Skip to content

Zacofany w lekturze

Blog Piotra Chojnackiego. Książki nowe, stare, znane i zupełnie zapomniane, pełna swoboda wyboru.

Menu
  • Strona główna
  • O mnie
  • Powieści młodzieżowe PRL
  • Przestały oczekiwać 2011
  • Przestały oczekiwać 2012
  • Przestały oczekiwać 2013
  • Przestały oczekiwać 2014
  • Przestały oczekiwać 2015
  • Przestały oczekiwać 2016
  • Przestały oczekiwać 2017
  • Przestały oczekiwać 2018
  • Przestały oczekiwać 2019
  • Przestały oczekiwać 2020
  • Przestały oczekiwać 2021
  • Polityka prywatności
  • Przestały oczekiwać 2022
  • Przestały oczekiwać 2023
  • Przestały oczekiwać 2024
  • Przestały oczekiwać 2025
  • Przestały oczekiwać 2026
Menu

Żółtodziób na prerii (Wiesław Wernic, „Tropy wiodą przez prerię”)

Posted on 18 grudnia 201610 października 2017 by Piotr (zacofany.w.lekturze)

Tropy wiodą przez prerięW 1880 roku do szpitala w Milwaukee trafia młody mężczyzna z paskudną raną nogi. Chirurg Jan otacza go opieką, niestety stan chorego się pogarsza i grozi mu amputacja. Znienacka jednak w szpitalu pojawia się dwóch Indian, którzy chcą uleczyć „swojego białego brata”. Jan zezwala na nietypową kurację, a wdzięczny pacjent składa mu niespodziewaną propozycję.

Traper Karol Gordon zabiera Jana ze sobą na prerię, by pokazać mu piękno przyrody i dać zakosztować życia w nieznanych mieszczuchowi warunkach. Chce nauczyć młodego przyjaciela tropienia śladów, ale też naprostować mu poglądy na charakter Indian i eksploatowanie ich ziem. Wędrówka szybko jednak przekształca się w dramatyczny, pełen nagłych zwrotów pościg za mordercą dwóch mężczyzn i tajemnicą, która może zmienić losy plemienia Czarnych Stóp.

„Tropy wiodą przez prerię” ma wszystkie elementy powieści przygodowej,

która może podobać się młodszym i starszym czytelnikom: biwaki pod rozgwieżdżonym niebem, polowania (przy czym, uprzedzając ewentualne wątpliwości, napiszę od razu, że bohaterowie prezentują umiar w swych łowieckich zapędach i nie strzelają do grubego zwierza, jeśli wiedzą, że nie zdołają wykorzystać całego mięsa), spotkania z Indianami, dające okazję do prezentowania ich obyczajów i kultury (w wyjątkowo zresztą dyskretny sposób, mowy nie ma o łopatologii Nienackiego czy Szklarskiego), wreszcie wątek śledztwa w sprawie dwóch morderstw i pościgu za bandytą: strzelaniny, tropienie, pułapki w górskiej dolinie. Do tego sympatyczni bohaterowie: Jan, który z żółtodzioba staje się niezłym tropicielem; Karol Gordon, znakomity traper, przyjaciel Indian; oddany swej służbie sierżant Mitchell czy wreszcie Czarne Stopy: czarownik Czerwona Chmura i wódz Wysoki Orzeł, zatroskani o przyszłość plemienia i gotowi wprowadzić zmiany w jego życiu dla przetrwania. Wiadomo, że żaden czarny charakter nie ma z nimi szans. Całości dopełniają opisy przyrody stosowane z umiarem, ale barwne i plastyczne.

Wydawca zdecydował się zachować szatę graficzną oryginału: okładki i ilustracje Stanisława Rozwadowskiego, znakomicie oddające klimat powieści. Nie wiem, czy zachęci to do sięgnięcia po „Tropy” młodych czytelników, ale na pewno przemówi do tych, którzy – jak ja – poznawali Wernica kilkadziesiąt lat temu. Trochę zresztą obawiałem się powrotu do tej książki. Nigdy nie byłem zagorzałym wielbicielem klimatów indiańsko-kowbojskich. Oglądałem westerny i Winnetou produkcji niemiecko-włosko-jugosłowiańskiej, na przedszkolnych balach występowałem w stroju indiańskim, a na wczesnopodstawówkowych w kowbojskim. W literaturze wyjątek zrobiłem dla „Karibu” Nory Szczepańskiej i dla Wernica właśnie, którego stos powieści pochłonąłem mając dziesięć, może jedenaście lat. Okazało się jednak, że

„Tropy” dobrze zniosły próbę czasu:

czyta się z przyjemnością wynikającą nie tylko z cech, o których pisałem wyżej, ale też pięknej polszczyzny i bezpretensjonalnego korzystania z konwencji. Im bliżej byłem końca, tym lepiej rozumiałem uczucia Jana powracającego do miasta po lecie na prerii: „Jakże będzie mi brakować przez zimowe miesiące zapachu dogasających drew na wieczornym ognisku, nocnego tupotu spętanych koni i dalekiego poszczekiwania kojotów. Wśród szarych kamienic miasta nie odnajdę świtów srebrnych od rosy, zapowiadających nadejście dnia różowymi łunami na niebie”. Nie wątpię jednak, że to wszystko odnajdę w kolejnej powieści Wiesława Wernica.

Wiesław Wernic, Tropy wiodą przez prerię, ilustr. Stanisław Rozwadowski, Siedmioróg 2016.

Udostępnij:

  • Kliknij by wydrukować (Otwiera się w nowym oknie) Drukuj
  • Kliknij, aby wysłać odnośnik e-mailem do znajomego (Otwiera się w nowym oknie) E-mail
  • Kliknij, aby udostępnić na Facebooku (Otwiera się w nowym oknie) Facebook
  • Kliknij, aby udostępnić na WhatsApp (Otwiera się w nowym oknie) WhatsApp
  • Kliknij, aby udostępnić na Threads (Otwiera się w nowym oknie) Threads
  • Kliknij, aby udostępnić na Bluesky (Otwiera się w nowym oknie) Bluesky

Dodaj do ulubionych:

Lubię Wczytywanie…

36 thoughts on “Żółtodziób na prerii (Wiesław Wernic, „Tropy wiodą przez prerię”)”

  1. Marlow pisze:
    18 grudnia 2016 o 18:01

    Kapelusza kowbojskiego nie miałem, za to miałem pas z pistoletem „Precyzja” (chyba z Radomia) i pióropusz indiański. Wernic jakoś nie utkwił mi w pamięci choć na pewno jego książki czytałem. Z polskich westernów zapamiętałem „W stronę Kansas City” Bahdaja ale nie jest to szczególnie wdzięczna pamięć. Bardziej przemówiły do mnie „Orle pióra” Szklarskich i po pierwszym tomie pamiętam jak bezskutecznie „polowałem” (były takie czasy) na drugą część, którą dostałem dopiero w wieku kiedy już wyrastałem z takich książek.

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      18 grudnia 2016 o 18:49

      Miałem kapelusz i pióropusz. kolta też, raczej bez pasa. Z westernów Bahdaja czytałem Czarne sombrero, ale chyba nie przeżyłem wstrząsu, bo nic nie pamiętam. Szklarscy mnie ominęli, za to duże wrażenie zrobił na mnie Indiański Napoleon Gór Skalistych Fiedlera. I Tecumseh Okonia dał się czytać bez wstrętu.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
      1. Marlow pisze:
        18 grudnia 2016 o 20:44

        Jeśli chodzi o Fiedlera to miałem w stosunku do niego „mieszane uczucia” – jego książki podróżnicze jakoś mi nie podchodziły za to byłem zachwycony jego dylogią o Johnie Boberze. Nie lepiej było z Bahdajem, zdecydowanie bardziej wolałem go w wersji filmowej, jego książki, owszem, czytałem ale jakoś nie robiły na mnie wielkiego wrażenia.

        Wczytywanie…
        Odpowiedz
        1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
          18 grudnia 2016 o 21:35

          Napoleona Arkady napisał na spółkę z synem, to dobra beletryzowana biografia. Trylogii Orinoco jakoś nie poważałem specjalnie, nudziła mnie.

          Wczytywanie…
          Odpowiedz
          1. Marlow pisze:
            18 grudnia 2016 o 21:54

            Przygody marynarza polskiego pochodzenia w Ameryce Południowej walczącego o wolność Indian nie mogły nudzić! Cóż za dezynwoltura! :-) Mnie poza książkami o Boberze do Fiedlera nie ciągnęło. Nie kusił mnie nawet dosyć specyficzny dobór fotografii jak na literaturę podróżniczą kierowaną (chyba) do dzieci i młodzieży :-)

            Wczytywanie…
            Odpowiedz
            1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
              18 grudnia 2016 o 21:56

              Byłem zepsutym dziecięciem i wolałem Robinsona Crusoe od choćby najbardziej nawet ojczystych przeróbek :D

              Wczytywanie…
              Odpowiedz
              1. Marlow pisze:
                18 grudnia 2016 o 22:04

                Nie byłem takim ortodoksem, zadowalały mnie półprodukty bo pamiętam, że Robinsona poznawałem z przeróbki Stampf’la :-)

                Wczytywanie…
                Odpowiedz
                1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
                  18 grudnia 2016 o 22:05

                  No wiadomo, że Stampf’la, nic innego nie było dostępne w bibliotekach dla dzieci. I stwierdzam, że jego przeróbka zdecydowanie wyszła książce na dobre :D

                  Wczytywanie…
                2. Marlow pisze:
                  18 grudnia 2016 o 23:12

                  Stampf’la już nie pamiętam oprócz ogólnego wrażenia, że było dobrze – nie da się zaprzeczyć, że dzieci nie wytrzymałyby wykładów Defoe.

                  Wczytywanie…
                3. visage zacofany.w.lekturze pisze:
                  18 grudnia 2016 o 23:21

                  Dorośli też nie wytrzymują, potwierdzone info :P

                  Wczytywanie…
  2. Marlow pisze:
    18 grudnia 2016 o 23:33

    Owszem, pamiętając lekturę z dzieciństwa można doznać szoku ale nie jest najgorzej, znam książki znacznie młodsze, z którymi czas obszedł się o wiele bardziej okrutnie.

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      18 grudnia 2016 o 23:39

      Ale Robinson zestarzał się brzydko, lepsze są Podróże Guliwera.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
      1. Marlow pisze:
        19 grudnia 2016 o 09:28

        No nie wiem, może to chyba bardziej kwestia treści bo w naszych bezbożnych czasach Robinson z jego odwoływaniem się do Boga brzmi irytująco i anachronicznie, a w Guliwerze tego nie ma, jest że tak powiem ogólnoludzki.

        Wczytywanie…
        Odpowiedz
        1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
          19 grudnia 2016 o 09:30

          Treści też, ale o ile pamiętam, grubsze fragmenty o religii znajdują się dopiero po koniec. Ale i tak jest to niestrawne.

          Wczytywanie…
          Odpowiedz
          1. Marlow pisze:
            19 grudnia 2016 o 09:42

            Ja tam tylko trochę narzekałem, jak na książkę, która ma 300 lat jest, moim zdaniem, całkiem nieźle, ale że nie czyta się tego jak „Wyspy skarbów” to nie przeczę :-).

            Wczytywanie…
            Odpowiedz
            1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
              19 grudnia 2016 o 09:47

              No owszem, to 300 lat nieco Robinsona usprawiedliwia :) Ale tylko nieco. I tak mam wrażenie, że przez te trzy wieki więcej ludzi czytało przeróbki i skróty niż pełną wersję.

              Wczytywanie…
              Odpowiedz
              1. Marlow pisze:
                19 grudnia 2016 o 09:56

                U mnie to wrażenie graniczy z pewnością :-) a wracając na indiańskie tropy, to szkoda, że Sokole Oko nie doczekał się przeróbek. Kiedyś przymierzałem się do „Ostatniego Mohikanina” ale po kilkunastu stronach poddałem się. I pomyśleć, że to swego czasu był bestseller spod lady :-)

                Wczytywanie…
                Odpowiedz
                1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
                  19 grudnia 2016 o 09:58

                  Coopera chyba nie czytałem, zupełnie nie wiem czemu. Pewnie w bibliotece nie było :D

                  Wczytywanie…
                2. Marlow pisze:
                  19 grudnia 2016 o 10:09

                  Musiałbyś być wielkim miłośnikiem Indian, żeby przez to przebrnąć, choć w tamtych latach pewnie tak się tego nie odczuwało. Ja za to nawet nie musnąłem Maya – na pociechę miałem westerny, w którym Indianie mówili po niemiecku :-)

                  Wczytywanie…
                3. visage zacofany.w.lekturze pisze:
                  19 grudnia 2016 o 10:12

                  Jedyny May, którego przeczytałem w całości, to „W Kordylierach”, wydane w serii zeszytów Biblioteka Przygody i Podróży, bodajże. Strasznie było nudne. Ojciec lansował Winnetou, ale nie dałem się przekonać.
                  Za to oglądałem Winnetou nie dość, że po niemiecku, to w NRDowskim kinie :P

                  Wczytywanie…
                4. Bazyl pisze:
                  20 grudnia 2016 o 10:35

                  A ja osobiście bardzo lubię dość dowolną ekranizację „Ostatniego Mohikanina” z piękną muzyką Jonesa i Edelmana :D

                  Wczytywanie…
  3. Bazyl pisze:
    19 grudnia 2016 o 08:30

    Miałem w swojej czytelniczej karierze okres indiańsko – kowbojski, oj, miałem :) Leciały Grey Owle i Sat Okhy, zaczytywałem się Szklarskimi (mam gdzieś w pudle 3 tomy „Złota Gór Czarnych”) i Mayem. No, po prostu pakowałem w siebie każdą książkę w temacie. I co? I nic nie pamiętam :( Ale skoro tak zachęcająco piszesz … :) Mam podkład w postaci dziesięciu odcinków Westworld. Tematyka trochę inna, ale dekoracje wprowadzają w te właśnie klimaty, o których tu mowa :)

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      19 grudnia 2016 o 08:38

      Cała ta indiańska literatura dziecięco-młodzieżowa to akurat nie są dzieła wiekopomne, nie ma się co biczować :D Ja tam chyba żadnego Sath-Okha w ręku nie miałem nawet, chociaż coś stoi na półce i może na fali indiańszczyzny się skuszę.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
      1. Bazyl pisze:
        20 grudnia 2016 o 10:53

        No nie są, ale o ile ścieżkę westernową w młodości zaliczyłem w ilościach raczej ponadprzeciętnych , o tyle strasznie po macoszemu obszedłem się z sf i fantasy. Ciekawe z czego to wynikało. Może życie na wiosce w latach 80-90 nie było tak stechnicyzowane jak teraz i bardziej ciągnęło człowieka do bezkresu prerii i koników :P

        Wczytywanie…
        Odpowiedz
        1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
          20 grudnia 2016 o 10:55

          Moje życie w mieście nie było przesadnie stechnicyzowane, ale faktycznie wolałem sf niż westerny. Ale najbardziej lubiłem horrory, czyli co? Za mało grozy miałem? :D

          Wczytywanie…
          Odpowiedz
          1. Bazyl pisze:
            20 grudnia 2016 o 11:03

            Ooo, horrory klasy zet, to był przez pewien czas chleb mój powszedni. Co można uznać za o tyle dziwne, że ja strasznie lękliwy byłem i ciemności bałem się jak fiks. Do tej pory mi trochę zostało :P Ale na nic tak nie czekałem, jak na kolejnego Mastertona :) Wychodzi mi na to, że czytałem zrywami tematycznymi. Po pierwszym Ludlumie na przykład poszła cała rzeka sensacyi z Ambera :D

            Wczytywanie…
            Odpowiedz
            1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
              20 grudnia 2016 o 11:08

              Mastertony leciały jeden za drugim, a równocześnie wszystkie tandetne horrory klasy C, jakie były w wypożyczalni wideo :D Ludluma nigdy nie polubiłem, wolałem Forsythe’a, to było coś :D

              Wczytywanie…
              Odpowiedz
              1. Bazyl pisze:
                20 grudnia 2016 o 12:03

                O, widzisz! A ja do filmowych horrorów nigdy się nie przekonałem. Podobnie do gier FPP w tej scenografii. A do tych horrorów i sensacyj, to nas chyba, jak ćmy do ognia, ciągnęły te kolorowiaste okładki ówczesnych wydań :)

                Wczytywanie…
                Odpowiedz
                1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
                  20 grudnia 2016 o 12:45

                  Nie ma to jak klasyczny horror z żywymi trupami i strumieniami keczupu :D

                  Wczytywanie…
  4. Michał Stanek pisze:
    20 grudnia 2016 o 08:31

    Ech, każdy ma inne doświadczenia :) Ja zaczytywałem się Mayem, choć akurat „Winnetou” ominąłem, za to miałem chyba wszystko we wspomnianej wyżej serii „Biblioteka Podróży, Przygody i Sensacji”. Wernic to była dla mnie zawsze podróbka Maya, zapewne niesłusznie. Wolałem amerykańskie opowiastki których tytułów nawet nie pamiętam. Z Fiedlera tylko „Mały Bizon” się zmieścił tematycznie, a potem „Szalony Koń” jego syna Marka. Trylogia Szklarskich i cykl Okonia – no, to była biblia po całości, czytałem i zgłębiałem tło historyczne ile się dało w tamtych czasach (a poza „Wigwamy, rezerwaty, slumsy” nie było wiele ppularnonaukowych opracowań). Co ciekawe, autorski maszynopis „Tecumseha” znajduje się w mojej bibliotece, miałem go w rękach kilka lat temu, niezłe wrażenie. A podstawę faktograficzną (wątłą) do postaci Kosa znalazłem też po latach w broszurkowej biografii Okonia (rzeczywiście był gdzieś wspomniany taki Polak przy Tecumsehu, kościuszkowiec – ale prawie nic o nim nie wiadomo).

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      20 grudnia 2016 o 09:03

      Czytałeś „Tajemniczy szept”?? Nic nie pamiętam, ale swego czasu uważałem, że to najlepsza część tej serii :D „Szalony Koń” średnio mi się podobał, ale jeśli nie znasz, to polecam „Indiańskiego Napoleona Gór Skalistych”, sto lat temu zrobił na mnie duże wrażenie, to była pierwsza rzecz, która odmitologizowywała romantyzm amerykańskiego podboju Dzikiego Zachodu.
      Mimo wszystko Indianie i kowboje są dla mnie strawni w małych dawkach oddzielanych dużymi przerwami:)

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
    2. wess pisze:
      17 kwietnia 2017 o 19:08

      Skąd masz autorski maszynopis Tecumseha ?

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
    3. wess pisze:
      17 kwietnia 2017 o 19:11

      A… sorry, maszynopis jest nie u ciebie, ale w bibliotece. W Lublinie ?

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
  5. Pożeracz pisze:
    20 grudnia 2016 o 16:25

    Ach, ach. Podłączam się po łańcuszek miłośników „Złota gór czarnych”. Przeczytałem jeszcze w szkole podstawowej będąc, choć wtedy jeszcze czytałem raczej niewiele. I podobnie jak Marlow nie byłem nigdy specjalnym miłośnikiem klimatów westernowych. Zawsze bardziej podobały mi się pastisze – albo ewentualnie „Deadwood”.

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      20 grudnia 2016 o 18:22

      Wszyscy o tych Szklarskich, a ja nic, nie czytałem :P

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
  6. Pingback: Tropy wiodą przez prerię, czyli powrót do przeszłości – Tramwaj nr 4 książki i...

OdpowiedzAnuluj pisanie odpowiedzi

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Zaprenumeruj ten blog przez e-mail

Wprowadź swój adres email, aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Wyszukiwanie

Instagram

Jest 5 stycznia, jest impreza. Piętnaste urodziny bloga, który co prawda dalej haniebnie zaniedbuję i który czytają tylko najwytrwalsi z wytrwałych, ale który trwa sobie, bo kto mu zabroni... Zapraszam więc na tradycyjne podsumowanie ubiegłego roku z tradycyjną częścią nieoficjalną. Całość na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Jest 5 stycznia, jest impreza. Piętnaste urodziny bloga, który co prawda dalej haniebnie zaniedbuję i który czytają tylko najwytrwalsi z wytrwałych, ale który trwa sobie, bo kto mu zabroni... Zapraszam więc na tradycyjne podsumowanie ubiegłego roku z tradycyjną częścią nieoficjalną. Całość na blogu, link w bio.
1 tydzień ago
View on Instagram |
1/5
Potencjalnych czytelników hardohordzianej (hardohordziej?) antologii „Cztery trupy w barszcz” ostrzegam, że nieprzyzwyczajonym zaszkodzić może stężenie bożonarodzeniowej atmosfery podkreślonej w opowiadaniach Anety Jadowskiej i Magdaleny Kubasiewicz potężną dawką akcesoriów rodem z hallmarkowego filmu świątecznego. Pomijając to głębokie zanurzenie w barszczykach, sernikach, grzańcach i brokatowych bombkach, obie autorki napisały całkiem zgrabne historie kryminalne z dodatkiem elementów pokrzepienia duchowego. Marta Kisiel z kolei pokazała, ile determinacji i oblizanych pierniczków potrzeba, żeby święta w ogóle mogły się odbyć, a także jak bardzo ostrożnie należy obchodzić się z bigosem. Milena Wójtowicz szczęśliwie darowała sobie bożonarodzeniowe klimaty, choć podkreśliła magiczną moc tego okresu oraz stworzyła postać wiedźmy włosingowej, specjalistki od rozczesywania kołtuna. Cały tom jest bardzo udany, podobnie jak drugi tom wampirzych opowieści Wójtowicz. „W cieniu dnia” to dalszy ciąg losów Aśki zmienionej w wampirzycę i, trochę wbrew woli, w przywódczynię wampirzego gniazda. Bohaterka i jej znajomi dynamicznie badają możliwości stwarzane przez nowe (nie)życie, ze szczególnym uwzględnieniem kimchi jako broni ofensywnej. Zabawne, bezpretensjonalne, może trochę miejscami chaotyczne, ale zrzućmy to na dezorientację, jaką budzi u bohaterów sos czosnkowy i zapach wilkołaków.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Potencjalnych czytelników hardohordzianej (hardohordziej?) antologii „Cztery trupy w barszcz” ostrzegam, że nieprzyzwyczajonym zaszkodzić może stężenie bożonarodzeniowej atmosfery podkreślonej w opowiadaniach Anety Jadowskiej i Magdaleny Kubasiewicz potężną dawką akcesoriów rodem z hallmarkowego filmu świątecznego. Pomijając to głębokie zanurzenie w barszczykach, sernikach, grzańcach i brokatowych bombkach, obie autorki napisały całkiem zgrabne historie kryminalne z dodatkiem elementów pokrzepienia duchowego. Marta Kisiel z kolei pokazała, ile determinacji i oblizanych pierniczków potrzeba, żeby święta w ogóle mogły się odbyć, a także jak bardzo ostrożnie należy obchodzić się z bigosem. Milena Wójtowicz szczęśliwie darowała sobie bożonarodzeniowe klimaty, choć podkreśliła magiczną moc tego okresu oraz stworzyła postać wiedźmy włosingowej, specjalistki od rozczesywania kołtuna. Cały tom jest bardzo udany, podobnie jak drugi tom wampirzych opowieści Wójtowicz. „W cieniu dnia” to dalszy ciąg losów Aśki zmienionej w wampirzycę i, trochę wbrew woli, w przywódczynię wampirzego gniazda. Bohaterka i jej znajomi dynamicznie badają możliwości stwarzane przez nowe (nie)życie, ze szczególnym uwzględnieniem kimchi jako broni ofensywnej. Zabawne, bezpretensjonalne, może trochę miejscami chaotyczne, ale zrzućmy to na dezorientację, jaką budzi u bohaterów sos czosnkowy i zapach wilkołaków.
2 tygodnie ago
View on Instagram |
2/5
Na kilka dni przed piętnastymi urodzinami bloga (ależ ten czas leci!) zapraszam na tradycyjny końcoworoczny przegląd najchętniej czytanych wpisów. Co prawda, słupki statystyk na blogu w tym roku raczej nie były wysokie, ale zestawienie wyszło całkiem zacne. Czytajcie, nadrabiajcie, jeśli coś Was ominęło! No i oczywiście niech Wam się wiedzie w nowym roku!
Cały tekst już na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Na kilka dni przed piętnastymi urodzinami bloga (ależ ten czas leci!) zapraszam na tradycyjny końcoworoczny przegląd najchętniej czytanych wpisów. Co prawda, słupki statystyk na blogu w tym roku raczej nie były wysokie, ale zestawienie wyszło całkiem zacne. Czytajcie, nadrabiajcie, jeśli coś Was ominęło! No i oczywiście niech Wam się wiedzie w nowym roku! Cały tekst już na blogu, link w bio.
2 tygodnie ago
View on Instagram |
3/5
Popielątko marzy o pójściu na królewski bal, kot w butach doprowadza młynarczyka do ślubu z królewską córką, krwawa kiszka jest hersztem zbójców dybiących na wątrobiankę, królewny uprawiają seks przedmałżeński, książęta są zaklęci w żaby albo lwy, głupi bracia okazują się najmądrzejsi, a odcinanych kończyn i wyłupywanych oczu wprost nie da się zliczyć. Nic tu nie jest uładzone, nie zawsze wszystko ma ręce i nogi (i fizycznie, i metaforycznie), a potężna dawka absurdu, czarnego humoru i makabry sprawia, że ten wybór z pierwszej edycji baśni braci Grimm niezbyt nadaje się dla dzieci, ale dorosłym może dać mnóstwo uciechy, szczególnie że nie unosi się nad nim dydaktyczny smrodek, za to mnóstwo tu niczym nieskrępowanej fantazji. Fabularne rozwichrzenie idealnie podkreślają ilustracje Michaliny Jurczyk, pełne detali, na które warto zwrócić uwagę. Znakomity przekład Elizy Pieciul-Karmińskiej oddaje naturalność i jędrność języka tych baśni.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Popielątko marzy o pójściu na królewski bal, kot w butach doprowadza młynarczyka do ślubu z królewską córką, krwawa kiszka jest hersztem zbójców dybiących na wątrobiankę, królewny uprawiają seks przedmałżeński, książęta są zaklęci w żaby albo lwy, głupi bracia okazują się najmądrzejsi, a odcinanych kończyn i wyłupywanych oczu wprost nie da się zliczyć. Nic tu nie jest uładzone, nie zawsze wszystko ma ręce i nogi (i fizycznie, i metaforycznie), a potężna dawka absurdu, czarnego humoru i makabry sprawia, że ten wybór z pierwszej edycji baśni braci Grimm niezbyt nadaje się dla dzieci, ale dorosłym może dać mnóstwo uciechy, szczególnie że nie unosi się nad nim dydaktyczny smrodek, za to mnóstwo tu niczym nieskrępowanej fantazji. Fabularne rozwichrzenie idealnie podkreślają ilustracje Michaliny Jurczyk, pełne detali, na które warto zwrócić uwagę. Znakomity przekład Elizy Pieciul-Karmińskiej oddaje naturalność i jędrność języka tych baśni.
3 tygodnie ago
View on Instagram |
4/5
W potoku słów, jaki Cher wygenerowała w pierwszym tomie swojej autobiografii, niemal ginie to, co w tej opowieści najważniejsze: historia dziewczyny, która wbrew traumom, bez wsparcia i właściwych wzorców, próbuje się wybić, a gdy już jej się udaje, musi jeszcze nauczyć się decydować o sobie. Cały tekst już na blogu, link w bio.
Przekład Adam Tuz
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
W potoku słów, jaki Cher wygenerowała w pierwszym tomie swojej autobiografii, niemal ginie to, co w tej opowieści najważniejsze: historia dziewczyny, która wbrew traumom, bez wsparcia i właściwych wzorców, próbuje się wybić, a gdy już jej się udaje, musi jeszcze nauczyć się decydować o sobie. Cały tekst już na blogu, link w bio. Przekład Adam Tuz
3 tygodnie ago
View on Instagram |
5/5
zajrzyj na instagram

Blog o książkach, blog z recenzjami książek, recenzje klasyki,
książki recenzje

Pozycjonowanie strony: VD.pl

© 2026 Zacofany w lekturze | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme
Ta strona używa ciasteczek (cookie)Rozumiem Chcę wiedzieć więcej
Polityka prywatności

Privacy Overview

This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary
Always Enabled
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Non-necessary
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.
SAVE & ACCEPT
 

Wczytywanie komentarzy...
 

    %d