Zapach stóp Boga (Michał Witkowski, „Autobiografia, t. 1: Wiara”)

Witkowski Autobiografia

 

Jako niemal równolatek Michała Witkowskiego pewnie streściłbym pierwszych piętnaście lat swojego życia w szesnastostronicowym zeszycie w kratkę. Autor „Lubiewa” jednak ma większy dar opowiadania i w typowym dla siebie stylu, meandrując, przechodząc od dygresji do dygresji i skupiając się na drobiazgach i epizodzikach wypełnia swoją autobiografią całkiem spory tom. I ten tom czyta się niemal z niesłabnącym zainteresowaniem. Co pewnie po części wynika z chęci skonfrontowania pokoleniowych wspomnień, a po części z tego, że Witkowski nawet o, excusez le mot, pierdołach potrafi pisać zajmująco.

Wanienka z Enerde

Wbrew twierdzeniom autora, nie wszyscy mieszkaliśmy w blokach i nie wszyscy byliśmy kąpani w wanienkach z Enerde. Pewnie polski przemysł państwowy albo prywatna inicjatywa odpowiadały przynajmniej za część plastikowych utensyliów na rynku. Nie wszyscy mieliśmy rodziców z wyższym wykształceniem, którzy z wyjazdów do Enerefu przywozili luksusowe dobra. Nie wszyscy mieliśmy maluchy, by jeździć nimi na wakacje nad morze. I nie wszyscy dostawaliśmy żałośnie smutne paczki świąteczne z zakładów pracy – zrobiło mi się szczerze przykro na myśl o małym Michałku, rozczarowanym zawartością tych prezentów, bo jako mały Piotruś naprawdę nie narzekałem na to, co udało się do tych paczek włożyć paniom z przedszkolnego komitetu rodzicielskiego i paniom z zakładowego działu spraw socjalnych. I chociaż możemy się nie zgadzać w szczegółach, to jednak roztacza Witkowski obraz dzieciństwa, w którym wielu z nas, z pokolenia lat siedemdziesiątych, się odnajdzie: te babcie, u których spędzało się wakacje czy ferie (świetny portret Babci Mosińskiej), te nylonowe fartuszki szkolne, rowery Wigry 3, to wyczekiwanie kolejnych odcinków seriali, komunie z obowiązkowym tortem i gotówką, która tajemniczo znikała z koperty, i te lekcje religii w przykościelnych salkach… Dorastanie, mimo że pewnie każdy z nas chciał się okazać indywidualnością i podkreślać swoją odrębność, też przebiegało z grubsza w tych samych ramach: domu, szkoły, podwórka, nagrywania ulubionych piosenek na magnetofon Kasprzak. Tyle że niektórzy nagrywali Dezertera, a inni Zdzisławę Sośnicką.

Smak elektryczności

Wspomina Witkowski niespiesznie, czasem notuje tylko jakąś migawkę, czasem scenkę, czasem tworzy miniopowiadanie. Wszystko z grubsza chronologicznie, ale przecież nie byłby sobą, gdyby nieustannie nie skręcał na boki, nie dokładał dygresji i dygresji do dygresji. Historia jest w zasadzie czysto prywatna, bo czym był dla sześcio- czy siedmiolatka stan wojenny? Legendarnym już brakiem „Teleranka”, czasem smutku i kolumn milicyjnych pojazdów na ulicach. Dopiero katastrofa w Czarnobylu i wybory 1989 roku stają się jakimiś wyraźniejszymi momentami o znaczeniu historycznym. Czytamy jednak przede wszystkim o małym i trochę większym Michale oraz jego przeżyciach, nieustannie odhaczając w głowie: tak było, to znam (biblioteki!), tak miałem, to pamiętam (kioski Ruchu!). Ale też: nie, nie tak, inaczej, wcale nie, nie znam, nie próbowałem. Trudno się więc nie angażować, szczególnie że Witkowski uruchamia pamięć nie tylko o faktach mniej lub bardziej wyraźnych, ale też przywołuje smaki i zapachy, wrażenia zmysłowe w całym ich bogactwie i różnorodności. Oranżada w foliowych woreczkach, płyn Lugola, vibovit, przedszkolny szpinak: niczym listy startowe w samolocie znowu odhaczamy kolejne punkty w specjalnych spisach. Jedno wrażenie szczególne: zapach elektryczności. I jej smak, gdy dotknęło się językiem biegunów płaskiej baterii cztery-i-pół-wolta. Wersja hardkor: bateria dziewięciowoltowa. Nie będę udawał, że „Wiara” mnie nie pochłonęła i nie oczarowała, choć zdarzały się miejsca nudnawe, a przede wszystkim irytujące, gdy Witkowski się powtarza: jasne, kto z nas nie chciał mieć czarodziejskiego pierścienia Arabeli i koralika Karolci, ale, u licha, nie musi do tego autor nawracać co kilkanaście stron. A świetne porównanie, że coś pachniało „jak stopy Boga”, robiłoby większe wrażenie, gdyby zostało zaoszczędzone na specjalne okazje. W posłowiu Witkowski pisze, że zdania w książce uskrzydlane są przez radość, że wreszcie może mówić we własnym imieniu. Nie żałuję mu tej radości, chociaż odrobina pisarskiej samodyscypliny (u Witkowskiego? Paradne!) albo zezwolenie, by redakcja tu i ówdzie lekko te skrzydełka przyczesała, by nie zaszkodziły. Mogę marudzić, ale cieszę się na kolejny tom i równocześnie nieco się go boję, bo ewidentnie autor dopiero się rozkręca.

PS. Nadal nie wiem, czy w końcu Michał wygrał ten konkurs recytatorski, do którego się tak pilnie przygotowywał, czy nie.

Michał Witkowski, Autobiografia, tom 1: Wiara, Znak 2023.

(Odwiedzono 208 razy, 77 razy dziś)

24 komentarze do “Zapach stóp Boga (Michał Witkowski, „Autobiografia, t. 1: Wiara”)”

  1. Zachęciłeś i prędzej czy później przeczytam. Co prawda PRLowska wieś była moim obozem przetrwania, ale części wspólne z „miastowym” pewnie się znajdą. Vibovit wiadomo, ale czy pamiętasz Akron? :) Smak elektryczności znam, bo zawsze jak „bateryjka” nie chciała świecić, to tak się sprawdzało czy ogniwo działa. Powspominać i porównać na żywo trzeba by kiedyś :)

    Odpowiedz
  2. A wiecie, ja to całe życie myślałam, że ten specyfik na gardło nazywał się CHLOROchinaldin :-) wszystkie dzieciaki tak mówiły: chlorochinaldin. Dopiero parę lat temu odkryłam że O jest tylko jedno w nazwie.
    Podobnie jak z cukrem waniliowym. A on jest waniLINowy. Koniec świata. Wszystko legło w gruzach.

    Odpowiedz
  3. Pierścień Arabeli też był moim marzeniem – kupiłam sobie taki po 30-tce, niestety nie spełnia życzeń, natomiast pięknie wygląda.;)))
    Nie przyszłoby mi do głowy narzekać na zawartość paczek świątecznych, były – razem z zabawą/balem – wielką frajdą w tamtych czasach.
    Mimo różnic w pochodzeniu, adresach itp. dobrze czyta się wspomnienia (prawie) rówieśników, ta wspólnota doświadczeń jest nie do przecenienia. Z tego względu podobała mi się (tak w 2/3;)) książka R. Lis „Moja ukochana i ja” (dorastała na Pradze, jeśli Cię to zainteresuje). Michaśkę będę czytać, choćby przez pamięć o jego b. dobrej wspomnieniowej „Fototapecie”.

    Odpowiedz
    • Ja się bawiłem pierścionkiem mamy, ale nie chciał działać :( Wiesz, szczerze mi było żal, że Michałek dostawał jakieś obite jabłka, ja tam pamiętam co prawda zielone pomarańcze, ale zawsze był jakiś batonik typu Pawełek, jakieś czekolady czy czekoladopodobności i obowiązkowo orzechy włoskie :D W czasach słodyczy na kartki nie do pogardzenia. Ale fakt, że u mojego taty w pracy dział socjalny działał bardzo prężnie i widać było, że się tym paniom chce.
      Lis jako praska rodaczka? Nie wiedziałem, poszukam sobie w takim razie. Bo Fototapetę już mam.

      Odpowiedz
      • Moje pomarańcze były w porządku, trudno mi uwierzyć, że Michałek dostawał jabłka (wtedy chyba nie było takich możliwości magazynowania, musiały być zgniłe). Czekoladopodobne i orzechy – jak najbardziej.;)
        Lis za dużo o Pradze nie pisze, ale są różne smaczki.;)

        Odpowiedz
        • Jabłka mogły być te późnojesienne i być może nawet sie zdarzały, musiałbym obejrzeć swoje przedszkolne zdjęcia z Mikołajem :D Może przemawia przez niego rozbestwienie zachodnimi delikatesami, jak się miało na co dzień lepsze słodycze, to te wedlowskie czekoladopodobne tabliczki nie robiły wrażenia.

          Odpowiedz
          • Pytałam mamę i twierdzi, że zimą jabłka były w sprzedaży, bo były już chłodnie.
            Obstawiam, że jako drama queen M. koloryzuje, a i może być rozbestwiony.;)
            Przeczytałam Intro i widzę rozbuchane ego, nie wiem, jak my się z tą książka w jednym pokoju zmieścimy.;)

            Odpowiedz
            • No jabłka były cały rok, w końcu byliśmy jabłkową potęgą :) Dla uspokojenia dodam, że to kosmiczne intro to jedyny taki moment, kiedy czytelnika wynosi w kosmos, przez resztę tekstu spokojnie pomieścisz się z nim w jednym fotelu nawet :)

              Odpowiedz
  4. No właśnie, Michaśka był dzieckiem w czasie przemian, co nie przeszkodziło niektórym w wysuwaniu pretensji o… zbyt słabe tło polityczne Autobiografii ! A książka jak wiesz, podobał mi sie jeszcze bardziej niż Tobie ;)

    Odpowiedz
    • Nie powiem gdzie, jako dziecko, miałem tło polityczne, szczególnie że pochodzę z domu mało rozpolitykowanego. Za to teraz mnie uderzyło, że w Autobiografii nie ma ani słowa o paczkach od przyjaciół z ZSRR, ani o zabawkach od dzieci z NRD. Chyba że to były jakieś lokalne inicjatywy.

      Odpowiedz
      • Jestem dzieckiem PRLu i pierwszy raz słyszę o paczkach z… ZSRR! Z USA owszem, były jak prezenty od szalonego Mikołaja.. Ale od Dziadka Mroza??? w życiu nic nie dostałam, ani nikt z krewnych i znajomych

        Odpowiedz
          • Z Hameryki dary były, bo do dziś pamiętam wydzielanego sobie nożem Milky Waya :P Szkoda, że teraz nie mam takiej samodyscypliny jeśli chodzi o słodycze :P Z drugiej strony te smaki na słodkie, to może właśnie pokłosie bezcukrowego dzieciństwa. Wracając do tematu. Żeby nadziane Dziadki od towarzyszy, to nie :)

            Odpowiedz
            • Kurde, wszyscy wspominają te dary, a ja pamiętam, że raz dostałem paczkę ryżu, a raz bańkę oleju do podziału na dwie rodziny. Nigdy nic słodkiego. A, kurde, całe koleżeństwo z sąsiedniej parafii ciągle miało gumy do żucia i milkiłeje :(

              Odpowiedz
              • Olej, czy raczej oliwę w metalowej bańce też pamiętam. A te dary ze wschodu, to może w ramach jakiegoś działającego koła przyjaźni. Nie wiem czy u nas było, a jeśli nawet, to nie uczestniczyłem i korespondencji z pionierami nie uprawiałem :P

                Odpowiedz
          • Jestem z Warszawy, rocznik 76. Pamiętam, że w pierwszej i drugiej klasie dostaliśmy plastikowe budziki ze słodyczami od przyjaciόł zza wschodniej granicy:) I zazdrościłam chłopcom, że w ich paczkach były też „żelaźniaki”, takie małe metalowe samochodziki. A nie wiem już, co było dla dziewczynek, pewnie jakieś laleczki, co mnie najwidoczniej nie zainteresowało.

            Odpowiedz
            • Ooo! No wreszcie ktoś się przyznał do tych budzików dzięki :) Ale czyżby to faktycznie stolica była taka uprzywilejowana? Samochodzików nie pamiętam, u nas był albo aparat fotograficzny z żarówką, która się świeciła przy robieniu „zdjęcia”, albo takie dziwne cosie, które się kręciły i świeciły przy naciskaniu tłoczka.

              Odpowiedz

Odpowiedz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.