Niezła celność („Strzał w dziesiątkę”. Wybór opowiadań)

Strzał w dziesiątkę

 

Wydawca „wyboru dziesięciu opowiadań pióra Waszych ulubionych polskich pisarzy współczesnych” pyta kokieteryjnie na okładce: „Czy udało nam się »strzelić w dziesiątkę«? Osądźcie sami”. Odpowiadam: z dziesiątkami jest problem, ale spora część tekstów trafiła między dziewięć a siedem.

Rozrzut

„Strzał w dziesiątkę” to antologia na pierwszy rzut oka niezbyt spójna. Wydana w 1987 roku zawiera utwory pisane od końca lat pięćdziesiątych do końca siedemdziesiątych. Wśród ulubionych jakoby pisarzy młodzieżowych znaleźli się faktycznie autorzy od razu kojarzeni: Edmund Niziurski, Krystyna Boglar czy Danuta Wawiłow, ale też zupełnie mi nieznani, jak Władysław Kozłowski czy Alina Goldnikowa (chwała autorce wyboru, Hannie Dobrowolskiej, za biogramy pisarzy). Trudno też wskazać od razu jakąś myśl przewodnią czy wspólny motyw zamieszczonych opowiadań, ostatecznie jednak okazuje się, że są tu utwory o przyjaźni i lojalności, niełatwych początkach znajomości, przełamywaniu oporów, zdobywaniu i utracie zaufania, zranionych uczuciach. I trzeba przyznać, że ilu autorów, tyle podejść do tematu, co sprawia, że zbiór jest urozmaicony, choć dominuje w nim chłopięca perspektywa, bo tylko Danuta Wawiłow zdecydowała się na żeńskie bohaterki.

Między dychą a ósemką

Jedyną na mój gust dziesiątką w antologii jest przejmujący „Równy chłopak i Rezus” Edmunda Niziurskiego, który zaczyna się jak typowy dla tego autora tekst o nowym chłopaku w klasie. Ów „fąfel i figus, czy zero” próbuje wywalczyć sobie pozycję, „być równym”, więc próbuje różnych chwytów, ale ostatecznie dochodzi do wniosku, że „tylko wspólna draka łączy i równa”. Oczywiście draka odpowiednio głośna, więc jej celem miał stać się ostry matematyk zwany Rezusem. Wizyta u nauczyciela w celu wykradzenia zadań na klasówkę zmienia się jednak w spowiedź rozgoryczonego belfra. Nieco tylko niżej plasuje się „Lizus” tegoż autora: i tu znowu mamy nowego, który jednak nie zdobywa sympatii klasy, a ta posuwa się zrobienia mu podłego numeru. Koncept jest tu mniej wiarygodny niż w „Rezusie”, podobnie jak postacie, ale finał mocny. Taki finał ma też „Wiewiórczak” Mariana Brandysa, raczej niekojarzonego z literaturą młodzieżową, choć pisywał opowiadania adresowane do nastolatków („Honorowy łobuz”). Obserwujemy, jak doświadczony pedagog próbuje włączyć do życia w prowadzonym przez siebie domu dziecka trzech chłopaków o raczej chuligańskiej przeszłości. Do lepszych opowiadań zaliczyłbym też „Uroczysko” Krystyny Boglar, które spokojnie mogłoby się znaleźć w jej zbiorze „Kolor trawy o świcie”, bo skupia się na relacjach między dzieckiem a starszym mężczyzną – obu łączy pasja wędkarska i powoli uczą się ze sobą przebywać nad rzeką. Opowiadanie ma w sobie melancholijny spokój, choć nie obywa się też bez dramatu. Dodatkowy plus za wątek ekologiczny, choć nie do końca wyzyskany. Grupę tekstów umieszczonych bliżej środka tarczy zamykają dwa opowiadania Danuty Wawiłow: „Czupiradło”, skierowane raczej do starszych dzieci niż do nastolatków pokazuje dobitnie brak akceptacji grupy dla dzieci, które odstają, są inne – a jeśli mają do tego choćby rude włosy – to są przegrane. Taka jest właśnie Marysia, marzycielka o bujnej wyobraźni, uwielbiająca przyrodę, odrzucana jako dziwadło. Wydaje się, że uda jej się zaprzyjaźnić z Asią, ale i ona ulega presji rówieśników i nie chce przyznawać się do sympatii dla Maryśki. „Nic się nie stało” z kolei to historia kolonijnej przyjaźni i zawiedzionego zaufania.

Od siódemki w dół

„Tchórz” Władysława Kozłowskiego to taka na pozór beztroska kolonijna przygodówka, gdyby nie to, że spod spodu wychodzi toksyczny stereotyp męskości – chłopcy przestają szanować swojego wychowawcę, bo nazbyt ostrożny, bo nerwowo reaguje na nagłe hałasy, bo ma problemy z chodzeniem. Pogarda dla „tchórza i ciamajdy” narasta, a chociaż ostatecznie wychowawca odzyskuje szacunek (dokonawszy bohaterskiego czynu i wyjaśniwszy przyczyny swoich nerwowych reakcji), to lekki niesmak pozostaje, choć oczywiście wymaganie od tekstu z początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku innego wzorca męskości jest nierealistyczne. Za to w opowiadaniu Ewy Marii Letki „Jutro znów pójdę w świat” mamy mężczyznę wyprowadzającego na spacery chomika. W pierwszej chwili jedenastoletni bohater reaguje stereotypowo („taki wielki facet jak on powinien hodować boksera, a nie chomika”), ale szybko przestaje się dziwić – może dlatego, że sam „odstaje”, gdyż chodzi o lasce. Krzysiek marzy o podróżach (te odbywane na niby są fajne, ale to jednak nie to samo) i przyjacielu. Jego nowy znajomy, pan Andrzej, pomaga mu przełamać opory w kontaktach z rówieśnikami. Autorka niestety niepotrzebnie przeciąga opowieść, przez co traci ona na sile przekazu. Z powodu z kolei nader pospiesznego zakończenia na wymowie traci „Strzał w dziesiątkę” Aliny Goldnikowej. Jego perfekcyjny bohater, ambitny, wzorowy uczeń i wybitny sportowiec, nie jest szczególnie popularny, czego dobitnym wyrazem jest wygwizdanie go na zawodach. Chłopak uważa, że wszyscy dokoła zazdroszczą mu osiągnięć, koleżanka z klasy natomiast wskazuje, że Piotr zrobi wszystko, żeby się popisać i dać innym odczuć swoją wyższość. Chłopak jakoś dziwnie łatwo przyjmuje to do wiadomości i postanawia się poprawić, zaraz, natychmiast i podejść do naprawy stosunków z klasą jak do zadania z matematyki. Pozwolę sobie nie uwierzyć autorce w tę błyskawiczną przemianę. „Przygoda Jędrka z Zatoki Królewskiej” Aliny i Czesława Centkiewiczów odstaje od pozostałych opowiadań scenerią, bo rozgrywa się na Spitsbergenie, tematyką – bo traktuje o polowaniu, i wymową, bo nie jest o przyjaźni, a o synowskiej miłości. Na dodatek, mimo iż to literacko niezły tekst, nie mogłem przekonać się do opisu polowania na foki (i to polowania nie z głodu, lecz dlatego, że mieszkańcom osady po zimie znudziło się puszkowane mięso) i napadu polarnego niedźwiedzia. Równo pół wieku od chwili napisania opowiadanie robi przykre wrażenie.

Siła rażenia

Nie jest to antologia ani gorsza, ani lepsza od wielu innych, o których tu pisałem. Plusem jest dyskretna nić przewodnia, minusem brak szerszej dziewczęcej perspektywy (to zresztą znak czasów; ciekawe, że nawet autorki wolały (?) pisać o chłopcach). Pod względem formy jest absolutnie klasycznie (tylko Letki wprowadza do swojego opowiadania fragmenty dziennika Krzyśka), językowo bez szaleństw (tylko Niziurski posługuje się swoim typowym stylem, u innych autorów co najwyżej zauważymy z rzadka ciekawsze słowo: „niewidymka”, „zakałapućkać” czy „kikrowaty”, czyli zapewne zezowaty). Mam niedosyt w kwestii małych realiów, najlepszy jest opis „kołchozowego” mieszkania u Niziurskiego i zatrucie rzeki ściekami z mleczarni u Boglar, reszta autorów ogranicza didaskalia do minimum, niewiele da się z nich wycisnąć. Z czystym sumieniem polecę miłośnikom peerelowskich młodzieżówek, innym niekoniecznie.

Strzał w dziesiątkę. Wybór opowiadań, wybór Hanna Dobrowolska, ilustr. Wiesław Rosocha, Nasza Księgarnia 1987.

(Visited 286 times, 12 visits today)

26 komentarzy do “Niezła celność („Strzał w dziesiątkę”. Wybór opowiadań)”

  1. Chyba nie czytałam tego konkretnego wyboru opowiadań, ale niektóre skądś znam – zwłaszcza tego „Równego chłopaka i Rezusa”. Ceterum censeo, kiedyś Niziurski naprawdę nieźle pisał, potem mu prawdopodobnie przeszło. Ale jego opowiadania są świetne, np. taki „Lalu Koncewicz, broda i miłość”, nie wiem czy się na to kiedyś natknąłeś. Ja już tu kiedyś pisałam o tym i możliwe, że się powtarzam, ale odwaliłam parę lat temu retrospektywę książek mojego dzieciństwa, opróżniając mieszkanie po zmarłej mamie. I Niziurski zniósł to najlepiej… Co do polowania na foki, to takie były czasy, kiedyś się nie zwracało na to uwagi. Np. cała seria Szklarskiego o Tomku. W „Tomku wśród łowców głów” pojechali na niebezpieczną wyprawę zabijać rajskie ptaki, bardzo rzadkie i nieznane nauce gatunki. Nawet nie to, że złapać i dostarczyć do zoo jak w innych częściach cyklu, tylko utłuc i wypchać po to, aby sobie je jakiś bogaty kolekcjoner na ścianie powiesił…

    Odpowiedz
    • Te opowiadania Niziurskiego na pewno były wydawane osobno i różnych zbiorach. A Rezus to w ogóle był sfilmowany, albo może film został przerobiony na opowiadanie. „Lalu” jakoś mnie dotąd omijał, a kilka osób mi polecało. Szklarski mi nigdy nie leżał, on ma więcej za uszami niż tylko polowania czy łowienie zwierząt do zoo, krytyki feministycznej też nie wytrzymuje :) A o drewnianym stylu nie wspomnę… Centkiewiczowie mnie by tak pewnie nie zrazili, bo ja z tych czasów, co to się uwagi nie zwracało, ale jednak takie rzucenie lekkim tonem, że to polowanie to dlatego, że narodowi się konserwy znudziły, to mnie ruszyło :(

      Odpowiedz
      • Szklarski należy do tej kategorii, która mnie zadziwia i wywołuje pytanie „Jak ja do jasnej Anielki mogłam to czytać i nawet mi się podobało” :-) Podczas wspomnianej retrospektywy nieustannie zadawałam sobie to pytanie… Może fascynacja przyrodą, geografią i historią w czasach, kiedy informacje nie były dostępne „na kliknięcie” i każdy ochłap rzucony przez autora był olśnieniem? Po latach dziwię się sobie :-) Co do Centkiewiczów mam ogólnie dobre wspomnienia z lektur, bardzo ich twórczość lubiłam. Tego akurat opowiadania nie kojarzę, ale i w innych znajdowały się elementy dziś nie bardzo akceptowalne, np. odnośnie wielorybnictwa.

        Odpowiedz
        • Akurat Szklarskiego nie trawiłem, ale po latach mam podobne uczucia wobec Pana Samochodzika. To samo edukacyjne namaszczenie, no ale chociaż przygody były fajne :) Ciekawe, że u Verne’a wykłady przyrodniczo-geograficzne łykałem jak młody pelikan.

          Odpowiedz
          • 100% zgody w sprawie Pana Samochodzika. Możliwe, że Verne był po prostu bardziej utalentowany, bo też go łykałam jak młody pelikan (czy ja wspominałam, że kupuję ten tekst ?). Nie potrzebował wielostronicowych drętwych wykładów, żeby wyjaśnić o co chodzi i było to jakoś tak dobrze zintegrowane z akcją powieści i ogólnym tempem narracji. Szklarski i Nienacki – w pewnym momencie akcja się zatrzymuje i mamy wykład uniwersytecki, którego wszyscy (nie wiedzieć czemu) słuchają z zapartym tchem. I jakoś nic z tego za bardzo nie wynika. W odróżnieniu od Verne. Nie wiem, czy ja to dobrze opisuję (przepraszam, ja prosty inżynier), ale u Verne, jak naukowiec coś mówił, to był to element samej „przygody” i wnosiło to konkretny wkład do rozwiązania aktualnie napotkanego problemu. U Szklarskiego i Nienackiego – akcja stop, naukowiec wygłasza wykład, ponownie akcja, wykład nic nie wnosi.

            Odpowiedz
            • Doskonale to opisałaś :) A ile się człowiek dowiedział o produkcji szkła i drutu, to jego. Uwielbiałem te wstawki w Tajemniczej wyspie i zawsze się martwiłem, że w razie katastrofy nie miałbym pojęcia, jak zrobić telegram i wiatrak :)

              Odpowiedz
              • Macie rację z tymi encyklopedycznymi wstawkami, ale ja tam Tomka czy „indiańskich” Szklarskich lubiłem i sporo wiedzy mam właśnie z ich lektury. Nie wiem jak bym teraz przyjął, bo pomny ostrzeżeń powracających po latach do tej pory nie tknąłem :) Zauważcie jednak, że z tego wynalazku korzysta się do tej pory i np. w proceduralach też są całe ustępy wyjaśnień. Żeby daleko nie szukać, jedyna przeczytana przeze mnie Bonda, to bez mała podręcznik olfaktologii :P

                Odpowiedz
                • Ależ mnie też Szklarski się podobał. Te lat temu czterdzieści nie bardzo było skąd zaczerpnąć wiedzy na temat historii, geografii czy przyrody egzotycznych krain, typu Australia czy Indie, łykałam jak młody pelikan :-) Najwyraźniej to wystarczyło do skompensowania innych niedostatków. Tak jak np. Ewa Nowacka, pisała książki historyczne dziejące się w czasach i miejscach nieco mniej „popularnych” w moich ówczesnych podręcznikach historii, typu Egipt, Asyria, Indie. Fajnie było dowiedzieć się czegoś więcej, acz zapewne w świetle współczesnych odkryć owa wiedza się zdezaktualizowała. @Bazyl jednak po Szklarskim warto pozostawić sobie dobre wspomnienia :-)

                  Odpowiedz
            • No kiedy Pan Tomasz opowiadał o Krzyżakach i Henryku von Plotzke, Wernerze von Orseln to czytałem z dużym zainteresowaniem. Potem w Malborku to sobie prxypomniałem

              Odpowiedz
  2. Alina Goldnikowa rzeczywiście nie jest powszechnie znaną autorką książek dla dzieci. Z dzieciństwa pamiętam jej książkę „Niedaleko stąd”. Typowa w latach 70. opowieść o przygodach dzieciaków w „pięknych okolicznościach przyrody”. Książka, którą szybko się zapomina, gdyby nie ilustracje Bohdana Butenki. Jego rysunki nobilitowały każdą książkę. Jakikolwiek typowy, szablonowy tekst zyskiwał na wartości właśnie z powodu prostych, pełnych humoru ilustracji Bohdana Butenki. Pamiętam Alinę Goldnikową i jej książkę właśnie z powodu rysunków Butenki. Kiedy wspomniałeś o tej autorce od razu wyświetliła mi się we wspomnieniach okładka z rysunkiem Butenki. Treść książki zupełnie zapomniana…

    Odpowiedz
    • A wiesz, że ruszyłeś ciekawy temat, rzeczywiście jest sporo książek z tamtego okresu, które pamiętam ze względu na ilustracje. Na p. Goldnikową akurat się nie natknęłam, ale często się zdarza, że właśnie wspomnienie okładki książki przywraca mi do pamięci jej treść. Np. Andersen to dla mnie na zawsze ilustracje Szancera :-) Dużo było tych ilustratorów tworzących w różnych stylach i bardzo charakterystycznie. Nie ma co ukrywać, wzrokowcem jestem :-)

      Odpowiedz
      • Kiedy rok temu robiłem przegląd książek (nie tylko dla dzieci czy młodzieży) wyniesionych „kiedyś” do piwnicy, w celu pozbycia się ich (nie likwidacji!) jednym z elementów selekcji była ilustracja, grafika, rysunek. Książki dla dzieci wspaniale wydawane w latach PRL w ogóle nie podlegały żadnej negatywnej weryfikacji. Jan Marcin Szancer, Bohdan Butenko, Józef Wilkoń, Janusz Stanny czy Mirosław Pokora spowodowali, że książki zostały na miejscu. Zresztą podobnie jak pozostały wszystkie inne książki, te bez ilustracji. Za rok lub dwa spróbuję dokonać rewizji na nowo, tak jak już kilkakrotnie…

        Odpowiedz
        • Przyznam, że nie znałam (poza Szancerem i Butenką) wszystkich nazwisk wymienionych przez ciebie ilustratorów, ale wyguglałam, i tak to było to! Właśnie te obrazy zostały mi w pamięci, nawet jeśli nazwiska ich autorów nie!

          Odpowiedz
          • Mieliśmy świetną grupę ilustratorów książek dla dzieci, po czym w latach 90. wszyscy wydawcy się zachłysnęli Disneyami itepe i wszystko poszło w piach. Szczęśliwie teraz jest mnóstwo wznowień z tymi klasycznymi obrazkami i pojawiło się dużo nowych świetnych ilustratorów.

            Odpowiedz
            • @Katarzyna W celu uzupełnienia wiedzy z zakresu polskiej ilustracji polecam TO lub troszkę tańsze, ale i mniej obszerne TO. Pierwszą tylko oglądałem, ale robi wrażenie, drugą posiadam i z przyjemnością przeczytałem :) Współcześnie mamy naprawdę spore grono utalentowanych ilustratorów, każdy z niepowtarzalnym stylem i estetyką, z których twórczości każdy może wybrać coś dla siebie. Ich dzieła zdobywają nagrody na międzynarodowych konkursach i cieszą oko czytelnika :) Przykład? Emilia Dziubak. A ulubionych mam dużo więcej :D
              @ZwL To prawda, że mistrzowie ilustracji wracają do łask, choćby dzięki Dwóm Siostrom i ich serii o tym właśnie tytule :)

              Odpowiedz
              • Dzięki za polecenie, chętnie poczytam. Żeby było jasne, ja bynajmniej nie twierdzę, że współczesność gorsza, po prostu wyrosłam z książek dla dzieci i mam słabszą orientację :-) Dopiero od niedawna nabywam dla siostrzeńca, Panią Dziubak kojarzę, podobają mi się też np. ilustracje Marty Kurczewskiej („O fretce, która dała się porwać wiatrowi” była tegorocznym prezentem gwiazdkowym).

                Odpowiedz
  3. Jakiś czas temu trafiłam na wznowienie wierszyków Antoniego Marianowicza („Raz czterej mędrcy…” wyd. Dwie Siostry, seria Mistrzowie Ilustracji, rysunki Janusza Stannego), przepiękne! I wierszyki, i obrazki. „Raz z głupia frant mnie spytał Tomek, / Czy w morzu dużo jest poziomek / Odparłem na to: Jak wieść niesie, / Jest tyle, ile śledzi w lesie.” I tak dalej, co strona, to bardziej absurdalne wierszyki.

    Odpowiedz
  4. Jeszcze jest taki wierszyk, którego tytułu nie pomnę, a nie mogę teraz sprawdzić, ale są tam takie złote myśli: biegło stado ogarów, ten co był na przedzie, nie pędził z tyłu; szewc łatał dziurę w bucie, gdy załatał to jej już nie było itp. Oczywiście, wersja moja się nie umywa do oryginału bo tam było do rymu i wdzięczniej ;-)

    Odpowiedz

Odpowiedz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: