O szybownictwie i o sierotce Marysi (Maria Wardasówna, „Maryśka ze Śląska”)

Maryśka ze Śląska

 

„Maryśka ze Śląska” to przedziwna, by nie powiedzieć kuriozalna, powieść łącząca w sobie prawdziwą fascynację lotnictwem, znakomite sceny lotów szybowcem, opisy górskiej przyrody i obrazki z życia wsi w Beskidzie Śląskim z ckliwą, opartą na wyświechtanych kalkach historią sierotki od pasania gęsi i krów z domieszką bajki o Kopciuszku.

Pasterka w powietrzu

Marysia w wielu pięciu lat traci matkę. Bracia rozchodzą się po świecie, a ją przygarnia para gazdów. Dziewczynka najpierw pasie gęsi, potem krowy, świetnie się uczy i w tajemnicy przed wszystkimi czyta mnóstwo książek, szczególnie lotniczych. Kiedy więc na pobliskiej górze powstaje harcerska baza szybowcowa, Marysia skrzętnie korzysta z propozycji, by dołączyć do kursantów. Szybko okazuje się, że jest prawdziwą, niezwykle uzdolnioną pasjonatką latania, choć będzie ono musiało pozostać jedynie letnią przygodą – biedną sierotę czeka już wkrótce wyłącznie ciężka praca w polu. Los ma jednak w zanadrzu niespodzianki, które mogą odmienić los Marysi: harcerski instruktor szybownictwa ma dla niej kuszącą propozycję, a poznane podczas awaryjnego lądowania polsko-amerykańskie małżeństwo może jej zapewnić radykalną zmianę sytuacji życiowej…

Sierotka, szybowniczka, Kopciuszek

Maria Wardasówna wydała swoją powieść w 1937 roku, po wojnie ukazywały się wydania poprawione i uzupełnione – ewidentnie zmienione zostało zakończenie, można się jedynie domyślać późniejszych wtrętów w innych miejscach tekstu. Autorka czerpała z własnych doświadczeń: pochodziła z Beskidów i należała do zafascynowanych lotnictwem (oraz motocyklami) – i te zaczerpnięte z życia elementy są najlepszymi w „Maryśce ze Śląska”: codzienność wsi i elementy gwary, bardzo dobre opisy górskiej przyrody, szczególnie oglądanej z lotu ptaka oraz wiarygodne sceny lotnicze. Obserwujemy kształcenie szybowników: od nauki sterowania maszyną, przez pierwsze niepewne, krótkie loty po pokazy zaawansowanych umiejętności. Gdyby Wardasówna skupiła się na tych momentach, nawet nie rezygnując z opisów sierocej doli bohaterki, ale łącząc je z perspektywą życiowej zmiany, jaką mogło zapewnić harcerstwo i lotnictwo, mielibyśmy inspirującą historię o tym, jak pasja może poprawić nawet beznadziejny, zdawałoby się, los, jak daje choćby chwilowe wyzwolenie i poczucie sprawczości – w powietrzu Maryśka czuje się swobodna i tylko od niej zależy, jak przebiegnie lot. Mielibyśmy bohaterkę, która pokazuje czytelniczkom, że warto dążyć do realizacji marzeń, nawet jeśli otoczenie uważało je za nierealne. Niestety pisarka postanowiła „ubogacić” historię wiejskiej sieroty, miejscami dość ckliwą samą w sobie, o elementy wywołujące zgrzytanie zębów. Cały wątek państwa Smith, owego polsko-amerykańskiego małżeństwa, któremu Maryśka niemalże spadła na głowy, to jest jakieś kuriozum, oparte chyba na powieściach typu „Mała księżniczka” z przymieszką „Dobrej pani” Elizy Orzeszkowej. Pominę detale na wypadek, gdyby ktoś mimo wszystko chciał się z powieścią Wardasówny zapoznać, dodam jednak ostrzeżenie: Kochane sierotki, strzeżcie się bogatych Amerykanów, którzy uważają, że wszystko można kupić, za nic mają wasze marzenia i ideały, posuwają się do podstępów, by zrealizować swoje zamiary i na dodatek bezceremonialnie tresują was przy obiedzie, bo za głośno siorbiecie zupę.

Skarbnica kuriozów

Kuriozów jest u Wardasówny więcej: szybkie usunięcie z pola widzenia braci Maryśki, chyba wyłącznie po to, by pogłębić w bohaterce poczucie osamotnienia, zmienne nastroje jej gospodarzy, Badurów, którzy dziewczynkę raz traktują jako pasożyta, raz hołubią niczym rodzoną córkę (co nie przeszkodzi Badurce uniemożliwić podopiecznej udziału w arcyważnym pokazie) – i tak ze trzy albo cztery razy, w zasadzie bez żadnego uzasadnienia. Sama Maryśka jest raz pokazywana jako inteligentna i osiągająca świetne wyniki w szkole, na dodatek oczytana (co daje efekt drętwoty w dialogach, w których posługuje się mieszaniną gwary i książkowej polszczyzny; szczytem jest tu jej przemowa do harcerzy na zakończenie kursu szybowniczego) oraz dość przedsiębiorcza i śmiała, innym zaś razem autorka brutalnie mówi o „jej prymitywnym sposobie myślenia”, który nie jest w stanie pojąć, jakie skutki może przynieść wybuch wojny; na dodatek Maryśka „zdawała sobie sprawę ze swoich braków w wykształceniu dziecka wiejskiego, wzrastającego od kołyski z kompleksem niższości wobec miejskiej sfery rządzącej”. O ile faktycznie kompleks na punkcie wykształcenia jest całkiem prawdopodobny, o tyle poczucie niższości wobec dzieci miejskich jakoś nie manifestowało się w stosunkach z harcerzami-szybownikami (a „miejska sfera rządząca” na kilometr śmierdzi powojennym dodatkiem). Jakże źle o przedwojennym harcerstwie świadczy dialog między przewodniczącą Związku a instruktorem szybownictwa. Druhna przewodnicząca na prośbę o pomoc Maryśce, utalentowanej lotniczce, w wykształceniu się na instruktorkę odpowiada: „Druh zapomina, że dziecko wiejskie jest obarczone wiekowym balastem przesądów i uprzedzeń, w jakich tkwi zacofana wieś. Żeby się ich pozbyć, dziewucha [!!! – ZWL] ta musiałaby ukończyć studia”. Instruktor sugeruje, że dziewczynka jest zdolna i bez trudu podoła zadaniu. Despotyczna harcerka wali brutalnie: „Nie wierzę, naukowcy udowodnili, że dzieci wiejskie przychodzą na świat o słabszym rozwoju umysłowym w stosunku do dzieci miejskich”. Fragment jakby pisany na zamówienie stalinowskich aparatczyków: pełne przesądów klasowych przedwojenne harcerstwo blokuje awans społeczny wiejskiej sierocie. I druhna przewodnicząca dodaje: „osobiście w hart i dzielność kobiet nie wierzę. W przypadku tej pilotki jestem przekonana, że kieruje się chwilowym kaprysem, wybujałą egzaltacją, która minie szybko, gdy życie da się jej we znaki”. Jak na harcerkę niezbyt to pochlebna opinia o płci żeńskiej. Na widok wyczynów Maryśki w powietrzu przewodnicząca zmienia nieco zdanie, przy okazji jednak kompromituje się po raz kolejny: „Imponuje mi ta pilotka wykazywaną odwagą, niespotykaną u dziewcząt wiejskich”. Zastanawiam się, kiedy Wardasówna zapisała tę kwestię, czy w przedwojennym oryginale, czy dopisała ją już po wojnie – i jeśli wtedy, to czy nie zadrżała jej ręka na wspomnienie wszystkich dziewcząt wiejskich, które wykazały się ogromną odwagą. Na zakończenie zaś  tych przydługich analiz jeszcze kwestia finału. Pierwotnie akcja powieści rozgrywała się przed rokiem 1937, w wydaniach powojennych przesunięta jest jednak na wakacje 1939 roku. Nikt nie zauważa sprzeczności w tym, że jest sierpień, od października Marysia ma zacząć naukę, a tymczasem chętnie wyjedzie „na kilka miesięcy”, by poznać Amerykę. Na pokład „Batorego”, którym podróżuje ze Smithami, docierają kolejne hiobowe wieści o groźbie wojny, wreszcie o jej wybuchu. I co robi autorka? Urządza młodemu czytelnikowi autentyczną prasówkę z obszernymi cytatami z artykułów, manifestów i przemówień, okraszając to spekulacjami politycznymi pasażerów. Żaden małoletni tego nie wytrzyma. Ostatecznym gwoździem do trumny jest pani Smith, cytująca (z pamięci!) masę odezw z czasów pierwszej wojny światowej i wykładająca w detalach historię amerykańskiego Związku Polek. Dawno z taką ulgą nie zamykałem żadnej książki. Wy już zdecydowanie nie musicie jej otwierać.

Maria Wardasówna, Maryśka ze Śląska, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1984, wydanie piąte poprawione i uzupełnione.

(Visited 213 times, 32 visits today)

18 komentarzy do “O szybownictwie i o sierotce Marysi (Maria Wardasówna, „Maryśka ze Śląska”)”

  1. Mam tę książkę, czytałam ją w dzieciństwie i bardzo mi się podobała, niedawno przeczytałam ją ponownie i bardzo załuję. Inaczej zapamiętałam tę powieść, teraz zwróciłam uwagę na inne szczegóły, szkoda… Pana opis, jest bardzo dokładny i niestety prawdziwy

    Odpowiedz
    • Niestety tak się zdarza, że wspomnienia z dzieciństwa nie wytrzymują spotkania z naszym dzisiejszym odbiorem. I czasem szkoda sobie te wspomnienia psuć. Ja chyba tego nie znałem w dzieciństwie, więc mogłem się rozprawić z autorką na zimno. Ale szkoda mi tej historii, mogła być bardzo przyzwoita.

      Odpowiedz
  2. O kurka wodna, ale żeś trafił kuriozum :-( Czytać nie zamierzam, ale z tego co napisałeś, to sensu nie ma w tym żadnego, Co mówię jako osobnik wsiowego pochodzenia (niniejszym w imieniu moich przodków na autorkę się obrażam) oraz osoba poniekąd znająca się na lotnictwie…

    Odpowiedz
    • Sens w tym jest, tylko starannie ukryty pod kolejnymi warstwami bezsensownych dopisków, jak sądzę. Za to jedna prawda jest uniwersalna i ponadczasowa: kto ma dolary, może wszystko :( Akurat lotnictwo to jest tu najlepszą częścią, aż szkoda, że autorka nie skupiła się tylko na tym.

      Odpowiedz
      • Swoją drogą szkoda, mało było takich książek, w których dziewczyny osiągały sukcesy w dziedzinach „męskich”. Co zresztą było powodem mojej irytacji na sporą część literatury młodzieżowej, w której aby uzyskać prawidłowy wynik działania 2+2 dziewczyna musiała z reguły zasięgnąć korepetycji. U faceta oczywiście, a ogólnie nauki ścisłe były raczej traktowane jako podrzędne w stosunku do humanistycznych, tudzież uzdolnień artystycznych, uznawanych za właściwe dla pań. U mnie akurat było odwrotnie, kompletnie się w tej wersji świata nie odnajdowałam. Stąd moja słabość do Broszkiewicza, jednego z nielicznych pisarzy, u którego dziewczyna mogła być pilotem statku kosmicznego albo chociaż mechanikiem samochodowym :-)

        Odpowiedz
  3. Czytałam w szkole podstawowej bardzo, bardzo dawno temu. Wtedy, co naturalne, interesowała mnie tylko historia Maryśki i ten wątek pamiętam. Szczegółów tu wypunktowanych wtedy (jako dziecko) nie zauważyłam, ale teraz po ich poznaniu chyba nie mam ochoty na ponowną lekturę. Wolę pozostać przy wspomnieniach tamtej lektury. Pozdrawiam :)

    Odpowiedz
  4. Ojoj, argument „wieśniaka” jako tego, który jest gorszy, mniej inteligentny, któremu zbywa na obyciu, to zawsze była dla mnie czerwona płachta :) Ciekawe swoja drogą, skąd się wzięła i kiedy zaczęła pejoratywność wyrazu, który normalnie oznaczał człowieka pochodzącego ze wsi?
    A z szybownictwem, to mi się kojarzy (nie wiem czy słusznie), jedynie tekst z którejś części „U Pana Boga …” o suchym pedalarzu.

    Odpowiedz
    • Zastanawiam się w ogóle po co autorka wkładała takie słowa w usta harcerce, na dodatek wysokiego szczebla. Miałem wrażenie, że harcerstwo to była organizacja egalitarna, a tu taki kwiat. No chyba że to jakiś późniejszy dopisek szkalujący.

      Odpowiedz
      • Raczej późniejszy dopisek szkalujący. Był taki dość silny trend zamazywania dorobku przedwojennego harcerstwa, przy równoczesnym promowaniu powojennego, tak jakby ZHP się znikąd pojawiło, zapewne za sprawą ukochanego Wodza. Przy czym harcerstwo ogólnie było raczej promowane. Co do tego egalitaryzmu to nie jestem taka do końca pewna – w założeniach owszem, ale przedwojenne harcerstwo było równocześnie dość elitarne, obejmowało młodzież głównie miejską, często z rodzin inteligenckich. W związku z tym ja bym się nie zdziwiła, jakby oni nie wiedzieli za dużo o wsi i jej nie rozumieli, tudzież gdyby istniała bariera komunikacyjna na styku wieś-miasto. Niemniej jednak (o czym świadczą wspomnienia) u podstaw istniał etos i zasady, które moim zdaniem wykluczają taki paskudny chlust rasizmu, bo tak należy chyba określić zacytowane przez ciebie fragmenty. Toż brzmi to jak Hitlerjugend jakiś, a nie harcerstwo :-(

        Odpowiedz
        • Znam ten trend, stąd moje podejrzenie, chociaż przedwojenne harcerstwo znam tylko z Antka Cwaniaka Kamińskiego, a to też było przerabiane po wojnie. Ten, pardą, wyrzyg druhny przewodniczącej to jest największe zaskoczenie tej książki, chociaż to tylko trzy zdania i półtorej sceny raptem :(

          Odpowiedz
          • Przyznam, że harcerką nigdy nie byłam i ta forma aktywności nigdy mnie jakoś nie pociągała, ale moja śp. przyjaciółka była bardzo zaangażowaną działaczką i interesowała się przedwojennym harcerstwem. W wielu wspomnieniach, np. Antoniego Kroh działacze harcerscy z tego okresu występują jako osoby o wysokim poziomie etycznym, kultywujące ten etos nawet w czasach powojennych. A ty przytoczyłeś zdanie „naukowcy udowodnili, że dzieci wiejskie przychodzą na świat o słabszym rozwoju umysłowym w stosunku do dzieci miejskich”. Nawet gdyby to było tylko to jedno jedyne zdanie w całej książce, a nie trzy, to (wulgaryzm) jacy naukowcy? Doktor Mengele?

            Odpowiedz
  5. O fu, jaka szkoda, tak wiele się spodziewałam po szybującej Maryśce i chciałam tę właśnie książkę dorwać. Myślałam, że to jej lotnicza biografia, tak jak jej dzienniki Próba skrzydeł i Dziewczyna z chmur. Wardasówna była osobiście pierwszą pilotką w Polsce, a także piewczynią Dolnego Śląska i o wsi śląskiej też pisała powieści. Napisała tę oto Marychnę już w 1935 czyli te wszystkie straszne nowomowy i szkalowanie harcerzy to raczej stalinowska redakcja i cenzura powojenna. Maria wszak sama ze wsi i w Harcerskiej Szkole Szybowania NA WSI się tak latać nauczyła, chyba by nie pluła aż tak na bliskich jej ziomków i druhny? Nawet z poprawką na to, że przed wojną pretensjonalni Polacy naprawdę gardzili warstwą wiejską, służebną i robotniczą – ale międzywojenny Dolny Śląsk i Katowice górników (gdzie Wardas też się kształciła) nie były przecież dulskim Krakowem drobnomieszczańskim. Teraz jeszcze bardziej chcę dorwać to pierwsze wydanie z 1935…

    Odpowiedz
    • Moim zdaniem, jeśli czytać, to faktycznie pierwsze wydanie, albo może któreś powojenne jeszcze nie ma tych światłych poprawek. Biografia autorki fascynująca, ale po Maryśce przeszła mi chęć czytania jej pamiętników, przynajmniej chwilowo.

      Odpowiedz

Odpowiedz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: