobie poczytać, co Tobie nasunęła.
          Nie zazdrość, pisz!

          Odpowiedz
          1. Agnes pisze:
            8 grudnia 2016 o 23:53

            Może kiedyś. :) Wciąż o tym myślę.

            Odpowiedz
            1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
              9 grudnia 2016 o 13:32

              Nie myśl za długo. Przeczytaj jeszcze raz i napisz :D

              Odpowiedz
              1. Agnes pisze:
                15 grudnia 2016 o 00:10

                Jeszcze raz? Ale ja to czytałam całkiem niedawno, nie zdążyłam jeszcze zapomnieć!

                Odpowiedz
                1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
                  15 grudnia 2016 o 08:16

                  Skoro pamiętasz, to nie czytaj. Pisz :)

                2. Agnes pisze:
                  18 grudnia 2016 o 02:14

                  Nie odpuszczasz :D

                3. visage zacofany.w.lekturze pisze:
                  18 grudnia 2016 o 09:44

                  Sam mam się męczyć? :P

                4. Agnes pisze:
                  21 grudnia 2016 o 22:00

                  Ale jak się męczyć? Przecież swoje już napisałeś!

                5. visage zacofany.w.lekturze pisze:
                  21 grudnia 2016 o 22:02

                  Ale co się umęczyłem przy pisaniu to moje :D Chociaż w sumie się nie umęczyłem.

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Wyszukiwanie

Instagram

Dwie dziurki w nosie i skończyło się. „Niebieskie buty” to ostatni tom opowieści o mme Ramotswe i jej Kobiecej Agencji Detektywistycznej Nr 1 wydany po polsku. Autor dawno temu przestał udawać, że to będzie kryminał; ewentualne śledztwa są tu jedynie pretekstami do picia herbaty (często z pączkami) i niespiesznych rozważań nad sensem życia oraz zaletami i wadami ludzi: „Większość problemów można by załagodzić, gdyby ludzie częściej pili herbatę i oddawali się przemyśleniom, które podczas picia herbaty są najbardziej owocne”. Moim zdaniem nie ma nic bardziej relaksującego nad te pogwarki, przerywane niekiedy kontemplacją krajobrazów Botswany, kraju, w którym ceni się tradycję, życzliwość i uprzejmość, chociaż w tym tomie pojawia się też akcent bardziej współczesny – kiedy to niewczesne przyznanie się do feminizmu niemal kładzie kres bardzo dobrze się zapowiadającemu związkowi. 
Przekład Tomasz Bieroń
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Dwie dziurki w nosie i skończyło się. „Niebieskie buty” to ostatni tom opowieści o mme Ramotswe i jej Kobiecej Agencji Detektywistycznej Nr 1 wydany po polsku. Autor dawno temu przestał udawać, że to będzie kryminał; ewentualne śledztwa są tu jedynie pretekstami do picia herbaty (często z pączkami) i niespiesznych rozważań nad sensem życia oraz zaletami i wadami ludzi: „Większość problemów można by załagodzić, gdyby ludzie częściej pili herbatę i oddawali się przemyśleniom, które podczas picia herbaty są najbardziej owocne”. Moim zdaniem nie ma nic bardziej relaksującego nad te pogwarki, przerywane niekiedy kontemplacją krajobrazów Botswany, kraju, w którym ceni się tradycję, życzliwość i uprzejmość, chociaż w tym tomie pojawia się też akcent bardziej współczesny – kiedy to niewczesne przyznanie się do feminizmu niemal kładzie kres bardzo dobrze się zapowiadającemu związkowi. Przekład Tomasz Bieroń
1 miesiąc ago
View on Instagram |
1/5
Minął miesiąc, więc czas na drugą część jubileuszowego zestawienia całkowicie arbitralnie wybranych biografii, o których pisałem przez minione piętnaście lat. Bierzcie i czytajcie, może znajdziecie coś dla siebie. Cały tekst już na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Minął miesiąc, więc czas na drugą część jubileuszowego zestawienia całkowicie arbitralnie wybranych biografii, o których pisałem przez minione piętnaście lat. Bierzcie i czytajcie, może znajdziecie coś dla siebie. Cały tekst już na blogu, link w bio.
1 miesiąc ago
View on Instagram |
2/5
Natalia nie jest typową bohaterką opowiadań publikowanych w serii „Portrety”: licealistką borykającą się z problemami domowymi, szkolnymi czy pierwszą miłością. Skończyła studia, pracuje, nawet wyszła za mąż. Ale wydarzenia z dzieciństwa i okresu dojrzewania tkwią w niej głęboko, unieszczęśliwiają i nie pozwalają prowadzić spokojnego życia.
Opowiadanie Wiesławy Oramus nie jest lekturą łatwą i ze względu na bolesną tematykę, i swoją konstrukcję: przeskoki czasowe, niedopowiedzenia, introspekcje. Zdecydowanie jest to bardziej rzecz przeznaczona dla dorosłych niż dla nastolatków, bardzo dobry portret dziewczyny – kobiety obciążonej pokoleniową traumą. Cały tekst już na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Natalia nie jest typową bohaterką opowiadań publikowanych w serii „Portrety”: licealistką borykającą się z problemami domowymi, szkolnymi czy pierwszą miłością. Skończyła studia, pracuje, nawet wyszła za mąż. Ale wydarzenia z dzieciństwa i okresu dojrzewania tkwią w niej głęboko, unieszczęśliwiają i nie pozwalają prowadzić spokojnego życia. Opowiadanie Wiesławy Oramus nie jest lekturą łatwą i ze względu na bolesną tematykę, i swoją konstrukcję: przeskoki czasowe, niedopowiedzenia, introspekcje. Zdecydowanie jest to bardziej rzecz przeznaczona dla dorosłych niż dla nastolatków, bardzo dobry portret dziewczyny – kobiety obciążonej pokoleniową traumą. Cały tekst już na blogu, link w bio.
2 miesiące ago
View on Instagram |
3/5
Z okazji piętnastolecia blogowania chciałbym przedstawić szczególnie ważne książki, jakie w tym czasie poznałem. W pierwszym wpisie znalazły się biografie i wspomnienia, pierwsza siódemka (z czternastu) książek, które łączy jedno: do dziś, mimo upływu często wielu lat, nadal pamiętam, czemu zrobiły na mnie wrażenie, wciąż mogę przywołać wiele epizodów z życia ich bohaterów, odtworzyć ich sylwetki. Cały wpis już na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Z okazji piętnastolecia blogowania chciałbym przedstawić szczególnie ważne książki, jakie w tym czasie poznałem. W pierwszym wpisie znalazły się biografie i wspomnienia, pierwsza siódemka (z czternastu) książek, które łączy jedno: do dziś, mimo upływu często wielu lat, nadal pamiętam, czemu zrobiły na mnie wrażenie, wciąż mogę przywołać wiele epizodów z życia ich bohaterów, odtworzyć ich sylwetki. Cały wpis już na blogu, link w bio.
2 miesiące ago
View on Instagram |
4/5
Czort Tanner, skazany za potrójne morderstwo, dostaje szansę wyjścia z więzienia: jego winy zostaną mu odpuszczone, jeśli zdoła przewieźć szczepionkę z Kalifornii do Bostonu, pustoszonego przez zarazę. Tanner rusza w drogę dobrze wyposażony i uzbrojony, ale to od jego sprytu, determinacji i umiejętności zależy, czy wypełni misję i przeżyje, by móc skorzystać z obiecanej wolności. 
„Aleja Potępienia” to pochłaniająca właściwie od samego początku powieść akcji w postapokaliptycznych dekoracjach. Nie o scenografię tu jednak chodzi, ale o obserwowanie zmagań Tannera z tymi skrajnymi warunkami i z samym sobą. Cały tekst już na blogu, link w bio.
Przekład Zbigniew A. Królicki
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Czort Tanner, skazany za potrójne morderstwo, dostaje szansę wyjścia z więzienia: jego winy zostaną mu odpuszczone, jeśli zdoła przewieźć szczepionkę z Kalifornii do Bostonu, pustoszonego przez zarazę. Tanner rusza w drogę dobrze wyposażony i uzbrojony, ale to od jego sprytu, determinacji i umiejętności zależy, czy wypełni misję i przeżyje, by móc skorzystać z obiecanej wolności. „Aleja Potępienia” to pochłaniająca właściwie od samego początku powieść akcji w postapokaliptycznych dekoracjach. Nie o scenografię tu jednak chodzi, ale o obserwowanie zmagań Tannera z tymi skrajnymi warunkami i z samym sobą. Cały tekst już na blogu, link w bio. Przekład Zbigniew A. Królicki
3 miesiące ago
View on Instagram |
5/5
zajrzyj na instagram

Blog o książkach, blog z recenzjami książek, recenzje klasyki,
książki recenzje

Pozycjonowanie strony: VD.pl

© 2026 Zacofany w lekturze | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme
Ta strona używa ciasteczek (cookie)Rozumiem Chcę wiedzieć więcej
Polityka prywatności

Privacy Overview

This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary
Always Enabled
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Non-necessary
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.
SAVE & ACCEPT