Księgozbiory polskie, cz. 15: Biblioteka panien Kossakówien (1)

Maria i Magdalena, córki Wojciecha Kossaka, na przełomie XIX i XX wieku wychowywane były jak na panienki z dobrego, choć „artystycznego” domu przystało. Oznaczało to oczywiście również, przynajmniej w teorii, dobór stosownych książek. W praktyce jednak z tym doborem było różnie, do różnych też wniosków lektury i czasopisma doprowadzały inteligentne panny Kossakówny…


„Literatura i panny”

Pierwszymi wierszykami, które obie dziewczynki, Lilka i Madzia, umiały na pamięć, po groźnych bajeczkach ze „Złotej różdżki”, były bajki Jachowicza, który jakoś dziwnie sadystycznie podchodził do swoich małych czytelników; przede wszystkim zawsze trzymał z rodzicami przeciwko dzieciom, radząc im, aby w razie potrzeby nie unikali rózeczki. Ileż razy Madzia słyszała z ust swojej Matki wiersz Jachowicza:
Rózeczką dziateczki Duch Święty bić radzi,
Rózeczka nigdy zdrowiu nie zawadzi…
Tymczasem było przeciwnie — dużo histeryków i zboczeńców wyrosło na tej metodzie, tak zalecanej przez ówczesnego pisarza dydaktyka. Bo trzeba wiedzieć, że „branie w skórę” odbywało się z całym sadystycznym ceremoniałem.
— Proszę natychmiast zdjąć majtki i położyć się na kanapie! — mówiło któreś z rodzicieli, podobnie jak lekarz do pacjenta, stojąc nad dziecięciem z wierzbową rózgą. Po „zabiegu” wstrętni kaci radzili dziecku obolałe miejsca na pupce smarować wazeliną albo przykładać na nie kompresy z zimnej wody. Dzieci podczas tej operacji ryczały, jakby je kto zarzynał, co było zupełnie naturalne, ale były i takie, które wołały: „Jeszcze, jeszcze, tylko silniej!” Madzia miała inny system, już po pierwszym uderzeniu mówiła cichym głosem: — Żeby mamusię tylko rączka nie rozbolała! — co na srogą rodzicielkę działało rozbrajająco i momentalnie zaprzestawała dalszych katuszy.
Jachowicz poza umoralniającymi bajeczkami miewał i wierszyki zupełnie dla dzieci niezrozumiałe, które nie wiadomo jaki zawierały sens i morał, na przykład:
Masz tu jabłko, Franusiu — rzekł przyjaciel domu —
Tylko schowaj głęboko i nie mów nikomu.
Na to Franuś, mały sknerka,
Schował jabłko do kuferka.
Pisywał również wierszyki antydemokratyczne, jak ten na przykład — o pewnym małym grymaśniku:
To złe, to niedobre, to mnie kłuje w zęby!’
Tego nie wezmę do gęby!
Złe jedzenie, niedobre suknie!
Na to ojciec syna ofuknie:
Jeśli ci wszystko wadzi,
To pójdziesz na żur do czeladzi!

Maria i Magdalena Kossakówny.
Maria i Magdalena Kossakówny.

Pójście na żur do czeladzi było więc, jak sobie wyobrażał Jachowicz, najsroższą z kar po wskórobraniu. Słowem — literatura dziecięca w Polsce zawsze szwankowała i gdyby nie wiersze Marii Konopnickiej, dziewczynki nie miałyby co deklamować, gdy trzeba było się przed gośćmi popisać. „A gdy poszedł król na wojnę, grały jemu surmy zbrojne…” — deklamowała Lilka nabrzmiałym ze wzruszenia głosem. Deklamowało się również chętnie Mickiewicza „Powrót taty”, oblizując się na „rodzynki w koszyku”. Gdy dziewczynki były większe, dostały na gwiazdkę „Polskiego bajarza” Glińskiego, gdzie czytać można było straszne opisy mszy w Rydzynie, podczas której ministrantami były kościotrupy, a przy konfesjonale zasiadała Biała Dama. Pełne okrucieństwa bajki braci Grimm stanowiły też codzienną lekturę. Kiedyś otrzymały od jakiejś cioci prześliczną książkę Lucjana Rydla „O Kasi i królewiczu”. Nie można sobie wyobrazić czegoś bardziej nie dla dzieci, jak ta książeczka. Pierwsze marzenia o miłości były stanowczo jej zasługą. „Nie żałuj mnie, nie żałuj, ino całuj mnie, całuj…” — prosiła Kasia złotowłosego królewicza. — „Czy to od niespania masz tak niebieskie oczy do kochania?” „Nie żałuj mnie, nie żałuj — ino całuj mnie całuj, królewiczu sokole…” — Te słowa nieraz powtarzała Madzia później kuzynom-adoratorom. Takich słów nie RYdel O Kasi i królewiczu

zapomina się do końca życia! Bajki Andersena były najistotniejszą lekturą dla młodego wieku i przez dzieci bywały najbardziej lubiane. Posiadały tyle wdzięku, fantazji i zawsze zawierały jakąś głęboką mądrość. Bardzo pożyteczna dla młodzieży i pełna humanizmu była książka Amicisa „Serce”, którą czytywało się tam i z powrotem i da capo. Gdy obie były większe, przyszła moda na powieści o plemionach czerwonoskórych. Któż z tego pokolenia nie pamięta „Ducha puszczy”, z Krwawym Natanem i jego psem Cukierkiem?! Powiedzonka z tej pasjonującej książki dziewczynki powtarzały stale. Lilka, na przykład, częstuje jakiegoś wujka czekoladkami, które od niego otrzymała. Wujaszek mówi, że dziękuje i że nie ma ochoty. A na to Lilka mruczy pod nosem: — Piankishaw kocha Bladą Twarz, bo mu nie robi uszczerbku w wodzie ognistej, hugh! — Wszystkie dzieci przypinały sobie do głowy pióra, robiły z gałęzi łuki i bawiły się w Indian. Dzisiaj, kiedy nikt już prawie nie pamięta „zabawy w Indian”, niezrozumiały byłby wiersz szesnastoletniej Lilki, który zaczynał się od słów:
Twoje imię, nie wiem czemu, jest jak wróbel młody
i przyjemnie jest go pieścić wziąwszy w obie dłonie…
Jest jak zabawa w Indian — Hugh! — rzekł Pantera.
Nieco później obie siostry zaczytywały się w powieściach Juliusza Verne’a i Mayne Reida. Na przełomie XIX i XX wieku powieść młodzieżowa stała w Polsce na najwyższym poziomie. Wówczas dla dzieci pisywały najlepsze pióra w Polsce. „Wspomnienia niebieskiego mundurka” Gomulickiego — cóż to była za pasjonująca książka! Jakżeż żywo przeżywały obie siostry wizytę lekarza homeopaty, który w powieści tej przychodzi odwiedzić chorego chłopca: przede wszystkim (o zgrozo!) każe odsłonić okna i wpuszcza (horrendum!) świeże powietrze do pokoju chorego, po czym chłopcu, który od całych tygodni skazany jest na dietę, każe podać wielkie plastry różowej szynki… Tego wspaniałego opisu nie zapomni się nigdy. Dla młodzieży pisywali: Dyakowski, Teresa Jadwiga (Papi), Gąsiorowski, Anczyc, Żmijewska, Przyborowski — same doskonałe pióra. Co tydzień młodzież otrzymywała „Przyjaciela Dzieci”, redagowanego znakomicie, gdzie oprócz rodzimych piór były również i tłumaczone powieści z obcych języków. W tym tygodniku był świetnie prowadzony dział naukowy i ilustracyjny. W drugiej połowie ubiegłego wieku ilustratorem „Przyjaciela Dzieci” był Juliusz Kossak. […]

„Dla panienek odpowiednie”

Rodzice prenumerowali dla dziewczynek „Wieczory Rodzinne” i „Przyjaciela Dzieci” — świetnie redagowane czasopisma młodzieżowe, gdzie drukowano powieści Dygasińskiego, Przyborowskiego, Gąsiorowskiego, Gomulickiego i innych znanych powieściopisarzy. Poza tym przychodził co tydzień tygodniczek francuski pod tytułem „Petit Français Illustré” i miesięcznik angielski dla dorastających panienek, który zwał się „Girl’s Own Paper”. W tym bogato ilustrowanym magazynie zamieszczano sentymentalne powieścidła, które zawsze miewały happy end. Ilustracje przedstawiały piękne panny z olbrzymimi fryzurami, a obok nich równie prześliczni chłopcy kładli im w ramiona naręcza kwiatów. Jedna ilustracja specjalnie została dziewczynkom w pamięci: wyobrażała ona cudną girl, która starała się uwolnić z uścisków obejmującego ją chłopca, a pod tym rysunkiem napis: Put your arm away, Georgie Lilly!
— Och, jak ja bym chciała móc powiedzieć do takiego pięknego chłopca: weź twoje ramię, Georgie Lilly… — powiedziała namiętnie Madzia.
— To jest fałsz i kokieteria — odparła na to starsza siostra — bo ta dziewczyna z obrazka wcale nie chciała, aby on cofnął swoje ramię, jestem tego pewna.
Pod innym obrazkiem piękny amant pyta się dziewczyny: May I kiss you, darling? — Ach, wszystko w tym magazynie było takie dystyngowane, podlane olejkiem różanym, grzeczne i ulizane. Z fotografii spoglądała dobrymi oczami na czytelniczki królowa Maria angielska z mężem Jerzym, w otoczeniu królewiczów i królewien. A ten tłusty bachor w wózku w koronkach — to przecież Julianna holenderska! Świat, który przedstawiał angielski magazyn dla panien, był światem panujących i możnych, inni ludzie nie powinni byli interesować panien z „dobrych domów”; o artystach, o pisarzach również nigdy nie było tam mowy — nie wchodzili w rachubę.
Ze świata pracy „Girl’s Own Paper” pokazywał im tylko — i to w numerach noworocznych — sympatyczną sylwetkę kominiarza, bo po co miały sobie zaśmiecać główki, pięknie ufryzowane, widokiem zdjęć robotników w dokach lub górników w kopalniach.Girl's own paper

Magdalena Samozwaniec, Maria i Magdalena, t. 1, Glob 1987, s. 113–115, 53–54.

(Visited 292 times, 180 visits today)

11 komentarzy do wpisu „Księgozbiory polskie, cz. 15: Biblioteka panien Kossakówien (1)”

  1. Ciekaw jestem czy współcześni nastolatkowie choć otarli się o literaturę “indiańską” czy tam “traperską”? Swoją drogą ja pochłaniałem kolejne tomy z wydawnictwa Glob jak młody pelikan, a o sf ledwie co się otarłem, więc … :)

  2. Dopiero po lekturze tego fragmentu wziąłem, sprawdziłem i przekonałem się, kim ta Maria i Magdalena były i jakie to koligacje w grę wchodzą. Ależ ze mnie ignorant był.

  3. Rzeczywiście Jachowicz bardzo surowo podchodził do wychowania dzieci. Ja go znałam od lepszej strony. Pamiętam na przykład taki wierszyk:

    „Zwierzątkom dokuczać to bardzo zła wada.
    I piesek ma czucie, choć o tym nie gada.
    Kto z pieskiem się drażni, ciągnie go za uszko,
    To bardzo niedobre musi mieć serduszko”.

  4. Istnieje jeszcze taki wiersz pochwalający bicie dzieci, tyle że autorem chyba nie jest Jachowicz:

    „Rószczką, gdy będzie Dziecię Matka siekła,
    Wybawi pewnie duszę jego z piekła.
    (…) Matka, gdy róższczki na dziecię żałuje,
    Na szyję powróz pewnie mu gotuje.
    Błogosław Boże! Mistrze i te Matki,
    Które wścinają rószczką małe Dziatki.
    Błogosław Boże i takowe lasy,
    Gdzie rózgi rosną, w jak naydłuższe czasy”.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: