Pisarze ze starej szkoły (XXXIV): „Dzięki Bogu, że nazywała się Austen…”


Jeanette Winterson wychowywana była przez przybraną matkę, fanatyczkę religijną, w świecie zakazów i kar. Upokarzana i gnębiona dziewczyna ocalenie zawdzięczała książkom, które pokazały jej inny świat i pozwoliły dokonać zasadniczych życiowych wyborów. W swojej autobiografii pisarka obszernie opowiada o tym, czym była dla niej literatura.

W naszym domu było sześć książek.
W tym Biblia oraz dwa komentarze do Biblii. Matka była pamflecistką z temperamentu i wiedziała, że słowo drukowane potrafi podżegać i wzbudzać kontrowersje. Nasz dom nie był świecki i matka uparła się mnie chronić przed świeckimi wpływami.
Spytałam matkę, dlaczego nie możemy mieć książek.
– Kłopot z książką jest taki, że nigdy nie wiesz, co ona w sobie ma, dopóki nie jest za późno.
„Za późno na co?”, pomyślałam.
Zaczęłam czytywać książki w tajemnicy – nie było innego sposobu – i kiedy je otwierałam, zastanawiałam się, czy tym razem będzie za późno; jakiś ostateczny podmuch, który zmiecie wszystko, ostateczna wersja, która zmieni mnie na zawsze, jak butelka Alicji, jak potężny eliksir z Dra Jekylla i Mr Hyde’a, jak tajemniczy płyn, który przypieczętowuje los Tristana i Izoldy. […]
Pani Winterson posyłała mnie co tydzień do Biblioteki Publicznej w Accrington po zapas kryminałów dla siebie. Tak, jest w tym jakaś sprzeczność, ale my sami nigdy nie dostrzegamy naszych sprzeczności. Lubiła Ellery Queen i Raymonda Chandlera, ale kiedy zaczęłam ją maglować, jak to połączyć z tym, że „kłopot z książką polega na tym, że nigdy nie wiesz, co ona w sobie ma, dopóki nie jest za późno…”, odparła, że jeśli wiesz, że będzie trup, to wtedy nie jest żaden szok.
Wolno mi było czytać książki niebeletrystyczne o królach, królowych i historii, ale nigdy, przenigdy literatury pięknej. To były książki, w których kryje się kłopot…

Biblioteka w Accrington
Biblioteka w Accrington (źródło).

Biblioteka Publiczna w Accrington była w pełni wyposażonym gmachem, zbudowanym z kamienia na wartościach epoki samopomocy i samodoskonalenia. Ukończono ją ostatecznie w 1908 roku za pieniądze z Fundacji Carnegich. Fasadę ozdobiono rzeźbionymi głowami Szekspira, Miltona, Chaucera i Dantego, a we wnętrzu wyłożono secesyjne płytki i zamontowano gigantyczny witraż, który wygłaszał użyteczne maksymy typu: SKRZĘTNOŚĆ I ROZWAGA ZWYCIĘŻAJĄ.
Biblioteka posiadała wszystkie dzieła klasyczne literatury angielskiej i kilka niezłych niespodzianek, jak na przykład Gertrude Stein. Nie miałam pojęcia, co czytać ani w jakim porządku, dlatego zaczęłam alfabetycznie. Dzięki Bogu, że nazywała się Austen… […]
W wieku szesnastu lat dotarłam dopiero do M – nie licząc Szekspira, który nie należy do alfabetu, tak jak czarny nie jest kolorem. Czarny to wszystkie kolory, a Szekspir to cały alfabet. Czytałam jego sztuki i sonety w taki sam sposób, w jaki ubierasz się co rano. Nie zadajesz sobie pytania: „Czy ja się dzisiaj ubiorę?”. (Bywają dni, kiedy się nie ubierasz, bo nie czujesz się dobrze, czy to mentalnie, czy to fizycznie, więc i tak nie jesteś w stanie zadać tego pytania – ale do tego dojdziemy później). […]
Zaczęło do mnie docierać, że mam towarzystwo. Pisarze to często wygnańcy, uciekinierzy i wyrzutki. Pisarze byli moimi przyjaciółmi. Każda książka była wiadomością w butelce. Otwórz ją.
M. Katherine Mansfield – tylko jej z wszystkich pisarzy zazdrościła Virginia Woolf… ale ja nie czytałam Virginii Woolf.
W każdym razie nie rozmyślałam o niczym w terminach gender ani feminizmu, nie wtedy, bo wtedy nie miałam żadnych szerszych poglądów politycznych oprócz świadomości, że wywodzę się z klasy robotniczej. Zauważyłam jednak, że na półkach kobiet jest mniej i że stoją bardziej z boku, a kiedy próbowałam czytać książki „o literaturze” (co zawsze jest błędem), to nie mogłam nie zauważyć, że to są książki pisane przez mężczyzn na temat mężczyzn, którzy piszą.
Nie przejmowałam się tym; groziło mi, że utonę, a nikt, kto dryfuje w morzu, nie przejmuje się, czy belka, której kurczowo się trzyma, jest z drewna wiązu czy dębu. […]
Pod wieloma względami był to dla mnie najwyższy czas, żeby odejść. Książki przejęły władzę nade mną, a matka przejęła władzę nad książkami.
W soboty pracowałam na targowisku, a po szkole w czwartki i piątki pakowałam się. Za pieniądze kupowałam książki. Przemycałam je do domu i ukrywałam pod materacem.
Każdy, kto posiada pojedyncze łóżko, standardowego rozmiaru, oraz kolekcję paperbacków, standardowego rozmiaru, będzie wiedział, że pod materacem można ułożyć warstwę z siedemdziesięciu dwóch egzemplarzy. Moje łóżko stopniowo podnosiło się, wyraźnie, zupełnie jak w przypadku księżniczki na ziarnku grochu, dlatego wkrótce zaczęłam sypiać bliżej sufitu niż podłogi.
Moja matka była z natury podejrzliwa, ale nawet gdyby nie była, musiałaby dostrzec, że jej córka pnie się w górę.
Pewnego wieczoru weszła do pokoju i zauważyła róg książki wystający spod materaca. Wyciągnęła ją i obejrzała w świetle latarki. Kiepski wybór: Zakochane kobiety D.H. Lawrence’a.
Pani Winterson wiedziała, że Lawrence to satanista i pornograf, dlatego wyrzuciła go za okno, po czym ruszyła plądrować i wyciągać, ja z kolei zwaliłam się z łóżka jak kłoda, a ona wtedy zaczęła wyrzucać książkę za książką przez okno, na podwórko. Łapałam je i próbowałam gdzieś je chować, łapał je pies i uciekał z nimi w pysku, tato niczego nie łapał, tylko sterczał bezradnie w piżamie.
Kiedy już skończyła, wzięła mały piecyk na parafinę, którego używaliśmy do ogrzewania łazienki, wyszła z nim na podwórko, polała książki parafiną i podpaliła je.
Patrzyłam, jak płoną, jak płoną bez końca, i pamiętam do dziś, jak pomyślałam, że jest tak ciepło, tak jasno, w tę mroźną, saturnijską, styczniową noc. I odtąd książki zawsze były dla mnie światłem i ciepłem.
Ja je wszystkie poowijałam w plastik, bo były bezcenne. A teraz już ich nie było.
Rankiem po całym podwórku i bocznej uliczce fruwały zabłąkane fragmenty tekstów. Spalone puzzle z książek. Pozbierałam kilka strzępów. […]
I kiedy tak następnego zimnego poranka stałam nad dymiącą stertą papieru i czcionek, wciąż jeszcze ciepłych, zrozumiałam, że jest coś jeszcze, co mogę zrobić.
„Pieprzyć to – pomyślałam. – Mogę napisać własną”.

Jeanette Winterson, Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?, tłum. Katarzyna Karłowska, Rebis 2012, s. 42, 45–46, 49–51, 123, 125.

(Odwiedzono 377 razy, 1 razy dziś)

8 komentarzy do “Pisarze ze starej szkoły (XXXIV): „Dzięki Bogu, że nazywała się Austen…””

  1. Jaka obłudna osoba z tej matki! Córce zabrania zaglądać do powieści, a sobie nie żałuje kryminałów. :) Zastanawiam się, co Winterson miała na myśli, pisząc, że czytanie książek o literaturze zawsze jest błędem.

    Odpowiedz
  2. Wszyscy książkolubni narzekają na brak miejsca na półkach, to może patent z łóżkiem byłby rozwiązaniem :) A pani matka, to chyba była prekursorką trzymania książek w chmurze? A nie, wróć … :(

    Odpowiedz

Odpowiedz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.