Skip to content

Zacofany w lekturze

Blog Piotra Chojnackiego. Książki nowe, stare, znane i zupełnie zapomniane, pełna swoboda wyboru.

Menu
  • Strona główna
  • O mnie
  • Powieści młodzieżowe PRL
  • Przestały oczekiwać 2011
  • Przestały oczekiwać 2012
  • Przestały oczekiwać 2013
  • Przestały oczekiwać 2014
  • Przestały oczekiwać 2015
  • Przestały oczekiwać 2016
  • Przestały oczekiwać 2017
  • Przestały oczekiwać 2018
  • Przestały oczekiwać 2019
  • Przestały oczekiwać 2020
  • Przestały oczekiwać 2021
  • Polityka prywatności
  • Przestały oczekiwać 2022
  • Przestały oczekiwać 2023
  • Przestały oczekiwać 2024
  • Przestały oczekiwać 2025
  • Przestały oczekiwać 2026
Menu

Zapach stóp Boga (Michał Witkowski, „Autobiografia, t. 1: Wiara”)

Posted on 25 stycznia 2024 by Piotr (zacofany.w.lekturze)

Witkowski Autobiografia

 

Jako niemal równolatek Michała Witkowskiego pewnie streściłbym pierwszych piętnaście lat swojego życia w szesnastostronicowym zeszycie w kratkę. Autor „Lubiewa” jednak ma większy dar opowiadania i w typowym dla siebie stylu, meandrując, przechodząc od dygresji do dygresji i skupiając się na drobiazgach i epizodzikach wypełnia swoją autobiografią całkiem spory tom. I ten tom czyta się niemal z niesłabnącym zainteresowaniem. Co pewnie po części wynika z chęci skonfrontowania pokoleniowych wspomnień, a po części z tego, że Witkowski nawet o, excusez le mot, pierdołach potrafi pisać zajmująco.

Wanienka z Enerde

Wbrew twierdzeniom autora, nie wszyscy mieszkaliśmy w blokach i nie wszyscy byliśmy kąpani w wanienkach z Enerde. Pewnie polski przemysł państwowy albo prywatna inicjatywa odpowiadały przynajmniej za część plastikowych utensyliów na rynku. Nie wszyscy mieliśmy rodziców z wyższym wykształceniem, którzy z wyjazdów do Enerefu przywozili luksusowe dobra. Nie wszyscy mieliśmy maluchy, by jeździć nimi na wakacje nad morze. I nie wszyscy dostawaliśmy żałośnie smutne paczki świąteczne z zakładów pracy – zrobiło mi się szczerze przykro na myśl o małym Michałku, rozczarowanym zawartością tych prezentów, bo jako mały Piotruś naprawdę nie narzekałem na to, co udało się do tych paczek włożyć paniom z przedszkolnego komitetu rodzicielskiego i paniom z zakładowego działu spraw socjalnych. I chociaż możemy się nie zgadzać w szczegółach, to jednak roztacza Witkowski obraz dzieciństwa, w którym wielu z nas, z pokolenia lat siedemdziesiątych, się odnajdzie: te babcie, u których spędzało się wakacje czy ferie (świetny portret Babci Mosińskiej), te nylonowe fartuszki szkolne, rowery Wigry 3, to wyczekiwanie kolejnych odcinków seriali, komunie z obowiązkowym tortem i gotówką, która tajemniczo znikała z koperty, i te lekcje religii w przykościelnych salkach… Dorastanie, mimo że pewnie każdy z nas chciał się okazać indywidualnością i podkreślać swoją odrębność, też przebiegało z grubsza w tych samych ramach: domu, szkoły, podwórka, nagrywania ulubionych piosenek na magnetofon Kasprzak. Tyle że niektórzy nagrywali Dezertera, a inni Zdzisławę Sośnicką.

Smak elektryczności

Wspomina Witkowski niespiesznie, czasem notuje tylko jakąś migawkę, czasem scenkę, czasem tworzy miniopowiadanie. Wszystko z grubsza chronologicznie, ale przecież nie byłby sobą, gdyby nieustannie nie skręcał na boki, nie dokładał dygresji i dygresji do dygresji. Historia jest w zasadzie czysto prywatna, bo czym był dla sześcio- czy siedmiolatka stan wojenny? Legendarnym już brakiem „Teleranka”, czasem smutku i kolumn milicyjnych pojazdów na ulicach. Dopiero katastrofa w Czarnobylu i wybory 1989 roku stają się jakimiś wyraźniejszymi momentami o znaczeniu historycznym. Czytamy jednak przede wszystkim o małym i trochę większym Michale oraz jego przeżyciach, nieustannie odhaczając w głowie: tak było, to znam (biblioteki!), tak miałem, to pamiętam (kioski Ruchu!). Ale też: nie, nie tak, inaczej, wcale nie, nie znam, nie próbowałem. Trudno się więc nie angażować, szczególnie że Witkowski uruchamia pamięć nie tylko o faktach mniej lub bardziej wyraźnych, ale też przywołuje smaki i zapachy, wrażenia zmysłowe w całym ich bogactwie i różnorodności. Oranżada w foliowych woreczkach, płyn Lugola, vibovit, przedszkolny szpinak: niczym listy startowe w samolocie znowu odhaczamy kolejne punkty w specjalnych spisach. Jedno wrażenie szczególne: zapach elektryczności. I jej smak, gdy dotknęło się językiem biegunów płaskiej baterii cztery-i-pół-wolta. Wersja hardkor: bateria dziewięciowoltowa. Nie będę udawał, że „Wiara” mnie nie pochłonęła i nie oczarowała, choć zdarzały się miejsca nudnawe, a przede wszystkim irytujące, gdy Witkowski się powtarza: jasne, kto z nas nie chciał mieć czarodziejskiego pierścienia Arabeli i koralika Karolci, ale, u licha, nie musi do tego autor nawracać co kilkanaście stron. A świetne porównanie, że coś pachniało „jak stopy Boga”, robiłoby większe wrażenie, gdyby zostało zaoszczędzone na specjalne okazje. W posłowiu Witkowski pisze, że zdania w książce uskrzydlane są przez radość, że wreszcie może mówić we własnym imieniu. Nie żałuję mu tej radości, chociaż odrobina pisarskiej samodyscypliny (u Witkowskiego? Paradne!) albo zezwolenie, by redakcja tu i ówdzie lekko te skrzydełka przyczesała, by nie zaszkodziły. Mogę marudzić, ale cieszę się na kolejny tom i równocześnie nieco się go boję, bo ewidentnie autor dopiero się rozkręca.

PS. Nadal nie wiem, czy w końcu Michał wygrał ten konkurs recytatorski, do którego się tak pilnie przygotowywał, czy nie.

Michał Witkowski, Autobiografia, tom 1: Wiara, Znak 2023.

Udostępnij:

  • Kliknij by wydrukować (Otwiera się w nowym oknie) Drukuj
  • Kliknij, aby wysłać odnośnik e-mailem do znajomego (Otwiera się w nowym oknie) E-mail
  • Kliknij, aby udostępnić na Facebooku (Otwiera się w nowym oknie) Facebook
  • Kliknij, aby udostępnić na WhatsApp (Otwiera się w nowym oknie) WhatsApp
  • Kliknij, aby udostępnić na Threads (Otwiera się w nowym oknie) Threads
  • Kliknij, aby udostępnić na Bluesky (Otwiera się w nowym oknie) Bluesky

Dodaj do ulubionych:

Lubię Wczytywanie…

24 thoughts on “Zapach stóp Boga (Michał Witkowski, „Autobiografia, t. 1: Wiara”)”

  1. krwawasiekiera pisze:
    25 stycznia 2024 o 18:55

    Stawiam, że nie. Bo jakby wygrał, to by pewnie o tym napisał. Ale nie przeczytam. Jego maniera działa mi na nerwy.

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      25 stycznia 2024 o 20:12

      No właśnie mam podejrzenia, że w tych finałach poległ i nie chciał się przyznawać. Ale z drugiej strony mógłby z tej porażki ukręcić dramę na co najmniej dziesięć stron :) Ja się napawam tą manierą, czysty kamp.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
  2. Bazyl pisze:
    25 stycznia 2024 o 20:39

    Zachęciłeś i prędzej czy później przeczytam. Co prawda PRLowska wieś była moim obozem przetrwania, ale części wspólne z „miastowym” pewnie się znajdą. Vibovit wiadomo, ale czy pamiętasz Akron? :) Smak elektryczności znam, bo zawsze jak „bateryjka” nie chciała świecić, to tak się sprawdzało czy ogniwo działa. Powspominać i porównać na żywo trzeba by kiedyś :)

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      25 stycznia 2024 o 21:07

      Akron? Co to akron? Dobra, sprawdziłem. W życiu nie zażywałem, u mnie w domu dawali chlorchinaldin. Czytaj, czytaj, koniecznie, różne klapki się człowiekowi niechcący w pamięci otwierają.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
      1. Bazyl pisze:
        6 lutego 2024 o 12:10

        Problem w tym, że nie wiem czy chcę żeby się niektóre z tych klapek otworzyły :P

        Wczytywanie…
        Odpowiedz
        1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
          6 lutego 2024 o 13:02

          Tia, nie ma co odgrzebywać starych szkieletów w szafach :P

          Wczytywanie…
          Odpowiedz
  3. AgaGaga pisze:
    26 stycznia 2024 o 11:39

    A wiecie, ja to całe życie myślałam, że ten specyfik na gardło nazywał się CHLOROchinaldin :-) wszystkie dzieciaki tak mówiły: chlorochinaldin. Dopiero parę lat temu odkryłam że O jest tylko jedno w nazwie.
    Podobnie jak z cukrem waniliowym. A on jest waniLINowy. Koniec świata. Wszystko legło w gruzach.

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      26 stycznia 2024 o 12:04

      To O tam się samo prosiło przecież, zupełnie nie wiem, czemu producent się upiera przy wersji bez tego O :D Dorosłość przynosi wiele rozczarowań, ot co.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
  4. czytankianki pisze:
    26 stycznia 2024 o 14:14

    Pierścień Arabeli też był moim marzeniem – kupiłam sobie taki po 30-tce, niestety nie spełnia życzeń, natomiast pięknie wygląda.;)))
    Nie przyszłoby mi do głowy narzekać na zawartość paczek świątecznych, były – razem z zabawą/balem – wielką frajdą w tamtych czasach.
    Mimo różnic w pochodzeniu, adresach itp. dobrze czyta się wspomnienia (prawie) rówieśników, ta wspólnota doświadczeń jest nie do przecenienia. Z tego względu podobała mi się (tak w 2/3;)) książka R. Lis „Moja ukochana i ja” (dorastała na Pradze, jeśli Cię to zainteresuje). Michaśkę będę czytać, choćby przez pamięć o jego b. dobrej wspomnieniowej „Fototapecie”.

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      26 stycznia 2024 o 14:18

      Ja się bawiłem pierścionkiem mamy, ale nie chciał działać :( Wiesz, szczerze mi było żal, że Michałek dostawał jakieś obite jabłka, ja tam pamiętam co prawda zielone pomarańcze, ale zawsze był jakiś batonik typu Pawełek, jakieś czekolady czy czekoladopodobności i obowiązkowo orzechy włoskie :D W czasach słodyczy na kartki nie do pogardzenia. Ale fakt, że u mojego taty w pracy dział socjalny działał bardzo prężnie i widać było, że się tym paniom chce.
      Lis jako praska rodaczka? Nie wiedziałem, poszukam sobie w takim razie. Bo Fototapetę już mam.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
      1. czytankianki pisze:
        30 stycznia 2024 o 13:47

        Moje pomarańcze były w porządku, trudno mi uwierzyć, że Michałek dostawał jabłka (wtedy chyba nie było takich możliwości magazynowania, musiały być zgniłe). Czekoladopodobne i orzechy – jak najbardziej.;)
        Lis za dużo o Pradze nie pisze, ale są różne smaczki.;)

        Wczytywanie…
        Odpowiedz
        1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
          30 stycznia 2024 o 14:06

          Jabłka mogły być te późnojesienne i być może nawet sie zdarzały, musiałbym obejrzeć swoje przedszkolne zdjęcia z Mikołajem :D Może przemawia przez niego rozbestwienie zachodnimi delikatesami, jak się miało na co dzień lepsze słodycze, to te wedlowskie czekoladopodobne tabliczki nie robiły wrażenia.

          Wczytywanie…
          Odpowiedz
          1. czytanki anki pisze:
            1 lutego 2024 o 15:25

            Pytałam mamę i twierdzi, że zimą jabłka były w sprzedaży, bo były już chłodnie.
            Obstawiam, że jako drama queen M. koloryzuje, a i może być rozbestwiony.;)
            Przeczytałam Intro i widzę rozbuchane ego, nie wiem, jak my się z tą książka w jednym pokoju zmieścimy.;)

            Wczytywanie…
            Odpowiedz
            1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
              1 lutego 2024 o 20:21

              No jabłka były cały rok, w końcu byliśmy jabłkową potęgą :) Dla uspokojenia dodam, że to kosmiczne intro to jedyny taki moment, kiedy czytelnika wynosi w kosmos, przez resztę tekstu spokojnie pomieścisz się z nim w jednym fotelu nawet :)

              Wczytywanie…
              Odpowiedz
  5. buksy pisze:
    29 stycznia 2024 o 00:18

    No właśnie, Michaśka był dzieckiem w czasie przemian, co nie przeszkodziło niektórym w wysuwaniu pretensji o… zbyt słabe tło polityczne Autobiografii ! A książka jak wiesz, podobał mi sie jeszcze bardziej niż Tobie ;)

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      29 stycznia 2024 o 11:50

      Nie powiem gdzie, jako dziecko, miałem tło polityczne, szczególnie że pochodzę z domu mało rozpolitykowanego. Za to teraz mnie uderzyło, że w Autobiografii nie ma ani słowa o paczkach od przyjaciół z ZSRR, ani o zabawkach od dzieci z NRD. Chyba że to były jakieś lokalne inicjatywy.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
      1. buksy pisze:
        29 stycznia 2024 o 13:16

        Jestem dzieckiem PRLu i pierwszy raz słyszę o paczkach z… ZSRR! Z USA owszem, były jak prezenty od szalonego Mikołaja.. Ale od Dziadka Mroza??? w życiu nic nie dostałam, ani nikt z krewnych i znajomych

        Wczytywanie…
        Odpowiedz
        1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
          29 stycznia 2024 o 13:34

          Rany, nie dostawaliście w szkole plastikowych budzików albo dziadków Mrozów pełnych pysznych czekoladek? Czyżby to faktycznie jakaś lokalna akcja była, hmm.

          Wczytywanie…
          Odpowiedz
          1. Bazyl pisze:
            6 lutego 2024 o 12:08

            Z Hameryki dary były, bo do dziś pamiętam wydzielanego sobie nożem Milky Waya :P Szkoda, że teraz nie mam takiej samodyscypliny jeśli chodzi o słodycze :P Z drugiej strony te smaki na słodkie, to może właśnie pokłosie bezcukrowego dzieciństwa. Wracając do tematu. Żeby nadziane Dziadki od towarzyszy, to nie :)

            Wczytywanie…
            Odpowiedz
            1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
              6 lutego 2024 o 13:01

              Kurde, wszyscy wspominają te dary, a ja pamiętam, że raz dostałem paczkę ryżu, a raz bańkę oleju do podziału na dwie rodziny. Nigdy nic słodkiego. A, kurde, całe koleżeństwo z sąsiedniej parafii ciągle miało gumy do żucia i milkiłeje :(

              Wczytywanie…
              Odpowiedz
              1. Bazyl pisze:
                7 lutego 2024 o 07:51

                Olej, czy raczej oliwę w metalowej bańce też pamiętam. A te dary ze wschodu, to może w ramach jakiegoś działającego koła przyjaźni. Nie wiem czy u nas było, a jeśli nawet, to nie uczestniczyłem i korespondencji z pionierami nie uprawiałem :P

                Wczytywanie…
                Odpowiedz
                1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
                  7 lutego 2024 o 08:08

                  Korespondencji z pionierami nie było, ale paczki jak najbardziej, dwa razy na pewno. Kurde, czyżby stolica była uprzywilejowana?

                  Wczytywanie…
          2. Anka pisze:
            15 lutego 2024 o 12:11

            Jestem z Warszawy, rocznik 76. Pamiętam, że w pierwszej i drugiej klasie dostaliśmy plastikowe budziki ze słodyczami od przyjaciόł zza wschodniej granicy:) I zazdrościłam chłopcom, że w ich paczkach były też „żelaźniaki”, takie małe metalowe samochodziki. A nie wiem już, co było dla dziewczynek, pewnie jakieś laleczki, co mnie najwidoczniej nie zainteresowało.

            Wczytywanie…
            Odpowiedz
            1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
              15 lutego 2024 o 13:31

              Ooo! No wreszcie ktoś się przyznał do tych budzików dzięki :) Ale czyżby to faktycznie stolica była taka uprzywilejowana? Samochodzików nie pamiętam, u nas był albo aparat fotograficzny z żarówką, która się świeciła przy robieniu „zdjęcia”, albo takie dziwne cosie, które się kręciły i świeciły przy naciskaniu tłoczka.

              Wczytywanie…
              Odpowiedz

OdpowiedzAnuluj pisanie odpowiedzi

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Zaprenumeruj ten blog przez e-mail

Wprowadź swój adres email, aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Wyszukiwanie

Instagram

Narrator opowieści, wykładowca uniwersytecki, miał dość środków, żeby w obawie przed atomową zagładą zarezerwować sobie miejsce w schronie w hotelu Termush na wybrzeżu Atlantyku. Oczekiwana katastrofa nadchodzi, a gdy najgorsze przeminie, goście mogą wyjść z jaskiń, by ocenić, jak zmienił się świat. Apokaliptyczne wizje, jakie podsuwała ocalałym wyobraźnia, okazały się mylne. Tym trudniej było pojąć, że nic już nie będzie takie, jak przedtem. Cały tekst już na blogu, link w bio.
Przekład Iwona Zimnicka
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Narrator opowieści, wykładowca uniwersytecki, miał dość środków, żeby w obawie przed atomową zagładą zarezerwować sobie miejsce w schronie w hotelu Termush na wybrzeżu Atlantyku. Oczekiwana katastrofa nadchodzi, a gdy najgorsze przeminie, goście mogą wyjść z jaskiń, by ocenić, jak zmienił się świat. Apokaliptyczne wizje, jakie podsuwała ocalałym wyobraźnia, okazały się mylne. Tym trudniej było pojąć, że nic już nie będzie takie, jak przedtem. Cały tekst już na blogu, link w bio. Przekład Iwona Zimnicka
1 tydzień ago
View on Instagram |
1/5
Jest 5 stycznia, jest impreza. Piętnaste urodziny bloga, który co prawda dalej haniebnie zaniedbuję i który czytają tylko najwytrwalsi z wytrwałych, ale który trwa sobie, bo kto mu zabroni... Zapraszam więc na tradycyjne podsumowanie ubiegłego roku z tradycyjną częścią nieoficjalną. Całość na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Jest 5 stycznia, jest impreza. Piętnaste urodziny bloga, który co prawda dalej haniebnie zaniedbuję i który czytają tylko najwytrwalsi z wytrwałych, ale który trwa sobie, bo kto mu zabroni... Zapraszam więc na tradycyjne podsumowanie ubiegłego roku z tradycyjną częścią nieoficjalną. Całość na blogu, link w bio.
3 tygodnie ago
View on Instagram |
2/5
Potencjalnych czytelników hardohordzianej (hardohordziej?) antologii „Cztery trupy w barszcz” ostrzegam, że nieprzyzwyczajonym zaszkodzić może stężenie bożonarodzeniowej atmosfery podkreślonej w opowiadaniach Anety Jadowskiej i Magdaleny Kubasiewicz potężną dawką akcesoriów rodem z hallmarkowego filmu świątecznego. Pomijając to głębokie zanurzenie w barszczykach, sernikach, grzańcach i brokatowych bombkach, obie autorki napisały całkiem zgrabne historie kryminalne z dodatkiem elementów pokrzepienia duchowego. Marta Kisiel z kolei pokazała, ile determinacji i oblizanych pierniczków potrzeba, żeby święta w ogóle mogły się odbyć, a także jak bardzo ostrożnie należy obchodzić się z bigosem. Milena Wójtowicz szczęśliwie darowała sobie bożonarodzeniowe klimaty, choć podkreśliła magiczną moc tego okresu oraz stworzyła postać wiedźmy włosingowej, specjalistki od rozczesywania kołtuna. Cały tom jest bardzo udany, podobnie jak drugi tom wampirzych opowieści Wójtowicz. „W cieniu dnia” to dalszy ciąg losów Aśki zmienionej w wampirzycę i, trochę wbrew woli, w przywódczynię wampirzego gniazda. Bohaterka i jej znajomi dynamicznie badają możliwości stwarzane przez nowe (nie)życie, ze szczególnym uwzględnieniem kimchi jako broni ofensywnej. Zabawne, bezpretensjonalne, może trochę miejscami chaotyczne, ale zrzućmy to na dezorientację, jaką budzi u bohaterów sos czosnkowy i zapach wilkołaków.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Potencjalnych czytelników hardohordzianej (hardohordziej?) antologii „Cztery trupy w barszcz” ostrzegam, że nieprzyzwyczajonym zaszkodzić może stężenie bożonarodzeniowej atmosfery podkreślonej w opowiadaniach Anety Jadowskiej i Magdaleny Kubasiewicz potężną dawką akcesoriów rodem z hallmarkowego filmu świątecznego. Pomijając to głębokie zanurzenie w barszczykach, sernikach, grzańcach i brokatowych bombkach, obie autorki napisały całkiem zgrabne historie kryminalne z dodatkiem elementów pokrzepienia duchowego. Marta Kisiel z kolei pokazała, ile determinacji i oblizanych pierniczków potrzeba, żeby święta w ogóle mogły się odbyć, a także jak bardzo ostrożnie należy obchodzić się z bigosem. Milena Wójtowicz szczęśliwie darowała sobie bożonarodzeniowe klimaty, choć podkreśliła magiczną moc tego okresu oraz stworzyła postać wiedźmy włosingowej, specjalistki od rozczesywania kołtuna. Cały tom jest bardzo udany, podobnie jak drugi tom wampirzych opowieści Wójtowicz. „W cieniu dnia” to dalszy ciąg losów Aśki zmienionej w wampirzycę i, trochę wbrew woli, w przywódczynię wampirzego gniazda. Bohaterka i jej znajomi dynamicznie badają możliwości stwarzane przez nowe (nie)życie, ze szczególnym uwzględnieniem kimchi jako broni ofensywnej. Zabawne, bezpretensjonalne, może trochę miejscami chaotyczne, ale zrzućmy to na dezorientację, jaką budzi u bohaterów sos czosnkowy i zapach wilkołaków.
3 tygodnie ago
View on Instagram |
3/5
Na kilka dni przed piętnastymi urodzinami bloga (ależ ten czas leci!) zapraszam na tradycyjny końcoworoczny przegląd najchętniej czytanych wpisów. Co prawda, słupki statystyk na blogu w tym roku raczej nie były wysokie, ale zestawienie wyszło całkiem zacne. Czytajcie, nadrabiajcie, jeśli coś Was ominęło! No i oczywiście niech Wam się wiedzie w nowym roku!
Cały tekst już na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Na kilka dni przed piętnastymi urodzinami bloga (ależ ten czas leci!) zapraszam na tradycyjny końcoworoczny przegląd najchętniej czytanych wpisów. Co prawda, słupki statystyk na blogu w tym roku raczej nie były wysokie, ale zestawienie wyszło całkiem zacne. Czytajcie, nadrabiajcie, jeśli coś Was ominęło! No i oczywiście niech Wam się wiedzie w nowym roku! Cały tekst już na blogu, link w bio.
4 tygodnie ago
View on Instagram |
4/5
Popielątko marzy o pójściu na królewski bal, kot w butach doprowadza młynarczyka do ślubu z królewską córką, krwawa kiszka jest hersztem zbójców dybiących na wątrobiankę, królewny uprawiają seks przedmałżeński, książęta są zaklęci w żaby albo lwy, głupi bracia okazują się najmądrzejsi, a odcinanych kończyn i wyłupywanych oczu wprost nie da się zliczyć. Nic tu nie jest uładzone, nie zawsze wszystko ma ręce i nogi (i fizycznie, i metaforycznie), a potężna dawka absurdu, czarnego humoru i makabry sprawia, że ten wybór z pierwszej edycji baśni braci Grimm niezbyt nadaje się dla dzieci, ale dorosłym może dać mnóstwo uciechy, szczególnie że nie unosi się nad nim dydaktyczny smrodek, za to mnóstwo tu niczym nieskrępowanej fantazji. Fabularne rozwichrzenie idealnie podkreślają ilustracje Michaliny Jurczyk, pełne detali, na które warto zwrócić uwagę. Znakomity przekład Elizy Pieciul-Karmińskiej oddaje naturalność i jędrność języka tych baśni.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Popielątko marzy o pójściu na królewski bal, kot w butach doprowadza młynarczyka do ślubu z królewską córką, krwawa kiszka jest hersztem zbójców dybiących na wątrobiankę, królewny uprawiają seks przedmałżeński, książęta są zaklęci w żaby albo lwy, głupi bracia okazują się najmądrzejsi, a odcinanych kończyn i wyłupywanych oczu wprost nie da się zliczyć. Nic tu nie jest uładzone, nie zawsze wszystko ma ręce i nogi (i fizycznie, i metaforycznie), a potężna dawka absurdu, czarnego humoru i makabry sprawia, że ten wybór z pierwszej edycji baśni braci Grimm niezbyt nadaje się dla dzieci, ale dorosłym może dać mnóstwo uciechy, szczególnie że nie unosi się nad nim dydaktyczny smrodek, za to mnóstwo tu niczym nieskrępowanej fantazji. Fabularne rozwichrzenie idealnie podkreślają ilustracje Michaliny Jurczyk, pełne detali, na które warto zwrócić uwagę. Znakomity przekład Elizy Pieciul-Karmińskiej oddaje naturalność i jędrność języka tych baśni.
4 tygodnie ago
View on Instagram |
5/5
zajrzyj na instagram

Blog o książkach, blog z recenzjami książek, recenzje klasyki,
książki recenzje

Pozycjonowanie strony: VD.pl

© 2026 Zacofany w lekturze | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme
Ta strona używa ciasteczek (cookie)Rozumiem Chcę wiedzieć więcej
Polityka prywatności

Privacy Overview

This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary
Always Enabled
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Non-necessary
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.
SAVE & ACCEPT
 

Wczytywanie komentarzy...
 

    %d