Kaśka i chłopcy (Janina Zającówna, „Heca z Łysym”)

Heca z Łysym

 

Małe miasteczko, na oko początek lat siedemdziesiątych. Czasy klapsów, Klossa i Karela Gotta. Trzynastoletnia Kaśka nie dość, że ma problemy ze sobą i skomplikowaną sytuację rodzinną, to jeszcze musi sobie radzić z przemocą, jaka pojawiła się w szkole. Cały ten splot okoliczności zmusza dziewczynę do działania i, przede wszystkim, do głębokiego namysłu nad sobą i dokonania poważnych przewartościowań.

Rozterki trzynastolatki

Kaśka jest outsiderką, chciałaby być „inna”: „nie chcę utonąć w morzu przeciętności”, powiada. Nie interesują jej zwykłe „dziewczyńskie” sprawy – ją fascynuje Napoleon i najchętniej zadawałaby się tylko z chłopakami, do czasu. Nieuchronne dojrzewanie popsuło stosunki z kolegami („zaczęli jakoś głupio zachowywać się w moim towarzystwie”), ona sama zakochała się w Jacku i zrezygnowała z chęci zostania chłopakiem (bo wtedy nie mogłaby się kochać w Jacku; jak widać, pewne możliwości fabularne nie mieściły się w głowach autorom peerelowskich młodzieżówek). Tkwi więc na marginesie szkolnego życia, bez koleżanek, bez kogoś, przed kim mogłaby się otworzyć i wygadać. Nastoletni ból istnienia, połączony na dodatek w brakiem motywacji do nauki, co budzi niepokój rodziców i nauczycieli. Próby wytrącenia dziewczyny z tego szkolnego marazmu nie dają jednak większych rezultatów.

Groźna heca

Pozaszkolnie jednak Kaśka jest mniej obojętna: ostro reaguje na nasilającą się wokół niej przemoc, której zresztą jest jedną z ofiar. Bo tytułowa „heca” nosi raczej wszelkie znamiona grubszej rozróby: dochodzi do pobić, wymuszeń okupu i upokarzania słabszych; mamy też rzucanie kamieniami i zapalonymi zapałkami za kołnierz, wreszcie śmierć kota. Pojęcia nie mam, dlaczego autorka za stosowne określenie na tę „działalność” uznała eufemistyczną „hecę”. Jeśli dodamy do tego bicie jako powszechny środek wychowawczy (stosowany nie tylko przez rodziców, ale i przez starsze rodzeństwo wobec młodszego) i ogólną tendencję do załatwiania porachunków za pomocą pięści, to świat powieści okaże się mocno mroczny, nie tylko z powodu jesiennej aury. Kaśka wraz z kolegami organizuje coś w rodzaju samoobrony, by przeciwstawić się gangowi Łysego, forsując Jacka na lidera. Okazuje się jednak, że idealizowany przez nią chłopak nie bardzo ma chęć podejmować zdecydowane działania i dziewczyna musi sama zająć się rozwiązaniem sprawy.

Przełom i przesada

Pisana w pierwszej osobie, „Heca z Łysym” opowiada szczegółowo o przełomowym momencie w życiu głównej bohaterki, kiedy staje ona przed rozmaitymi wyzwaniami i musi zdecydować, jak postąpić. Uświadamia sobie, że nie chce być outsiderką, że w gruncie rzeczy tęskni za przyjaźnią, za rozmowami, za Jackiem, a tymczasem popada jedynie w kolejne kłopoty i jeszcze musi znosić pojawienie się w domu ciotecznego brata, do którego nie pała sympatią, w przeciwieństwie do klasowych koleżanek. Mam wrażenie, że Zającówna trochę przesadziła z liczbą spraw, które poruszyła, dodatkowo dorzucając jeszcze wątek walki z przemocą. Ciut tego za dużo i czułem się lekko przytłoczony i, chyba w pewnym momencie, zdezorientowany rozwojem sytuacji. Wydaje się, że autorka też się nieco pogubiła. Najlepszym przykładem jest Łysy: przed wakacjami dobry kolega, po wakacjach szef bandy, który zmienia się pod wpływem mało szlachetnej akcji represyjnej przeprowadzonej przez Kaśkę. Autorce umyka, że prześliznęła się nad jego motywami, że zostawia czytelnika bez odpowiedzi, z niejasnym tylko podejrzeniem zachodzącej odnowy moralnej. Mimo tego, i niejakiego przegadania, mamy do czynienia z solidną powieścią, mocno życiową, choć dziś przemawiającą już tylko do tych, którzy nastolatkami byli ładnych parę lat temu.

Janina Zającówna, Heca z Łysym, Krajowa Agencja Wydawnicza 1980.

 

 

(Visited 323 times, 22 visits today)

30 komentarzy do wpisu „Kaśka i chłopcy (Janina Zającówna, „Heca z Łysym”)”

  1. Większość osób w wieku bohaterki chce za wszelką cenę upodobnić się do rówieśników, a ona pragnie być inna? Ciekawe. :) Autorkę tę pamiętam z książki „Uczepiona wiatru”. To była interesująca, ale dość smutna powieść o nastolatce zaniedbywanej przez rodziców.

    Odpowiedz
  2. Książki chyba nie czytałam, choć tytuł kojarzę, natomiast pamiętam (jak przez mgłę) serial „Tylko Kaśka” nakręcony na motywach, choć chyba niezbyt mi się podobał. Z tego co piszesz, to wynikałoby, że niektóre wątki zostały złagodzone, bo aż takiej brutalności i przemocy z serialu nie pamiętam, choć mogę źle pamiętać. Natomiast powiem ci, że autorka mogła mieć rację, w niektórych środowiskach tak to wyglądało, w mojej podstawówce (wczesne lata 80-te) na przykład. Płonących zapałek za kołnierz nie pamiętam, ale dużo gorsze rzeczy niestety tak. Znęcanie się nad kotami i to naprawdę okrutne było rzeczywiście koszmarną „modą” w tamtych czasach, zresztą nie tylko w mojej szkole, ukazywały się na ten temat artykuły w młodzieżowej prasie. Sama dotąd mam bliznę na ręce – ratowałam kociaka nad którym chłopcy się znęcali kopiąc go jak piłkę i zwierzak mnie ugryzł. Drugą bliznę mam na nodze, oberwałam tzw. „mojką” (żyletka wtopiona w „główkę” szczoteczki do zębów tak, że ostrze wystawało, ja nie żartuję, niektórzy w mojej szkole to nosili i używali). Powątpiewam jednakowoż, aby jakiekolwiek działania mojej imienniczki pomogły takim osobnikom :-( Osobiście miałam u szkolnych bandziorów przody bo nie donosiłam, na próby agresji seksualnej dawałam po mordzie i nie dawałam ściągać, chyba, że się mnie ładnie poprosiło.

    Odpowiedz
    • Akurat znęcanie się nad zwierzętami doskonale pamiętam ze swoich szkolnych czasów, co prawda tylko z opowieści, ale były to opowieści podnoszące włosy na głowie :( Nie zarzucam autorce, że przesadziła z przemocą, po prostu mocno ją skondensowała, chociaż podejrzewam, że czytelnicy z epoki odbieraliby ją jako rzecz, którą widzieli dokoła siebie. Moja szkoła szczęśliwie cięcia żyletkami nie widziała, ale mnóstwo innych dziś nagannych praktyk uchodziło za „normalne”. Chociaż i tak nauczyciele reagowali stanowczo.

      Odpowiedz
      • I ja pamiętam serial i choć czarno biały i choć dział się jesienną porą to nie pamiętam „brutalnego” odbioru, którego jest spora ilość w książce jak piszesz. I choć w sumie i u mnie w szkole również działy się „hece” różnej maści i grubości to jakoś wtedy to tak bardzo nie przerażało jak teraz co słyszę co się dzieje w szkołach. I nie twierdzę, że teraz jest gorzej tylko mój poziom zrozumienia sytuacji i konsekwencji wzrósł od tamtych czasów. Piszesz o nagromadzeniu tematów, problemów, to brzmi jakby autorka trochę przewidziała dzisiejsze czasy w szkole, w domu. Chodzi mi o tempo wydarzeń, dziejących się wcale nie liniowo. Także mam wrażenie, że książka się nie zestarzala tak bardzo i odnajduje się w niej i teraźniejsze problemy.

        Odpowiedz
        • Głupio z mojej strony byłoby polemizować z Szanownym Gospodarzem Bloga, odnośnie samej książki, bo jak wspomniałam, książki raczej nie czytałam, lub gruntownie nie pamiętam, a serial mógł się znacząco od niej różnić. Stąd uwagi dotyczą tylko „tamtych czasów”. W mojej konkretnej szkole (wczesne lata 80-te, małe miasto przemysłowe) to nagromadzenie problemów należałoby pomnożyć przez 10, a i tak paru rzeczy by brakowało, np. przemocy seksualnej, która w literaturze młodzieżowej w zasadzie nie istniała, a w życiu jak najbardziej. Co prawda moją podstawówką straszono uczniów i nauczycieli i jakby napisać o niej książkę, to pod względem drastyczności „Król” Twardocha by się schował, ale i w innych szkołach w mieście podobne zjawiska występowały, aczkolwiek w mniejszym natężeniu i problemów był natłok. Na efektywną pomoc ze strony dorosłych liczyć nie było można. W sfery pozaszkolne (podobnie zresztą jak w serialu) szkoła naprawdę mieszała się niezwykle rzadko i zwykle za późno, a inni dorośli podchodzili na zasadzie „a, dzieci się bawią”. Gdyby w szkole ktoś spróbował się poskarżyć, to nie miałby życia na osiedlu, bo by go szkolna bandyterka zgnoiła, a i szkoła nie była z tego powodu szczęśliwa. Takich uczniów sprawiających największe kłopoty usiłowano się po prostu pozbyć z systemu, włącznie z tym, że dawano im promocję do następnej klasy, żeby jak najszybciej poszli sobie w diabły. Przełomów moralnych pod wpływem dzielnej koleżanki nie znam, moi koledzy typu tego „Łysego” ogólnie skończyli w najlepszym razie jako menele na murku pod sklepem, w najgorszym jako „żołnierze mafii” w latach 90-tych.

          Odpowiedz
          • @Katarzyna Ależ polemizuj, bynajmniej nie podważam Twojej relacji, doskonale wiem, że sytuacje były różne. Ja co prawda chodziłem do podstawówki na warszawskiej Pradze Północ, ale w tej „porządniejszej” części i tylko jakieś słuchy nas dochodziły, do działo się choćby na Szmulkach – tym bardziej że żaden TVN nie rozgłaszał sytuacji w szkołach i przypadków przemocy, które faktycznie często zamiatano pod dywan. Do naszej klasy wrzucano spadochroniarzy, żeby się reedukowali i o dziwo jakoś się podnosili, w każdym razie podstawówkę kończyli już bez zgrzytów.

            Odpowiedz
            • Możliwe, że źle się wyraziłam i źle mnie zrozumiałeś. Mnie nie chodzi o podważanie mojej relacji, bo tego nie robisz, tylko o to, że rozmawiamy jednak o książce i o tym jest ten blog. Rzeczywiście może ona nie jest najlepiej napisana i to ja nie chciałabym polemizować z twoją opinią O KSIĄŻCE i w ogóle się na jej temat wypowiadać. Ja sobie po prostu na bazie twojego wpisu snuję wspomnienia o moich szkolnych czasach w podstawówce w małym mieście i właśnie mam wrażenie takiego albo i większego natłoku problemów. Ale może książka Zającówny kiepsko i niewiarygodnie to przedstawia?

              Odpowiedz
              • Czyli może jednak ja nieprecyzyjnie się wyraziłem, bo nie napisałem, że to na tle standardowej młodzieżówki z tamtych czasów Heca jest mocno przemocowa. Bo na pewno nie twierdzę, że czasy nie były sprzyjające przemocy, skoro oboje doszliśmy do wniosku, że wręcz przeciwnie. A autorka opisuje to wręcz aż za dobrze, gorzej jej idzie z wychodzeniem z licznych wątków na czyste wody.

                Odpowiedz
                • O i w ten sposób się ustala consensus :-) Niedługo 20 lat będzie, jak jestem ekspertem oceniającym różne wnioski do programów badawczo-rozwojowych UE, gdzie obowiązuje metodyka konsensusu, tzn. na końcu ekipa ekspertów musi się zgodzić i wypracować wspólną opinię co do projektu. Nb. odpowiedź na pytanie jak to się udaje brzmi „It’s magic”.

                  Odpowiedz
                    • Wiesz co, mam niejakie wrażenie, że w dyskusjach na forach internetowych nazbyt często traktuje się innych dyskutantów jako (z definicji) przeciwników od samego początku, po czym się ich nie słucha. Konsensus wymaga od niektórych uczestników dyskusji zmiany zdania, o ile inni przedstawią przekonujące argumenty. Bariera nie do przejścia dla naprawdę wielu. A właściwie to dlaczego nie? Dyskusja (nie mylić z erystyką) jest fajną rozrywką samą w sobie, wcale nie trzeba się przy niej wyzywać i obrażać, jak ktoś się akurat okaże lepszy, a i mądrzejszego przyjemnie posłuchać. No i weź mi powiedz, gdzie tak się da w sieci, bo nie wiem…

                    • Owszem, tak się traktuje, bo nie chodzi o wymianę poglądów, tylko o wyakcentowanie swojej jedynie słusznej racji. Szczęśliwie oduczyłem się dyskutowania w sieci, odkąd moje ulubione fora umarły, a na fejsbukowe pyskówki nie mam siły. Siedzę sobie w moim kąciku i cieszę się, jak czasem ktoś przyjdzie popisać :)

  3. Podstawówka lat 80tych była przemocowa, tylko być może my się jej przyglądamy trochę przez różową szybkę pt. kiedyś było lepiej. Umieszczanie w klasach 17to, 18to letnich spadochroniarzy, którzy na liście swoich życiowych priorytetów edukację mieli na końcu listy, nie było dobrym pomysłem. Ja przez dwa lata miałem pod górkę, bo jeden z takich, nazywajmy rzeczy po imieniu, zwyrodnialców, zagiął na mnie parol :( A problemów, to, o ile pamiętam, nastolatek miał zawsze całą kupę :P

    Odpowiedz
      • Tak jest, powieści nie za bardzo się wgłębiały.
        @Bazyl,bardzo Ci współczuję, wiem co to znaczyło, ja sobie radziłam autentycznie lejąc po mordzie, duża urosłam i w podstawówce byłam większa od zwyrodnialców, aczkolwiek oni mieli lepsze narzędzia. Bliznę na łydce zarobiłam od gostka, który miał był zwyczaj łapać dziewczynki za części intymne. Raz spróbował ze mną, odwinęłam się i go skopałam, a jak już leżał to wyciągnął mojke i mnie chlasnął po łydce. Obecna przy tym nauczycielka odwróciła się i poszła. Nie doniosłam, chociaż krew po bucie leciała, w efekcie u bandytów miałam szacun. Ło matko, jaka to ulga była trafić do liceum…

        Odpowiedz
      • @ZwL w tamtych czasach bardziej zwracano chyba uwagę na problemy społeczne niż osobiste, że o takiej np. seksualności jednostki nie wspomnę. Poza tym to przecież były lata sukcesów władzy, więc o jakich problemach mogła być mowa :P

        Odpowiedz

Odpowiedz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: