Skip to content

Zacofany w lekturze

Blog Piotra Chojnackiego. Książki nowe, stare, znane i zupełnie zapomniane, pełna swoboda wyboru.

Menu
  • Strona główna
  • O mnie
  • Powieści młodzieżowe PRL
  • Przestały oczekiwać 2011
  • Przestały oczekiwać 2012
  • Przestały oczekiwać 2013
  • Przestały oczekiwać 2014
  • Przestały oczekiwać 2015
  • Przestały oczekiwać 2016
  • Przestały oczekiwać 2017
  • Przestały oczekiwać 2018
  • Przestały oczekiwać 2019
  • Przestały oczekiwać 2020
  • Przestały oczekiwać 2021
  • Polityka prywatności
  • Przestały oczekiwać 2022
  • Przestały oczekiwać 2023
  • Przestały oczekiwać 2024
  • Przestały oczekiwać 2025
  • Przestały oczekiwać 2026
Menu

Dzień świstaka (Monika Milewska, „Latawiec z betonu”)

Posted on 23 maja 2018 by Piotr (zacofany.w.lekturze)

Biblioteka Niewidzialnego Uniwersytetu w Ankh-Morpork „nie przestrzegała normalnych zasad czasu i przestrzeni. Podobno ciągnęła się po wieczność. Podobno całymi dniami można by wędrować wśród odległych regałów, podobno gdzieś tam żyły całe plemiona zagubionych studentów, podobno niezwykłe istoty czaiły się w zapomnianych wnękach, a polowały na nie istoty jeszcze dziwniejsze”. Według Moniki Milewskiej, gdański „falowiec”, najdłuższy budynek mieszkalny w Polsce, ma podobne właściwości: kolejne klatki schodowe tego molocha pozwalają przesunąć się w czasie o kilka lat, a lokatorzy są dziwną mieszaniną, hołdującą najrozmaitszym obyczajom, gustom i poglądom.

Zapętlony sen

O tych dziwnych właściwościach bloku przekonuje się pewnego poranka 1975 roku Inżynier, budowniczy gmachu i jego lokator. W napięciu oczekuje, aż jego ukochane dziecko odwiedzi Bardzo Ważny Gość, który jednak od oglądania betonowego molocha woli przejażdżkę tramwajem. To rozczarowanie zapoczątkowuje ciąg bardzo dziwnych epizodów, które pozwolą Inżynierowi nie tylko poznać przyszłość falowca i całej Polski, ale także dowiedzieć się paru rzeczy o sobie samym. Początkowo projektant jest nieco zdezorientowany sytuacjami, w które trafia, jak sąsiedzkie oglądanie przylotu Jana Pawła II do Polski, ale wkrótce dociera do niego prawda o budynku i zaczyna coraz bardziej świadomie zwiedzać kolejne klatki schodowe – i kolejne przyszłe lata. Nadzieje Sierpnia ’80, groza stanu wojennego, beznadzieja lat osiemdziesiątych, upadek PRL-u są pokazane w krótkich scenkach, dialogach z lokatorami, jednocześnie odrealnionych i realistycznych, niekiedy humorystycznych, niekiedy sentymentalnych, a zawsze celnie podsumowujących dany punkt w polskiej historii. Wszystko to przypomina zapętlony sen, z którego Inżynier nie może się obudzić, dopóki nie przejdzie całego bloku do końca, nie pozna swoich losów aż do naszej współczesności, nie przemyśli swojego postępowania i nie zazna goryczy.

Człowiek bez właściwości

Inżynier, porzucony przez żonę, która zabrała córki i wyjechała z nimi do Niemiec, to postać nakreślona dość ogólnie, taki trochę modelowy inteligent pracujący czasów Gierka. Wierzy w propagandę sukcesu, swój falowiec projektuje tak, by jak najwięcej zaoszczędzić, bez dbałości o wygodę lokatorów czy funkcjonalność domu. Nie przejawia większych ambicji intelektualnych, chociaż gromadzi bibliotekę (dzięki znajomej sprzedawczyni z księgarni), żeby mieć co czytać na emeryturze. Chwalony w pracy, nagradzany za osiągnięcia racjonalizatorskie, ale bez życia prywatnego – może po części dlatego tak gorączkowo rzuca się w zwiedzanie własnej przyszłości? Jeśli już rozmawia z kolegami w pracy, to po to, żeby mieć o czym donieść swojemu oficerowi prowadzącemu; bo pan Inżynier składa donosy – w swoim mniemaniu niegroźne, nieszkodliwe. Jak się jednak okazuje, nie ma czegoś takiego jak donos, który nikogo nie pogrąża. Głównym oknem na świat dla Inżyniera jest telewizor. Ma starego, czarno-białego ametysta, marzy o kolorowym odbiorniku, na który ma obiecany talon, jeśli oczywiści będzie grzecznie współpracował.

Mleko pod drzwiami

Telewizory w ogóle odgrywają w tej książce sporą rolę: za ich pośrednictwem Inżynier poznaje wydarzenia, zmiana modeli sprzętu świadczy o upływie czasu: wybuchające rubiny są zastępowane przez odbiorniki japońskie, aż wreszcie nastaje epoka płaskich ekranów. Monika Milewska zresztą zawarła w „Latawcu” mnóstwo detali, rzuconych jakby mimochodem, tak jak szeregi butelek z mlekiem na klatce schodowej. Mamy opisy wnętrz, rozmaitych drobiazgów, wzmianki o postaciach, filmach, programach telewizyjnych – prawdziwa uczta dla tych, którzy pamiętają i w lot zauważają te szczegóły, szybka lekcja peerelowskiej codzienności dla tych, którzy jej nie pamiętają. Ale falowiec to nie tylko klatki schodowe i mieszkania, to przede wszystkim lokatorzy: pełen przekrój społeczeństwa – dziarskie staruszki zaangażowane w opozycję, wielodzietne rodziny stoczniowców, zbuntowani młodzi kontestujący rzeczywistość, chłoporobotnicy, którym trudno się rozstać z życiem na wsi i żywym inwentarzem. Mają swoje życie, w które na chwilę wpada Inżynier; oglądamy ich na różnych etapach tego czterdziestolecia przemierzanego przez głównego bohatera, poznajemy poglądy, radości i troski (a także opinie na temat falowca, które napawają twórcę budynku goryczą; podobnie zresztą jak przemiany wielkiego bloku wraz z upływem lat).

Falowiec jak Polska

Książka Moniki Milewskiej jest zgrabnie i lekko napisana, sprytnie skonstruowana (na wzór konstrukcji falowca) z krótkich rozdziałów – takich akurat, żeby nie znudzić. Wyrwany z czasów Gierka Inżynier wysłuchuje opowieści sąsiadów, zadaje pytania o kwestie, których nie rozumie, a autorka dba o to, żeby nie popadać w rozwlekłość i łopatologię w wyjaśnieniach, zachować tempo opowiadanej historii. „Latawiec” nasycony jest nie tylko historią, ale też humorem i celnymi obserwacjami. Falowiec jest tu nie tylko architektonicznym osiągnięciem, którego twórcy nie brali pod uwagę potrzeb przyszłych lokatorów; jest też metaforą Polski, gdzie nie wszystko działało, jak trzeba, sypało się i waliło, gdzie potrzeby obywateli się nie liczyły. Stan wielkiego bloku oddaje stan PRL-u; ich rozkład postępował równolegle do 1989 roku, kiedy to z kolei zarówno kraj, jak i falowiec przeszły do fazy gwałtownych zmian. Powieść Milewskiej nie jest, jak zapewnia okładka, „literackim majstersztykiem”; jest po prostu dobrą, wartą uwagi historią, którą czyta się z niekłamaną przyjemnością, opartą na pomyśle może niezbyt oryginalnym, ale zręcznie zrealizowanym. Zdecydowanie warto przeczytać.

Monika Milewska, Latawiec z betonu, Mando 2018.

O książce pisały też „Wielki Buk” i „Spacer wśród słów„.

Udostępnij:

  • Kliknij by wydrukować (Otwiera się w nowym oknie) Drukuj
  • Kliknij, aby wysłać odnośnik e-mailem do znajomego (Otwiera się w nowym oknie) E-mail
  • Kliknij, aby udostępnić na Facebooku (Otwiera się w nowym oknie) Facebook
  • Kliknij, aby udostępnić na WhatsApp (Otwiera się w nowym oknie) WhatsApp
  • Kliknij, aby udostępnić na Threads (Otwiera się w nowym oknie) Threads
  • Kliknij, aby udostępnić na Bluesky (Otwiera się w nowym oknie) Bluesky

Dodaj do ulubionych:

Lubię Wczytywanie…

31 thoughts on “Dzień świstaka (Monika Milewska, „Latawiec z betonu”)”

  1. Bazyl pisze:
    24 maja 2018 o 08:07

    Fajna okładka – jest, chwytliwa rekomendacja – jest, Twój zachęcający tekst – jest. A jednak jest też: „jednocześnie odrealnionych i realistycznych” i ja się tego odrealnienia lękam :)

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      24 maja 2018 o 08:13

      Nienienienie. Ja jestem ostatnią osobą, która się nurza w odrealnieniach i realizmach magicznych, a łyknąłem jak moje dzieci paczkę żelków, więc jest spoko :) I nie ma się czego bać.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
      1. Bazyl pisze:
        24 maja 2018 o 08:40

        To jak już ja się przestanę nurzać w literaturze popularnej, to zerknę. No, chyba że zapomnę :) A mleczko w wymiennych butlach z kapslami z pozłotka pamiętam z miastowych wakacji u Chrzestnej. Starym człek :P

        Wczytywanie…
        Odpowiedz
        1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
          24 maja 2018 o 08:42

          To właśnie jest literatura popularna :) U nas po mleko z kapslem się szło do sklepu, jakoś nie było rozwożenia. I nie stary, a w kwiecie wieku :P

          Wczytywanie…
          Odpowiedz
          1. Bazyl pisze:
            24 maja 2018 o 09:11

            Ale ja w takim rozrywkowym popie bardziej, a tu widzę z ambicjami na coś więcej chyba :) Ja najgorzej wspominam kefir w kubeczku, bo przez taką jedną cholerę musiałem zwiedzać krzaki wokół krakowskiego AWFu. Dobrze, że to był koniec lat 80tych i jeszcze były, bo dziś miałbym kłopot :P A, pragnę zaznaczyć, nie ruszała mnie nawet woda z saturatora :D Ale ten kwiat już taki bardziej przekwitły :P

            Wczytywanie…
            Odpowiedz
            1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
              24 maja 2018 o 09:27

              To też jest w sumie rozrywkowe, bo się miło czyta, a przy okazji niegłupie i dobrze napisane. Kefirek tylko z butelki, z zielonym kapslem :D Ale najbardziej lubiłem jogurcik wielowocowy, teoretycznie leśny, ale nie wiadomo, co tam w kryzysie producent kładł. Obywało się bez zwiedzania zarośli :)

              Wczytywanie…
              Odpowiedz
              1. Bazyl pisze:
                24 maja 2018 o 09:43

                Przygoda była jednorazowa, ale zapadła w pamięć i odżywa za każdym razem jak jadę z Huty w stronę Rynku :P Ja jednakowoż najbardziej tęsknię za mlekiem „pod piankę”, które „produkowała” Babcia. Do emaliowanego garnuszka :)
                Jak rozrywkowe, to popróbuję :)

                Wczytywanie…
                Odpowiedz
                1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
                  24 maja 2018 o 09:50

                  Pianka prosto spod krowy? To ja jednak wolałem takie mleko, co już chwilę było w studniu i się zmroziło. Mogło być do emaliowanego garnuszka :D

                  Wczytywanie…
                2. Bazyl pisze:
                  24 maja 2018 o 09:53

                  Ze studni u Chrzestnego to tylko woda. Źródlana do tego stopnia, że pita w największe upały wyłamywała zęby i nie szkodziła na gardło. Aż mam ochotę sprawdzić czy ta studnia jeszcze działa i czy woda w niej ma wciąż tę cudowną właściwość.
                  Niestety wydawca nieznany na Legimi :( Poszukam w WBP :)

                  Wczytywanie…
                3. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
                  24 maja 2018 o 09:57

                  Te same właściwości miała studnia dziadków, póki się woda nie zażelaziła :( Mando to imprint Wydawnictwa WAM, może tak się uda znaleźć.

                  Wczytywanie…
  2. czytanki anki pisze:
    24 maja 2018 o 09:15

    Nie powiem, zastanawiałam się nad tą powieścią, bo okładka i streszczenie są nęcące. A historie skoncentrowane na życiu mieszkańców jednego budynku to coś, co bardzo lubię. I do tego PRL.;)
    Będę miała ten tytuł z tyłu głowy podczas wakacji.;)

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      24 maja 2018 o 09:30

      Wakacyjnie będzie idealna; lekka, ale refleksyjna, z odrobiną humoru. Nie wiem, po co wydawcy był ten zapis o „majstersztyku”, dobre książki się obronią bez takich wątpliwych rekomendacji.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
  3. Bazyl pisze:
    24 maja 2018 o 10:17

    Ciekawe, że takie historie zawsze wywołują morza wspomnień. Sentyment za drzewiej to bywało? Nie za wcześnie? :D

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      24 maja 2018 o 10:20

      Po to się czyta, żeby złapać nawiązanie do własnych wspomnień i doświadczeń, czyż nie? Poza tym tośmy chyba ostatnim pokoleniem z takimi doświadczeniami, tyle naszego, co się poprzerzucamy tymi wszystkimi „a pamiętasz, jak…” :)

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
  4. czytanki anki pisze:
    24 maja 2018 o 10:22

    Właśnie ten „majstersztyk” ostudził mój zapał – sceptycyzm się odezwał.;)

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      24 maja 2018 o 10:24

      Szczęśliwie nie zwróciłem uwagi, bo pewnie też bym się zniechęcił. Ale to równa, solidna rzecz, można czytać bez obaw. I krótka, jakby jednak coś nie grało :)

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
      1. Bazyl pisze:
        24 maja 2018 o 10:29

        Otóż to. Bo które z dzisiejszych dzieci będzie po 30 latach pamiętać swojego pierwszego Milky Waya? A ja pamiętam. Otrzymany z kościelnych darów i jedzony na raty przez okrągły tydzień :D Jak by nie było, zapisano :D

        Wczytywanie…
        Odpowiedz
        1. Bazyl pisze:
          24 maja 2018 o 10:34

          Naprawdę nie wiem czemu ten komentarz znalazł się akurat w tym miejscu :D

          Wczytywanie…
          Odpowiedz
          1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
            24 maja 2018 o 10:47

            O widzisz, a ja pierwszego milky waya dopiero po transformacji. 5 tysięcy kosztował i okazał się rozczarowaniem :D
            Nie mam pojęcia, co się dziś dzieje, musimy przetrwać :D

            Wczytywanie…
            Odpowiedz
            1. Bazyl pisze:
              24 maja 2018 o 10:52

              Ale też pamiętasz :D Błąd w Matriksie :P

              Wczytywanie…
              Odpowiedz
              1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
                24 maja 2018 o 10:54

                Pamiętam, bo to było epokowe wydarzenie. Miałem do wyboru kilka różnych i akurat się skusiłem na najmniej smaczny :D Kurde, i nawet pamiętam, gdzie go kupiłem. Yyyy.

                Wczytywanie…
                Odpowiedz
                1. Bazyl pisze:
                  24 maja 2018 o 14:30

                  Kupno każdej pierdoły, odstającej jakoś od ogólnej szarzyzny i innej od artykułów pierwszej potrzeby, zapadało najwyraźniej w pamięć. Pamiętam jak uwolniono Peweksy z kręgu dolar/bon i pojechaliśmy z mamą kupić wideło. Panie kochany!!! Zresztą o czym tu mówić, jak żywsze bicie serca potrafiło wywołać znalezienie puszki po napoju (tak, tak, zbierałem przez jakiś czas) :P

                  Wczytywanie…
                2. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
                  24 maja 2018 o 14:37

                  O, pierwsze wideło! Panie! Łza się kręci :D Puszki po napojach też zbierałem, choć mizerna to była kolekcja.

                  Wczytywanie…
  5. Bazyl pisze:
    24 maja 2018 o 14:43

    Wyobraź sobie jak uboga była moja, wszak byłem mieszkańcem małej wioszczyny. Całe szczęście mentalność mieszkańców takich siół nie zmienia się od lat i czerpaliśmy z dzikiego wysypiska, gdzie jakiś gospodarz zasobny w zagraniczną odnogę rodziny wypierniczał kupę skarbów. Rzadko, co ważne, pogniecionych :)

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      24 maja 2018 o 14:50

      Mnie tam wcale nie było łatwiej z braku codziennych zakupów w pewexie i braku znajomych, którzy takie zakupy wykonywali :P Co się znalazło, to było, od wielkiego dzwonu ktoś przyniósł puszkę coli do podziału między parę gąb :P

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
      1. Bazyl pisze:
        24 maja 2018 o 15:06

        Wspominki weteranów :P

        Wczytywanie…
        Odpowiedz
        1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
          24 maja 2018 o 15:07

          Tia, leśne dziadki :D

          Wczytywanie…
          Odpowiedz
  6. Pożeracz pisze:
    25 maja 2018 o 16:23

    Ładnie, ładnie… Mam do falowców sentyment, bo nieodmiennie kojarzą mi się z czasem studiów. Mieszkałem na studiach blisko dwóch największych falowców w Poznaniu, a przez pół roku przeprowadzkowego okresu przejściowego wynajmowałem pokój w takim ciut krótszym. Nie wiem, czy sentyment skłoni mnie to sięgnięcia, ale koncept konstrukcji fabuły ciekawym się być zdaje.

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      25 maja 2018 o 19:12

      Ja mam sentyment do najdłuższego prostego bloku w Warszawie, na Kijowskiej. Były tam na parterze sklepy, do których od wielkiego dzwonu jeździło się na zakupy do szkoły. Koncepcja fabuły zaiste, bardzo ciekawa i sprytna.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
  7. jardian pisze:
    31 maja 2018 o 02:32

    Sam mieszkam w domu z betonu, kilkadziesiąt metrów kwadratowych, ale traktuję te swoje mieszkanko jak twierdzę. Ale ściany krzywe – rocznik 1982 ten budynek ma, tyle samo co ja. Ale kocham to mieszkanko, to moja oaza.

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      31 maja 2018 o 07:58

      Nie było w tamtych latach bloku z prostymi ścianami, nie ma cudów :) Ale własny kąt zawsze się ceni, bez względu na usterki budowlane.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz

OdpowiedzAnuluj pisanie odpowiedzi

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Zaprenumeruj ten blog przez e-mail

Wprowadź swój adres email, aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Wyszukiwanie

Instagram

Narrator opowieści, wykładowca uniwersytecki, miał dość środków, żeby w obawie przed atomową zagładą zarezerwować sobie miejsce w schronie w hotelu Termush na wybrzeżu Atlantyku. Oczekiwana katastrofa nadchodzi, a gdy najgorsze przeminie, goście mogą wyjść z jaskiń, by ocenić, jak zmienił się świat. Apokaliptyczne wizje, jakie podsuwała ocalałym wyobraźnia, okazały się mylne. Tym trudniej było pojąć, że nic już nie będzie takie, jak przedtem. Cały tekst już na blogu, link w bio.
Przekład Iwona Zimnicka
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Narrator opowieści, wykładowca uniwersytecki, miał dość środków, żeby w obawie przed atomową zagładą zarezerwować sobie miejsce w schronie w hotelu Termush na wybrzeżu Atlantyku. Oczekiwana katastrofa nadchodzi, a gdy najgorsze przeminie, goście mogą wyjść z jaskiń, by ocenić, jak zmienił się świat. Apokaliptyczne wizje, jakie podsuwała ocalałym wyobraźnia, okazały się mylne. Tym trudniej było pojąć, że nic już nie będzie takie, jak przedtem. Cały tekst już na blogu, link w bio. Przekład Iwona Zimnicka
5 dni ago
View on Instagram |
1/5
Jest 5 stycznia, jest impreza. Piętnaste urodziny bloga, który co prawda dalej haniebnie zaniedbuję i który czytają tylko najwytrwalsi z wytrwałych, ale który trwa sobie, bo kto mu zabroni... Zapraszam więc na tradycyjne podsumowanie ubiegłego roku z tradycyjną częścią nieoficjalną. Całość na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Jest 5 stycznia, jest impreza. Piętnaste urodziny bloga, który co prawda dalej haniebnie zaniedbuję i który czytają tylko najwytrwalsi z wytrwałych, ale który trwa sobie, bo kto mu zabroni... Zapraszam więc na tradycyjne podsumowanie ubiegłego roku z tradycyjną częścią nieoficjalną. Całość na blogu, link w bio.
2 tygodnie ago
View on Instagram |
2/5
Potencjalnych czytelników hardohordzianej (hardohordziej?) antologii „Cztery trupy w barszcz” ostrzegam, że nieprzyzwyczajonym zaszkodzić może stężenie bożonarodzeniowej atmosfery podkreślonej w opowiadaniach Anety Jadowskiej i Magdaleny Kubasiewicz potężną dawką akcesoriów rodem z hallmarkowego filmu świątecznego. Pomijając to głębokie zanurzenie w barszczykach, sernikach, grzańcach i brokatowych bombkach, obie autorki napisały całkiem zgrabne historie kryminalne z dodatkiem elementów pokrzepienia duchowego. Marta Kisiel z kolei pokazała, ile determinacji i oblizanych pierniczków potrzeba, żeby święta w ogóle mogły się odbyć, a także jak bardzo ostrożnie należy obchodzić się z bigosem. Milena Wójtowicz szczęśliwie darowała sobie bożonarodzeniowe klimaty, choć podkreśliła magiczną moc tego okresu oraz stworzyła postać wiedźmy włosingowej, specjalistki od rozczesywania kołtuna. Cały tom jest bardzo udany, podobnie jak drugi tom wampirzych opowieści Wójtowicz. „W cieniu dnia” to dalszy ciąg losów Aśki zmienionej w wampirzycę i, trochę wbrew woli, w przywódczynię wampirzego gniazda. Bohaterka i jej znajomi dynamicznie badają możliwości stwarzane przez nowe (nie)życie, ze szczególnym uwzględnieniem kimchi jako broni ofensywnej. Zabawne, bezpretensjonalne, może trochę miejscami chaotyczne, ale zrzućmy to na dezorientację, jaką budzi u bohaterów sos czosnkowy i zapach wilkołaków.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Potencjalnych czytelników hardohordzianej (hardohordziej?) antologii „Cztery trupy w barszcz” ostrzegam, że nieprzyzwyczajonym zaszkodzić może stężenie bożonarodzeniowej atmosfery podkreślonej w opowiadaniach Anety Jadowskiej i Magdaleny Kubasiewicz potężną dawką akcesoriów rodem z hallmarkowego filmu świątecznego. Pomijając to głębokie zanurzenie w barszczykach, sernikach, grzańcach i brokatowych bombkach, obie autorki napisały całkiem zgrabne historie kryminalne z dodatkiem elementów pokrzepienia duchowego. Marta Kisiel z kolei pokazała, ile determinacji i oblizanych pierniczków potrzeba, żeby święta w ogóle mogły się odbyć, a także jak bardzo ostrożnie należy obchodzić się z bigosem. Milena Wójtowicz szczęśliwie darowała sobie bożonarodzeniowe klimaty, choć podkreśliła magiczną moc tego okresu oraz stworzyła postać wiedźmy włosingowej, specjalistki od rozczesywania kołtuna. Cały tom jest bardzo udany, podobnie jak drugi tom wampirzych opowieści Wójtowicz. „W cieniu dnia” to dalszy ciąg losów Aśki zmienionej w wampirzycę i, trochę wbrew woli, w przywódczynię wampirzego gniazda. Bohaterka i jej znajomi dynamicznie badają możliwości stwarzane przez nowe (nie)życie, ze szczególnym uwzględnieniem kimchi jako broni ofensywnej. Zabawne, bezpretensjonalne, może trochę miejscami chaotyczne, ale zrzućmy to na dezorientację, jaką budzi u bohaterów sos czosnkowy i zapach wilkołaków.
3 tygodnie ago
View on Instagram |
3/5
Na kilka dni przed piętnastymi urodzinami bloga (ależ ten czas leci!) zapraszam na tradycyjny końcoworoczny przegląd najchętniej czytanych wpisów. Co prawda, słupki statystyk na blogu w tym roku raczej nie były wysokie, ale zestawienie wyszło całkiem zacne. Czytajcie, nadrabiajcie, jeśli coś Was ominęło! No i oczywiście niech Wam się wiedzie w nowym roku!
Cały tekst już na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Na kilka dni przed piętnastymi urodzinami bloga (ależ ten czas leci!) zapraszam na tradycyjny końcoworoczny przegląd najchętniej czytanych wpisów. Co prawda, słupki statystyk na blogu w tym roku raczej nie były wysokie, ale zestawienie wyszło całkiem zacne. Czytajcie, nadrabiajcie, jeśli coś Was ominęło! No i oczywiście niech Wam się wiedzie w nowym roku! Cały tekst już na blogu, link w bio.
3 tygodnie ago
View on Instagram |
4/5
Popielątko marzy o pójściu na królewski bal, kot w butach doprowadza młynarczyka do ślubu z królewską córką, krwawa kiszka jest hersztem zbójców dybiących na wątrobiankę, królewny uprawiają seks przedmałżeński, książęta są zaklęci w żaby albo lwy, głupi bracia okazują się najmądrzejsi, a odcinanych kończyn i wyłupywanych oczu wprost nie da się zliczyć. Nic tu nie jest uładzone, nie zawsze wszystko ma ręce i nogi (i fizycznie, i metaforycznie), a potężna dawka absurdu, czarnego humoru i makabry sprawia, że ten wybór z pierwszej edycji baśni braci Grimm niezbyt nadaje się dla dzieci, ale dorosłym może dać mnóstwo uciechy, szczególnie że nie unosi się nad nim dydaktyczny smrodek, za to mnóstwo tu niczym nieskrępowanej fantazji. Fabularne rozwichrzenie idealnie podkreślają ilustracje Michaliny Jurczyk, pełne detali, na które warto zwrócić uwagę. Znakomity przekład Elizy Pieciul-Karmińskiej oddaje naturalność i jędrność języka tych baśni.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Popielątko marzy o pójściu na królewski bal, kot w butach doprowadza młynarczyka do ślubu z królewską córką, krwawa kiszka jest hersztem zbójców dybiących na wątrobiankę, królewny uprawiają seks przedmałżeński, książęta są zaklęci w żaby albo lwy, głupi bracia okazują się najmądrzejsi, a odcinanych kończyn i wyłupywanych oczu wprost nie da się zliczyć. Nic tu nie jest uładzone, nie zawsze wszystko ma ręce i nogi (i fizycznie, i metaforycznie), a potężna dawka absurdu, czarnego humoru i makabry sprawia, że ten wybór z pierwszej edycji baśni braci Grimm niezbyt nadaje się dla dzieci, ale dorosłym może dać mnóstwo uciechy, szczególnie że nie unosi się nad nim dydaktyczny smrodek, za to mnóstwo tu niczym nieskrępowanej fantazji. Fabularne rozwichrzenie idealnie podkreślają ilustracje Michaliny Jurczyk, pełne detali, na które warto zwrócić uwagę. Znakomity przekład Elizy Pieciul-Karmińskiej oddaje naturalność i jędrność języka tych baśni.
3 tygodnie ago
View on Instagram |
5/5
zajrzyj na instagram

Blog o książkach, blog z recenzjami książek, recenzje klasyki,
książki recenzje

Pozycjonowanie strony: VD.pl

© 2026 Zacofany w lekturze | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme
Ta strona używa ciasteczek (cookie)Rozumiem Chcę wiedzieć więcej
Polityka prywatności

Privacy Overview

This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary
Always Enabled
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Non-necessary
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.
SAVE & ACCEPT
 

Wczytywanie komentarzy...
 

    %d