Nostalgia i gorycz (Iwan Turgieniew, „Wiosenne wody”)

 

W historii opowiedzianej przez Turgieniewa nie ma nic szczególnie odkrywczego, fabuła jest przewidywalna, bohaterowie raczej płascy, a jednak czyta się ją z przyjemnością: decyduje o tym nastrój nostalgii, jakim owiane są „Wiosenne wody”, ujmująca tęsknota za młodością, kiedy wszystko było świeże i pierwsze, zapierające dech w piersiach i nie zapowiadało goryczy późniejszego życia.

Rosjanin we Frankfurcie

Dymitr Sanin, po przeputaniu schedy po krewniaku na wojaże po Europie, wraca do Rosji. Przesiadka wypada mu we Frankfurcie. W oczekiwaniu na swój dyliżans rusza na spacer po mieście i przypadkiem pomaga ocucić zemdlonego młodzieńca. Rodzina Emila zaprasza go w podziękowaniu do siebie na wieczór. Sanin przyjmuje zaproszenie, w czym duży udział ma uroda Gemmy, siostry młodziana. Rosjanin tak się rozsmakował w jej towarzystwie, że przepuścił odjazd dyliżansu. A że wydał nań ostatnie pieniądze, musiał pozostać we Frankfurcie w oczekiwaniu na pożyczkę od przyjaciela. Tym samym został stałym bywalcem domu pań Rosellich, nieuchronnie ulegając urokowi Gemmy. Wskutek dramatycznego splotu okoliczności dochodzi do wzajemnych wyznań natury uczuciowej i Dymitr rozpoczyna przygotowania do poślubienia ukochanej. Rzecz jasna, happy end nie jest przewidywany, gdyż Sanin wpada w pułapkę i zaprzepaszcza swoje widoki na szczęście. Trzydzieści lat później jest zgorzkniałym, samotnym człowiekiem, wyrzucającym sobie własną niestałość i opłakującym dni radości, które przemknęły „jak wody wiosenne”. Czy da się ten mrok jeszcze rozjaśnić?

Naiwni i manipulatorzy

„Wiosenne wody” nie zaskakują i kolejne wydarzenia można bez trudu przewidzieć aż do finału. Para głównych bohaterów, Dymitr i Gemma, też nie wyróżniają się wśród setek czy tysięcy zakochanych: młodzi, niedoświadczeni w uczuciach, on dobroduszny i niezbyt może lotny, dający się raczej bezwolnie nieść wydarzeniom, ona na pozór dość nijaka, mimo urody, potrafiła jednak postawić na swoim. Dużo ciekawsze charaktery widzimy na drugim planie: mama Roselli, egzaltowana, chociaż musiała twardo stąpać po ziemi, eksśpiewak operowy Pantaleone, służący u Rosellich, opowiadający o swej dawnej świetnej karierze i wciąż gotów do odgrywania scen w iście operowym stylu, Karl Klüber, którego sarkastyczny portret kreśli Turgieniew po mistrzowsku, czyniąc z niego pompatycznego nudziarza – na jego tle nawet Sanin wypada bardziej interesująco. Wszystkich na głowę biją małżonkowie Połozowowie: on, safanduła, dbający tylko o własne wygody, i ona, Maria, ładna, bystra kobieta niższego stanu, która wyszła za mąż, by zyskać wolność robienia tego, co jej się podoba. Mąż ulegał jej we wszystkim, ona zaś, obdarzona zmysłem do interesów, używała majątku do własnych celów, śmiało wyrażała niezbyt, jak na epokę, ortodoksyjne poglądy i swobodnie manipulowała ludźmi. W starciu z nią szans nie mieliby bardziej życiowo wyrobieni przeciwnicy niż Sanin.

Tęsknota za złotym wiekiem

Opowiadanie Turgieniewa, mimo fabularnej przewidywalności i schematyczności postaci, wciąż ma wiele uroku. Sanin z roku 1870 wspomina siebie sprzed trzydziestu lat z zazdrością: wtedy jeszcze nie znał tej goryczy, która stanie się jego udziałem później, mógł marzyć, snuć plany, nie myśleć o śmierci, nie gardzić sobą. Ta nostalgia bohatera udziela się i czytelnikowi – zanurzamy się w obraz złotego wieku Dymitra, wraz z nim cieszymy się beztroską i porywami pierwszej miłości, by potem obserwować, jak wszystko traci, po części przez własny brak charakteru, po części wskutek działań cynicznej manipulatorki. Poza tym „Wiosenne wody” hojnie okraszone są sarkastycznym humorem, który znakomicie równoważy ton romantycznych scen między zakochanymi, połączonym ze sporą dawką realistycznych obserwacji – dowiemy się, co warte są niemieckie obiady i niemiecki teatr, oraz jak przygotować i przeprowadzić pojedynek.

Iwan Turgieniew, Wiosenne wody, tłum. Kazimierz Andrzej Jaworski, Dom Wydawniczy Szczepan Szymański 1992.

 

(Visited 213 times, 8 visits today)

22 komentarze do wpisu „Nostalgia i gorycz (Iwan Turgieniew, „Wiosenne wody”)”

  1. A ja się jakoś wybitnie nie mogę do Turgieniewa przekonać. Zresztą w ogóle mam jakiś bliżej nieokreślony problem z literaturą rosyjską jako taki. Jakoś nie mogę się odnaleźć w tej prozie. Nudzi mnie, męczy przytłacza… Turgieniewa znam tylko z “Ojców i dzieci”. Ta lektura to była dla mnie katorga.

    Odpowiedz
  2. Dla mnie Dostojewski też jest nie do przejścia. “Zbrodnię i karę” zmęczyłam metodą “jedna część dziennie” (lektura to była, wiec pilnie czytałam), ale “Biesy” rzuciłam w kąt jeszcze przed połową.

    Odpowiedz
  3. Ale wiecie, polecam Rosjan w małych dawkach. Ostatnio poczytuję serię “Opowieści niesamowite”, to takie opowiadania grozy z XIX wieku. Grozy jak na tamte czasy, oczywiście. I w tomie rosyjskim sami wielcy pisarze. Uważam, że rosyjski i niemiecki tom z tej serii jest najlepszy. Polskiego nie czytałam jeszcze.

    Odpowiedz
  4. Wnioskuję, że Wiosenne wody są ciekawsze od Ojców i dzieci.;) Tam postaci – oprócz kobiecej – były takie sobie, ale i tak dobrze było się zanurzyć w starym świecie. Klasyka zazwyczaj pozwala złapać oddech i to w niej cenię.
    A Wiosenne wody mam od lat w planach, tylko jakoś trudno się zebrać.;)

    Odpowiedz
  5. Cóż mogę rzec, chciałoby się klasyków, ale ja prosty człek i jak w filmach wolę naparzanki po gębach niż moralny niepokój, tak w prozie raczej rozrywkę i sensację, niż …, no cóż, klasykę właśnie :P Turgieniewa “Zapiski …” ściągam z półki w biblio tak ze dwa razy do roku (podobnie jak “Czarodziejską górę”) i pokiwawszy głową, odkładam. Taki to mój kontakt z wielkimi Rosjanami :D A poza tym drugą połowę roku mam zamiar poświęcić non fiction, starym młodzieżówką i popnauce dla dzieci, bo mi się stos uzbierał o tematyce wszelakiej. Niekoniecznie w podanej kolejności :D

    Odpowiedz
      • Ja już chyba zachorowałem na tę nowopokoleniową sraczkę poznawczą. Przerzucam przed oczami coraz to nowe, coraz to szybciej, coraz to krótsze i już chyba nie potrafię się skupić na XIXwiecznej frazie :( A młodzieżówki jeszcze ogarniam :)

        Odpowiedz
          • Nie idź tą drogą. Kitek ledwo, ledwo wyrwał się z nałogu, a było już niedobrze, bo pykała właściwie każdą wolą chwilą. Ja się tak kiedyś wkręciłem w jakiegoś logika (jeszcze tylko jeden poziom!) i też trzeba było siekierą odcinać. Wydaje mi się, że po prostu nasze mózgi walczące z idiotyzmami codziennego dnia w pracy, nie mają siły wypoczywać przy lekturze. Za dużo bodźców, za dużo kminienia jak zrobić, żeby było dobrze i po, to już tylko TV i ślina z kącika ust :P
            Nie wiem w zasadzie czemu, ale ja np. Dostojewskiego “Zbrodnię …” kojarzyłem z LO jako rzecz, która mi się bardzo podobała. Sięgnąłem, dorosłym będąc, po “Idiotę” i poległem :(

            Odpowiedz
            • Przy 6666 etapie jestem się w stanie swobodnie oderwać w każdej chwili :) Tak, skłonność do takich rozrywek zdecydowanie świadczy o przeładowaniu umysłu, odechciewa się czegokolwiek bardziej wymagającego. Z Dostojewskim też mam licealne doświadczenie, uznałem Zbrodnię za nudziarstwo i zakończyłem znajomość z autorem.

              Odpowiedz

Odpowiedz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: