Marzenia i rozczarowania (Pola Gojawiczyńska, „Dziewczęta z Nowolipek”, „Rajska jabłoń”)

Dziewczęta z Nowolipek

Znają tylko warszawskie Nowolipki i najbliższe okolice. Tu mieszkają, tu chodzą do szkoły, tu jest ich cały świat – do czasu. Gdy w miarę dorastania zaczną wychodzić poza ten krąg, poznawać inne domy i inne życie, zaczną marzyć o czymś lepszym, barwniejszym, bardziej beztroskim, co im jednak nigdy nie będzie dane, bo zawsze zostaną w „niewoli” Nowolipek.

Zew świata

Janka, Bronka, Kwiryna, Cechna, Amelka i Franka mieszkają przy Nowolipkach. Wszystkie, poza Kwiryną, córką skąpych sklepikarzy, pochodzą z biednych domów, każda jest inna, marzy o czymś innym, do czegoś innego dąży. Jeszcze uczą się w szkole, jeszcze nie wychodzą poza najbliższe sąsiedztwo, lecz w pewnym momencie dobiega je zew zewnętrznego świata, pragnienie wyjścia z Nowolipek, gdzie wszystko było znane i oswojone, tam, gdzie „nic nie było wiadome”. Dorastające dziewczęta, po skończeniu nauki, trafiają „na komplety”, każdą z nich opiekuje się jakaś zamożna pani i teoretycznie ma ją edukować, uczyć przydatnych umiejętności, pomóc w ułożeniu przyszłości. Zakosztowują innego życia, bardziej kolorowego, bardziej beztroskiego, bogatszego, rozbudzają w sobie nadzieje, lecz okazuje się, że to daremne. Zrywają z Nowolipkami, ale nie mogą przenieść się na Marszałkowską; na niewinne marzycielki spadają kolejne ciosy, życie okazuje się brutalnie rozprawiać z ich nadziejami, wyjście z biedy okazuje się okupione upokorzeniami, miłość przynosi ból i rozczarowania, małżeństwa okazują się pułapkami, pęd do pieniędzy odmienia duszę, wymaga bezwzględności i egoizmu.

W niewoli Nowolipek

Bohaterki Gojawiczyńskiej wchodzą w dorosłość zupełnie nieprzygotowane, znają jedynie biedę, upokarzającą dobroczynność, pijanych, często bezrobotnych mężczyzn i zabiedzone, zaharowane kobiety. Pełen pokus świat poza Nowolipkami przyciąga, ale i niesie zupełnie nieznane niebezpieczeństwa. Nawet miłość, ta wymarzona, kończy się niechcianą ciążą i pokątnie wykonaną aborcją, bo „na Nowolipkach uświadamia dopiero – ten pierwszy”. Jeśli dziewczęta wierzą, że mają szansę coś zmienić, to szybko wiara ta rozbija się o twarde realia. Trudno pozbyć się piętna Nowolipek, „nie tyle biedy, ile niewoli”. „Świat jest pełen zwycięzców i zwyciężonych. Drapieżnych i obrabowanych […] obrabowanych z możności życia. Pokornych, o zgrozo!”. Wybuch pierwszej wojny, a potem odrodzenie Polski nic nie zmieniają w sytuacji takich osób. Wojna przynosi dodatkowe osłabienie więzi rodzinnych i moralności, nowa Polska też zawodzi: zapewnia co prawda choćby oświatę, ale nie troszczy się o to, „że za oświatą idzie pragnienie nieuniknione: wyższego poziomu życia codziennego. […] Nikt nie myślał o sprawiedliwej zasadzie równego startu”. W niepodległym kraju dziewczęta z Nowolipek muszą tak samo liczyć tylko na siebie, jak i wcześniej. Dobitnie pokazuje to „Rajska jabłoń”, kontynuacja „Dziewcząt”, skupiona już tylko na kilku z nich: Amelce, która sprzedała się bogatemu aptekarzowi, Kwirynie, która zatraca się w pogoni za pieniędzmi i wyrodnieje, choć szczęśliwie, dzięki miłości do męża, nie do końca, Cechnie, która ponosi klęskę w małżeństwie, i Bronce, której ufność i pragnienie, by wszystkim było dobrze, zmienia w cynizm i zobojętnienie.

 

Ulica Nowolipki, 1935 r.
Nowolipki, 1935 r. (źródło)

Imponujący fresk

Wbrew tytułowi „Dziewczęta z Nowolipek” to nie tylko opowieść o tytułowych przyjaciółkach. W obu tomach poznajemy też losy ich rodzin, sąsiadów, znajomych, całej ulicy, codzienność i święta, nieliczne blaski i dużo głębsze cienie. Gojawiczyńska zestawia opowieść z epizodów, które składają się na imponujący fresk obejmujący kilka dziesięcioleci, od początków dwudziestego stulecia do lat trzydziestych. Imponująca jest wnikliwość psychologiczna autorki, zdolność do stworzenia kilku głównych (i całego tłumu pobocznych) postaci, z których każda jest indywidualnością i każda jest bliska czytelnikowi, bo mimo iż narracja jest trzecioosobowa, to jednak odbija sposób myślenia i wypowiedzi poszczególnych bohaterów, dając bezpośredni wgląd w ich przeżycia i poglądy. Warto też zwrócić uwagę na obraz Warszawy w obu książkach, na to, jak rozszerza się perspektywa, w miarę jak bohaterki pogłębiają znajomość z miastem. Oglądamy Nowolipki z ich ciemnymi mieszkaniami, warsztatami, ubogimi sklepikami, śródmiejski przepych, parki, zakłady dobroczynne, slumsy Pelcowizny, podglądamy życie wszystkich warstw społecznych. Widzimy też historię: wojnę, nadzieje odrodzenia kraju, zamach na Narutowicza, zamach majowy, problemy gospodarcze, dyskusje polityczne; to wszystko wpływa przecież na bohaterki, lecz ukazane jest w tle, często zaledwie wzmianką, aluzją, kilkoma zdaniami. Obie powieści Gojawiczyńskiej, mimo iż niemal stuletnie, wciąż pozostają świeże i interesujące, co jest zasługą zarówno migawkowej konstrukcji, częstych zmian punktu widzenia, jak i psychologicznej wiarygodności i różnorodności bohaterek. Czytajcie Gojawiczyńską!

Pola Gojawiczyńska, Dziewczęta z Nowolipek, Czytelnik 1964.

Pola Gojawiczyńska, Rajska jabłoń, Czytelnik 1965.

(Visited 231 times, 41 visits today)

21 komentarzy do “Marzenia i rozczarowania (Pola Gojawiczyńska, „Dziewczęta z Nowolipek”, „Rajska jabłoń”)”

  1. To są wspaniałe książki, z niesamowitą głębią psychologiczną, z rewelacyjnie opisaną częścia Warszawy, relacjami społecznymi, realiami życia… Jedna z najważniejszych książek w moim życiu, choć przeczytanych mocno po trzydziestce.

    Odpowiedz
  2. O tak, „Dziewczęta…” są świetne. Dziewczęta też, ze szczególnym uwzględnieniem Franki. I ta zmysłowość, skrupulatność, z jaką jest przedstawione powszednie życie i to, co je okrasza, co je ożywia (te zeszytowe przygody Sherlocka Holmesa, którymi zaczytuje się Kwiryna, te nieprzyzwoite elemenciki w patriotycznych wierszach… same łakocie). Ale jest pewna sprawa, w której rzetelność powieściowych realiów jednak zawodzi. Nowolipki to przecież samo centrum żydowskiego świata dawnej Warszawy. A gdybyśmy nie wiedzieli tego skądinąd, od Gojawiczyńskiej się nie dowiemy. Bo do kręgu dziewcząt z Nowolipek należą nominalnie np. siostry Rubinrot, ale właśnie, tylko nominalnie, nie słyszymy o nich prawie nic. I tu nie mogę się powstrzymać od myśli: o ile bogatszy i pełniejszy byłby ten bogaty i pełny obraz, gdyby tę ogromną lukę zapełnić…

    Odpowiedz
    • Spotkałem się z tym zarzutem, że brakuje społeczności żydowskiej, ale mam wrażenie, że Nowolipki to była ulica przejściowa między tymi światami. Stał tam i kościół rzymskokatolicki, i redakcja Nowego Przeglądu, a społeczności jednak chyba słabo się przenikały. Ale Prusowi też się wypomina, że w Lalce w zasadzie brakuje Rosjan.

      Odpowiedz
      • To prawda. Ale była to także ulica litwaków, Żydów przybyłych z zachodnich obszarów Cesarstwa, i ulica, na której – podaję za Jackiem Leociakiem – „na początku lat siedemdziesiątych XIX stulecia co czwarta posesja […] znajdowała się w rękach Żydów. Pół wieku później już ponad połowa posesji na Nowolipkach należała do właścicieli żydowskich”. Nie mówiąc już o sprawach z czasów getta, kiedy przy Nowolipkach 68 mieściła się baza „Oneg Szabat”, w piwnicach tej właśnie kamienicy przechowywano zbiory Archiwum Ringelbluma.
        Ha, z Rosjanami to całkiem inna historia. Pęknięcie realizmu, ma się rozumieć. Tyle że Prus nie widział ich programowo, protestował milcząco, nie pisząc o nich (nawiasem mówiąc są od tego odstępstwa, vide rusycyzmy w mowie sędziego). A Żydzi z Nowolipek to sąsiedzi, związani wspólną codziennością z bohaterkami powieści Gojawiczyńskiej, jest handlarka uliczna, jest szewc Fiszel, tyle że ich istnienie mieści się dosłownie w kilku wyrazach, pozostawiło ślady niezwykle kruche. To samo z siostrami Rubinrot…
        PS. I rzeczywiście, były i „szerloki”, i „ubryki”:)

        Odpowiedz
        • O ile pamiętam, to litwacy rzadko mówili po polsku i nawet przez część współwyznawców byli traktowali z rezerwą, więc jak mieli z nimi nawiązywać kontakt Polacy? A co czwarta posesja oznacza, że w większości domy były jednak polskie. Więc ta nieobecność Żydów daje się wybronić nawet na gruncie statystyki :) Czasy getta to jednak zaburzenie wszelkiej wcześniejszej struktury społecznej i narodowościowej. Oczywiście można by badać stosunek autorki do Żydów albo gdybać, jak na ten brak wpłynęło miejsce druku powieści (sanacyjna Gazeta Polska), no ale to wymagałoby głębszych studiów.

          Odpowiedz
          • Toteż ja nie wymagam, żeby się Bronka i Amelcia wdawały z litwaczkami w pogłębione międzykulturowe rozhowory;) Ale dziwi mnie jednak, że tak mało przenika do tego świata z tamtych, sąsiedzkich. A doskonale mogę sobie wyobrazić taką choćby pogawędkę na podwórzu czy w sklepie: że, dajmy na to, są tutejsi, oswojeni i bliscy Żydzi, a oto pojawiają się nowi, inni? Ta inność, odczuwana wyraźnie przez zasiedziałą, miejscową społeczność żydowską, była ewidentna i dla Polaków, czego dowodem choćby powieść Artura Gruszeckiego „Litwackie mrowie”. Gruszecki był znany z tego, że gdy tylko społeczną wyobraźnię zaczął rozpalać jakiś nowy temat, jakaś nowa wielka kwestia dnia, natychmiast produkował powieść w tej sprawie, stąd książki o mariawitach, o rewolucji 1905 roku itd.
            Wzmiankując getto, chciałam jedynie podkreślić ciągłość kultury żydowskiej na Nowolipkach, i to w tak kapitalnie ważnej postaci, jaką było archiwum „Oneg Szabat”. A mówiąc o centrum żydowskiej Warszawy jako miejscu akcji tych dwóch powieści, nie mam na myśli samych jedynie Nowolipek, ale całą dzielnicę, wszystko, co wokół. Innymi słowy, równolegle z dylogią Gojawiczyńskiej warto czytać, tak sądzę, np. „Nowolipie” Józefa Hena i cytowane wyżej „Biografie ulic” Jacka Leociaka. Wtedy dopiero obraz nabierze pełni.
            PS. Wykłócam się i biorę pod boki jak Kwiryna, ale dziewczęta, podkreślam raz jeszcze, lubię:)

            Odpowiedz
            • Ja się wykłócam dla podtrzymania dyskusji :) A właśnie, Hen, muszę go odgrzebać, bo mi umknął. Swoją drogą ciekawe, czy jakiś literaturoznawca pochylił się nad tą kwestią żydowską u Gojawiczyńskiej, a raczej jej brakiem. Nie podejrzewam, niestety.

              Odpowiedz
              • „Nowolipie” jest bardzo kameralne, bardzo bezpretensjonalne, bardzo cienką kreską naszkicowane. Słowem: polecam:) I „Biografie ulic” też, całą sobą. To była książka, o której marzyłam latami, a gdy ją przeczytałam, śniłam nią. Absolutnie nie tylko dla warszawiaków i varsavianistów!
                A swoją drogą, czy można edytować własny komentarz? Bo teraz widzę, że w ferworze dysputy rabinicznej aż dwie wielkie litery Gojawiczyńskiej do nazwiska wcisnęłam…

                Odpowiedz
  3. Podoba mi się minimalizm okładek Głów wawelskich Czytelnika. Te nowe zlepki stockowych zdjęć, to koszmarny trend. Gojawiczyńska zapisana ale będzie musiała poczekać, bo obiecałem sobie w święta ściągnąć z półki Faraona :)

    Odpowiedz

Odpowiedz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

%d bloggers like this: