Skip to content

Zacofany w lekturze

Blog Piotra Chojnackiego. Książki nowe, stare, znane i zupełnie zapomniane, pełna swoboda wyboru.

Menu
  • Strona główna
  • O mnie
  • Powieści młodzieżowe PRL
  • Przestały oczekiwać 2011
  • Przestały oczekiwać 2012
  • Przestały oczekiwać 2013
  • Przestały oczekiwać 2014
  • Przestały oczekiwać 2015
  • Przestały oczekiwać 2016
  • Przestały oczekiwać 2017
  • Przestały oczekiwać 2018
  • Przestały oczekiwać 2019
  • Przestały oczekiwać 2020
  • Przestały oczekiwać 2021
  • Polityka prywatności
  • Przestały oczekiwać 2022
  • Przestały oczekiwać 2023
  • Przestały oczekiwać 2024
  • Przestały oczekiwać 2025
  • Przestały oczekiwać 2026
Menu

Pranie literackie, cz. 8: Robotna Frania

Posted on 30 lipca 2018 by Piotr (zacofany.w.lekturze)

O przewagach prania mechanicznego nad ręcznym informowały, jak wiemy, podręczniki szkolne, choć do Polski pralka wirnikowa dotarła stosunkowo późno. Kiedy już jednak rozpoczęła się produkcja i słynna „Frania” trafiła pod strzechy, żadna gospodyni domowa nie wyobrażała sobie życia bez tego prostego urządzenia. Charakterystyczny biały walec stał dumnie w każdej łazience, niekiedy nawet obok topornej pralki automatycznej z Polaru. Nic dziwnego, że „Frania” doczekała się własnego hasła w encyklopedii PRL-owskich symboli popkultury.

Legendarna, wielozadaniowa pralka, która zrewolucjonizowała peerelowskie gospodarstwa domowe. W przeciwieństwie do wyrobów współczesnych, z obracającym się bębnem, pranie wprawiane było w ruch wirnikiem umieszczonym wewnątrz nieruchomej obudowy.

Technologia znana na świecie od lat 30. U nas wdrożono ją jednak do seryjnej produkcji dopiero w 1958 roku. Wcześniej były balie z tarą… Próbne serie Frani (jak głosił naniesiony szablonem napis) opuściły kielecką Hutę Ludwików – SHL na przełomie 1956 i 1957 roku. Wirnik znajdował się jeszcze wtedy na bocznej ściance. Silnik wystawał poza obudowę. Produkcja seryjna, oznaczona symbolem SHL E, to już wirniki na dnie, z dyskretnie schowanym mechanizmem napędowym.

Produkt był ekstremalnie prosty w obsłudze: należało wrzucić ładunek ubrań, nalać gorącej wody, wsypać proszek, wetknąć sznur do gniazdka i wyjąć pranie po samodzielnie wyznaczonym czasie. Ubrania były w tym momencie oczywiście mokre (wirówki Frania to oddzielny wynalazek). Dlatego szybko dołączono do produktu wyżymaczkę. Dwa walce z korbką, przez które przepuszczało się tkaniny.

Fot. Grażyna Rutowska (zbiory NAC).

Na tym modyfikacji nie koniec. Od 1960 roku wkroczyły nowe modele. FA miał wyłącznik dźwigniowy. W FB można było ustalić czas prania. F1 dysponował natomiast funkcją podgrzewania wody. Rozwiązania te, podobnie jak eksperymenty z innym kolorem obudowy (niż biały), przyjmowane były niechętnie. Ludzie wydziwiają, że po co. Na wsi naleją wrzątku i są zadowoleni. A każde światełko podraża koszty – mówi przedstawiciel producenta. Światełko było w przełączniku. Świeciło, kiedy Frania prała. Klienci stwierdzili, że to bez sensu. Przecież bez światełka wiedzą, kiedy piorą, a kiedy nie.

Początkowo, w dobie nienasyconego popytu i ograniczonych mocy wytwórczych, Frania uchodziła za przedmiot luksusowy. Sprzedawano ją przede wszystkim posiadaczom dystrybuowanych w zakładach pracy talonów. Sytuacja uspokoiła się w latach 70. Od 1971 roku funkcjonowała już zresztą na rynku pierwsza krajowa pralka bębnowa (na licencji jugosłowiańskiego Gorenje), Superautomat z wrocławskiego Polaru. W ciągu siedmiu lat powstało ich milion sztuk. Frania przez cały okres produkcji przekroczyła natomiast 6 milionów (włączając eksport, np. do Jordanii).

W 1986 roku zakończono produkcję w SHL. Na placu boju pozostała Myszkowska Fabryka Naczyń Emaliowanych, wytwarzająca podobne wyroby pod nazwą Światowit. Jej kontynuatorka przejęła markę Frania w 1997 roku. Sprzedaje takie urządzenia do dziś.

Fot. Grażyna Rutowska (zbiory NAC).

Ze względu na rewelacyjne parametry wirowania pralka znalazła o wiele szersze zastosowania niż, za przeproszeniem, pranie gaci. Zdarzały się wśród nich naprawdę wzniosłe – gdy wyżymaczka służyła w podziemnej poligrafii. Były i przyziemne – przez mieszanie spirytusu z sokiem uzyskiwało się domową wersję wina marki Wino. Pionierscy przedsiębiorcy branży spożywczej kręcili w niej poza tym majonez, przygotowywali ciasto na gofry, bili śmietanę czy myli jajka.

Frania trafiła też do twórczości artystycznej. W 1973 roku ukazała się płyta „Koty za płoty” (Pronit) krakowskiej grupy parodystów Tropicale Tahitii Granda Banda. Otwierał ją utwór „Robotna Frania”, trafnie nawiązujący do kiepskiej jakości emalii, jaką pokryta była gięta blacha: Frania / Uroda twa / Jak rdza / Pożera mnie…

PS. Do dziwnych zastosowań „Frani” należy też zaliczyć wirowanie w niej dżinsów i ładunku kamieni w celu uzyskania modnych swego czasu dekatyzowanych dżinsów…

Bartek Koziczyński, 333 popkulturowe rzeczy… PRL, Vesper 2007, s. 112–113.

43 thoughts on “Pranie literackie, cz. 8: Robotna Frania”

  1. Sylwka | unserious.pl pisze:
    31 lipca 2018 o 09:01

    Frania, aż łezka się w oku kręci. Jak pralka się zepsuła, to ona zawsze dawała radę. :D

    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      31 lipca 2018 o 09:57

      I na dodatek sama się dawała naprawić młotkiem i kawałkiem drutu :)

      Odpowiedz
  2. czytankianki pisze:
    31 lipca 2018 o 14:12

    O, Światowita kojarzę, był chyba u dziadków. Frania naturalnie też. Pamiętam, że wtedy pranie było wydarzeniem tj. zajmowało dużo czasu i przestrzeni., trzeba było zarezerwować sobie na to właściwie cały dzień.

    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      31 lipca 2018 o 17:45

      U nas na odwrót, w domu Światowid, Frania klasyczna u dziadków. Stał ten Światowid jeszcze parę lat temu, mimo wypasionego automatu :) W mieście chyba jednak nie potrzeba było całego dnia, ale w wakacje na wsi faktycznie samo grzanie wody na piecu zajmowało wieki, nie mówiąc o potwornej ilości brudnych ciuchów ze wszystkich dzieci oraz dorosłych pracujących przy żniwach na przykład.

      Odpowiedz
      1. Bazyl pisze:
        3 sierpnia 2018 o 14:39

        O, przepraszam. Porządny sagan wpuszczony w fajerę grzał wodę raz dwa :P

        Odpowiedz
        1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
          4 sierpnia 2018 o 20:15

          Ale najpierw trzeba było pod tą fajerą nachajcować, a to trwało.

          Odpowiedz
          1. Bazyl pisze:
            6 sierpnia 2018 o 14:40

            Smolna szczapa i żar miałeś w momencie :) Ja lubiłem dokładać do kuchni na drzewo. Ogień ma w sobie coś hipnotyzującego. No i pamiętam jak raz u Dziadków postanowiliśmy postrzelać z kasztanów. To była moja z kuzynem pierwsza i ostatnia kanonada :)

            Odpowiedz
            1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
              6 sierpnia 2018 o 15:07

              Za mały byłem, nie pozwalali rozpalać. Można było co najwyżej podkładać potem. Teraz sobie odbijam zimową porą rozpalaniem w kominku :) Bez kasztanów, czasem się szyszka trafi :)

              Odpowiedz
              1. Bazyl pisze:
                10 sierpnia 2018 o 08:07

                To z kasztanami uważaj, bo mają naprawdę niezły power wybuchowy. Podobnie jak eternit (raz brałem udział w pożarze stodoły sąsiada i powiem szczerze, że było jak na froncie). Kominek mógłbym nawet mieć, ale w zestawie z lokajem do obsługi :P

                Odpowiedz
                1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
                  10 sierpnia 2018 o 08:10

                  Palenie eternitu do głowy by mi nie przyszło :) Kasztany niegdyś wrzuciła do pieca moja mama, był realny niepokój, że piec nie wytrzyma. Wytrzymał :)
                  A kominek do rekreacyjnego palenia nie jest bardzo kłopotliwy, lokalj może podjazd odśnieżać :P

                2. Bazyl pisze:
                  10 sierpnia 2018 o 08:39

                  Na mojej liście nielubienia sadza plasuje się znaaaaacznie wyżej od śniegu :) No i zawsze mogę kupić traktorek :P

                3. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
                  10 sierpnia 2018 o 08:42

                  Jak masz sadzę w kominku, to znaczy, że źle palisz :D A wybranie popiołu co jakiś czas da się znieść.

  3. czytankianki pisze:
    31 lipca 2018 o 19:56

    Może moja pamięć jest zawodna, ale zapamiętałam dłuugie prania. Wyciąganie pralki, misek itp. – rozgardiasz co się zowie.
    Kiedy poszłam w czasach studenckich „na swoje”, też na początku używałam takiej pralki i dawałam radę.;) I wtedy pranie nie trwało rzeczywiście długo.

    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      31 lipca 2018 o 20:00

      Rozgardiasz na pewno, ale raczej dawało się to radę ogarnąć w jedno popołudnie przy 4 osobach, bez małych dzieci. Szczególnie upierdliwe było płukanie w wannie, a potem przeciskanie przez wyżymaczkę, byłem zatrudniany do kręcenia :P Nawet to lubiłem.

      Odpowiedz
      1. Bazyl pisze:
        3 sierpnia 2018 o 14:41

        Jest widać coś hipnotycznego i uspokajającego w kręceniu korbą, bo ja i mięso lubiłem mielić i sieczkę dla inwentarza robić, no i wyżymać oczywiście też :D

        Odpowiedz
        1. Małgorzata pisze:
          3 sierpnia 2018 o 17:30

          Sieczkarnia u dziadków była magicznym urządzeniem; z kołem, które mogłoby w ruch wprawić ziemię. Mnie nie pozwalano wkładać pokrzyw w tę rynienkę – podajnik, za to kręcić można było do woli. Wyżymać pranie z Frani też lubiłam. Chyba głównie dlatego, że przy tym kręceniu moi dorośli (czy to rodzice czy dziadkowie) po prostu mieli czas, żeby ze mną pogadać. W ogóle dziś mniej jest takich codziennych czynności co wymagają zaangażowania większej liczby osób.

          Odpowiedz
          1. Bazyl pisze:
            4 sierpnia 2018 o 06:02

            Nawet żniwa to już nie są TE żniwa, gdzie zbiorowo szło się w pole i przy wspólnej pracy rozmawiało do woli :( Alienujemy się coraz bardziej, nawet w obrębie najbliższych wspólnot, a szkoda.

            Odpowiedz
            1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
              4 sierpnia 2018 o 20:16

              Też uwielbiałem wyżymać, mięso mieliłem w upojeniu, do sieczkarni nie mogłem się zbliżać, ale za to dziadek miał kamień szlifierski do ostrzenia na korbę, upojnie się kręciło :)
              @Bazyl miej litość, ludzie mają pięć hektarów pszenicy, chcesz, żeby sierpem tatowym rżnęli?

              Odpowiedz
              1. Bazyl pisze:
                6 sierpnia 2018 o 14:44

                Ależ skąd. Ale znikły też podsumowania. Pamiętam, że po dniu ciężkiej pracy sąsiedzi się schodzili i gadali przy zastawionym stole. I był na to czas. A teraz, panie, mechanizacja, a każdy bardziej zarobiony niż w czasach rzeczonego sierpa :P A ziemniaki z parnika jadałeś? :D

                Odpowiedz
                1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
                  6 sierpnia 2018 o 15:08

                  Każdy się spieszy lajki na fejsie policzyć :D Ziemniaki jadałem, ale nie przepadałem :P

                2. Bazyl pisze:
                  10 sierpnia 2018 o 08:09

                  Ziemniaki były spoko. Mnie zawsze imponował kuzyn, który śniadaniał zagryzając chlebek soloną cebulą, chrupaną jak jabłko :) A z bardziej egzotycznych eksperymentów kulinarnych, to było ssanie kawałków buraków cukrowych. Co te kartki na słodycze robiły z dzieci :P

                3. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
                  10 sierpnia 2018 o 08:13

                  No może nie jadłem jak jabłka, ale chleb z posoloną cebulą jest mega :D
                  Buraków cukrowych nam nie pozwalali ani jeść, ani nawet wyrywać – wszystko zakontraktowane :P Szczęśliwie babcia zawsze miała wielki słoik miodu, dawaliśmy radę mimo kartek.

  4. czytankianki pisze:
    1 sierpnia 2018 o 14:13

    Mój dziadek robił to sam, więc to mogło trwać.;)

    Odpowiedz
    1. Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      1 sierpnia 2018 o 19:02

      A, to owszem. To jednak robota grupowa była.

      Odpowiedz
  5. qbuspozera pisze:
    1 sierpnia 2018 o 16:07

    Pamiętam Franię jeszcze z czasów, gdy czasem była użytkowana i u babci w łazience stała. Potem sam miałem krótko ten cudny wynalazek już nie wiem skąd w mieszkaniu studenckim. Feler jednak był taki, że nie nie działał odpływ i trzeba było potem wodę ręcznie z niej wylewać do wanny, podnosząc Franię biedną. U mnie jednak królowała i przez tatę często naprawiana była Wiatka.

    Odpowiedz
    1. Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      1 sierpnia 2018 o 19:04

      Wylewanie wody wężem to była najfajniejsza część tego zamieszania z praniem, ale raczej obywało się bez podnoszenia :D

      Odpowiedz
      1. Bazyl pisze:
        3 sierpnia 2018 o 14:43

        O tak, wylewanie! Jak się przytkało węża palcem osiągało się niezłe ciśnienie i daleki sik. A usuwałeś z odpływu fafrącle metodą dmuchu paszczą? :P

        Odpowiedz
        1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
          4 sierpnia 2018 o 20:17

          Dmuchu paszczą nie robiłem, zbierałem za to farfocle z sitka :D

          Odpowiedz
          1. Bazyl pisze:
            10 sierpnia 2018 o 08:11

            Najlepsze farfocle były z bielizny pościelowej i dżinsów rodzimej produkcji :D

            Odpowiedz
            1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
              10 sierpnia 2018 o 08:14

              O tak, z dżinsów były cudne. I sinoniebieska woda.

              Odpowiedz
  6. Agnes Dowolnik pisze:
    3 sierpnia 2018 o 13:02

    O jeju. Jakie wspomnienia!

    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      4 sierpnia 2018 o 20:18

      No to weź coś powspominaj :D

      Odpowiedz
  7. Bazyl pisze:
    3 sierpnia 2018 o 14:38

    Aleś acan utrafił z tym wpisem. Ponieważ dom, w którym się wychowywałem ulega daleko idącym remontom i wszystko z dobytku czego z Mamą nie wzięliśmy na nowe zostało zagrożone utylizacją, dostałem prikaz odnalezienia i uratowania Frani właśnie. Jakież było moje zdumienie, kiedy panowie od demolki wyciągnęli 2 sztuki (jedna klasyczna, druga to już jakiś młodszy model) i wirówkę (chyba jednak nie Frania). Stoją teraz w składziku i czekają na transport do Teściów, gdzie mają znaleźć jakieś tajemnicze zastosowania (oby nie majonez).
    Sama fabryka Ludwików, ze względu na niedawną lekturę, kojarzy mi się bardziej z wydarzeniami z 1946 roku niż z najsłynniejszą polską pralką.

    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      4 sierpnia 2018 o 20:19

      Patrz, to faktycznie ten sam Ludwików.
      Weź sobie jedną Franię gdzieś w składziku skitraj, może będziesz musiał spirytus z sokiem mieszać :D

      Odpowiedz
      1. Bazyl pisze:
        6 sierpnia 2018 o 14:46

        Albo wróci moda na marmurki :P

        Odpowiedz
        1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
          6 sierpnia 2018 o 15:09

          Jak wróci, to Chińczycy zrobią je taniej i szybciej :D

          Odpowiedz
          1. Bazyl pisze:
            10 sierpnia 2018 o 08:12

            Może nie znają patentów z Franią? Czyżbym odkrył pomysł na eksportowy biznes? :P

            Odpowiedz
            1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
              10 sierpnia 2018 o 08:15

              Wystaw egzemplarz na aliexpress z zachęcającym napisem „maszyna do ścierania dźinsu” :D Dołożysz worek kamieni i butelkę wybielacza i zobaczysz, że się będą bili.

              Odpowiedz
  8. Hania pisze:
    5 sierpnia 2018 o 16:30

    Ile jeszcze takich części? :D

    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      5 sierpnia 2018 o 20:27

      Ile czytelnicy wytrzymają :D

      Odpowiedz
  9. czarny.pieprz pisze:
    11 sierpnia 2018 o 08:01

    Frania stała w domu moich rodziców do późnych lat 90. Ocierała się jednym bokiem o automatyczną, elegancką pralkę, a drugim o wirówkę. Wszystko dlatego, że moja mama ma bardzo podejrzliwe podejście do rzeczy nowoczesnych, i z praniem w automacie zawsze wolała poczekać na ojca. A Franię obsługiwała sobie sama, czuła się wtedy taka niezależna. Wirówkę bardzo lubiłam, nawet bardziej niż Franię. Jeszcze przed wyjściem do szkoły robiłam szybką, ręczną przepierkę PRAWDZIWYCH DŻINSÓW, które potem odwirowywałam na suchy wiór i dosuszałam żelazkiem.

    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      11 sierpnia 2018 o 11:06

      Wystrój łazienki zupełnie jak u moich rodziców, minus wirówka. Moja mama uważała, że na bardzo brudne rzeczy nie ma jak Frania. Automat jej zdaniem nie dopierał :D A ten myk z dżinsami to bardzo sprytny :P

      Odpowiedz
  10. Franczyza w Polsce pisze:
    31 sierpnia 2018 o 09:06

    Jeszcze do dzisiaj można znaleźć tu i ówdzie egzemplarze :)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Wyszukiwanie

Instagram

Dwie dziurki w nosie i skończyło się. „Niebieskie buty” to ostatni tom opowieści o mme Ramotswe i jej Kobiecej Agencji Detektywistycznej Nr 1 wydany po polsku. Autor dawno temu przestał udawać, że to będzie kryminał; ewentualne śledztwa są tu jedynie pretekstami do picia herbaty (często z pączkami) i niespiesznych rozważań nad sensem życia oraz zaletami i wadami ludzi: „Większość problemów można by załagodzić, gdyby ludzie częściej pili herbatę i oddawali się przemyśleniom, które podczas picia herbaty są najbardziej owocne”. Moim zdaniem nie ma nic bardziej relaksującego nad te pogwarki, przerywane niekiedy kontemplacją krajobrazów Botswany, kraju, w którym ceni się tradycję, życzliwość i uprzejmość, chociaż w tym tomie pojawia się też akcent bardziej współczesny – kiedy to niewczesne przyznanie się do feminizmu niemal kładzie kres bardzo dobrze się zapowiadającemu związkowi. 
Przekład Tomasz Bieroń
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Dwie dziurki w nosie i skończyło się. „Niebieskie buty” to ostatni tom opowieści o mme Ramotswe i jej Kobiecej Agencji Detektywistycznej Nr 1 wydany po polsku. Autor dawno temu przestał udawać, że to będzie kryminał; ewentualne śledztwa są tu jedynie pretekstami do picia herbaty (często z pączkami) i niespiesznych rozważań nad sensem życia oraz zaletami i wadami ludzi: „Większość problemów można by załagodzić, gdyby ludzie częściej pili herbatę i oddawali się przemyśleniom, które podczas picia herbaty są najbardziej owocne”. Moim zdaniem nie ma nic bardziej relaksującego nad te pogwarki, przerywane niekiedy kontemplacją krajobrazów Botswany, kraju, w którym ceni się tradycję, życzliwość i uprzejmość, chociaż w tym tomie pojawia się też akcent bardziej współczesny – kiedy to niewczesne przyznanie się do feminizmu niemal kładzie kres bardzo dobrze się zapowiadającemu związkowi. Przekład Tomasz Bieroń
1 miesiąc ago
View on Instagram |
1/5
Minął miesiąc, więc czas na drugą część jubileuszowego zestawienia całkowicie arbitralnie wybranych biografii, o których pisałem przez minione piętnaście lat. Bierzcie i czytajcie, może znajdziecie coś dla siebie. Cały tekst już na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Minął miesiąc, więc czas na drugą część jubileuszowego zestawienia całkowicie arbitralnie wybranych biografii, o których pisałem przez minione piętnaście lat. Bierzcie i czytajcie, może znajdziecie coś dla siebie. Cały tekst już na blogu, link w bio.
1 miesiąc ago
View on Instagram |
2/5
Natalia nie jest typową bohaterką opowiadań publikowanych w serii „Portrety”: licealistką borykającą się z problemami domowymi, szkolnymi czy pierwszą miłością. Skończyła studia, pracuje, nawet wyszła za mąż. Ale wydarzenia z dzieciństwa i okresu dojrzewania tkwią w niej głęboko, unieszczęśliwiają i nie pozwalają prowadzić spokojnego życia.
Opowiadanie Wiesławy Oramus nie jest lekturą łatwą i ze względu na bolesną tematykę, i swoją konstrukcję: przeskoki czasowe, niedopowiedzenia, introspekcje. Zdecydowanie jest to bardziej rzecz przeznaczona dla dorosłych niż dla nastolatków, bardzo dobry portret dziewczyny – kobiety obciążonej pokoleniową traumą. Cały tekst już na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Natalia nie jest typową bohaterką opowiadań publikowanych w serii „Portrety”: licealistką borykającą się z problemami domowymi, szkolnymi czy pierwszą miłością. Skończyła studia, pracuje, nawet wyszła za mąż. Ale wydarzenia z dzieciństwa i okresu dojrzewania tkwią w niej głęboko, unieszczęśliwiają i nie pozwalają prowadzić spokojnego życia. Opowiadanie Wiesławy Oramus nie jest lekturą łatwą i ze względu na bolesną tematykę, i swoją konstrukcję: przeskoki czasowe, niedopowiedzenia, introspekcje. Zdecydowanie jest to bardziej rzecz przeznaczona dla dorosłych niż dla nastolatków, bardzo dobry portret dziewczyny – kobiety obciążonej pokoleniową traumą. Cały tekst już na blogu, link w bio.
1 miesiąc ago
View on Instagram |
3/5
Z okazji piętnastolecia blogowania chciałbym przedstawić szczególnie ważne książki, jakie w tym czasie poznałem. W pierwszym wpisie znalazły się biografie i wspomnienia, pierwsza siódemka (z czternastu) książek, które łączy jedno: do dziś, mimo upływu często wielu lat, nadal pamiętam, czemu zrobiły na mnie wrażenie, wciąż mogę przywołać wiele epizodów z życia ich bohaterów, odtworzyć ich sylwetki. Cały wpis już na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Z okazji piętnastolecia blogowania chciałbym przedstawić szczególnie ważne książki, jakie w tym czasie poznałem. W pierwszym wpisie znalazły się biografie i wspomnienia, pierwsza siódemka (z czternastu) książek, które łączy jedno: do dziś, mimo upływu często wielu lat, nadal pamiętam, czemu zrobiły na mnie wrażenie, wciąż mogę przywołać wiele epizodów z życia ich bohaterów, odtworzyć ich sylwetki. Cały wpis już na blogu, link w bio.
2 miesiące ago
View on Instagram |
4/5
Czort Tanner, skazany za potrójne morderstwo, dostaje szansę wyjścia z więzienia: jego winy zostaną mu odpuszczone, jeśli zdoła przewieźć szczepionkę z Kalifornii do Bostonu, pustoszonego przez zarazę. Tanner rusza w drogę dobrze wyposażony i uzbrojony, ale to od jego sprytu, determinacji i umiejętności zależy, czy wypełni misję i przeżyje, by móc skorzystać z obiecanej wolności. 
„Aleja Potępienia” to pochłaniająca właściwie od samego początku powieść akcji w postapokaliptycznych dekoracjach. Nie o scenografię tu jednak chodzi, ale o obserwowanie zmagań Tannera z tymi skrajnymi warunkami i z samym sobą. Cały tekst już na blogu, link w bio.
Przekład Zbigniew A. Królicki
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Czort Tanner, skazany za potrójne morderstwo, dostaje szansę wyjścia z więzienia: jego winy zostaną mu odpuszczone, jeśli zdoła przewieźć szczepionkę z Kalifornii do Bostonu, pustoszonego przez zarazę. Tanner rusza w drogę dobrze wyposażony i uzbrojony, ale to od jego sprytu, determinacji i umiejętności zależy, czy wypełni misję i przeżyje, by móc skorzystać z obiecanej wolności. „Aleja Potępienia” to pochłaniająca właściwie od samego początku powieść akcji w postapokaliptycznych dekoracjach. Nie o scenografię tu jednak chodzi, ale o obserwowanie zmagań Tannera z tymi skrajnymi warunkami i z samym sobą. Cały tekst już na blogu, link w bio. Przekład Zbigniew A. Królicki
3 miesiące ago
View on Instagram |
5/5
zajrzyj na instagram

Blog o książkach, blog z recenzjami książek, recenzje klasyki,
książki recenzje

Pozycjonowanie strony: VD.pl

© 2026 Zacofany w lekturze | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme
Ta strona używa ciasteczek (cookie)Rozumiem Chcę wiedzieć więcej
Polityka prywatności

Privacy Overview

This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary
Always Enabled
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Non-necessary
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.
SAVE & ACCEPT