Skip to content

Zacofany w lekturze

Blog Piotra Chojnackiego. Książki nowe, stare, znane i zupełnie zapomniane, pełna swoboda wyboru.

Menu
  • Strona główna
  • O mnie
  • Powieści młodzieżowe PRL
  • Przestały oczekiwać 2011
  • Przestały oczekiwać 2012
  • Przestały oczekiwać 2013
  • Przestały oczekiwać 2014
  • Przestały oczekiwać 2015
  • Przestały oczekiwać 2016
  • Przestały oczekiwać 2017
  • Przestały oczekiwać 2018
  • Przestały oczekiwać 2019
  • Przestały oczekiwać 2020
  • Przestały oczekiwać 2021
  • Polityka prywatności
  • Przestały oczekiwać 2022
  • Przestały oczekiwać 2023
  • Przestały oczekiwać 2024
  • Przestały oczekiwać 2025
  • Przestały oczekiwać 2026
Menu

Księgozbiory polskie, cz. 17: Na ziemiach włączonych do Rzeszy

Posted on 2 listopada 2020 by Piotr (zacofany.w.lekturze)

Księgozbiory polskie

Janina Wieczerska (ur. 1931), autorka książek dla młodzieży (m.in. „Plagi osiedla i innych opowiadań”) i dziennikarka, dzieciństwo spędziła w Poznaniu, który w czasie okupacji był częścią Kraju Warty, okręgu administracyjnego złożonego z ziem polskich włączonych do Rzeszy. Na terenach tych Niemcy prowadzili bezwzględną politykę germanizacyjną. W zbiorze swych felietonów „Regał podręczny” Wieczerska wspomina, jak wyglądało czytelnictwo w tamtych warunkach.

Krążył w czasie okupacji w moich rodzinnych stronach następujący epigram:

Mąki nie mamy — placki jadamy,

Wojska nie mamy — wojnę wygramy.

Przypomniał mi się teraz nagle, ale nie bez przyczyny: otóż stwierdziłam, mniejsza z jakiej okazji, w każdym razie z niejakim zdziwieniem, że najwięcej książek przeczytałam miedzy ósmym a czternastym rokiem życia. Samo w sobie nie byłoby to żadnym fenomenem: w erze przedtelewizyjnej opętane pożeranie książek było charakterystyczne dla osobników w tym przedziale wieku. Znamienne jest co innego; te kilkaset, a może nawet kilkanaścieset tomów, czyli zupełnie przyzwoitą bibliotekę, przeczytałam w miejscu i czasie, w którym książka polska nie miała prawa bytu: w Reichsgau Wartheland.

Wszelkie księgozbiory polskie już od grudnia 1939 roku zarządzeniem Greisera podlegały konfiskacie. Publiczne nie uniknęły śmierci: były deptane, mielone, palone. Prywatne — ukryły się po strychach, za szafami, w piwnicach. Nie wszystkie — te, które zostały w mieszkaniach po wysiedlonych, nie uszły swego losu. Choć zdarzały się cudowne ocalenia — z biblioteki moich rodziców uchronił się trzeci tom Potopu i kawałek Kubusia Puchatka, które palacz tartaczny zdołał wkopnąć pod taczkę, a potem przyniósł do naszej babci (uchowało się też albumowe wydanie Pamiętników Paska, z ilustracjami Andriollego, ale przywłaszczył je sobie pewien „Leistungspole” i oczywiście do babci nie zaniósł). Kilkanaście książek z biblioteki gimnazjalnej uratował pedel (pan Drańczarek, o ile dobrze pamiętam), a przechowywały wiernie chyba jego córki. Z księgozbioru Towarzystwa Czytelni Ludowych zostały tylko te tomy, których czytelnicy na szczęście nie zdążyli oddać przed 1 września.

Ania z Zielonego WzgórzaA jednak… „Bibliotek nie mamy — książki czytamy” — można by dopisać do cytowanego na wstępie epigramu. Już wiosną 1940 roku czynny był ruchomy, jednoosobowy punkt biblioteczny. Nieznana mi z imienia, zawodu i pochodzenia dziewczyna, panna Siniecka (nazwisko zapamiętałam, bo krążyło z ust do ust jako nazwa „instytucji”), z własnej, nieprzymuszonej woli, całkowicie bezinteresownie, kierując się jedynie miłością do książki i zrozumieniem dla współmiłośników, zaczęła krążyć po domach, wchodząc wejściami ,,od podwórka” z koszykiem (takim wiklinowym, z jakim w owych czasach chodziło się na targ) wypełnionym książkami. Z tego koszyka wyjmowało się, co się chciało, wkładając w zamian, co się miało. Panna Siniecka nie prowadziła żadnej kartoteki, powierzało się jej książki na słowo honoru, właściwie nawet bez słowa (była osobliwie małomówna), nie zdarzyło się jednak, by książka nie wróciła do właściciela. To zresztą w ogóle była święcie przestrzegana zasada — pożyczało się książki bez zastrzeżenia: „ale nie dawaj jej nikomu innemu”, bo wiadomo było, że ktokolwiek ją weźmie, bez wątpienia zwróci. Mnie osobiście w ciągu tych pięciu lat zginęła — i to pod koniec wojny — tylko jedna książka, Ania z Zielonego Wzgórza, cenna dla mnie szczególnie, jako ostatnia polska książka, którą dostałam od matki. Z tego powodu do dziś żywię żal do niejakiej Hanki R., która ją zgubiła i którą, jak mi się teraz wydaje, tylko z tego powodu po trzydziestu z hakiem latach pamiętam.

 

W koszyku panny Sinieckiej były książki wszelkiego autoramentu i poziomu, dosłownie, co popadło. Dzięki temu jeszcze dziś mam niejakie pojęcie o „Kurcmalerce” (jak się popularnie mówiło o legendarnej dziś Courths-Mahler), o Czarskiej, o Buyno-Arctowej, o Kierdeju, Harcerzach z Bagdadu, Krytycznej nocy w Kertwizelu, Kapitanie Łamigłowie, nie jest mi obcy Tarzan i Kara ben Nemzi, wiem plus minus, jak pisał Zane Grey i Edgar Wallace. Cenię sobie teraz te lektury — unikalne, jak się miało potem okazać.

Panna Siniecka po roku mniej więcej zniknęła z horyzontu. Wysiedlono ją do GG, zabrano na roboty do Panna z mokrą głowąRzeszy? Nie wiem. Powstała dotkliwa pustka. Zapełniałam ją, czym się dało. Czytałam stare wypisy szkolne, Mówią wieki, ba, nawet dwa tomy encyklopedii Gutenberga (hasła od Dewsbury do Europa i Kolejowe sądy rozjemcze do Laubzega), które nie pamiętam skąd do nas trafiły. Przyjaciółka matki przysłała mi z GG Historynkę L.M. Montgomery i Pannę z mokrą głową Makuszyńskiego — starczyło na tydzień. Kolega Wacek Świątek wygrzebał gdzieś zeszyty „Za 5 gr” — opowiastki historyczne. Cóż to było — połykało się pięć w jeden wieczór. Na szczęście „człowiek” rósł — i w pewnym momencie dorośli otworzyli przede mną swoje skrzynie. Najpierw pani Bogna Matczyńska, „starościanka”, jak ją nazywano. Boże, to był księgozbiór! Nareszcie mogłam przeczytać także i pierwszy i drugi tom Potopu i Quo vadis, i w ogóle całego Sienkiewicza, od Humoresek z teki Worszyłły do Wirów. No a skoro miałam za sobą Sienkiewicza, to stryj dopuścił mnie do Prusa. Znowu jak leciało: od Opowieści babuni do Dzieci. Tym sposobem nie są mi obce dzieła klasyków, które nie figurują w kanonie lektur nawet na polonistyce.

Nie wiem, kto był właścicielem kompletu podręczników klasy piątej i szóstej, które przerabiałam na tajnych lekcjach z panną Olejnikówną, dzielną, upartą nauczycielką. Ot, dostawałam je i oddawałam. Nie wiem, z czyjej biblioteki pochodził Pięcioksiąg przygód Sokolego Oka. Nie wiem, kto wielkodusznie puścił w obieg encyklopedię Świat i życie Trzaski, Everta i Michalskiego, Łowców mikrobów, Człowieka ustokrotnionego i inne tomy z Biblioteki Wiedzy. Wiem tylko, że mam wobec nich dług wdzięczności.

I dlatego, wrześniową okazję wykorzystując, piszę i wspominam tych, których znam, z nazwiska. Niewielka szansa, by felieton w tygodniku mógł „ocalić od zapomnienia” ich dawną, wierną miłość książki. Mogę powiedzieć: robię, co mogę. Ale oni — panna Siniecka, palacz tartaczny, woźny gimnazjalny, pani Matczyńska, panna Olejnikówna — mówiąc to samo — robili znacznie więcej.

Janina Wieczerska, Regał podręczny, Wydawnictwo Morskie 1980, s. 79–81.

18 thoughts on “Księgozbiory polskie, cz. 17: Na ziemiach włączonych do Rzeszy”

  1. AgaGaga pisze:
    3 listopada 2020 o 09:31

    Och, Boże, jaka to piękna historia. I dzielni ludzie. Że aż nie da się nic więcej powiedzieć.

    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      3 listopada 2020 o 09:48

      Niesamowita. W ogóle te historie o czytaniu podczas wojny, w najtrudniejszych okolicznościach są wzruszające.

      Odpowiedz
  2. czytankianki pisze:
    3 listopada 2020 o 13:08

    Jestem w stanie wyobrazić sobie głód książki, żal po straconej „Ani…” także. A okładka Makuszyńskiego fantastyczna.

    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      3 listopada 2020 o 14:35

      No cóż, ja do dziś pamiętam, kto mi 30 lat temu paru książek nie oddał :( A co do głodu książki, to pamiętam wakacje u babci, kiedy z rozpaczy czytałem broszurki agrotechniczne dziadka i podręcznik fizyki dla kandydatów na studia zaoczne. Zaskakująco interesujący był ten podręcznik, dużo lepszy niż moje szkolne.

      Odpowiedz
      1. Bazyl pisze:
        4 listopada 2020 o 14:43

        Też tak mam, tyle że z kolekcją komiksów. No i z pożyczającym już niestety wykłócać mogę się u św. Piotra czy tam w innej Valhalli :( I czytanie dziwadeł, bo nie było wyboru, też pamiętam :)

        Odpowiedz
        1. Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
          4 listopada 2020 o 14:54

          Dlatego nauczony doswiadczeniem robię sobie spisik osób pożyczających i bez żenady się upominam o zwrot :)

          Odpowiedz
          1. Bazyl pisze:
            4 listopada 2020 o 17:07

            Swoją drogą szkoda tego opętanego pożerania książek. A miało miejsce i w erze TV. Przaśnej i niewiele oferującej, ale jednak. A i pożyczania szkoda, bo teraz prędzej po pieniądze ktoś przyjdzie niż po książkę.

            Odpowiedz
            1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
              4 listopada 2020 o 18:02

              Szkoda, ciągle żałuję, że nie prowadzilem jakiegoś spiu i nawet nie wiem, czy połknąłem wieleset czy tysiącset książek :( Co do wypożyczania, to do nas akurat czasem ktoś wpadnie po książkę.

              Odpowiedz
              1. Bazyl pisze:
                5 listopada 2020 o 12:56

                Przy takim księgozbiorze wcale się nie dziwię :) Ja ewentualnie robię za głos doradczy np. w kwestii książek dla dzieci i młodzieży :D
                Swoją drogą, te wojenne sytuacje wskazują jaki w nas duch przekory. Nie można, to czyta i woźny i panienka z dobrego domu :) Może by tak w ramach kolejnych tarczy zakazać czytania, to zaraz by się podziemie stworzyło :P

                Odpowiedz
                1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
                  5 listopada 2020 o 12:59

                  No władza właśnie zakazał uczniom protestować, na pewno posłuchają. Więc może literatury też zakażą, najlepiej tej lepszej, bo na samym JP2 daleko nie zajedziemy :P

      2. czytankianki pisze:
        5 listopada 2020 o 15:44

        Ja z kolei pamiętam, kto mi zniszczył książki.;( I nie pożyczam.
        Chyba nigdy nie zdarzyła mi się taka posucha, żeby czytać broszurki agrotechniczne albo zbiór zadań do matematyki – zawsze miałam przy sobie przynajmniej jakieś czasopismo. Przezorny zawsze ubezpieczony.;)

        Odpowiedz
        1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
          5 listopada 2020 o 16:03

          O, dla takich to ja mam osobną czarną listę, szczęśliwie niedługą :)
          Pojęcia nie mam, czemu nie zabierano mi na wakacje żadnych książek. Podejrzewam, że podróż pekaesem z walizami i dwójką dzieci nie sprzyjała obciążaniu bagażu, a pewnie i nie było co zabierać, bo to były czasy pustych księgarń i wyczytywania bibliotek. Jak miałem 10-11 lat, to już sam coś sobie zabierałem, tyle że kończyło mi się po dwóch dniach i znowu były grane broszurki i co-tam-w-rękę-wpadło.

          Odpowiedz
          1. czytankianki pisze:
            6 listopada 2020 o 14:29

            Ooo, to chyba pochłaniałeś wtedy książki jak smok.;) Chociaż to naturalne, że w dzieciństwie moce przerobowe są większe.
            Mnie rodzicielka po latach oświeciła, że ojciec cichaczem wyjmował mi książki z bagażu, bo uznawał, że za dużo zabrałam. Ale to chyba bajka, bo przecież bym się połapała.;)))

            Odpowiedz
            1. Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
              6 listopada 2020 o 15:16

              Z biblioteki publicznej moglem wziąć pięć książek, a bywałem tam średnio raz na tydzień. W szkolnej bibliotece od piątej klasy miałem wstęp między regały, więc pewnie wynosiłem drugie tyle. Podejrzewam, że do końca podstawówki miałem wyczytane jakieś potworne ilości i niczego tak nie żałuję, jak tego, że nie spisywałem tytułów :( Rany, wyjmowanie książek z bagażu jawi mi się jako kompletna zgroza :P

              Odpowiedz
      3. Kasia pisze:
        6 listopada 2020 o 20:45

        A ja czytałam „Chów świń” wujka.

        Odpowiedz
        1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
          6 listopada 2020 o 21:04

          Mam nadzieję, że starczył na dłużej niż broszurka o domowej uprawie boczniaka :)

          Odpowiedz
  3. małgosia pisze:
    10 listopada 2020 o 15:36

    Ja pożyczyłam swego czasu koleżance Chama Orzeszkowej, nie oddała do dziś twierdząc, że w ogóle nie pamięta, aby jej pożyczyła. Była skreślona z listy koleżanek przez lata, potem na nią wróciła, ale książek już jej nie pożyczałam. Bo to chamstwo nie oddać Chama. A z książkami na wakacjach, to już kiedyś wspominałam, jak spędzałam je u babci w Ustce to były tam dwie cudownie zaopatrzone księgarnie, gdzie kupowałam wszystkie pastelowe wydania książek z sową oraz wszystko co wpadło w ręce a napisane było przez nazwiska znane mi z innych lektur. Tym sposobem przeczytałam wówczas całkiem sporo Żeromskiego. Zabierałam potem te książki na plażę i czytałam, czytałam, a znajomi patrzyli z politowaniem, że taka biedna, że musi czytać na wakacjach, pewnie jakaś poprawka ją czeka. Natomiast w Poznaniu u drugiej babci wyczytywałam książki z biblioteki wujka, tam całkiem sporo przeczytałam Conrada. Pamiętam też czytanie Sienkiewicza u cioci w Runowie, leżał pod szklanym blatem stolika, ach cóż to była za rozkosz, nie miałam wcześniej do niego dostępu.
    Podziwiam, że podczas wojny ludzie czytali, kiedy ja podczas pandemii (która jest o niebo mniej depresyjna, dotkliwa) czytam mniej.

    Odpowiedz
    1. Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      10 listopada 2020 o 18:02

      Och, też bym skreślił :) Miałaś szczęście, że wakacyjna rodzina dysponowała księgozbiorami albo miałaś księgarnię niedaleko. Jako dziecko nie mogłem biec 3 km do miasteczka po książkę, ale jako nastolatek już chodziłem i pamiętam, jak z rozpaczy, że nie ma nic ciekawego w ofercie, kupiłem Odyseję. I przeczytałem :)

      Odpowiedz

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Wyszukiwanie

Instagram

Blog o książkach, blog z recenzjami książek, recenzje klasyki,
książki recenzje

Pozycjonowanie strony: VD.pl

© 2026 Zacofany w lekturze | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme
Ta strona używa ciasteczek (cookie)Rozumiem Chcę wiedzieć więcej
Polityka prywatności

Privacy Overview

This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary
Always Enabled
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Non-necessary
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.
SAVE & ACCEPT