Niemęska dziewiątka

Niemęska dziewiątka

Jest taki pogląd, że Prawdziwą Literaturę piszą jedynie mężczyźni. To ich doświadczenia są Uniwersalne i Wszechogarniające, to oni Walczą, Cierpią, Tworzą i Kochają. Tylko oni Żyją. Dziesięciolecia mijają, a pogląd trzyma się mocno, i wielu czytelników programowo nie sięga po książki pisane przez kobiety. No bo cóż oni znajdą w tej damskiej literaturze?

Akcja „literatura niemęska”

Nie przekonają się, póki nie spróbują. Wybór jest szeroki, ale może przyda się subiektywna i niereprezentatywna lista: jest na niej dziewięć autorek, których książki zachwyciły mnie przez ostatnie dwanaście lat, odkąd prowadzę ten blog. To książki pełne rozmachu albo kameralne, sagi rodzinne rozpisane na dziesięciolecia albo psychologiczne portrety, powieści o przeżyciach pokoleniowych albo indywidualnych – wszystkie pełne Życia we wszystkich jego przejawach. Czytajcie, jeśli nie znacie, dzielcie się wrażeniami, jeśli czytaliście, podawajcie własne propozycje. Tylko darujmy sobie poważne dyskusje o wyższości pisarzy nad pisarkami lub vice versa, za gorąco jest na to.

PS Post jest odpryskiem zainicjowanej przez Buksy instagramowej akcji prezentowania „literatury niemęskiej”. Hasztag #niemęskadziewiątka.

Helena Boguszewska, „Całe życie Sabiny”

Przykuta przez chorobę do łóżka bohaterka cofa się w swoją przeszłość, bada, analizuje minione wydarzenia, szuka klucza do siebie, przyczyn, dla których jej los ułożył się tak, a nie inaczej. Podążamy wraz z nią od epizodu do epizodu, według zmiennego klucza, który pozwala autorce ukazywać odmienne twarze Sabiny w kolejnych okresach jej życia. Losy Sabiny odsłaniają się fragmentami, zależnie od tego, na jaki detal bohaterka zechce rzucić światło, jaki epizod sobie przypomnieć. Dowiadujemy się dość, żeby odtworzyć jej życie, wiele jednak musimy sami zrekonstruować, wiele się domyślić z niedomówień czy aluzji. „Całe życie Sabiny” to dojrzały, psychologicznie wiarygodny portret kobiety, jej porażek i zwycięstw, prób ułożenia sobie życia zgodnie z konwenansem i poza nim, portret niejednoznaczny i złożony bycia nikim i bycia kimś.

Colette, „Narodziny dnia”

Colette to jedno z moich blogowych olśnień literackich, począwszy od zachwytu „Klaudyną w szkole”, ale to stosunkowo późne „Narodziny dnia” wydają mi się jej powieścią najlepszą i najdojrzalszą. Pięćdziesięcioletnia pisarka wchodzi w nową, nieznaną fazę życia. Czy to „koniec moich kobiecych walk?”, zapytuje. I tak jest, przyznaje. Staje się „kobietą, która wymyka się swojej kobiecości”. Czas więc na bilans, na podsumowanie czasu piękna i miłości, a także na powitanie starości. Czy jednak jest na to gotowa? Może jeszcze się cofnąć i przyjąć uczucie młodszego mężczyzny? Fabuła jest tu subtelnie zarysowana, rozwijająca się nieśmiało, w spojrzeniach i półsłówkach mężczyzny, wymijających gestach i zdaniach kobiety. A do tego leniwe sjesty, celebrowane powoli posiłki, krótkie noce, poranne pływanie i wieczorne tańce, melancholia i czułość w opisie schyłku lata w Prowansji.

Pola Gojawiczyńska, „Dziewczęta z Nowolipek”, „Rajska jabłoń”

Grupka przyjaciółek z warszawskich Nowolipek wchodzi w życie na początku XX wieku. Znają jedynie biedę, upokarzającą dobroczynność, pijanych, często bezrobotnych mężczyzn i zabiedzone, zaharowane kobiety. Pełen pokus świat poza własną ulicą przyciąga, ale i niesie zupełnie nieznane niebezpieczeństwa. Próba realizacji dziewczęcych marzeń, znalezienia lepszego życia i prawdziwej miłości skazana jest na niepowodzenie. Na niewinne marzycielki spadają kolejne ciosy, los brutalnie rozprawia się z ich nadziejami, wyjście z biedy okazuje się okupione upokorzeniami, miłość przynosi ból i rozczarowania, małżeństwa okazują się pułapkami, pęd do pieniędzy odmienia duszę, wymaga bezwzględności i egoizmu. Gojawiczyńska zestawia opowieść z epizodów, które składają się na imponujący fresk obejmujący kilka dziesięcioleci, od początków dwudziestego stulecia do lat trzydziestych. Ogromne wrażenie robi wnikliwość psychologiczna autorki, zdolność do stworzenia kilku głównych (i całego tłumu pobocznych) postaci, z których każda jest indywidualnością i każda jest bliska czytelnikowi. Warto też zwrócić uwagę na znakomity obraz Warszawy.

Maria Kuncewiczowa, „Cudzoziemka”

„Cudzoziemka” to drobiazgowy portret kobiety nieszczęśliwej, tak zajadłej w swej złości na świat i ludzi, że życie wszystkich chciałaby uczynić takim samym piekłem jak to, które ją dręczy. Z każdą przeczytaną stroną zapuszczamy się coraz głębiej w tę otchłań lęków, uprzedzeń, marzeń i ambicji z poprzetrącanymi skrzydłami. Obserwujemy Różę w różnych momentach jej życia – w przeszłości i teraźniejszości, z każdą stroną lepiej wnikamy w jej motywy, poznajemy kolejne elementy biografii, przeżycia drobne i bardziej znaczące, które kazały jej postępować tak, a nie inaczej. Powieść Marii Kuncewiczowej jest świetna, nasycona gwałtownymi emocjami, wzbudza takież reakcje u czytelnika. Bez wątpienia jest to jeden z najlepszych portretów kobiecych w literaturze polskiej, dogłębny, ostry i – mimo upływu dziesięcioleci – zaskakująco nowoczesny.

Katherine Mansfield, „Garden party”

Opowiadania Katherine Mansfield to kameralne drobiazgi, dzięki którym na krótką chwilę, na parę stron wchodzimy w życie obcych ludzi, zupełnie nam obojętnych, takich, których pewnie nie zaszczycilibyśmy spojrzeniem na ulicy. Dzień wydaje się wybrany zupełnie przypadkowo, ot, dzień jak co dzień. Wydarza się jednak coś, co może – chociaż w ostatecznym rozrachunku wcale nie musi – być w życiu bohaterów przełomem, chwilą, gdy ich życie ma szansę się zmienić. Autorka jest bystrą obserwatorką, stworzyła całą galerię rozmaitych typów – od podlotka, który jeszcze nie zdecydował, czy jest dzieckiem, czy już wampem, przez matkę, która postanowiła, że nie pokocha swojego dziecka, do zaharowanej starej kobiety. Równie głęboko przygląda się światu – plaży, ogrodom, mieszkaniu pisarza, pokojowi zmarłego starca czy damskiej garderobie przy sali balowej. To wszystko sprawia, że te krótkie teksty dostarczają zarówno wielu emocji, jak i wrażeń czysto estetycznych.

Zofia Posmysz, „Wakacje nad Adriatykiem”

Usłyszane na adriatyckiej plaży zdanie po niemiecku, wypowiedziane imię wpychają narratorkę z powrotem do świata, który przeminął, ale który jednocześnie tkwi w niej ciągle i tylko czeka na pretekst, by się z powrotem wyłonić. Świat Kolonii z jego okrutnymi prawami, Rycerzami i Rycerkami pilnującymi tysięcy brudnych i śmierdzących kolonistów, Paniami Starszymi, które sprawują bezwzględny nadzór nad tłumami nędzarek. Bez wahania rozpoznajemy świat obozu koncentracyjnego, codzienność Auschwitz. Powieść Posmysz cechuje się głębią psychologiczną, rozmachem opisu, finezyjną konstrukcją przeplatających się planów: współczesnego i retrospekcji; narratorka przerzucana jest między nimi bez ostrzeżenia, pod wpływem jakiegoś bodźca, najczęściej dźwięku. Z tego powodu opowieść jest niespokojna, wręcz nerwowa, urywana. Narratorka próbuje uporządkować przeszłe doświadczenia, uporać się z poczuciem winy, jakie budzi w niej to, że przeżyła, a tyle innych zginęło. Wraz z nią uczestniczymy w tym odtwarzaniu minionego świata i też musimy rozeznać się w obcym, przerażającym otoczeniu, ponazywać swoje uczucia, zweryfikować zbyt proste oceny obozowej rzeczywistości.

Kristina Sabaliauskaite, „Silva rerum”

„Silva rerum” ma wszystkie zalety, które cenię w powieściach: zróżnicowanych, niejednoznacznych bohaterów, splątaną, pełną zaskoczeń fabułę, bogate tło historyczne i obyczajowe, dobre tempo, a przede wszystkim cudowną lekkość opowiadania i precyzyjny, krystalicznie piękny język. Rozpięta między połową wieku siedemnastego a połową następnego stulecia historia rodu Narwojszów, rozgrywająca się na targanej wojnami i niepokojami Litwie, jest jednocześnie egzotyczna i swojska, porywająca i skłaniająca do refleksji. Oraz, dodajmy, prześwietna stylistycznie: ze złożonymi, misternie spiętrzonymi zdaniami, niby karkołomnymi, a jednak przejrzystymi i precyzyjnymi, o rytmie i tonie idealnie dopasowanym do opisywanych sytuacji czy osób, archaizowanymi z umiarem, by nie zaciemniać sensu.

Magda Szabó, „Staroświecka historia”

„Staroświecka historia” to saga rodzinna napisana z rozmachem i pełna smakowitych detali oraz pikantnych szczególików. Aż kipi tu od emocji i uczuć, często skrajnych: miłość jest namiętna i wielka, choć niekoniecznie wieczna, a niechęć i nienawiść twarde i nieprzejednane (jednak do czasu). Niesamowita jest galeria postaci: arystokratów hulaków, solidnych kupców, matron o niezłomnych poglądach, złotych młodzieńców i rozflirtowanych panien. Jest nawet grupa światłych zakonnic. W tle przewalają się światowe kataklizmy, a my zatapiamy się bez reszty w rodzinnych komplikacjach, uczymy się imion i nazwisk, profesji, zalet i przywar kolejnych postaci i zaczynamy sekundować im w życiowych wyborach, zaczynamy mieć swoje sympatie i antypatie.

Sarah Waters, „Pod osłoną nocy”

Londyn, 1947 rok, niedługo po zakończeniu wojny, która mocno dała się we znaki wszystkim. Życie próbuje powoli wrócić w stare koleiny albo wyrzeźbić nowe. Dokoła gruzy, ograniczenia w zaopatrzeniu, a w tym wszystkim grupka ludzi, którzy wciąż żyją wspomnieniami z przeszłości, a równocześnie starają się odnaleźć w czasie teraźniejszym. Wszystkich łączą ze sobą więzy, o których początkowo nic nie wiemy, ale które aż nazbyt wyraźnie wyczuwamy. Rozplątywanie powiązań między postaciami okazuje się pasjonujące, szczególnie gdy nasze kolejne hipotezy i przypuszczenia autorka przewróci do góry nogami. Sarah Waters udała się rzadka sztuka – obszerna powieść w zasadzie nie ma tradycyjnej fabuły. Odrzuciła to, co stanowiło w dużym stopniu o atrakcyjności jej poprzednich książek, by skupić się wyłącznie na relacjach międzyludzkich, pokazać podskórne napięcie między samymi głównymi bohaterami, między zasadniczą piątką postaci a postaciami drugoplanowymi, które okazują się ostatecznie niezwykle ważne dla zrozumienia postępowania i motywacji głównej piątki, ale także między nimi wszystkimi i Londynem, który staje się nie tylko tłem, ale i świadkiem, a niekiedy wręcz uczestnikiem wydarzeń.

Helena Boguszewska, Całe życie Sabiny, Czytelnik 1967.

Colette, Narodziny dnia, tłum. Krystyna Dolatowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1975.

Pola Gojawiczyńska, Dziewczęta z Nowolipek, Czytelnik 1964; Rajska jabłoń, Czytelnik 1965.

Maria Kuncewiczowa, Cudzoziemka, IW PAX 1980.

Katherine Mansfield, Garden party, tłum. Bolesława Kopelówna, Czytelnik 1958.

Zofia Posmysz, Pasażerka; Wakacje nad Adriatykiem, Czytelnik 1980.

Kristina Sabaliauskaite, Silva rerum, t. 1-3, tłum. Izabela Korybut-Daszkiewicz, Kamil Pecela, Znak, Wydawnictwo Literackie 2015-2018.

Magda Szabó, Staroświecka historia, tłum. Krystyna Pisarska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1981.

Sarah Waters, Pod osłoną nocy, tłum. Magdalena Moltzan-Małkowska, Prószyński i S-ka 2015.

(Odwiedzono 865 razy, 12 razy dziś)

30 komentarzy do “Niemęska dziewiątka”

  1. Dodajmy jeszcze dziwaczne ale wciąż w gdzie nigdzie kultywowane przekonanie, ze czytanie książek napisanych przez 'baby’ nie przystoi Prawdziwym Mężczyznom… i mamy komplet przesadów literackich na temat płci… i to w 21 wieku!

    Odpowiedz
  2. Odnajduję się w Twoim zestawieniu.;)
    Po latach wróciłam do Gojawiczyńskiej i liczę na wznowienia jej książek – skoro Kuncewiczowa się doczekała, to może i PG się doczeka. Marzy mi się również jej biografia.

    Odpowiedz
  3. Jejku, ta seria z głowami Czytelnika! Kompletnie o niej zapomniałam. KiK pamiętam, zresztą z lubością wyciągam jeszcze książki z tej serii z półek w bibliotece.
    Opis „Sabiny” zachęcił mnie najbardziej.
    „Staroświecką historię” mam w kolejce, bo bardzo sobie Szabo dawkuję. Mało jej po polsku….
    A „Silva rerum” za jakiś czas przeczytam ponownie. Najbardziej mnie zachwycił opis rozprzestrzeniania się dżumy w Wilnie. W drugim tomie, tym najbardziej ponurym.

    Odpowiedz
    • Seria z głowami to moje niedawne odkrycie, tam naprawdę było sporo świetnych powieści. Sabina to nawet była powieścią roku dwa lata temu, o ile pamiętam, chwaliłem, ile mogłem :) Z Szabo mam podobnie, bo już mi chyba tylko ze cztery zostały i co ja potem pocznę? O tak, opis dżumy to było coś, i faktycznie ten drugi tom to jest znakomita rzecz, i te rodzinne sekreciki wszystkie.

      Odpowiedz
  4. Pewna byłam, że ci się ta Gojawiczyńska spodoba, choć osobiście wolę „Dziewczęta z Nowolipek”. Zwłaszcza ten początek, to życie w enklawie, w takim małym miasteczku w wielkim mieście. Ja tam serio odnajdywałam małomiasteczkowe klimaty funkcjonujące jeszcze w latach 70-tych :-) Ona świetnie pisze i pokazuje proces dorastania bohaterek – bez złudzeń, za to z drastycznymi szczegółami. To nie głaskanie po główce, bohaterkom się zwyczajnie nie udaje z tego wyrwać, choćby próbowały, nawet ogromnym kosztem. Mało jest takich książek, dominuje styl – „możesz osiągnąć co chcesz, tylko musisz się starać”. No raczej nie…

    Odpowiedz
    • Też wiedziałem, że mi się spodoba, bo to powtórka była :) Gojawiczyńska pisała poniekąd o sobie, sama była takim dziewczęciem, tyle że jej się do pewnego stopnia udało. Ale wydaje mi się, że ten trzeźwy pogląd, że chcieć, to niekoniecznie osiągnąć, pojawiał się dość często kiedyś, że Ditlevsen wspomnę, chociaż mi się nie podobała.

      Odpowiedz
  5. Może tym razem się uda. Napisałam długi komentarz i mi wcięło. Więc teraz krótko. Pierwsza myśl o świetnej pisarce to Kuncewiczowa i Cudzoziemka, Szabo i wszystkie jej książki, ale Staroświecka historia wymiata. Na Gojawiczyńskiej chyba się nie poznałam, albo czytałam w niewłaściwym momencie, wrócę sprawdzę. Dodałabym Marii Dąbrowskiej Noce i dnie- jedna z moich ulubienic. Wymienione nazwiska nie są mi obce, ale Heleny Boguszewskiej nie znałam. Sprawdzę.

    Odpowiedz
    • Sprawdziłem spam i kosze, nie ma tam Twojego komentarza, może to jakiś problem z internetem. Boguszewską bardzo polecam, a Dąbrowskiej nie dałem, bo czytałem w szkole i nic nie pamiętam, a chwilowo nie mam czasu na takie pięć tomów :)

      Odpowiedz
      • Komentowanie na Bloggerze przypomina ostatnio sport ekstremalny, wymaga stalowych nerwów i odrobiny wprawy :P Co do meritum, jeśli proza jest dobra, to jakie znaczenie ma płeć autora/autorki?

        Odpowiedz
          • Z drugiej strony ilość produkowanej popliteratury dla pań może jednak zatrważać i sprawiać, że ten stereotyp jest po trosze uprawniony. Jak widzę nowe zakupy do biblio, to odnoszę wrażenie, że chyba więcej pań teraz pisze niż czyta :P
            Mnie tam nigdy nie robiło kto, tylko jak :D

            Odpowiedz
              • Racja :) Poza tym pisanie rozrywkowego poplitu to przecież nienowy wynalazek I nie robię z tego zarzutu. Powieści groszowe w XIX wieku czytali zarówno lokaje jak i panny kuchenne. Ba, w steampunkowym serialu, Orlando Bloom, grający żołnierza, poleca ukochanej właśnie taką lekturę. Nie można w końcu żyć samymi wzniosłościami. Szkoda tylko, że jakość literatury „lżejszej”, oprócz chwalebnych wyjątków, pikuje w dół. Obupłciowo :P

                Odpowiedz

Odpowiedz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.