Chinka na pustyni (Sanmao, „Saharyjskie dni”)

Jedni czują zew gór, innych pociągają morza i oceany, a Sanmao z Tajwanu pragnęła poznać Saharę. Zwiedziła spory szmat świata, zanim osiadła w Saharze Hiszpańskiej i zaczęła wieść niełatwe życie wśród piasków. Zmysł obserwacji, fascynacja odmiennością (często męczącą i niezbyt ładnie pachnącą, ale równocześnie egzotyczną i barwną), żywiołowość, poczucie humoru i empatia pozwoliły Sanmao skreślić interesujący obraz pustynnego świata.

Niezmienny ogrom nieba i ziemi

Sahara Hiszpańska nie oferowała wielu wygód: upały, przerwy w dostawach prądu, limitowane przydziały wody; z punktu widzenia Sanmao były to co prawda męczące, ale jednak drobiazgi. Ona napawała się bliskością pustyni, którą pragnęła przemierzać i poznawać, mimo iż znajomi i przyjaciele uważali to za kaprys albo oznakę znudzenia światem. Bezmiar piasków był niebezpieczny, zwodniczy, zmienny, ale równocześnie fascynujący i piękny:

Na świecie nie ma drugiej Sahary. Tylko ludziom, którzy ją kochają, okazuje wdzięk i czułość. Niemo odwzajemni twoją miłość niezmiennym ogromem ziemi i nieba, bezgłośnie przyrzeknie, że będzie cię chronić, ale pragnie, aby twoje dzieci i wnuki urodziły się w jej objęciach.

Sanmao z pewnością zaliczała się do tej grupy. Mimo licznych niebezpieczeństw, jakie spotykały ją podczas wypraw na pustynię, nie zraziła się do Sahary i zawsze doceniała jej majestatyczne piękno, nigdy nie miała jej dość.

Małomiasteczkowa rutyna

Wyprawy na pustynię stanowiły jedynie część życia Sanmao. Dysponując ograniczonymi funduszami, zamieszkała wśród miejscowych, Sahrawi, i ze zdumieniem, rozbawieniem, a niekiedy ze złością obserwowała ich zwyczaje, poznawała poglądy, zalety i wady. Życzliwość, jaką okazywała sąsiadom, bywała bezceremonialnie wykorzystywana; nie istniało pojęcie prywatności, a ulubioną rozrywką kobiet było plotkowanie. Wszystko to doprowadzało Sanmao niemal do szału. Podobnie jak małomiasteczkowa rutyna:

Jeśli ktoś mieszka od dawna zamknięty w tym małym miasteczku o jednej ulicy, czuje się osamotniony jak człowiek ze złamaną nogą mieszkający w ślepym zaułku, prowadzący monotonny tryb życia, nieznający ani wielkiej radości, ani tym bardziej żadnego smutku.

A równocześnie odmienność kultur niezwykle ją pociągała, mimo iż nie potrafiła, nie tylko na kartach swych opowiadań, powściągnąć słów krytyki wobec wydawania za mąż dziewczynek czy wyrazów obrzydzenia po wizycie w pustynnej łaźni. Podtrzymywała jednak znajomości, starała się pomagać na różne sposoby (zasłynęła jako znachorka dzięki dobrze zaopatrzonej apteczce), stać się częścią pustynnej społeczności. Krytyczna wobec innych, sama Sanmao nie udaje ideału: ma napady złości, robi mężowi wyrzuty i awantury, potrafi ostro powiedzieć prawdę w oczy, choć jest też towarzyska, wesoła, hojna, gościnna i wrażliwa na zło i nędzę.

Świat miniony

Sanmao
Sanmao (źródło).

Opowiadania Sanmao o życiu na pustyni utrzymane są w tonie sprawozdawczym: codzienne sprawy, rozmowy z mężem i znajomymi, wizyty sąsiadek, zakupy, problemy większe i mniejsze; rutyna od czasu do czasu przerywana wypadkami godniejszymi zapisania. Jest historia małżeństwa autorki z ukochanym Jose, wymagająca biurokratycznych korowodów, obok opisu miejscowych zwyczajów ślubnych. Po dramatycznym epizodzie z wyprawy na pustynię, kiedy Jose utknął w głębokim błocie, a Sanmao miotała się w poszukiwaniu pomocy, mamy sprawozdanie z wizyty w łaźni (dla niektórych z kąpiących się było to pierwsze zetknięcie się z wodą od lat). Zabawne dla nas, choć niekoniecznie dla autorki, są historie o namolnych sąsiadkach, kozach spadających z nieba czy perypetiach ze zrobieniem prawa jazdy. A równocześnie poznajemy też wiele wydarzeń poważnych, jak historię miłości sprzedawcy Sluma, i tragicznych: dzieje sierżanta Sebasa, który przeżył masakrę swoich towarzyszy broni, wstrząsającą opowieść o miłości Sajidy i Basira czy bodaj nie najlepszą w całym zbiorze o niemym niewolniku, który dzięki Sanmao pierwszy raz w życiu poczuł się jak człowiek. Choćby dla tych kilku opowiadań warto sięgnąć po „Saharyjskie dni”.

Te wszystkie ręce, które uścisnęłam, wszystkie promienne uśmiechy, które zamieniłam, wszystkie zwyczajne rozmowy, które przeprowadziłam – jakże mogłabym je rozegnać, niczym wicher rozwiewa szaty na wszystkie strony świata, i bezdusznie zapomnieć?

Potrafię obdarzyć uczuciem każdy jeden kamyk na pustyni. Nie potrafię zapomnieć ani jednego wschodu czy zachodu słońca. Tym bardziej nie jestem więc w stanie wymazać z pamięci tych twarzy, żywych twarzy.

Dzięki pamięci Sanmao ożywają ludzie i wydarzenia sprzed czterech dziesięcioleci. Jej opowiadania to nie tylko, jak pisze wydawca, klasyka literatury tajwańskiej (chociaż jak na taką egzotykę, pisanie Sanmao wydaje mi się bardzo swojskie), ale też pamiątka po świecie gwałtownie zmienionym wskutek jednej politycznej decyzji o wycofaniu się Hiszpanii z saharyjskiego terytorium.

Sanmao, Saharyjskie dni, tłum. Jarek Zawadzki, Kwiaty Orientu 2018.

(Visited 692 times, 3 visits today)

23 komentarze do wpisu „Chinka na pustyni (Sanmao, „Saharyjskie dni”)”

  1. Myślisz, że mogłabym sięgnąć po tę autorkę jako przedstawicielkę Tajwanu czy książka zupełnie z Tajwanem nie ma nic wspólnego?

  2. Nigdy nie byłem na pustyni (nawet Błędowskiej), więc nie jestem w stanie powiedzieć jak oddziaływałyby na mnie jej bezmiar i surowość, ale jestem w stanie zrozumieć fascynację. Mam podobnie z majestatem lasu. Niestety, moje okoliczne lasy, właściwie z dnia na dzień, są z niego odzierane i coraz bardziej przypominają parki miejskie niż coś dzikiego :(

  3. Chinka na Saharze brzmi wyjątkowo egzotycznie.;)
    Dla mnie pustynia ma ogromy urok, majestat w pełnej krasie. Od razu przypominają mi się perypetie bohaterów “Pod osłoną nocy”, oczywiście totalnie różne od ww. bohaterki i w innym rejonie Sahary.

    • To niestety mocno zeuropeizowana Chinka, ale egzotyki jest i tak sporo. Sceny w łaźni chyba najbardziej egzotyczne ze wszystkiego.
      Sama pustynia jakby trochę umyka, autorka nie bardzo umie w opisy przyrody, a czytelnik się koncentruje na scenkach z życia codziennego.

  4. Tego akurat nie czytałam. Dla mnie klasykiem pozostaną m.in. “Kursy wymiany” Bradbury’ego o wymianie uniwersyteckiej (Brytyjczyk w komunistycznej Europie Wsch.) “Zamiana” Lodge’a też była niezła.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: