Księgozbiory polskie, cz. 22: Czytelnia u Przyjaciół (3)

Ostatnim etapem działalności Czytelni u Przyjaciół stało się powstanie warszawskie. Od pierwszych chwil na Mokotowie trwały ciężkie walki. Niemcy dopuszczali się mordów na powstańcach i ludności cywilnej, zaczęli też podpalać kolejne kwartały domów…

W lecie 1944 roku nadchodziły coraz częstsze nowiny o postępach frontu radzieckiego […].

Wreszcie posłyszeliśmy głuche odgłosy i któregoś ranka nie było już wątpliwości, że to dalekie echa dział, odgłosy zbliżającego się frontu walk. W dzień ruch na ulicach był znikomy. […]

W czytelni naszej jednak ruch panował normalny, jakby bez zmiany. W tych trudnych dniach ludzie nie tracili swych przyzwyczajeń, a lektura i książka była wciąż pożądaną pożywką dla ich myśli, dopomagała im do utrzymania równowagi, łagodziła ich wewnętrzny niepokój. Pod powierzchnią codzienności Warszawa prowadziła gorączkowe przygotowania do nieokreślonych jeszcze w czasie, lecz nieuchronnie nadchodzących przełomowych dni. […]

Dzień [30 lipca 1944] upłynął zwyczajnie w pracy z czytelnikami, jak każdy inny. Nawet we wtorek 1 sierpnia tylko nieznacznie zmalał ruch przed południem. Do godziny czwartej wciąż zjawiali się czytelnicy, dorośli i młodzież… Jedna, druga, trzecia z czytelniczek zdołała nam szepnąć tylko, że synowie już poszli… […]

Około godziny czwartej po południu po jedną z naszych koleżanek przysłano z domu, aby wracała natychmiast. Za chwilę nadeszło drugie ostrzeżenie, nadbiegł nasz lwowski rejent z wiadomością: o piątej ma się zacząć powstanie. Koleżanki poszły zaraz do domów – zamknęłyśmy czytelnię. Zostałam, jak zwykle, sama, wykończając pracę, robiąc obliczenia kasy… po co? Nie chciałam myśleć, że to już zbyteczne wobec tego, co ma nastąpić. Zamęt w myślach starałam się uspokoić mechanicznym zajęciem, porządkowaniem czytelni. Ze ściśniętym sercem usiłowałam zapisywać, obliczać, ustawiać książki… Ogarniało mnie coraz większe przygnębienie – nie trzeba było być wojskowym, aby rozumieć, że na wybuch jest za wcześnie, jest o wiele za wcześnie. […]

Usłyszałam bieg śpiesznych kroków na ulicy, jakieś okrzyki: okna były otwarte. Na chodnikach i na jezdni bezładny bieg młodych chłopców i dziewcząt, wołania, krzyki, których wyraźnie nie rozumiałam. Już wiedziałam – jednak stało się. Młodzi czasem z rewolwerami w ręku, większość bez broni, rzadko który z karabinem. Posypały się strzały przeciw niewidzialnemu wrogowi. […] Ktoś krzyczał i dobijał się do bramy.

Wybiegłam do przedpokoju, prawdopodobnie, aby zobaczyć, co się dzieje z moją starszą towarzyszką, panią Zofią Czarnocką. Ledwo wyszłam za próg, gdy rozległ się huk wybuchu, dźwięk roztrzaskujących się szyb i syk szkła. Gdy wróciłam, szyby były wybite, cały pokój pełen kurzu i śmiecia. To któryś z chłopców rzucił granatem ręcznym w bramę, gdy mu nie dość szybko otwierano.

al. Niepodległości 132/136
Dom przy al. Niepodległości 132/136, widok obecny (źródło).

Chwila mojej nieobecności w czytelni ocaliła mnie od pokaleczenia. Nie wiedząc, co będzie dalej, zabrałam się do sprzątania, do oczyszczania pokoju czytelnianego. Niedługo to trwało. Po jakiej pół godzinie weszło do czytelni kilku młodziutkich chłopców. Zażądali, aby im zrobić miejsce na balkonie, gdyż mają tam ustawić posterunek. Wprowadziłam ich na balkon znajdujący się przy magazynie książek. Ucieszyli się, że jest tu tyle książek, z których będzie można łatwo zrobić osłonę… Wskazałam im sterty odłożonych na bok zniszczonych egzemplarzy. Zostawiłam ich przy tej robocie; potem parokrotnie jeszcze do nich przychodziłam, aby się dowiedzieć, czy czego nie potrzebują. Byli rozczulająco młodzi, prawie dzieci. […] Po północy jeden z chłopców spytał, czy nie mógłby się trochę przespać – koledzy czuwali na zmianę. Posłałam materace w przedpokoju na podłodze – tam było najciszej – i zaprowadziłam chłopczynę, aby się trochę przespał.

Na ulicy było cicho. Tylko w pobliżu, w szkole na Kazimierzowskiej, trwał zapalczywy szturm. Od strony Rakowieckiej dolatywały odgłosy walki o więzienie mokotowskie. Począł padać deszcz, uporczywy i cichy…

Zeszłam do piwnicy, gdzie już poprzednio się zgłosiłam. Zaraz po godzinie piątej zorganizowano tam sprawnie posterunek Czerwonego Krzyża; funkcjonowała apteczka, przynoszono rannych. Utworzono coś w rodzaju komitetu domowego […].

Nad ranem, koło godziny czwartej, weszłam znowu na górę – moi chłopcy właśnie zeszli z balkonu. Dostali rozkaz – powiedzieli – aby się wycofać. Nie mogłam niczego więcej od nich się dowiedzieć – pewnie sami nie wiedzieli, jaka jest sytuacja. […]

Dziwne było to życie. Dziesięć dni w zamkniętym domu. […] Naturalnie poświęcałam sporo czasu czytelni, nie chcąc zastanawiać się nad dalszą przyszłością. Na razie trzeba było utrzymywać porządek – od wczesnego ranka 2 sierpnia usuwałam kawałki szkła z wybitych szyb i jak najszybciej zabrałam z balkonu stosy książek, które stanowiły w nocy osłonę małych powstańców. Mimo wczesnej pory zdążyła mnie podpatrzeć przy tej robocie jedna z sąsiadek, zdziwiona, dlaczego tyle książek leży na balkonie, i to po deszczu.

Codziennie rano i wieczorem – bardzo ostrożnie z powodu ciągłej strzelaniny z różnych zasadzek niemieckich – wyczołgiwałam się na balkon, aby oczyścić z kurzu kwiaty i podlać je wodą. Prześlicznie kwitły tego lata czerwone i białe pelargonie, bujne kiście. Te kwiaty były warte mego pełzania na płask, a utrzymanie ich przy życiu było jedną z moich ówczesnych trosk. Tak, to zabawne może… Po paru dniach czytelnia była uporządkowana, jakby nic się nie zdarzyło. Codziennie przyjmowałam po kilka osób z naszego domu, które przychodziły po książki dla siebie i dla dzieci. Wypożyczałam chętnie, wiedząc, jaką ulgę sprawia skupienie myśli na lekturze. Dodawałam kilka słów uspokojenia dla zdenerwowanych. […]

Przesiadując wśród książek, jakby w zawieszeniu czasu, a równocześnie działając – byłam raczej spokojna, mimo ciągłych wstrząsających nalotów. Patrzyłam na te dobrze znane sprzęty: nasz stół bibliotekarski, wielką ladę do wykładania książek i katalogów, bardzo ciężką i bardzo praktyczną ze swymi wewnętrznymi schowkami, na półki pełne książek, na salę, jej wnętrze jasne, przyjemne, ożywione zielenią roślin. Nie chciałam domyślać się, że czytelnia zbliża się do kresu swych przeznaczeń…

Pierwszy sygnał to była straszliwa pożoga, jaką zobaczyłam pewnego wieczoru – może to było 9 sierpnia. Płomienie i dymy unosiły się z wielkich bloków mieszkalnych opodal w alei Niepodległości po stronie nieparzystej. […] Ogarnęło mnie przerażenie, a właściwie jakby porażenie myśli i uczuć… ogłuszający cios w głowę, bezradne osłupienie. Wpatrywałam się jak urzeczona w te płomienie, cicho i równo pożerające cały rząd domów w bezwietrznym powietrzu. Tyle już widziało się w tych dniach pożarów, ale żaden nie był tak blisko.

Nazajutrz przed południem kilku umundurowanych Niemców weszło do naszego domu i kazali wszystkim mieszkańcom zejść do piwnic. Nalot? Rewizja mieszkań? Wyjaśniło się po pół godzinie, dlaczego usunięto nas z mieszkań: naprzeciwko płonęły domy, a jeszcze zdążyłam zauważyć kręcących się przy nich podpalaczy w czarnych mundurach. […] Patrząc na lecące iskry, zaczęłam ściągać z okien czytelni zasłony, odsuwać stoły i półki jak najdalej od okna, lać wodę na parapety okienne. Gorąco od pożaru czuć tu było bezpośrednio. Przez całe popołudnie i wieczór czuwałam, nosiłam świeżą wodę, walcząc uparcie do końca, choć bez nadziei odwrócenia losu. Instynkt zmuszał mnie, aby być czynną, wciąż czynną. W nocy też czuwałam, patrząc na dogasające zgliszcza naprzeciwko i sprawdzając, czy iskry nie wpadły do czytelni…

Rano 11 sierpnia, jak co dzień, podlewałam kwiaty na balkonie – niestety, były bardzo sczerniałe, zwiędłe od żaru z przeciwka. Nie wiedziałam jeszcze, że to moje ostatnie o nie starania – ostatnia woda ożywiająca białe i czerwone kiście ich kwiatów.

Pamiętam wszystkie, nawet drobne, szczegóły wydarzeń tego dnia. Między godziną dziesiątą a jedenastą rano przez boczną bramę domu od strony ulicy Ligockiej weszło kilku młodych powstańców, niosąc ciężko rannego towarzysza. Złożyli go w mieszkaniu administratora domu. […] Ale już sąsiadujący posterunek niemiecki zauważył ruch i otwieranie bramy i niezwłocznie z drugiej strony wkroczył na podwórze. Zdążyłam wbiec na schody i przez kilka cudzych mieszkań przedostałam się do siebie.

Rannego w łóżku dobili Niemcy od razu. Wywlekli za dom obie młodziutkie córki administratora i zastrzelili je na miejscu. Miały nie więcej niż piętnaście, szesnaście lat. Lekarka opatrująca rannego, dr Maria Garlińska, zdołała wyskoczyć oknem z parterowego mieszkania i ocalała.

Tablica Tchorka
Tablica ku czci rozstrzelanych w kamienicy przy al. Niepodległości 132/136 (źródło).

Wkrótce potem mieszkańcy domu zostali wypędzeni na podwórze i tu ustawieni rzędem. W ponurym milczeniu słuchaliśmy wrzasku niemieckiego, oczekując, kogo z nas wyrwą z szeregu na rozstrzelanie. W końcu kazano zabrać minimum swoich rzeczy i – ,,rraus”… odprowadzono pod strażą do Staufer-Kaserne na ulicy Rakowieckiej. Po godzinie oczekiwania w korytarzach gmachu wypuszczono nas stamtąd, rozkazując iść „na zachód”… Tymczasem rabowano nasze mieszkania i przygotowywano dom do podpalenia. […]

Wbrew nakazom nie poszłam „na zachód” […] Była może godzina czternasta, piętnasta, kiedy ostatni raz spojrzałam w okna czytelni od strony ulicy Madalińskiego. Przechodziłam przez aleję Niepodległości, dążąc za patrolem Czerwonego Krzyża. […] Zdążyłam jednak odwrócić się i spojrzeć na okna i balkon czytelni, skąd wydobywały się gęste, szare i czarne kłęby dymu, tak ciężkie i leniwe, jakby nie chciały ulatywać. Nie potrafię powiedzieć, jakich uczuć doznałam wtedy, czy był to skurcz serca, czy otępienie świadomości wobec tak oczywistego faktu (który powinien był przecież być przewidziany w kolejności zdarzeń tego dnia); szłam dalej za towarzyszkami konwoju i bez trudności przekroczyłyśmy „granicę frontu”, wchodząc na małą boczną uliczkę wiodącą dalej, gdzie przyjęli nas młodzi chłopcy – powstańcy.

Zaczynał się nowy epizod na wolnym skrawku dzielnicy warszawskiej… ale nie było już Czytelni u Przyjaciół. Skończyło się jej istnienie, zagrzebane w ogniu i popiołach. Pozostała w pamięci tego dziwnego, ostatniego spojrzenia z daleka! Czarne kłęby i szary dym… Czytelnia, która była tak pełna życia… z kilkunastu tysiącami książek. Bardzo je kochałam; było wśród nich dużo arcydzieł, wiele pięknych wydań. Przepadły na zawsze także moje osobiste, ulubione książki, artystyczne wydawnictwa, ilustrowane dzieje sztuki, moje najmilsze Listy Chopina w wydaniu Opieńskiego, wytwornie oprawne, tomiki poezji Staffa z dedykacjami od najbliższych osób, książki z wspomnieniami miłości i podróży… I w głębokiej szafie schowane chyba ze dwa tysiące tomów, pięknych kolekcji, starannie dobranych w zbiorze Karoliny Beylin, która je tu zostawiła na przechowanie… Najpiękniejsze z nich wyniosłam wprawdzie do piwnicy, zamknęłam w walizce – ale nigdy ich nie zobaczyłam więcej. Znikły, zrabowane przez kogoś.

Podobno czarni podpalacze mieli wiele kłopotu ze spaleniem czytelni. Książki się broniły, nie chciały się poddać ogniowi, który gasł zaduszony zbyt wielką ilo­ścią zadrukowanego papieru i brakiem powietrza. Mówiono mi później, że trzy razy „czarni” podpalali czytelnię, nie żałując nafty ze swoich blaszanek.

Czas nie złagodził mojego wewnętrznego oporu, nie potrafię już nigdy spokojnie, ,,historycznie” o tym myśleć. Wstrząs wówczas doznany uniosłam na całe dalsze życie.

Jadwiga Krawczyńska, Zapiski dziennikarki warszawskiej 1939–1947, Państwowy Instytut Wydawniczy 1971, s. 168–180.

(Odwiedzono 197 razy, 42 razy dziś)

4 komentarze do “Księgozbiory polskie, cz. 22: Czytelnia u Przyjaciół (3)”

  1. Doskonale rozumiem tę rozpacz utraty księgozbioru, który się zgromadziło i o który się dbało. Mnie kiedyś nadgorliwość Mamy w podlewaniu kwiatka, którego sobie umyśliła nad półką z książkami, pozbawił części zbiorów literatury dziecięcej. Białe kruki na szczęście ocalały, ale do dziś jak o tym zdarzeniu myślę, to mię żal i złość czepie :)

    Odpowiedz
    • Tiaaa. Raz nadgorliwy tatuś przelał kwiatek, raz się okazało, że okno w wynajętym mieszkaniu przecieka przy większym deszczu, a raz kochane kotki centralnie przewróciły wazon. Normalnie mogę się wynajmować do ratowania księgozbiorów po większych powodziach :D Szczęśliwie zazwyczaj wszystko dawało się mniej więcej uratować.

      Odpowiedz
  2. Trochę to taka „niepoprawna” myśl, ale nigdy jakoś na wojnę nie spoglądałem po kątem tego, ile księgozbiorów w trakcie jej utraconych zostało.

    Odpowiedz

Odpowiedz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.