W zbiorze błyskotliwych tekstów podróżniczych Théophile’a Gautier znalazł się też skrzący się sarkastycznym humorem opis angielskich wyścigów w Ascot. Mamy połowę wieku XIX, na brytyjskim tronie zasiada królowa Wiktoria…
Tego dnia w Ascot, angielskim Chantilly, odbywały się wyścigi konne czy, jak to się tutaj mówi, races. Jest to ulubiona rozrywka tubylców, wszystko inne schodzi więc na dalszy plan, a śnieg brytyjskiej powściągliwości poczyna z tej okazji tajać; obserwując dzikie poruszenie, nikt by nie przypuścił, że ma do czynienia z narodem słynącym z niewzruszonej flegmy. Konie i statki – oto co rozpala brytyjski lud do czerwoności i nie zna Anglików ten, kto nie miał sposobności obserwować ich na morzu albo na turfie. Są oni do szpiku kości marynarzami i koniarzami, a choć z pozoru owe dwie skłonności niezbyt do siebie przystają, mają jednak wspólny mianownik: lokomocję. […]
Drogę do Ascot zatłaczają powozy, dyliżanse, omnibusy, szarabany i najdziwaczniejsze pojazdy, jakie sobie można wyobrazić. Wszyscy usiłują zdobyć jakiś środek transportu, na traktach można podziwiać najosobliwsze wytwory angielskich firm powoźniczych. […]
Co chwila mijały nas wielkie coupé, berlinki i czterokonne kalesze bez kozłów, powożone à la d’Aumont przez dwóch forysiów w białych, skórzanych spodniach, butach ze sztylpami, kapeluszach z kokardą, niebieskich, różowych lub wrzosowych kaftanach; drobne irlandzkie szarabany zaprzężone w jednego lub kilka kuców, olbrzymie omnibusy, kolosalne pojazdy transportowe ze słowem conveyance i numerem wypisanym na skrzyni, a wszystko to zapchane ludźmi – tłoczącymi się na imperiale czy też, jak się to określa w tych stronach: podróżującymi outside. Ów zwyczaj podróżowania na pojazdach zamiast w ich wnętrzu, który wydawałby się całkiem dorzeczny we Włoszech, Hiszpanii lub jakimkolwiek innym ciepłym kraju, musi budzić zdumienie w kraju chłodnym, gdzie przez pięć dni w tygodniu leje deszcz. […]

Zdumiewała liczba jeźdźców, pędzących szerokim kłusem, znacznie piękniejszym od myśliwskiego galopu. Ten nieprzerwany korowód wierzchowców w pysznych uprzężach oraz barwnych powozów – żółtych, czerwonych i białych, szamerowanych złotymi napisami – przedstawiał się niezwykle malowniczo, wesoło i mile dla oka. Kilka trąbek i pistonowych kornetów odgrywało mniej lub bardziej udane fanfary, co było dla ucha doznaniem ździebko mniej przyjemnym. […]
Popasywaliśmy co parę mil w tawernach, żeby napoić konie i dać im wytchnąć. A także by samemu coś zjeść i wypić. Nie do wiary, ile napitku i jadła potrafi wchłonąć przeciętny Anglik: sandwicze, szynki, ciastka, ale, porter, woda sodowa, sherry, porto, winiaki, klarety, szampany. Anglik bezustannie coś przegryza i przełyka […] Kolacja angielskiej rodziny dostarczyłaby beduińskiemu plemieniu strawy na cały tydzień. Wbrew wyobrażeniom, które można sobie wyrobić na podstawie chłoszczącej satyry wodewilu i złośliwych karykatur, przedstawiających mieszkańców Albionu pod postacią słoni, widok grubasa jest tu jednak rzadkością: na przeszkodzie stoją klimat, pieprz kajeński i kalomel.
Odległość między Londynem a Ascot wynosi około dwudziestu pięciu mil. Po drodze mija się Brentford, Hounslow, East-Bedfont, Staines, Egham, Windsor Park itd., z wyżyn outside można dostrzec rozkoszne grupki domów spowite liściem i kwieciem. To świeży, wesoły i żywy widoczek; wiejski krajobraz urozmaicają również gospody o błyszczących szyldach i barwnych godłach. […]
Trawiasty tor Ascot nie jest równy jak Champ-de-Mars czy Chantilly, ale mocno pofałdowany. Wzdłuż barierek ciągną się trybuny, z których jedna należy do królowej i wytwornego towarzystwa. Dalej drewniane baraki naciągnięte płótnem i pokryte gigantycznymi napisami, do których Anglicy zdają się żywić nieodparty pociąg. Wyprzężone powozy stoją w równej linii, a widzowie obserwują wyścigi z imperiałów. Kobiety mają wspaniałe toalety, suknie o falbankach z połyskującej tafty, parasolki z frędzlami, kapelusze o świeżych i żywych barwach. Dżokeje w złoto-czerwonych kamizelkach prowadzą zaprzęg królowej, ku wielkiej uciesze gapiów, którzy na ów widok wybuchają gromkim „hurra!”.
Ale oto rozbrzmiewa sygnał: wystartowały! Mógłbym podać nazwy koni, mam bowiem w zasięgu ręki Ascot Heath Races – Oxley’s authentic card, wątpię jednak, by zainteresowało to czytelnika, dlatego też poprzestanę na ogólnym wrażeniu. Na równinie i dalej, na skrajnej, opadającej części terenu, kamizelki dżokejów zdają się polnymi makami, bławatkami albo zawilcami, które unosi wiatr. Konie, początkowo skupione, zaczynają się od siebie oddalać: jedne wysuwają się na prowadzenie, inne zostają w tyle; jedne trzymają się blisko barierek, inne pęd wyrzuca na większe koło; trzecie okrążenie, hurra! hurra! hurra! Ze wszystkich piersi dobywa się potężny krzyk, przetaczający się jak grzmot i przydający skrzydeł wierzchowcowi biegnącemu na czele stawki. Wygrał kary. Hurra! Niech żyje kary!
Finisz wyścigu, litografia na podstawie rysunku L. Prosperiego, 1888 rok (źródło).
Prowadzą go przed lożę królowej, która skinąwszy głową ozdobioną różowym kapeluszem, zaszczyca spojrzeniem szlachetnego rumaka o potężnie umięśnionych kończynach i drżących chrapach, za sprawą którego tysiące gwinei właśnie zmieniło właścicieli. W przerwach między gonitwami widzowie jedzą i piją. Stoły rozkłada się na dachach pojazdów: korki od szampanów, wody sodowej i szkockiego ale bombardują niebo niczym ostrzał artyleryjski. Wybebesza się pasztety z dziczyzny; połyka wędzone ozorki wołowe, pałaszuje jorkskie szynki i ciasta z baraniną: piękne, ostre jak brzytwy i nieskazitelnie białe angielskie zęby zatapiają się w bladoróżowym mięsie.
Rozpoczyna się kolejna gonitwa. Siekacze przerywają swój mozół, ale tylko na krótką chwilę. Gypsies o cerze koloru pomarańczy i błękitnych sukniach wysadzanych gwiazdami, wielce przypominające gitanas z Albaicinu, snują się między powozami, grając na bębenkach baskijskich i wróżąc z ręki. Można na żywo podziwiać widowisko, tak często przedstawiane na angielskich rycinach, gdzie konie mają barwę wiśni, pola są szmaragdowe, a pojazdy żółcą się jak żonkile. Na grafikach Rittnera i Goupila te nieprawdopodobne tony zdają się wystawiać nie najlepsze świadectwo angielskiej sztuce, ale tu, na miejscu, okazują się najzupełniej prawdziwe.
Po każdej gonitwie w niebo wzbijają się chmary gołębi, niosące do najodleglejszych angielskich miast rezultaty gonitw. Jest to bowiem nie tylko sport, ale również ruletka i giełda. Zamiast obstawiać czerwone lub czarne można się zakładać o zwycięstwo Ksantypy, Gillflowera lub jakiegokolwiek innego konia z księgi stadnej.
Po skończonych wyścigach, a więc około czwartej, całe to mrowie zaprzęgów, dyliżansów i omnibusów, przeważnie powożonych four in hand, mknie w stronę Londynu w radosnym zamęcie, który mógłby wystawić na szwank zdrowie lub życie podróżnych, gdyby stangreci nie odznaczali się niebywałą zręcznością i tym większą ostrożnością, im bardziej są pijani.
Théophile Gautier, Kaprysy i zygzaki, tłum. Mateusz Kwaterko, Państwowy Instytut Wydawniczy 2023

Ten tekst uświadamia mi jak strasznie ubogim posługujemy się na co dzień słownictwem. Nawet z moim odrobinę szerszym słownikiem miałem kilka „utknięć” (szaraban, czy kornet, który znałem w innym znaczeniu, a nawet dwóch). O dziwo, wiedziałem co to kalomel. Nie pytaj dlaczego :P
W Kocie w butach Brzechwy jest „…pana barona Szarabana…” :) Kalomel mi wyszedł z kontekstu :P Ale tak, ubożeje nam język, niestety.
Odwiedzacie jeszcze Służewiec? Mnie wyścigi, to się głównie z Chmielewską kojarzą. Te wszystkie triple i porządki, to właśnie z jej kryminałów znam. Poza tym – ignorant :)
Przerzuciliśmy się na transmisje w internecie, urok nie ten, ale wygoda wielka. Chmielewska jako wyścigowa inspiracja – doskonale to znam :)
Młodym się dziwić, że żyją w Internecie! A jak się podczas tej transmisji pochwalić wypasionym powozem, nową toaletą czy spinką z rubinem w jedwabnym fularze :P Już nie mówiąc o aspekcie towarzyskim.
No nijak się nie da, ale nawet jak bywaliśmy na miejscu, to nie w kapeluszach i brylantach :P
Ale chociaż obstawialiście? :P
Paaanie, nawet wygrywaliśmy!
Uhuhu, to rozumiem teraz kawior i truskawki? :D
Zawyżone raty kredytu hipotecznego i śliwki z Biedry :D
W czekoladzie chociaż? :P
Chciałbym :P
Opis wyśmienity. Przeczytałeś może już całą książkę? Ciekawi mnie, czy całość utrzymana jest w podobnym tonie.
Nie czytałem, ale z kartkowania wynika, że owszem, Gautier jest błyskotliwym szydercą. Ale nie poprzestanę na tej jednej relacji.
Pewnie sobie kupię, widzę, że ceny coraz korzystniejsze.;)
Kiedyś czytałam jego Podróż do Hiszpanii, ale to było raczej poważniejsze.
Tu ewidentnie i krótsze, i takie bardziej musujące, to chyba są felietony prasowe w ogóle.