Zielone Szczyty wszystkiego (Lucy Maud Montgomery, „Anne z Zielonych Szczytów”)

Anne z Zielonych Szczytów

Tłumaczce Annie Bańkowskiej udała się trudna sztuka: przełożyła ponadstuletnią powieść tak, że brzmi świeżo i atrakcyjnie, jednocześnie nie tracąc nic z klimatu epoki, w jakiej powstała. Nie ma tu niepotrzebnej archaizacji języka, nie ma też równie niepotrzebnego jego uwspółcześniania. Jest za to pietyzm w oddawaniu najdrobniejszych szczegółów i – nie bójmy się tego słowa – miłość do tekstu widoczna w każdym niemal zdaniu. Mimo tych niewątpliwych zalet nowy przekład przeszedłby pewnie zauważony głównie przez grono najwierniejszych miłośniczek i miłośników Lucy Maud Montgomery, gdyby nie radykalna decyzja.

Radykalne cięcie

A właściwie dwie decyzje: otóż bohaterka Montgomery odzyskała swe oryginalne imię – jest teraz „Anne z e na końcu” (ale to chyba wywołałoby mniejszy skandal, w końcu opatrzył się nam już tytuł serialu Netflixa), a dom Marilli i Matthew Cuthbertów, w którym znalazła opiekę i miłość, wrócił do swej przyziemnej, rzeczowej nazwy, stał się Zielonymi Szczytami. I to już był szczyt wszystkiego, jak wynikałoby z internetowych dyskusji, przeradzających się nader często w personalne ataki na tłumaczkę, która podniosła świętokradczą rękę na narodową relikwię i zniszczyła całym pokoleniom słodkie wspomnienia z dzieciństwa. Na nic rzeczowe argumenty, wyjaśnienia leksykalne i architektoniczne, fotografie zrekonstruowanego domu Cuthbertów. Nieistniejące Zielone Wzgórze tchnęło ponoć poezją pasującą do rudowłosej bohaterki, Zielone Szczyty są nowotworem, zgrozą, dosłownością, brakiem warsztatu, a wreszcie obliczonym na wywołanie skandalu i podniesienie sprzedaży celowym działaniem tłumaczki oraz pazernego wydawnictwa. Tyle że do zacietrzewionych dyskutantów (a głównie dyskutantek) nie przebija się prosty fakt, że przyziemna nazwa została wymyślona przez przyziemnych, rozsądnych protestantów, a poetyczności nabierała w ustach zakochanej w tym domu Anne – i tu akurat nic się nie zmieniło.

W Avonlea prawie bez zmian

To nie jedyne zmiany poczynione przez tłumaczkę. Konsekwentnie zachowane zostały angielskie imiona i nazwy geograficzne, skrupulatnie sprawdzone realia – jeśli wczytacie się w opisy przyrody na Wyspie, zauważycie, że stała się mniej swojska: zrobiło się mniej sosen i paproci, a więcej jodeł i niecierpków; w ogródkach i na łąkach pojawiło się więcej rozmaitych nazw kwiatów, których długie wyliczenia często padały ofiarą skrótów. Zidentyfikowane zostały też cytaty i kryptocytaty, którymi usiany jest tekst. To w zasadzie drobiazgi zauważalne, gdy znamy na pamięć przekład Rozalii Bernsteinowej albo chociaż zadamy sobie trud porównania wersji, jednak sprawiają, że dostajemy książkę zdecydowanie bliższą oryginałowi. Poza tym jednak Anne Shirley wciąż wygłasza długie monologi i jest pełna marzeń, Marilla Cuthbert nadal jest sarkastyczna i ukrywa nawet przed sobą, że niezmiernie kocha swoją wychowankę, a Matthew tego wcale nie ukrywa. Pani Rachel Lynde jest podporą miejscowej społeczności, a jej języka wszyscy się boją, Josie Pye zaś nie ustaje w złośliwościach. Rywalizacja między Anne i Gilbertem jest nieustająco zawzięta, przyjaźń z Dianą Barry niewzruszona; Minnie May choruje na krup, a tort upieczony dla pastorostwa Allanów dziwnie smakuje, choć już za sprawą anodyny, a nie kropli walerianowych.

Nowa jakość

Miłośnikiem „Ani z Zielonego Wzgórza” zostałem dopiero w czasach wczesnostudenckich, więc mimo iż wielokrotnie z przyjemnością czytałem cały cykl, to zachowywałem krytycyzm, a wiele rzeczy w polskich przekładach budziło moje zdziwienie; po skonfrontowaniu z oryginałami okazało się, że polskie wersje są nader swobodne w kwestii imion i nazw, poczynają sobie śmiało z opisami przyrody, archaizują styl, to i owo wyrzucają albo przepisują po swojemu lub wręcz zawierają błędy rzeczowe. Straciłem sentyment do wydań Naszej Księgarni, rozczarowałem przekładem Pawła Beręsewicza, niewątpliwie wiernym, choć pod wieloma względami kompromisowym; w kupionym przypadkiem audiobooku w przekładzie, którego autorkę litościwie przemilczę, Ania i Diana rozmawiały ze sobą jak gimnazjalistki z 2010 roku. Dzięki przekładowi Anny Bańkowskiej z przyjemnością wróciłem do historii Anne Shirley po polsku, spędziłem z nim kilka wieczorów, porównując z oryginałem i przekładem Bernsteinowej, ciesząc się każdym odkrytym nowym niuansem tekstu, ale – przede wszystkim – czerpiąc ogromną przyjemność z czytania po prostu znakomitego przekładu. Wszystkich zaś zacietrzewionych i niechętnych zachęcam, by sięgnęli po książkę, zamiast wygłaszać kategoryczne sądy bez jej znajomości – o ile uda im się zdobyć egzemplarz, gdyż pierwszy nakład już się ponoć rozszedł.

Lucy Maud Montgomery, Anne z Zielonych Szczytów, Marginesy 2022.

(Visited 1 002 times, 31 visits today)

73 komentarze do “Zielone Szczyty wszystkiego (Lucy Maud Montgomery, „Anne z Zielonych Szczytów”)”

  1. Jak tylko wrócę do domu siadam z popcornem, wnikliwie czytam tekst i czekam na reakcję Sz. Publiczności :) No, chyba że już ludziskom przeszło :D

    Odpowiedz
      • Po pierwsze, chyba nie mam aż tak emocjonalnego stosunku do żadnej z przeczytanych w życiu książek, w sensie, przekładów, żeby w tonie świętego oburzenia kruszyć oń (przekład) kopie. Fanem Ani nie jestem, bo oprócz przeczytania pierwszego tomu, z którego nie pamiętam kompletnie nic, cyklu nie znam, więc po dwukroć mi, jak widać, łatwiej. Mógłbym pokłócić się o „szczyty” i w długim, osobistym wywodzie przedstawić dlaczego „poddasze” jest najbliższe mojemu serduszku, ale po co? Książkę mam już na półce Legimi i kiedyś, z czystej chłopskiej ciekawości, porównam sobie z kanoniczną wersją :) A w międzyczasie obejrzę serial. No i w teleturniejach dalej będę używał „wzgórz”, bo mam to już po prostu wdrukowane w pamięć :D

        Odpowiedz
          • @Bazyl O, to to właśnie. Całkiem nie rozumiem całego tego zamieszania, sporo książek w końcu ma kilka tłumaczeń na polski i co z tego. W tym parę moich ulubionych typu „Władca pierścieni” czy „Mistrz i Małgorzata”. No i co, niech sobie będą, ja tam mam swoje preferencje, a że ktoś woli inną wersję to jego sprawa, żreć się nie będę ani tłumacza opluwać za to, że się ośmielił pohańbić JEDYNĄ I KANONICZNĄ WERSJĘ DZIEŁA. Rany boskie, to nie Biblia… Moim zdaniem to jest dobre tłumaczenie, choć ja też zostanę przy „Zielonym Wzgórzu”, albo po prostu przy oryginale. A co do tych szczytów, to poświęciłam im uwagę, bo odniosła się do tego tłumaczka, powołując się na Montgomery, która podobno miała być z tłumaczeń tego terminu na inne języki niezadowolona.

            Odpowiedz
              • No właśnie o to mi chodziło, biorąc pod uwagę znaczenie Biblii, to ja tak zacietrzewioną dyskusję wśród chrześcijan rozumiem w przypadku jej przekładu. Ale u licha – Ania czy Anne, wzgórza czy szczyty, to jest tylko zwykła książka, popularna i budząca różne sentymenty, owszem, ale dlaczego jechać aż tak na tłumaczkę? W końcu nikt nie zdelegalizował i nie spalił na stosie starszych wersji, a nowe tłumaczenie moim zdaniem jest językowo bardzo dobre, można młodemu pokoleniu dać do czytania :-)

                Odpowiedz
                  • Ale, żeby tak nie za pozytywnie, to jako stara kobieta dotknięta na drodze swego żywota reformami ortografii i gramatyki języka ojczystego chciałabym się upewnić, czy obecnie po polsku mówi się „Idę wyprząc konia”? :-P

                    Odpowiedz
                  • @Bazyl, dokładnie to miałam na myśli, znaczy Bagosza! Masakra, ale co mi to przeszkadza? W końcu lepszych wersji nikt nie zdelegalizował, jak komuś się to podoba, to niech sobie czyta o Bagoszu, co mi tam. W fandomach uczestnictwa zaprzestałam już baaardzo dawno temu, a i na innych forach „fanowskich” różnej literatury przestałam się udzielać. Ja się do tego nie nadaję, nawet jak mam osobisty stosunek emocjonalny do utworu i autora, to nie aż taki, żeby ludzi niszczyć za inne opinie, a za to sama nie lubię być przedmiotem agresywnego ataku (nie bazującego na argumentach merytorycznych), co nagminnie się zdarzało .

                    Odpowiedz
  2. Aaa, czekałam na to, no więc wiesz co, mnie się ten przekład całkiem podoba (poza jednym, dość znaczącym niestety, wyjątkiem)!!! Już tu kiedyś dyskutowaliśmy na ten temat, więc się powtórzę. Po pierwsze przywrócenie oryginalnych imion i nazw dość sporo wyjaśnia i załatwia sprawę „Anne spelled with an E” – no przepraszam, Ania a nie Andzia to nie było to. Poza tym niweluje mój dyskomfort spowodowany tym, że dorosłą kobietę nazywają zdrobnieniem, co bohaterkę niepotrzebnie w języku polskim infantylizuje. Nie zgodziłeś się ze mną wówczas, a ja jednak podtrzymuję swoją opinię, ciotka Mary Maria nazywała ją zdrobnieniem Annie, co ewidentnie stanowiło dla Anne problem :-). W sumie też nie znoszę zdrobnień od własnego imienia i w pełni ją rozumiem :-) Żeby tylko nie te cholerne „szczyty”… W języku polskim czegoś takiego nie ma po prostu, szczyty znaczą co innego. Ja wiem że być może Kanadyjczyk po usłyszeniu „green gables” natychmiast wizualizuje sobie zielony dom z mansardowym dachem, ale po polsku to nie funkcjonuje. Funkcjonuje zaś co innego bardzo zbliżonego, tzn. tzw. „górka”. Jak jeździłam do rodziny ze wsi, to kiedy ciotka mówiła „pościeliłam wam na górce”, nie oznaczało to, że mamy nocować na okolicznym wzgórzu, tylko w pokoju na poddaszu. „Górka” była pomieszczeniem (z reguły ze skośnym sufitem) na poddaszu w domu z mansardowym dachem, wykorzystywanym często jako pokój gościnny lub wynajmowanym (np. letnikom), właśnie tak jak u Montgomery. Młode małżeństwa mieszkały np. u teściów na górce, co nie oznaczało, ze dom teściów na górce się znajdował :-) Moja rodzina z Mazowsza, ale z określeniem spotkałam się w innych regionach. Np. funkcjonuje w książce „Marianna i róże” czyli w Wielkopolsce. „Szczyty” nie znaczą nic, równie dobrze można byłoby napisać „Anne z Zielonych Dziabągów”…

    Odpowiedz
    • U mojej babci też był pokój na górce, zresztą też szczytowy i w szczycie, za to bez skosów i bez facjatkowego okna. Górka byłaby i moim wyborem, tyle że znowu mielibyśmy ten sam problem, wzgórze czy górka, czy szczyt. Nie opędzimy się od alpinistycznych skojarzeń. Poza tym i górka, i szczyt są równie nieznane współczesnemu odbiorcy. A tak naprawdę po paru stronach jest dokładnie obojętne, jak się ten dom nazywał, oko się przyzwyczaja. Może afera byłaby mniejsza, gdyby zgodnie z planem tłumaczki książka się nazywała „Anne z e na końcu” i te Zielone Szczyty by się tak nie rzucały w oczy.

      Odpowiedz
      • Nie mówiąc o tym, że „Anne z Zielonej Górki” jak „Puk z Pukowej”, istny Euzebiusz pod liściem łopianu. Nie, tak by być nie mogło. Zielone Szczyty natomiast również są złe, właśnie z powodów, które wymienia Katarzyna, i w tej chwili na bok sentymenty, u mnie akurat w stosunku do całej serii i do autorki niebywale silne. Złe są po prostu dlatego, że wbrew intencji tłumaczki nie oddają nazwy oryginalnej, to w dalszym ciągu nie jest architektura, to jest pejzaż.
        Dla mnie, cóż robić, nie masz nad Bernsteinową, pal licho nieścisłości i przeoczenia, pal licho nawet fakt, że to tłumaczenie ze szwedzkiego. Dźwięczy mi w uszach nieustannie, myślę nią, mówię, dzikie rumaki nie wydrą jej z mego serca. Nie ma w tym ani krztyny racjonalności, jest li tylko miłość w stanie czystym, z którego to powodu wdałam się przed kilkoma dniami w burzliwą BiblioNETkową polemikę. Dotknięto między innymi sprawy niecierpków. Usiłowałam dowieść, że niecierpki są nie do pomyślenia w świecie Ani, nie kwiaty, ma się rozumieć, ale nazwa (vide „Czarodziejski świat Marigold”, gdzie bohaterka krzywi się na wulgarne słowo „tawuła”, mówi tylko „wianki panny młodej”). Głowę daję, że Ania znająca polski niecierpki uważałaby za trywialne. Jako zastępnik przyszły mi na myśl balsaminy, w słownikach są te nazwy synonimami. Tyle że, jak wynikło z dalszego drążenia, to jakiś specjalny tamtejszy gatunek, wyspiarski, niecierpek pomarańczowy zdaje się, czy wobec tego balsamina jest do pomyślenia? Trudno rozstrzygnąć, i tak ad infinitum… A swoją drogą, gdyby tak zamiast kolejnej w szeregu Ani (jest ich już kilkanaście) ktoś podarował nam nareszcie pełne wydanie dzienników Montgomery? To by dopiero było Boże Narodzenie!

        Odpowiedz
        • O, dzienniki LMM to byłoby faktycznie święto, może jak się Anne dobrze sprzeda, to wydawca zainwestuje :)
          Z emocjami tej klasy jak u Ciebie trudno dyskutować, ma Bernsteinowa (albo jej anonimowi liczni redaktorzy) niezłe momenty, ja tylko dodam, że dla mojej córki już nie do przejścia jest ten przekład, nie dlatego, że padają słowa typu „chudoba”, ale dlatego że całość jest mocno archaiczna.

          Odpowiedz
      • A co do tego tłumaczenia z gimnazjalnym sznytem, czy można prosić o garstkę szczegółów więcej? O cytat to się w ogóle nie śmiem napierać, ale gdyby tak… gdyby… słaba nadzieja… Będzie się nad czym powyzwierzać i wszystkie szczyty wobec tego zbledną, choćby i zielone;)

        Odpowiedz
  3. Czytałam niedawno wywiad z tłumaczką. O tym świętokradczym tłumaczeniu właśnie :-) I zachwyciła mnie swoim służebnym podejściem do tekstu oryginału oraz weryfikacją, co też za kwiatki rosną na Wyspie Edka. Majowniki? To jest ta świeżo ukuta polska nazwa? Bo oczywiście tak uważnie czytałam, że już zapomniałam…
    A najbardziej ujęła mnie tłumaczka stwierdzeniem, że najlepszy tłumacz to ten po filologii polskiej. Bo to prawda przenajświętsza jest! Oczywiście, język oryginału tez trzeba znać :-) Ale żeby dobrze tłumaczyć, należy też władać językiem ojczystym w stopniu nader zaawansowanym.
    Ja osobiście do Ani ze Szczytów, Wzgórz, Avonlea i czego tam bądź cierpliwości nie mam (i wyjątkowo mówię z uzasadnieniem, bo czytałam w młodości chyba wszystkie części. Więc tym razem nie jestem w nurcie „nie czytałam, ale się wypowiem” – w którym zresztą pluskam się bardzo często). I nie będę czytać nowego przekładu. Chociaż językowe doświadczenie w postaci oryginału, starego tłumaczenia i nowego kusi, nie powiem…

    Odpowiedz
    • Tłumaczka od pewnego czasu musi się gęsto tłumaczyć, a i tak do zacietrzewionych dyskutantów nic nie dociera, niestety. Tak, te kwiatki to majowniki, mało efektowne, sądząc po zdjęciach, ale urok mają. Co do najlepszych tłumaczy polonistów, to się nie wypowiem, bo jestem tłumaczem po historii :) A tłumacze i redaktorzy po historii są najlepsi :P
      Nowy przekład wart grzechu, ale nie namawiam, to powinna być przyjemność.

      Odpowiedz
  4. A propos „górki”: faktycznie, mawiało się tak! Ale czy myślisz, ze dzisiejsza młodzież (Boże!! czuję się, jak własna prababcia…) zrozumiałaby to właściwie? Ania z Zielonej Górki? Ania z Zielonego Poddasza? Kurczę, prawda jest taka, że niby prosty tytuł, a jaki jednak problematyczny.

    Odpowiedz
    • Ja się chyba źle wypowiedziałam i za długo, przepraszam, ja żem prosty inżynier granatem od śrubokręta oderwany. Możliwe że „dzisiejsza młodzież” nie zrozumiałaby tej „górki” . Ale określenie „górka” co najmniej w tym sensie (poddasza z facjatką, może nie mansardą) w polszczyźnie kiedyś funkcjonowało i pasuje do tego „gables”. Szczyty? Pokażecie mi przykład takiego zastosowania tego terminu jak zrobiła to tłumaczka? Słyszeliście, żeby ktoś tak mówił na tego typu obiekt budowlany, obecnie lub w przeszłości? Osobiście się nie spotkałam, więc tak się głupio pytam :-)

      Odpowiedz
      • To już jest kwestia do debaty. Zakładam, że skoro na wsi używano „gables”, to nie była to nazwa bardzo egzotyczna i może faktycznie swojska „górka” by się nadała lepiej niż wyrafinowane „szczyty”. Ale obawiam się, że tu nie ma dobrego rozwiązania, albo się za bardzo naciągnie, albo przesadzi z dosłownością. Co Montgomery szkodziło nazwać ten dom Zielonym Ustroniem? :D Znaczy wiem co, obsesja na tle „gables”.

        Odpowiedz
        • Wiesz, debatować nad takimi kwestiami można dowolnie długo, sama mam w pamięci szereg debat o charakterze technicznym zdominowanych przez panów profesorów czepiających się terminologii do tego stopnia, że podstawowy przedmiot dyskusji ginął. Kiedyś jak się wkurzyłam, to jednemu panu co twierdził, że turbiny wiatrowe nie mają łopat, bo łopaty są do gnoju odpowiedziałam, że u nas na wsi używali do gnoju raczej wideł (zatkało go na tyle, że można było zacząć dyskusję na właściwy temat). Obsesji „gables” nie mam, przyznaję, że mnie się tłumaczenie ogólnie podoba, natomiast to właśnie Tłumaczka poruszyła ten temat, jako jeden z ważniejszych, albowiem Montgomery miała podobno być szczególnie niezadowolona z tłumaczenia tego właśnie terminu na obce języki i to niezadowolenie wyrażała. Tak więc jakby jej przeszkadzało… No to jak już tak iść w tę dosłowność i jak to ładnie AgaGaga określiła „służebność” wobec oryginału to może wypadałoby użyć jakiegoś terminu, który w ogóle istnieje lub istniał po polsku? Nb. jak chcesz to w ramach dygresji i przygód z tłumaczeniami mogę ci kiedyś opowiedzieć dlaczego po 20 latach pamiętam jak się po angielsku nazywa orlik krzykliwy (taki ptak)…

          Odpowiedz
          • Montgomery po trosze sama sobie winna, że wymyśliła nieprzekładalne zgrabnie słowo :P Jak dla mnie to mogłyby być i „zielone gable”, bo gablami nazywano na mazurskiej wsi takie widły zakończone kulkami do przewalania ziemniaków :P Dopiero byłoby wydziwiania :)
            Mnie natomiast zadziwia, że ukazał się nowy Ulisses – cisza, nowa Boska komedia – cisza, a tu bach!, Anne Shirley i wojna domowa gorzeje :P No ale Dantego i Joyce’a nikt nie czyta, a do Anne każdy jakiś tam stosunek osobisty ma.

            Odpowiedz
            • Ach, ach, zakrzyknęła hrabina, czyż to tylko ja czuję smrodek sarkazmu??? :-P Jasne, że Dantego nikt nie czyta. Ja też nie, aczkolwiek niegdysiejszy osobisty makaroniarz mi go recytował w oryginale, celem zademonstrowania różnicy pomiędzy włoskim literackim a dialektem. Szalenie to było pościelowe, ale w ogóle włoski jest pościelowy, tłumaczenia to nie to :-P A opowieści o kolejkach po Joyce’a za PRLu to miejska legenda. Ten opis jak gościu męcząco długo lezie do burdelu jest dobijający, ale… Jak pierwszy raz pojechałam do Dublina służbowo, w czasach kiedy jeszcze podróż z weekendem oznaczała znaczącą obniżkę kosztów, to o poranku w niedzielę wyruszyłam na miasto, piechotą z Ballsbridge nb. Najpierw nadziałam się na Temple Bar i jak ja jestem z zawodu wyuczonego inżynier sanitarny i dużo rzeczy widziałam, to tak zarz****ego miejsca w życiu. A potem dotarłam do katedry, którą miałam zamiar obejrzeć, ale trwała akurat msza więc sobie siadłam na ławeczce przed kościołem. I przysiadła się do mnie starsza babka i sobie zaczęłyśmy gadać. Tzn. głównie gadała ona, a ja otwierałam szeroko oczy, bo to był czysty „stream of consciousness”, oni tam po prostu tak gadają!!!

              Odpowiedz
  5. Chyba najlepiej traktować to, jako nazwę własną. Cuthbertowie nazwali swoją posiadłość „Zielone Szczyty”, bo pewnie była to część domu widoczna z daleka. Nie znam się na budownictwie kompletnie, więc nie wiem, czym są dokładnie tytułowe „gables”. Przypuszczam, że dachem, czy fragmentem dachu, w każdym razie górną częścią domu. Zwrot „widać szczyty domu” chyba jest raczej zwykły. Z drugiej strony rozumiem sprzeciw, bo szczyty kojarzą się bardzo z górami.

    Odpowiedz
      • Spoko :) Szczyt to jest ta trójkątna ściana między połaciami dachu. Każde określenie będzie się kojarzyło górsko, to już wiadomo. Wiadomo też, że tłumaczka próbowała różnych wariantów, te szczyty to pewnie taki trochę zgniły kompromis.

        Odpowiedz
  6. Trzeba przyznać, że ze strony wydawnictwa to był znakomity chwyt marketingowy. Gdy czytałem wywiad z panią Bańkowską to miałem wrażenie, że ta cała „afera” została wyreżysowana przez dział piarowy „Marginesów”. Wszak od wieków wiadomo, że skandale sprzedają się najlepiej. A ja stary prawie 45 letni byk przypomnę sobie przypomnę sobie Anię i porównam sobie z Anne.

    Odpowiedz
  7. Ania była moją ukochaną lekturą przez lata. Był tak czas w moim życiu, że czytałam przynajmniej raz do roku. Na pewno będąc studentką kiedy przygotowywałam się do egzaminów, czytałam pół godziny podręcznik i pół godziny Anię i wiadomo, czego było mi za mało. Gdyby nie ta dyskusja zapewne nie pomyślałabym, aby ponownie sięgać po Anię. Bo cóż – zestarzałam się i obawiałam, że jestem do Ani zbyt wiekowa. Stara, dobra, kochana Ania stoi na półce w starym, szwankującym przekładzie. W pierwszej chwili nowe tłumaczenie tytułu nie przypadło mi do gustu- siła przyzwyczajenia. Ale po przeczytaniu wyjaśnień przyjmuję je do aprobującej wiadomości. I cóż z ciekawością przeczytam, czy mi się ten nowy przekład podoba, czy mi się Ania nie zestarzała, albo ja. Na pewno podobają mi się oryginalne imiona, które być może w powieści spolszczone nie brzmią ta koszmarnie, jak w powieści historycznej, czy biografii, ale zawsze to zgrzyt.

    Odpowiedz
  8. Zaznaczę na początku, że do zwolenniczek Ani nie należę, Ani bądź Annie. Dla mnie jest bardzo, za bardzo egzaltowana, zwłaszcza jako osoba mająca trudne dzieciństwo, niewiarygodna w natężeniu swojej egzaltacji, i to mnie nie przekonywało (odnoszę się do starego przekładu). Może jednak dzięki nowemu odbiór będzie nieco złagodzony? A Annie tym razem przez e na końcu, bardziej rzeczywistą postacią? Mam taką intuicję, nie wiem, czy słuszną, czy nie, że na tyle na ile znam przyrodę Kanady, z filmów, to szczyty mnie przekonują bardziej, niźli wzgórza, pierwsze są bardziej surowe, drugie uładzone, nazbyt, tak jak wszystko w drugim przekładzie. Cieszę się, że ktoś jednak podjął się tego zadania. I dziwi mnie, że piszesz, zapewne masz rację, że jest grupa, całkiem liczna ludzi, którzy bronią starego przekładu… To tylko książka, rozumiem, że dla całkiem licznej grupy osób może być ona ważna, jednakże co dopiero mówić, czy pisać, o zmianie zdania, w kwestiach kluczowych, odnoszących się do realnego życia… Próby myślenia, weryfikowania swoich przekonań. I nie, jestem daleka by pomyśleć by komuś zarzucić bezmyślność (pomyśleć, a co dopiero to zrobić). Co to, to nie naszła mnie tylko taka refleksja. Pozdrawiam wszystkie osoby, które przeczytają ten komentarz, a i te, które tego nie przeczytają także, co mi tam… Dobrego weekendu, trzymajcie się zdrowo.
    Listy i (inne) brewerie.
    http://www.5000lib.wordpress.com

    Odpowiedz
    • Moim zdaniem masz słuszną intuicję. Co prawda młodsza Anne gada niewiarygodnie dużo i faktycznie kwieciście, to zdecdyowanie mniej górnolotna jest całość książki, żadnych dodatkowych patosów. Nie mam nic przeciwko dyskusji i obronie starego przekładu, ale, na bogów, nie na zasadzie „nie, bo nie”, a już na pewno nie przez wieszanie psów na tłumaczce.

      Odpowiedz
      • To się cieszę, nie dlatego, że jestem do tejże przywiązana dlatego, że jest moja, a dlatego, że zastanawiałam się kiedyś, czy to, że nie przepadam za Anią z Zielonego wzgórza, to fakt np. tłumaczenia, ale nie do końca byłam tego pewna, raczej nie bardzo chciałam to przyjąć. Z jednej strony wydawało mi się, że dla autorki ważne są postulaty sufrażystek, z drugiej jednak konstrukcja bohaterek i bohaterów nie była z tym postulatem spójna. Nie wiem, czy właściwie oddałam to, chciałam powiedzieć, głośno myślę, konstruuje zdania na bieżąco. Trzeci argument jest taki, że ogólnie u Lucy postaci są skonstruowane jednowymiarowo. Tak mi się wydaje. Czytałam dawno, więc nie pamiętam. Jeśli się mylę, to proszę popraw mnie.
        Dyskusja może być ożywcza, jeśli zastosuje się pseudoargumentu „nie bo nie|” bo to czyni ją niemożliwą do przeprowadzenia. Jednakże rozumiem, że osoba może być emocjonalnie związana z danym przekładem. Z wielu względów. Nawet tych (a może zwłaszcza?) tych nieuświadomionych.

        Odpowiedz
        • Z tymi sufrażystkami to chyba trochę dziwnie wychodzi u LMM. Z jednej strony tworzyła bohaterki, które dążą do samodzielności (Valancy z Błękitnego Zamku), a z drugiej podlegała presji rynku i czytelniczek, które domagały się romansów z happy endem. Co do konstruowania postaci, to faktycznie różnie bywa, szczególnie drugoplanowe są zazwyczaj dość płaskie, ale są i perły.

          Odpowiedz
          • O, a tu się zaczyna ciekawie. Bo mnie się wydaje, że ogólnie ta Kanada to jakaś postępowa była. Akcja pierwszej książki rozgrywa się gdzieś tak chyba ok 1880 (tak mi plus minus wychodzi). Kobiety nie mają praw wyborczych. Ale… dziewczynki maja takie samo prawo do edukacji jak chłopcy, istnieją w pełni koedukacyjne szkoły podstawowe i średnie, gdzie są traktowane na równych prawach. Mogą studiować oraz ubiegać się o stypendia. Kurka wodna, Skłodowska dekadę później o czymś takim nie mogła myśleć, musiała najpierw zarobić na wyjazd do Francji, a potem się douczać intensywnie, bo poziom w tamtejszych liceach był wyższy. Prości kanadyjscy farmerzy tacy jak Marilla i Matthew rozumieją konieczność posiadania przez kobietę zawodu, który pozwoli jej „w razie czego” zarobić na utrzymanie (zawód nauczyciela spełnia te kryteria) i są dumni z osiągnięć wychowanki. Ja już chyba wspomniałam, że jestem wielbicielką Orzeszkowej, mniej więcej w tym samy czasie, jej bohaterki z głodu umierają albo schodzą na złą drogę, właśnie z powodu braku edukacji.

            Odpowiedz
            • No zdaje się, że u Orzeszkowej panny schodziły na złą drogę, bo ich wykształcenie nic im nie dawało w kwestii zdobycia pracy :( Ale co do Kanady, to i pani Linde, i Marilla miały swoje poglądy polityczne i interesowały się tymi sprawami. Zresztą mam wrażenie, że to część protestanckiego etosu.

              Odpowiedz
              • U Orzeszkowej panny w ogóle nie posiadają formalnego wykształcenia, a osiągalnych zawodów, w których mogłyby pracować jest mało. Z reguły uczyły się w domu albo skończyły jakąś pensję, z której wyniosły jedynie pobieżne wiadomości, niewystarczające do zaspokojenia wymagań potencjalnych pracodawców. W najlepszym wypadku opanowane mają prowadzenie domu i, o ile mają zamożnych krewnych, mogą liczyć u nich na posadę gospodyni. Albo choćby zostać dożywotnią rezydentką. Brak bogatych krewnych = katastrofa. Natomiast u LMM dzieci niezależnie od płci kończą takie same szkoły, zdobywają te uprawnienia nauczycielskie i mogą zarobkować. I ich rodzice/opiekunowie, w sumie prości farmerzy akceptują ten fakt – spora grupa uczniów z takiej dziury jak Avonlea dostaje się do szkoły średniej. Jakoś sobie nie wyobrażam w XIX w. na polskiej wsi czegoś takiego, a ty? A potem jeszcze idą na uniwersytet (za zarobione na nauczaniu pieniądze) i pomimo trudności finansowych bynajmniej nie umierają tam na gruźlicę, przymierając z głodu na poddaszu. Są też stypendia, dostępne dla dziewcząt i chłopców na tych samych zasadach… Co do polityki, to ja mam wrażenie, że akurat te panie, pomimo braku praw wyborczych miały większy wpływ na politykę niż się wydaje. A już z pewnością było tak w wymiarze lokalnym, np. miały wpływ na wybór pastora, ogarniały kwestie, jak byśmy dziś powiedzieli „pomocy społecznej”, działały w różnych organizacjach… Podtrzymuję tezę, że ta Kanada, przynajmniej ta opisana przez Montgomery, była jakaś taka jakby postępowa :-)

                Odpowiedz
                • A szkółka z Syzyfowych pracach była koedukacyjna, czy nie? Nie pamiętam, a nie chce mi się sprawdzać. Kanada postępowa, bo a) inny ustrój, b) inna religia, c) inny etos pracy, d) inna struktura społeczna. Nie powiem, z zazdrością się to czytało i potem porównywało z nowelkami naszych pozytywistów i rozmaitymi wspomnieniami niebieskich mundurków.
                  I masz rację, że kobiety i tak rządziły, jak to w patriarchacie, z tylnego siedzenia; swoją drogą, skoro LMM tak często to opisuje, to jednak takie panie Linde i panny Kornelie musiały być normalnym zjawiskiej, takie opoki społeczności i Katony w spódnicach.

                  Odpowiedz
                  • Szkółka w „Syzyfowych pracach” (jak ja nie znoszę Żeromskiego) była koedukacyjna, ale a) poziomu „edukacji” jednak nie da się porównać, zarówno pod kątem zakresu materiału jak i kompetencji nauczyciela, ogólnie w „Syzyfowych pracach” uczyli dukać po rosyjsku b) średnie wykształcenie po tej szkółce było ciut jakby nieosiągalne dla dziewczynek. Zgadzam się, że zazdrość bierze, choć ogólnie wszystkie uwarunkowania były inne. W każdym razie w Kanadzie startowali jakby z lepszego poziomu.

                    Odpowiedz
                    • Swoją drogą @Piotr, wspominałeś, że Twoja córka czyta i jakie ma wrażenia? Rozumiem, że nie czytała wersji z „Zielonym wzgórzem” i jest to jej pierwsze zetknięcie z LMM? Bardzo jestem ciekawa opinii, choć nie jestem pewna, czy współczesnym dzieciom to się jeszcze może podobać.

  9. Czytam. Na razie mnie nie zabiło, ale mam już trochę dość wylewności Anne. Tak będzie cały czas? Bo daleko mi do zachwytu introwertycznego Mateusza, a przecież trudno mnie introwertykiem nazwać :P

    Odpowiedz
    • A na której stronie jesteś? Bo na początku tak będzie, nie ma zmiłuj, w każdej wersji, gdyż i oryginale tak było… :-) Potem jakby nieco lepiej.

      Odpowiedz
      • Trzymamy kciuki za Bazyla! Ania wycisza się w okolicy pójścia do szkoły średniej :-) Nb jakkolwiek irytujące by to nie było, to jest w tym prawda, sama znam sporo dzieci, które tak właśnie się zachowywały (ja nie, byłam introwertyczna). Dla mnie to brzmi autentycznie, że dzieciak, którego każdy olewał w dotychczasowym życiu, nagle znalazł miejsce na ziemi i czuje potrzebę wygadania się. Co więcej, ktoś jej, tak czy inaczej, lepiej czy gorzej, zaczyna odpowiadać i wchodzić z nią w interakcje (Marilla, Diana, panna Stacy, pani Allan).

        Odpowiedz
          • Ja, straszyć kogoś, no w życiuuuuu. No może i fakt, ale dla mnie to ona jest w tym autentyczna, są takie gadatliwe dzieciaki nawet w dzisiejszych czasach, nieprawdaż? Rodzice siwizny przedwczesnej dostają, ale w sumie potem to fajne :-)

            Odpowiedz
              • Bo ja wiem, owszem, ten typ tak ma, ale ona wcześniej tym typem będąc gadała do szyby albo do echa :-( A tu jednak do kogoś (z lekka oszołomionego słowotokiem) coś dociera i próbuje zadziałać, lepiej czy gorzej i na ten słowotok zareagować w ramach swoich ograniczeń. Marilla pomimo swoich wad ma (dość sarkastyczne co prawda) poczucie humoru, pani Lynde wychowała kupę dzieci i w sumie po przeskoczeniu początkowych uprzedzeń ma całkiem rozsądne podejście do Anne i całkiem nieźle z Marilla współpracuje i jej oradza. Moim zdaniem piękna jest scena tej pierwszej modlitwy Anne, kiedy to Marilla nagle się orientuje, że jej dotychczasowe doświadczenia mają się nijak do sytuacji tego dzieciaka :-)

                Odpowiedz
                • Niczyje doświadczenia nie pasowały do Anne, na pewno nie w przyziemnym Avonlea. Tam się dzieci trzymało krótko, trzeba dopiero osób z zewnątrz, tych idealnych pań Allan czy panny Stacy, żeby brylancik oszlifować porządnie. Ale mnie się zawsze podobała zmiana w Marilli i w pani Lynde; w sumie mogły leczyć gadulstwo Anne rózgami, postami i klęczeniem na grochu.

                  Odpowiedz
                  • Tudzież odprawianiem egzorcyzmów, ale najwyraźniej w tej społeczności było możliwe, aby tak nie leczyły. Co więcej, były w stanie wziąć pod uwagę opinie owych „idealnych” (całkowicie się zgadzam, noszsz normalnie anioły z niebios) wkraczających na zasadzie deus ex machina… Nie wiem czy tam tak rzeczywiście w tych czasach by było, ale np. reakcja doświadczonej w wychowywaniu dzieci pani Lynde na aferę z Gilbertem jest całkiem racjonalna i rozsądna. A przy tym nie podważa ona autorytetu nauczyciela.

                    Odpowiedz
                    • Prawda, że pani Allan i panna Stacy są do obrzydliwości idealne? W każdym razie jeśli wierzyć Anne. Pani Linde zaskakuje mnie wiele razy, ten jej zdrowy rozsądek jest cudowny, połączony z bystrością umysłu, o którą by się jej nie posądzało :P

                    • Tjaaa, a pan Allan w zasadzie nie istnieje. LMM miała moim zdaniem problem z postaciami męskimi, zwłaszcza z pastorami, pewnie na bazie doświadczeń osobistych. Pomimo jej mocno skomplikowanych wyjaśnień ni diabła nie umiałam zrozumieć, czemu ktoś chciałby wychodzić za takiego Mereditha i czemu on był taki super, tu poległam. No chłopy to jej nie wychodziły, co tu dużo mówić :-)

  10. I Mateusz rzecz jasna, i pan Harrison, i kapitan Jim, i (z zupełnie innego genre’u) nieszczęsny Moor… A mam w pamięci również bohaterów na jedną scenę, ale za to jak narysowanych: różnych maślanookich adoratorów, zimnokrwistych świętoszków albo przeciwnie, sangwinicznych złośników. Oczywiście nie tylko o Ani mowa. W „Historynce”, na przykład: eteryczny marzyciel Niezgrabiasz Dale i przekorny Ned Campbell, który nie wierzy byle komu na słowo. Ale dwaj najbardziej intrygujący w moim odczuciu są akurat w serii o „Emilce”, która jest mi jeszcze bliższa od Ani: ironista Dean Priest z całym ukrywanym żarem zazdrości, chęci posiadania, głodu uczucia, i weredyk, pedagog z bożej łaski, a przy tym alkoholik, pan Carpenter. Ech, aż się chce znowu skoczyć w Montgomery, a tu człowiek aż jęczy pod stertą lektur!

    Odpowiedz

Odpowiedz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: