Zakład żywienia zbiorowego (cz. 5): W restauracji

W bufecieRomek Boryczko, z pomywacza awansowany do bufetu, po jakimś czasie znów awansuje – na pikola w restauracji. Pierwszy wieczór na sali staje się jednak dla niego bolesnym przeżyciem…

Dochodziła godzina siódma — zaczynała się tylko o tej porze słyszalna muzyka drzwi. Trzaskały drzwi wejściowe, chrzęściły te w garderobie, kłapały sprężynowe drzwi kuchenne, tamte zaś w bufecie trzęsły szybami i zgrzytały zawiasami. Później dudnienie kroków, przesuwanie krzeseł i brzęk półmisków na bufecie zagłuszały tę uwerturę ruchu wieczornego.
Dopóki mroczno i pusto było na sali, Romek chodził między stołami, czytał spis potraw i oglądał nakrycia — zachowywał się swobodnie. Potem przyszli kelnerzy, zaświecono lampy i Romek nagle poczuł się skrępowany w ruchach. Przechodząc koło luster nadrabiał miną, chciał się widzieć starszym, niż był w rzeczywistości. Raził go czyściutki, dziewiczy kaftan — czuł płynącą od kelnerów niechęć do tego chłopczyka ładnego jak lalka. Coś mu mówiło, że tu trzeba mieć wygląd bardziej draniowaty i nie uśmiechać się tak anielsko. […]
Henek pchnął Romka w kierunku sali:
— Idź no, bo gości masz na trójce.
Istotnie pod lampą siedziały trzy osoby. Fornalski podał im jadłospis i zacierając dłonie czekał na zamówienie. Romek niepewnym krokiem stąpał po wywoskowanej podłodze, bał się potrącić o wazoniki z hiacyntami lub o wystające nogi krzeseł — sala wydała mu się olbrzymia, nieprzytulna, światło odbite w lśniących powierzchniach szkła i porcelany raziło go w oczy. Fornalski spojrzał na niego z góry:
— Ty tu robisz? — zapytał.
— Ja.
— Aha!
To „aha!” uderzyło Romka nieprzyjemnie — zdawało mu się, że na porowatej twarzy Fornalskiego, jakby pod skórą, przewinął się ledwie uchwytny uśmiech-grymas nie wiadomo co oznaczający.
— Wiśniówkę! — rzucił Fornalski przez ramię.
„Wiśniówkę? Aha, to trzeba ją przynieść” — niezbyt pewny, ruszył do bufetu.
— Proszę wiśniówkę — zamówił patrząc w zaczerwienione od łez oczy Fryca.
— Ile?
„Ach, prawda, ile? całą flaszkę czy tylko karafkę?”
— Niech będzie flaszka — zaryzykował.

Kelnerzy w oczekiwaniu na gości, Warszawa, okres przedwojenny (źródło).

Gdy wrócił na rewir, Fornalskiego już nie było. Nie patrząc na gości, porozstawiał niezręcznie kieliszki i zaczął rozlewać wódkę, przy czym parę kropel kapnęło na obrus — widział, jak wsiąkały w materiał zostawiając po sobie czerwone plamki.
Tuż za sobą usłyszał głos Heńka: „Talerzyki prędko, bo przekąski niesie” — więc skoczył do kredensowego stolika i porwał trzy talerzyki, małe widelce i noże. Był już najwyższy czas, bo Fornalski stawiał przed gośćmi sardynki, masło i jajka z kawiorem.
— Bułki — podpowiedział Henek.
„Ach, prawda, bułki; że też nie pomyślałem o tym wcześniej” — „bułki to pierwsza rzecz, która powinna być na stole” — przypomniał sobie czyjeś powiedzenie, czując na sobie wymowne spojrzenie Fornalskiego — „będę już zawsze pamiętał o bułkach”.
Henek opiekuńczo krążył w pobliżu.
— Umiesz markować na kasie? Bardzo łatwo to robić; po prostu przyciska się guziczek z numerem Fornalskiego, tj. szóstką, następnie dwa inne, oznaczające złote i grosze, i jeszcze jeden z napisem: „Kwit” — kasa stęka i wyrzuca z boku żółty bloczek.
— Tylko żebyś się nie pomylił — upominał Henek — bo za to Fornal stłukłby cię na kompot. Tymczasem rób przy tych trzech stołach, a ja wezmę resztę rewiru, bobyś sobie nie dał rady. Co? Dasz radę? Nie bądź głupi, ty i na tych trzech stołach będziesz miał tabakę. A pamiętaj, co podajesz do każdego stołu, bo jak zapomnisz, to znów dostaniesz od Fornala po pysku. Jeśli goście zamówią potrawy z kuchni, to daj im gorące talerze — tam są na korytarzu w piecyku gazowym. I, słuchaj… — odprowadził Romka na bok i zaczął przyciszonym głosem: — jeśli ci goście zamówią czarną kawę, to daj im maszynkę na trzy, a jemu powiedz, żeś dał na cztery albo pięć — zarobi na dwóch kawach, to będzie lepiej dla ciebie. A wódki nie nalewaj tak pełno, bo jak goście wypiją dziesięć kieliszków, to Fryc w bufecie mierzy pełnymi kieliszkami i zamiast dziesięciu, wypadnie mu osiem i znów Fornal zarobi na dwóch wódkach. Tylko żebyś mu o tym nie gadał, bo on woli tak, że to niby o niczym nie wie, kapujesz?
Tak, to wszystko było jasne i zrozumiałe, tylko że… Wprawdzie trzej panowie, siedzący pod lampą, jedli spokojnie, ale któż zaręczy, czy lada chwila jeden z nich, albo wszyscy naraz, nie zażądają czegoś, co w ogóle nie istnieje? Ale nawet to nie byłoby tak groźne jak ich milczenie. Nie mając nic do roboty — nie wiedział, co z sobą począć — oczami podważał leżące na stole talerzyki, wyjmował sardynki z puszki i z powrotem je wkładał, krążył wokoło stołu pod lampą, a tymczasem gdzieś tam na zewnątrz hurgotały krzesła, muzyka zaczęła grać, goście siadali przy sąsiednich stołach, krąg zacieśniał się powoli i niepostrzeżenie — Romek lękał się zapuścić wzrok w głąb sali — przykuty był tu, do podłogi i krzeseł.
— Goście pod lustrem! — krzyknął mu Henek nad uchem.
„Rzeczywiście! Tak blisko usiedli, a ja ich nie widziałem.” Ciesząc się z nieobecności Fornalskiego podał im jadłospisy i bułki i na wszelki wypadek przygotował talerzyki pod zimne zakąski. Domyślił się, że o wódkę należy zapytać starszego pana.
— Wódeczkę jaką mogę służyć?
— A co to, nowy pikolo? — zdziwiła się jedna z pań.
— Chłopcze, przynieś nam pomarańczówki, ale tylko cztery kieliszki — zamówił starszy pan.
„Jeśli wódka, to pewnie i zimne zakąski.” Czym prędzej wybił na kasie bloczek na cztery pomarańczówki i pobiegł do bufetu. Wraz z wódką przyciągnął na rewir wózek z zimnymi zakąskami.
— Proszę bardzo: majonezik z ryb, sardynki, sałatka śledziowa, jajka z kawiorem, tuńczyk w oliwie… — nagle urwał.
Przy stole pod lampą Fornalski czekał z półmiskami w rękach — należało sprzątnąć nakrycia od zimnych zakąsek i podać gorące talerze, Romkowi zaś nie wypadało odchodzić od gości.
— …Proszę bardzo — ciągnął bezdźwięcznym głosem — może kawałeczek węgorza, łososia, karpia po żydowsku… — w tej właśnie chwili przyszły mu na myśl słowa Heńka: „Nie ma co, i tak dostaniesz po pysku” — zaciekawiło go, kiedy się to stanie i z jakiego powodu. A Fornalski kładł już półmiski na bocznym stole (dobrze, że był taki stół) i sprzątał brudne talerzyki, a rzegotał, a uderzał serwisem, że aż się Romkowi gorąco robiło na plecach. Postawił przed gośćmi dwie sałatki i jajka z kawiorem, zostawił wózek i skoczył pod lampę. […]
W parę minut później zaniósłszy brudne naczynia do umywalni spotkał Fornalskiego na korytarzu.
— Proszę pana, na trzeci środek podałem Cointreau z flaszką i maszynkę na sześć. To ostatnie słowo wymówił z naciskiem i uśmiechnął się przy tym jakby chciał dać do zrozumienia, że nie jest tak głupi, jakby kto myślał. Musiało to jednak być bardzo drażniące, bo Fornalski niecierpliwie wstrząsnął ręką, wykrzywił usta i wyszedł na salę. W parę sekund potem znów się pokazał na korytarzu.
— Tee! gdzie jest to piwo na drugi środek!? — zawołał uderzając go wierzchem dłoni w zęby.
Romek przyłożył rękę do ust i, po raz pierwszy tego wieczoru zdziwiony, spojrzał na Fornalskiego.
— No, co się patrzysz, tumanie! Piwo na drugi środek, rozumiesz!
Romek, pchnięty kolanem, przewrócił się na kaflową ściankę i stęknął mimo woli. Ujrzał szeroko rozwarte oczy kasjerki Michaliny i usłyszał czyjś głos: „A dajcie mu spokój, chłopak pierwszy wieczór…” Gdyby nie te współczujące słowa, wcale by mu żałość nie dławiła krtani, i gdyby nie krew na wargach, łzy nie napłynęłyby do oczu. Rozżalony oderwał się od ściany, przyłożył ściereczkę do warg i poszedł po piwo do bufetu. […]
W drodze do rewiru tkliwie zaczerpnął powietrza, zadarł głowę do góry i próbował uśmiechnąć się obolałymi wargami — miał wrażenie, że wargi te są potwornie wielkie, że sterczą jak krowie wymiona.

Restauracja warszawska
Restauracja warszawska, okres przedwojenny. Fot. Leon Jarumski (źródło).

Sala tymczasem zapełniła się do ostatniego przesmyku między krzesłami — kelnerzy chcąc się dostać do poszczególnych stołów zmuszeni byli prosić gości, by odsuwali cokolwiek krzesła. Pstrokaty ruchliwy krąg, okalający rewir trójkę, zacieśniał się coraz bardziej — Romka ogarniał lęk, że wkrótce zabraknie miejsca do oddychania. Nie miał odwagi spojrzeć poza krąg własnego rewiru — wiedział, że tam jest dużo ludzi, że stamtąd wyzierają oczy złe, zachłanne, proszące, rozkazujące, łypiące białkami; słyszał, jak ktoś tam wołał o czarny chleb, o suchy chrzan, o kostkę cukru — nie chciał tam iść, bał się, by go nie rozszarpano. Słysząc, że ktoś tam dzwoni widelcem, udał, że nie wie o tym, i odwrócił się tyłem. […]
Po raz pierwszy tego wieczoru Romek spojrzał na zegar — było już po dwunastej. A jemu zdawało się, że dopiero dziesiąta. Rozejrzał się po rewirze — nie było nic do roboty; przy dwóch stołach goście już zapłacili, przy trzecim kapitan Zarymski z jakąś panią pił czarną kawę. Na sąsiednich rewirach panował jeszcze bezład, ale to Romka wcale nie obchodziło — tam przecież usługiwali inni pikole. Koło gabinetu robiły się wyrwy, goście wstawali i wychodzili do garderoby — na stołach zostawały oblepione likierem kieliszki, filiżanki do kawy, popielniczki pełne popiołu, obrusy splamione kawę i winem, podłoga zaśmiecona papierkami i niedopałkami. W tych miejscach zjawiał się „Kucyk”, drobnym truchcikiem biegał wokoło stołów, przysuwał krzesła i naglił pikolów do sprzątania.
Na trójce pod lustrem goście wstawali, jeden z panów sięgnął do kieszeni i podał Romkowi dwuzłotówkę.
— Masz, chłopcze, kup sobie kamienicę.

 

Henryk Worcell, Zaklęte rewiry, Wydawnictwo Dolnośląskie 1989, s. 46—56.

(Visited 259 times, 52 visits today)

37 komentarzy do wpisu „Zakład żywienia zbiorowego (cz. 5): W restauracji”

  1. Historia z życia wzięta.
    Pod koniec sezonu narciarskiego leżałem ze złamaną nogą w szpitalu zakopiańskim.
    Pokój 6-osobowy – 3 narciarze, 3 górale.
    Jeden z nich opowiadał o swojej pracy w renomowanej krakowskiej restauracji.
    Byłem pomocnikiem kelnera. Któregoś dnia „mój” kelner uwziął się na mnie. Wycierałem kieliszki na tacy, skończyłem a kelner trzask mnie dłonią w tył głowy – źle wytarte!
    Wycieram od poczatku, oglądam każdy pod światło. Skończyłem … i to samo – trzask. w tył głowy – kieliszków nie potrafisz wytrzeć gamoniu?!
    Coś we mnie pękło – wziąłem pierwszy kieliszek w dłoń, spojrzałem pod światło – czyściutki. No to … ukręciłem mu głowę.
    Następny – to samo, następny…
    Ktoś poleciał do szefa sali z wiadomością, ze oszalałem.
    Przyszedł szef sali, ja już ukręcałem łeb chyba 8. kieliszkowi. Szef popatrzył na mnie z uwagą.
    Przestań – powiedział.
    Przestałem.
    Idż teraz do domu. Od jutra zostaniesz awansowany na kelnera a za te połamane kieliszki potracimy ci z pensji.

    Odpowiedz
      • Hmmm, jakoś mi się nie chce wierzyć, żeby w dzisiejszych czasach ktoś bił pracownika i to w renomowanej restauracji… Co do mobbingu i wymyślania to nie wykluczam, tak ze dwa tygodnie temu sama byłam świadkiem sceny w restauracji, do której od lat chodzimy z kolegami z pracy na lunch. Kelnerka (bardzo zresztą sprawna i sympatyczna, pracowała tam od dłuższego czasu) w pewnym momencie ewidentnie pękła, nie wiem co się tam stało ale miała na głowie całą dość dużą restaurację w szczycie lunchowym (knajpa pełna, jest to popularna miejscówka na lunch). Z zaplecza co jakiś czas dochodziły odgłosy kłótni, dziewczynie trzęsły się ręce przy podawaniu i łzy z oczu leciały, wreszcie w pewnym momencie wyszła z knajpy tak jak stała i poszła sobie w siną dal. Musieliśmy wracać do roboty, kasę zostawiliśmy na stole. Nb. kelnerka nadal pracuje :-)

        Odpowiedz
  2. Nb @Piotr i @Bazyl, oglądaliście już Diunę? Bo po trailerze mam uczucia mieszane, pominąwszy nawet fakt, że zamieniłabym rolami aktorów grających Gurneya i Duncana… Zaznaczam, że i tak obejrzę, za dużo wspomnień z tą książką związanych, żeby tego nie zrobić :-)

    Odpowiedz
      • Ja też fanatyk, ja nie żartowałam, że przez Diunę zawód wybrałam :-) Trailer mnie mocno niepokoi, ale może całość będzie bliższa klimatowi książki. No nic, zobaczę i się wypowiem.
        Nb przeczytałam te kolejne książki Płazy :-( Niestety jestem z tych ( nielicznych, sądząc po recenzjach), którym się nie podoba, zwłaszcza „Robinson”, duże rozczarowanie, no trudno… Jakoś tak w tym „Skoruniu” czułam autentyczność, która mi się BARDZO (caps lock zamierzony) podobała, a której w kolejnych książkach zabrakło. Ale w recenzjach, z tego co zdołałam się zorientować, wśród czytelników jest dość duża polaryzacja, więc warto przekonać się samemu, choć przyznam, że co do tego Robinsona to się dziwię, że to jest jednak przez kogoś odbierane pozytywnie. Ceterum censeo, kwestia gustu…

        Odpowiedz
        • Zawsze chciałem być Bene Gesserit, ale niestety żaden uniwersytet tego kierunku nie prowadził :) Co do Płazy, to wbijasz mi nóż w serce. Wolałbym, żeby jednak autor trzymał poziom. Wyjmę sobie tego Robinsona na wierzch, to może go przeczytam w bliższej przyszłości.

          Odpowiedz
          • Systemy ochrony środowiska o specjalności meteorologia techniczna Politechnika Warszawska prowadziła, ja chciałam być Lietem-Kynesem :-) Tak, jestem oficjalnie porąbana :-P
            Co do Płazy, to wiesz co, może to przez moją słabość do literatury XIX wiecznej, gdzie właściwie autor w kolejnych książkach niejako pogłębia i poszerza narrację z poprzednich, nawet jeśli przenosi akcję w inne czasy i środowiska. W sumie np. Myśliwski mi się w tym nurcie mieści, Konwicki również, po prostu widać pewną konsekwencję rozwoju autora. Natomiast Płaza w moim odczuciu jest reprezentantem takiego nurtu, który się w Polsce pojawił w pewnym momencie… Kurczę nie wiem jak to określić, sorki ja naprawdę prosty inżynier jestem i nie umiem w recenzje. Świetna pierwsza książka, a potem zamiast iść tym tropem autor chaotycznie rzuca się na coś innego, to się chyba postmodernizm nazywa. Rezultat jest taki, że wszystko robi się coraz bardziej efekciarskie, co samo w sobie nie byłoby jeszcze takie złe (patrz Umberto Eco), ale problem jest taki, że robi się coraz bardziej powierzchowne i coraz mniej zaczyna mnie obchodzić. Innym przykładem jest Dehnel – „Lala” wyrwała mnie z butów, a kolejne książki, może poza „Dziennikiem roku chrystusowego”, to ja czytuję ku pamięci pierwszej.

            Odpowiedz
            • Miałem pytać, czy zostałaś planetologiem, ale właściwie prawie tak :) Nie wiem, czy ja nie wolę autorów, co próbują z każdą książką czegoś nowego niż tych, co piszą piąty raz tę samą powieść, jak Małecki na przykład, bo wiedzą, że czytelnicy kochają ich w tej konkretnej odsłonie. Natomiast faktycznie chyba ostatnio autorzy nie lubią być kojarzeni z „nurtami” i jak napisali jedną książkę o wsi, to następną napiszą o fabryce, żeby w szufladkę nie wpaść. Trochę szkoda, taki Redliński niby ciągle o wsi pisał, a za każdym razem co innego mu wychodziło.

              Odpowiedz
              • Prawie, prof. Szymon Malinowski był recenzentem mojego doktoratu i osobiście miałam przyjemność spotkać Hasselmanna i uczyć się od niego, tudzież pić z nim piwo :-) Potem ciut zmieniłam zawód, ale nadal na techniczny i w tym obszarze.
                Wiesz co, mnie nawet nie chodzi o to, żeby autor tłukł cały czas to samo – lubię np. Tokarczuk (choć nie wszystkie książki w równym stopniu), a ją to już trudno oskarżyć o to, że nie próbuje nowego :-). Tyle, że to jej „nowe” jest rzeczywiście rozwojem, pogłębianiem pewnych wątków. poszerzaniem perspektywy. Jak Tokarczuk napisze coś nowego, to ja tego mogę osobiście nie lubić, ale zarzutu powierzchowności i efekciarstwa pod jej adresem bym nie sformułowała. Moim problemem jest pewien chaos i narastająca „powierzchowność” na kolejnych etapach twórczości niektórych autorów, podczas gdy powinno być odwrotnie, w jakimś momencie należałoby dorosnąć do głębszej refleksji i pewnej stabilizacji poziomu, bo ileż czasu można się dobrze zapowiadać. Równocześnie zaznaczam, że opinię o „Skoruniu” jako o świetnej książce podtrzymuję.

                Odpowiedz
                • Podejrzewam, że w przypadku pewnych autorów zaczyna działać presja czytelników i wydawcy, obawa, że jak się napisze coś innego, to się nie sprzeda, czytelnicy się odwrócą itepe. Poza tym ten nacisk, żeby co roku premierę dać, bo czytelnicy się odwrócą itepe. Nie wszyscy też są w stanie przeskoczyć własne umiejętności, żeby pogłębiać i poszerzać (i znowu, casus Pratchetta, który pogłębił i poszerzył i spotkał się z krytyką, że przestał być zabawny, za to, moim zdaniem, został Pisarzem).

                  Odpowiedz
                  • No dobra, przyznam się, chociaż wstyd takie rzeczy publicznie mówić, nigdy nie lubiłam Pratchetta. Coś tam przeczytałam z samego początku, a potem nawet nie próbowałam, bo to nie mój klimat był :-) Ale z tego co piszesz, to mi wychodzi, że był to dokładnie ten przypadek, który miałam na myśli – jedni „pogłębiają i poszerzają”, a drudzy skaczą z kwiatka na kwiatek i ślizgają się po powierzchni tudzież dyskontują własny sukces. Co do presji czytelników i wydawcy, to mi się przypomniał casus Lucy Maud Montgomery, która nie lubiła swojej „flagowej” bohaterki Ani, ale pisała kolejne tomy, bo ich się wydawcy domagali. Co niestety widać…

                    Odpowiedz
                    • No więc jak czytałaś Pratchetta z początku, to miałaś prawo się zniechęcić do głupawych historyjek z magiem idiotą :P A Montgomery tak płakała, a i tak Anie to najlepsze, co napisała (sprawdzić, czy nie Błękitny Zamek). A Rilla to już w ogóle jest moja ulubiona.

  3. @Piotr, Worcell jakoś nam indukuje swobodny strumień świadomości od knajpy w Krakowie do Rilli z Ingleside dojechać to rekord świata, uwielbiam takie dyskusje :-) Co do Pratchetta, to możesz mieć rację, na dodatek jeszcze ja się na niego natknęłam w momencie kiedy jakoś mi uwiądł entuzjazm w stosunku do s-f i fantasy. Może kiedyś zweryfikuję :-) Co do Montgomery, zwróć uwagę na to, że ona nie lubiła Ani jako postaci, co moim zdaniem widać. W dalszych częściach cyklu, tam gdzie ona jest już „doktorową Blythe” (w tym w „Rilli”, co do której się z tobą zgadzam) to Ania jest na drugim planie; w sumie jakby tak ktoś zaczął czytać cykl od środka, to by miał problem ze zrozumieniem za co oni wszyscy właściwie ją tak strasznie cenią i kochają. Jakbyś czytał „Błękitny zamek”, to pamiętaj, żeby właściwe wydanie, bo kiedyś ukazało się takie z dziwnych przyczyn „obcięte” o najistotniejsze elementy i ni diabła nie było wiadomo o co chodzi. Ale rzeczywiście pomimo „kopciuszkowatości” to jest b. dobra książka z celnymi obserwacjami obyczajowymi.

    Odpowiedz
    • Akurat nie miałem nic przeciwko temu, że Ania w pewnym momencie zeszła na drugi plan, strasznie się zrobiła marudna i faktycznie nie wiadomo, czemu taka ceniona. Błękitny Zamek mam we wszystkich możliwych wersjach, z oryginałem na czele, szok związany z Joanną/Valance przeżywałem dość mocno :)

      Odpowiedz
      • Aaa, źle cię zrozumiałam, myślałam, że „Błękitny zamek” dopiero planujesz przeczytać! Moim zdaniem to jest naprawdę bardzo dobre, choć zakończenie rozczarowuje – jak już babka tyle przeszła, przełamała tyle tabu, wyszła ze strefy komfortu, to jakoś powinna być zdolna ogarnąć nową sytuację, z facetem rok żyła w końcu i powinna mieć do niego jakieś zaufanie. A jak już nie, to co do swoich dalszych losów, to nie musiała wracać „na stare śmieci” do koszmarnie toksycznej matki (genialna postać nb.), tylko mogła się np. zatrudnić jako pomoc domowa (co jej odpowiadało i do czego miała kompetencje) i zarabiać na życie. Pratchetta, jak mnie najdzie spróbuję :-)

        Odpowiedz
        • A nienienie, to jedna z moich ulubionych LMM, posunąłem się nawet do czytania w oryginale, jak mnie doszły słuchy, że polskie wydanie coś nieteges. Tak, zakończenie idzie po linii oczekiwań czytelniczek, a szkoda. No ale i tak to najbardziej wyemancypowana z jej bohaterek, może już autorka nie chciała przesadzać z tym feminizmem.

          Odpowiedz
          • Ja też czytałam pełną wersję w oryginale, bo to co się ukazało w pewnym momencie po polsku z nieznanych przyczyn było okrojone o bardzo istotne dla fabuły fragmenty. Np. o logiczne wyjaśnienie dlaczego 29-letnia Valancy była od lat beznadziejną starą panną, a jej tylko o rok młodsza kuzynka Olive nie. Ja mogę śmiało powiedzieć, że to jest nawet moja ulubiona LMM, pomimo tego rozczarowującego zakończenia. Ale ta rodzinka! I akcja na przyjęciu u wujka, miodzio!

            Odpowiedz
              • Wiesz co, właśnie to wydanie, na które trafiłam czytając to pierwszy raz (okolice 1990) było dziwne, bo to nie było takie „ad usum Delphini”, zresztą czegoś takiego nie dałoby się zrobić, główny skandal obyczajowy, tzn. opieka nad matką nieślubnego dziecka (tudzież fakt owego dziecka posiadania, z powodu iż nie miała pojęcia skąd się dzieci biorą) jest przecież osią książki. Natomiast brakowało w tym wydaniu naprawdę sporych fragmentów, głównie charakteryzujących poszczególnych członków rodziny Stirlingów, oraz wyjaśniających sprawę Olive. No po prostu jakby się tłumaczowi (tłumaczce?) kartki zlepiły i kawałek przeskoczył/a :-) Co nie zmienia faktu, że ja takich ludzi znałam, a mamusia Valancy jest to wypisz wymaluj moja babcia po mieczu :-)

                Odpowiedz
                • Koło 1990 roku to funkcjonowało chyba tylko wydanie Naszej Księgarni z Joanną w kapelutku na tle zamku. Na pewno brakowało w nim jednego rozdziału, ale nigdy mi się nie chciało tego dokładnie porównywać z oryginałem. I tak głównym wstrząsem było odkrycie prawdziwych imion głównych bohaterów, no bo jeszcze Valancy obleci, ale Barney? Barney to we Flinstonach.

                  Odpowiedz
                  • OOO, to było to, Joanna w kapelutku! Co do imion to jeszcze mamusia była panią Fryderyką, a w oryginale na imię miała Amelia, tylko była Mrs. Frederick, czyli panią Fryderykową, a cousin Stickles z przyczyn mi nieznanych została Teklą :-) W ogóle z tymi imionami w polskich tłumaczeniach LMM bywa dziwnie, na czele z najsłynniejszą Małgorzatą Linde.

                    Odpowiedz
                    • Przed wojną nikt się nie przejmował takimi subtelnościami, miało brzmieć swojsko. A Rachela Linde to byłaby abominacja :( Mój drugi ulubiony przykład to Filipa, która została Izą w Ani na uniwersytecie (no i marszałek Elliott, co za piękna katastrofa). Mam wrażenie, że do dziś część przekładów nie umie sobie z tym poradzić i wychodzą różne kwiatki.

      • Oj tak, Marszałek Elliott jest zaiste spektakularny. No i, co tu dużo mówić, problem z imieniem zaczyna się od tytułowej bohaterki, w wersji polskiej nikt (o ile mi wiadomo) nie poradził sobie z „Anne spelled with an E”. Nie uważasz, że jakby się tak zastanowić, to trochę dziwnie brzmi, kiedy w polskim tłumaczeniu o dojrzałej kobiecie, matce dorosłych dzieci, ludzie mówią per Ania? Ciut infantylnie i lekceważąco to brzmi… A w oryginale nie określają jejj żadnym zdrobnieniem, tylko właśnie imieniem Anne, za wyjątkiem wrogów osobistych mówiących Annie :-)

        Odpowiedz
        • Akurat nie widzę nic złego w tej Ani, tym bardziej że to głównie Gilbert tak do niej mówi (w oryg. jest chyba Anne Girl) i ewent. dawni przyjaciele z dzieciństwa, oni są w prawie; reszta używa „pani doktorowej” albo „pani Blaithe”.

          Odpowiedz

Odpowiedz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: