Skip to content

Zacofany w lekturze

Blog Piotra Chojnackiego. Książki nowe, stare, znane i zupełnie zapomniane, pełna swoboda wyboru.

Menu
  • Strona główna
  • O mnie
  • Powieści młodzieżowe PRL
  • Przestały oczekiwać 2011
  • Przestały oczekiwać 2012
  • Przestały oczekiwać 2013
  • Przestały oczekiwać 2014
  • Przestały oczekiwać 2015
  • Przestały oczekiwać 2016
  • Przestały oczekiwać 2017
  • Przestały oczekiwać 2018
  • Przestały oczekiwać 2019
  • Przestały oczekiwać 2020
  • Przestały oczekiwać 2021
  • Polityka prywatności
  • Przestały oczekiwać 2022
  • Przestały oczekiwać 2023
  • Przestały oczekiwać 2024
  • Przestały oczekiwać 2025
  • Przestały oczekiwać 2026
Menu

Zakład żywienia zbiorowego (cz. 4): W bufecie

Posted on 28 września 202130 września 2021 by Piotr (zacofany.w.lekturze)

W bufecie
Romek Boryczko, bohater „Zaklętych rewirów” Henryka Worcella, awansuje z pomywacza na pomocnika w bufecie. Egzotyczne miejsce, pełne rozmaitych butelek i nieznanych nazw, wystawia jednak chłopaka na trudną próbę — konieczność przetrwania największego restauracyjnego ruchu, kiedy pośpiech i zdenerwowanie sięgają zenitu.

Tymczasem Romek zachwycał się bufetem. Fryc kazał mu spuścić wodę z lodowni, więc bawił się odkręcaniem i zakręcaniem kurka. Bawił się również rąbiąc lód na podwórzu i okładając drobnym kruszem zwoje rur do piwa i wody sodowej. Obejrzał półki zapełnione szkłem, macał poszczególne kieliszki, karafki i dzbanuszki, wreszcie zbliżył się do wodociągu i odkręcił kurek. […]
Wyszorowali wierzchy szuflad i półki kredensu, wyczyścili mroźniki i otarli biurko z kurzu. Fryc zmienił datę kalendarza ściennego, Romek zamiótł podłogę, po czym obaj zabrali się do mycia szkła pozostałego od wczoraj. Dochodziła już jedenasta, gdy Fryc wyciągnął z szuflady pęk kluczy.
— Weź ten koszyk i chodź ze mną.
Udali się do komórki na podwórze. Fryc włożył do koszyka kilkanaście butelek wody mineralnej, po czym wskazał na beczkę piwa:
— Nie wolno toczyć po ziemi, musisz brać do góry.
Widząc jednak, że Romek niezgrabnie zabiera się do beczki, wyrwał mu ją z rąk i wypinając brzuch zaniósł do bufetu.
— Tu schwitz, tu muszisz arbeiten — powiedział układając w lodowni flaszki z wodą mineralną. […]
Okazało się, że i podczas obiadu praca w bufecie jest przyjemna. O godzinie dwunastej przyszedł bufetowiec ubrany w długi, biały kitel. Uporządkował szuflady, wytarł z kurzu szklaną gablotkę i zaczął znosić z kuchni półmiski z rybami w galarecie, sałaty, majonezy i zimne mięsa — Romek pomagał mu, przy czym dotykał salaterek i próbował dźwięku poszczególnych naczyń. Tymczasem Fryc wynosił z lodowni puszki z rybami, sery, kawior i owoce. Kasjer, człowiek milczkowaty i krępy, siedział przy stoliku między bufetem zimnym a bufetem z trunkami i notował w zeszycie to, co mu bufetowiec dyktował:
— Sześć szczupaków faszerowanych, trzy pulardy, pięć karpi, sześć sałatek francuskich, cztery włoskie… […]
Romkowi kazano na razie myć szklanki i przypatrywać się wszystkiemu, więc stał obok butli z dwutlenkiem węglowym i patrzył na przyrząd do mierzenia ciśnienia gazu i na Fryca toczącego piwo. Nudziło mu się stać bezczynnie — chciałby już bawić się kurkiem, napełniać szklanki piwem i wodą sodową, Fryc jednak nie pozwalał mu tego robić.
— Najpierw się patrz, jeszcze się dosyć natoczysz. […]

Bufet Kosza
Bufet w restauracji Kosza w Krakowie, 1934 rok (źródło).

Po południu Romek bawił się w dalszym ciągu. Otwarł jedną lodownię — wina: Sauternes, Haut-Sauternes, Grand Haut-Sauternes, Barsac, Chablis, Steinwein, Madeira, Cinzano… „hi hi… kasjer mówi: czincano albo: czinczano”. Otwarł drugą lodownię — koniaki: Martell z trzema gwiazdkami, V.S.O. i V.V.S.O.P. i V.V.E.S.O.P. i „Extra”, potem Meukow, Stock, Winkelhausen, Arvine, Boulestin… „hi hi… kasjer znów: nie mówi się boulestin, lecz bulestę i nie: Mercir Roger, lecz: mersi roże”. Otwarł jedną szafę — likiery: Souverain, Cacao Choix, Crème de Bananes, Chartreuse, Antique, Benédictine… Fryc mówił po prostu: benusia, a na Curaçao — kiraso.
— No, dobrze, dobrze, ja sobie to już zapamiętam.
I była jeszcze jedna szafa, zapchana winami szampańskimi i wódkami, a na każdej flaszce inna była etykieta. Oglądanie tych flaszek bawiło Romka niezmiernie. A woda sodowa była znakomita, szczególnie z sokiem malinowym — Fryc pozwolił mu się napić, tylko tak, żeby nikt nie widział. I kawę pił na podwieczorek, ale nie taką, co mu Wicek przynosił na poddasze, lecz o wiele lepszą. […]
Nigdy by nie przypuszczał, że czas od godziny dziewiątej rano do siódmej wieczór to właściwie drzemka, że cała ta część „Pacyfiku” pogrążona była w półśnie.

Bufet u Hawełki
Bufet w restauracji Hawełki w Krakowie, 1938 rok (źródło).

Około ósmej nastąpiło przebudzenie. Pierwej, nim orkiestra zagrała, Romek usłyszał muzykę szkła w bufecie, brzęk serwisu i hurgot krzeseł na sali. Zaczęło się to jakoś dziwnie, bez jego wiedzy — dźwięki gęstniały z każdą minutą, narastały, łączyły się z sobą, aż wreszcie powstał jednolity, uderzający w głowę szum. Nie spostrzegł nawet, kiedy orkiestra zaczęła grać, a wiedział przecież, że grała. Mimo że zaświecono wszystkie lampy, jemu zdawało się, że nagle pociemniało. W bufecie zrobiło się ciasno. Między wodociągiem a lodownią stał ceber zapełniony lodem i butelkami wina. Z sali zaczęli przychodzić pikole — było ich tylko pięciu, Romkowi jednak zdawało się, że ich cały tłum stoi po tamtej stronie lady. Fryc toczył piwo i wodę sodową — brudne szklanki pokryły ladę bufetu.
— Myj! — krzyknął któryś z pikolów.
Więc dziesięcioma palcami chwytał za wnętrza szklanek i pakował je do muszli wodociągowej, a tymczasem za jego plecami padały głośne okrzyki:
— Trzy małe jasne!
— Flaszkę Barsaca!
— Co jest z tym jarzębiakiem!
— Brać ten koniak! […]
Biały tłum za ladą był rozjątrzony. Zdawało się Romkowi, że lada chwila wysunie się stamtąd czyjaś ręka i chlaśnie go w twarz. Dwie szklanki wyskoczyły mu z palców, potoczyły się po ladzie i zanim zdążył je dosięgnąć, spadły na podłogę — szkło chrupało pod butami. Kasjer podskoczył na krześle i zaczął coś krzyczeć, Romek jednak niewiele z tego rozumiał. […]
Gdzieś tam na zewnątrz huczało jak w piekle, światła i cienie migotały w oczach, szklanki przewracały się same i spadały na ziemię. Już nie wiedział, co robić, czasem bezradnie chwytał jakiś przedmiot (szklankę? łopatkę do zgarnywania piany?), biegł z nim od muszli wodociągowej do lodowni i od lodowni do szafy z likierami, wreszcie, pchnięty głośniejszym przekleństwem lub szturchańcem, chwytał za szklankę i toczył piwo, ale tak bez miary, że znów szturchańce i przekleństwa wstrzymywały go od bezmyślnej roboty. […]
Każdy głośniejszy dźwięk wydawał się Romkowi podejrzanym, oczekiwał szturchańca, więc odruchowo zasłaniał się rękami, przy czym potrącał szklanki i rozbijał je, kasjer zrywał się z krzesła:
— Jeśli będziesz tak bylejaczył, to ci cała pensja miesięczna nie wystarczy na zapłacenie tego.
Romek patrzył nań ogłupiałym wzrokiem i pewnie nie rozumiał, o co chodzi — zresztą, cóż jego teraz pensja mogła obchodzić? Wiedział tylko tyle, że cały przód kaftana, fartuch i rękawy ma sflaczone od piwa i wody, że cała muszla wodociągowa zapełniona brudnym szkłem, na półkach poprzewracane kieliszki, wokoło cebra topnieją kruszyny lodu, a na podłodze i na ladzie mokro, mokro wszędzie i duszno od kwaśnego zapachu piwa i wina. To wszystko widział teraz dokładnie, bo w bufecie nie było już ani pikolów, ani kelnerów — zamówienia ustały. […]

Henryk Worcell, Zaklęte rewiry, Wydawnictwo Dolnośląskie 1989, s. 21–27.

 

 

23 thoughts on “Zakład żywienia zbiorowego (cz. 4): W bufecie”

  1. Bazyl pisze:
    28 września 2021 o 15:00

    U nas zawsze lubiło się pić. I za sanacji, i za komuny i za, khem, khem, demokracji :P

    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      28 września 2021 o 16:24

      I przyczyny picia niezmienne od lat :P

      Odpowiedz
  2. AgaGaga pisze:
    28 września 2021 o 15:59

    Muszla wodociągowa!! Boże mój!!
    A od tych kurasów i innych jarsębiaczków to mi się zachciało zajrzeć do piwniczki :-)

    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      28 września 2021 o 16:27

      Tylko bez nadużywania, dopiero wtorek!

      Odpowiedz
  3. małgosia pisze:
    1 października 2021 o 20:08

    O nie – dzisiaj już początek weekendu można zaserwować mały kieliszeczek czegoś na rozweselenie. :) Swoją drogą zawsze intrygowała mnie ta pularda, wydawało mi się, że to rodzaj potrawy w galarecie, a tymczasem to młoda kurka i bardzo delikatnym mięsie. Byłam u Hawełki dwa tygodnie temu, wyglądało zupełnie inaczej niż te osiemdziesiąt lat temu :)

    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      2 października 2021 o 09:23

      Kieliszeczek w weekend zawsze można :) Co do pulardy, to pojęcia nie mam, czy to się jeszcze serwuje, chyba że w restauracjach Michelina, a nawet bym spróbował. Tak samo jak perliczki.

      Odpowiedz
      1. Bazyl pisze:
        4 października 2021 o 12:57

        Z pulardą, to mi się już chyba zawsze będzie kojarzył film o Szopenie, w którym Adamczyk dąsa się, bo nie on, a któreś z dzieci Sand dostało było pulardę właśnie. Ale dawno widziałem (film, nie pulardę), więc mogło mi się ubrdać :D

        Odpowiedz
        1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
          4 października 2021 o 13:24

          Szopen mi wygląda na takiego, co się o pulardę obrażał :D

          Odpowiedz
          1. Katarzyna pisze:
            5 października 2021 o 16:30

            @Bazyl, jakże a propos post, Konkurs Chopinowski jak raz się zaczął. Szopen to w ogóle ciekawy człowiek był, rzeczywiście artysta celebryta w czasach romantyzmu (przynajmniej w pewnych kręgach) to dopiero było coś. A ten incydent był szeroko opisywany (filmu nie oglądałam). Chodziło o to, że syn George Sand, ogólnie Szopenowi niechętny, zgarnął dla siebie najlepsze kąski (pierś) z pulardy, zanim Szopen się obsłużył przy stole. Tzn. nie chodziło o samą pulardę jako taką, tylko o kolejność wyboru przy stole, na co artysta był niezmiernie wrażliwy, bo świadczyło to o prestiżu biesiadników.

            Odpowiedz
            1. Bazyl pisze:
              8 października 2021 o 09:01

              O to, to! Kłótnia o pulardę :D Swoją drogą ile to wiedzy trzeba było posiadać, żeby ogarnąć te wszystkie alkohole. Co do czego i w jakim szkle. Sam mam w głowie podstawową wiedzę potrzebną na wsi, czyli nieważnie czy białe czy czerwone, byle trzepało :P

              Odpowiedz
              1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
                8 października 2021 o 09:03

                Tia, a wszyscy mówią, że do gastronomii nie trzeba nic umieć, chyba że szefem kuchni się chce być.

                Odpowiedz
                1. Bazyl pisze:
                  8 października 2021 o 15:30

                  Ja, jak kiedyś się wkręciłem w te Top Szefy, to uznałem, że wystarczy wwalić wszystko na patelnię, a potem tylko dobrać w kosmos wykręconą nazwę. Wiesz: pitifiurki na karmelizowanej piance z oberżyny z kokosowym dressingiem i czipsem z batata :P

                2. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
                  9 października 2021 o 10:53

                  Z batata to ja tylko frytki z piekarnika :) Bez dressingu i ptifurek.

                3. Bazyl pisze:
                  11 października 2021 o 09:58

                  Mimo wszystko, frytki z batata brzmią egzotycznie i dumnie :P

                4. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
                  11 października 2021 o 13:06

                  Tiaaa, pomarańczowy ziemniak, egzotyka że hoho :)

              2. Katarzyna pisze:
                10 października 2021 o 19:02

                Bazyl, przybij piątkę :-) Ja mam za chamskie podniebienie do tego, żeby odróżnić niuanse smaku powstające przy piciu z innego szkła, choć co do wina mam swoje preferencje i odrobinę orientacji mam. Podobnie zresztą nie doceniam szczególnie super wyrafinowanej kuchni, jakoś zawsze wolałam traktować posiłek w knajpie jako okazję do spotkania z przyjaciółmi czy rodziną i zjedzenia (tudzież wypicia) czegoś smacznego, a nie przeżyć emocjonalnych z powodu tekstury dania i balansu smakowego :-) No co ja poradzę, w moim wieku na odchamienie już za późno. Co rzekłam ja, skończywszy przygotowanie ajvaru z 10 kilo papryki, już tylko trzeba go załadować w słoiki…

                Odpowiedz
                1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
                  11 października 2021 o 08:10

                  Wyrafinowanym smakoszem można być w każdych warunkach i może to dotyczyć każdego produktu. Sam widziałem, jak dawno temu w sklepie dwaj panowie rozważali walory smakowe wina Leśny Dzban. Chyba woleli malinowe niż jeżynowe :D

                2. Bazyl pisze:
                  11 października 2021 o 09:57

                  Nasz piękny kraj chyba jakoś nie ma tradycji celebrowania jedzenia pod względem jakości. Już chyba raczej ilości i zasobności stołu. Słynne: zastaw się, a postaw się. Ja jednak odrobinę ubolewam nad tym moim traktowaniem jedzenia tylko jako paliwa :( A snobowanie się na picie czy jedzenie czasem jest fajne. Ja dzięki temu przestałem pijać koncernowe produkcyjniaki i zacząłem spożywać piwo :D

                3. Katarzyna pisze:
                  11 października 2021 o 17:34

                  Wiesz co, żeby nie było nieporozumień, ja cenię jakość i niekoniecznie traktuję jedzenie jako paliwo i nie jest mi wszystko jedno co piję. Osobiście akurat jestem „winna”, a nie „piwna”, ale też byle czym się nie truję. Ja z tych, co wolą zjeść plasterek dobrego sera niż pół kilo produktu seropodobnego z dyskontu. Chodziło mi wyłącznie o to celebrowanie wyrafinowanej „otoczki”, no ja nie jestem foodie niestety i mnie to nie rajcuje, ja tam wolę np. żreć świeże mule ręcznie z emaliowanego gara :-) Żeby nie było, to jak komuś sprawia przyjemność taka „haute cuisine”, to czemu nie, nie mam nic przeciwko, a wręcz popieram, po prostu nie moja bajka. Co do tej tradycji to hmmm… z jednej strony masz rację, jak tak poczytać sobie komentarze na forach gastronomicznych, to podstawowy argument krytyczny wobec restauracji, brzmi „ale małe porcje”. No normalnie jakby się wszyscy zatrudniali w charakterze drwali w okolicach koła podbiegunowego w sezonie zimowym.Z drugiej strony, jak sobie poczytać o kuchni nieco starszej niż PRL i niekoniecznie „chłopskiej”, to dbałość o jakość produktu jest wyraźnie widoczna, choć faktycznie jadło się więcej niż teraz… Znów się rozpisałam, przepraszam, kulinaria to moje kolejne hobby, poza literaturą :-)

  4. Katarzyna pisze:
    2 października 2021 o 21:20

    Na pulardę się natknęłam tylko we wspomnieniach prababci, która przed wojną łatała rodzinny budżet notorycznie nadwerężany przez małżonka m.in. hodując drób i sprzedając do restauracji. Ale perliczki można kupić, nawet w supermarketach – bardzo polecam, nie znam człeka, który pieczonej perliczki nie lubi :-) Wada jest taka, że są dość drogie, a one są chude i mało mięsa jest na kościach, więc na większy obiad rodzinny jedna nie wystarczy. A, i mrożenie im nie szkodzi, ale trzeba kupić polską (perliczka wielkopolska np.) – raz trafiłam na import z Holandii i to w ogóle było nie to :-)

    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      3 października 2021 o 10:45

      Chyba nie spotkałem perliczki, nawet mrożonej, kaczki i gęsi to i owszem. Może muszę głębiej zajrzeć do tych lodówek :)

      Odpowiedz
  5. Qbuś pożera książki pisze:
    20 października 2021 o 16:27

    A słokie? Mieli tam jakie słodkie?

    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      20 października 2021 o 20:14

      Słodkie nosili z kawiarni :)

      Odpowiedz

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Wyszukiwanie

Instagram

Blog o książkach, blog z recenzjami książek, recenzje klasyki,
książki recenzje

Pozycjonowanie strony: VD.pl

© 2026 Zacofany w lekturze | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme
Ta strona używa ciasteczek (cookie)Rozumiem Chcę wiedzieć więcej
Polityka prywatności

Privacy Overview

This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary
Always Enabled
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Non-necessary
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.
SAVE & ACCEPT