Zaufane osoby ostrzegały, że po kilkudziesięciu latach od wydania powieść Péreza-Reverte zestarzała się nieodwołalnie i szkoda na nią czasu, jednak chęć poznania tego słynnego dzieła autora świetnego „W cieniu orła” przeważyła. No cóż, pretensje mogę mieć tylko do siebie…
Domorośli detektywi
Julia, konserwatorka sztuki, zajmuje się odnawianiem późnośredniowiecznego obrazu, który przedstawia dwóch mężczyzn grających w szachy pod okiem żony jednego z nich. Badanie rentgenowskie ujawnia zamalowany napis – sugestię, że dzieło zawiera wskazówki dotyczące zbrodni sprzed wieków: z historii wiadomo bowiem, że jeden z graczy został skrytobójczo zabity. Kobieta i jej przyjaciel, antykwariusz César, postanawiają rozwiązać zagadkę z pomocą błyskotliwego szachisty Muñoza – gdyż ich zdaniem to układ bierek na namalowanej szachownicy jest kluczowy dla odpowiedzi na pytanie, kto zabił przed wiekami. Detektywistyczna zabawa szybko jednak przestaje być jedynie intelektualną igraszką – w podejrzanych okolicznościach życie traci pierwsza osoba związana ze sprawą, a wokół bohaterów zaczynają się zagęszczać podejrzane wydarzenia.
Trzy grzechy główne
Pobieżne streszczenie wskazuje, że mamy do czynienia z interesującym pomysłem na kryminał z dreszczykiem. Niestety autor morduje ten pomysł własnymi rękami. Po pierwsze, jego bohaterowie są absolutnie papierowi. Jasne, w kryminale głębia postaci niekoniecznie jest elementem niezbędnym, ale z pewnością mile widzianym. A jeśli już autorowi nie chce się bawić w charakterologiczne subtelności, to niech chociaż nie podkreśla w kółko tych samych paru cech w różnych konfiguracjach. Julia jest zdolna, inteligentna, wciąż obolała po nieudanym romansie, pije i pali – także (o zgrozo!) przy powierzonych sobie bezcennych dziełach sztuki, wśród walających się w całej pracowni wacików nasączonych łatwopalnymi substancjami. César jest wyrafinowanym antykwariuszem z upodobaniem do młodych, dobrze zapowiadających się artystów (o jego orientacji seksualnej napomyka się właściwie na każdym kroku, nawet gdy nie ma to żadnego związku z fabułą) oraz chustek wiązanych pod szyją, a Julią opiekuje się, odkąd była małą dziewczynką. Przyjaciółka Julii, właścicielka galerii, jest cyniczną, samodzielną kobietą o specyficznym guście do mężczyzn, za co zresztą potępia ją reszta towarzystwa, prowadzący zaś śledztwo policjant jest zadufany i tępy, Najciekawszy jest Muñoz, chyba wyłącznie dlatego, że niewiele o nim wiemy i zdani jesteśmy na barwne domysły Julii. W gruncie rzeczy jest więc nam dokładnie obojętne, która z tych osób zginie, a która okaże się winną zbrodni, trudno bowiem kibicować tu choćby jednej postaci. Po drugie, akcja toczy się w tempie iście szachowym. Po tym, jak stosunkowo szybko zostaje rozwiązana zagadka historyczna (i to jest najciekawsza część książki), bohaterowie czekają na kolejne ruchy błyskotliwego złola, który rozgrywa nimi partię szachów. Pomiędzy posunięciami nasi detektywi amatorzy miotają się po mieście z nielegalną bronią (i pogrzebaczem), próbują typować sprawcę niemalże metodą pytania podejrzanych, czy to przypadkiem nie oni są winni, ale przede wszystkim nieustająco gadają. I te ich dyskusje, wypełniające pewnie jedną czwartą tekstu, są przeraźliwie długie, przeraźliwie nudne i pełne banałów, okrągłych zdań skrywających znikomy sens. Dowiadujemy się, że szachy są grą sadystyczno-analną (nie pytajcie!), że chodzi w nich o dokonanie ojcobójstwa, że „wbrew wszelkiej logice człowiek przywiązuje się do własnej egzystencji z siłą odwrotnie proporcjonalną do tej resztki życia, jaka mu została”, a w „Suicie francuskiej numer 5” Bacha „tonika pierwszej połowy to G, ale gdy dobiega końca, jest już w tonacji D…”. Jeśli nie odpadniemy na którejś z kolejnych podobnych tyrad, doczłapiemy do zakończenia. I tu autor popełnia trzeci, może najcięższy grzech – nie wystarczy bowiem pomysł na zbrodnię, trzeba też wymyśleć w miarę sensowne rozwiązanie tajemnicy, wskazać sprawcę, który ma choćby minimalnie wiarygodny motyw, dla którego namotał całą tę piętrową intrygę. Pérez-Reverte tu ginie: finał jest dłuuuuuuuugi i co prawda dowiadujemy się, kto rozgrywał brutalną partię, ale za cholerę nie dowiemy się, dlaczego to zrobił. Zbrodzień bowiem, zwyczajem wszystkich bohaterów, mówi dużo i kwieciście, a wydobycie z tego słowotoku jakichkolwiek konkretów wydało mi się niemożliwe. Albo po prostu nie chciało mi się ich wydobywać z tego słowotoku, chociaż po to brnąłem przez czterysta stron, żeby dostać jakiekolwiek satysfakcjonujące wyjaśnienie. Tym samym o „Szachownicy” mogę powiedzieć to samo, co César mówi o szachach, że jest to powieść sadystyczno-analna. Autor celowo, okrutnie i upodobaniem torturuje czytelnika, którego, z przeproszeniem, boli tyłek od wysiadywania nad tą powieścią. Nie bądźcie jak ja, oszczędźcie sobie tego bólu.
Arturo Pérez-Reverte, Szachownica flamandzka, tłum. Filip Łobodziński, ArtRage 2024.

Czuję się ostrzeżona. Czytałam W cieniu orła tego autora (wyborem lektury sama byłam zaskoczona), ale dałam się skusić recenzji Bazyla. I tamtej lektury nie żałuję. Zaś tu mogłaby mnie skusić historyczna zagadka kryminalna, ale skoro piszesz, że mogłoby się to źle odbić na moim zdrowiu to sobie podaruję.
Orzeł był świetny, Szachownica nie jest i grozi porządną zgagą, innych dolegliwości już nie wspomnę :)
Dziękuję za ostrzeżenie. Umiem grać w szachy i jako dziecko grałam dużo i z chęcią, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że grając, dokonuję ojcobójstwa. :)
Dokonujesz dużo gorszych freudowskich świństw :P A żebyś wiedziała, co symbolizują ruchy gońca, to do końca życia byś do szachownicy nie usiadła…
Aż poszperałem w archiwum grupy pl.rec.ksiazki, bo swego (bardzo już odległego), czasu sporo się o Revertem dyskutowało. Okazuje się, że „Szachownica …” mi się podobała, a przygodę z autorem skończyłem po lekturze „Ostatniej bitwy …”. Przeszła mi nawet przez głowę dziwna myśl o powtórce, ale że ostatnio ze słowem pisanym mi nie po drodze, zaufam Twojej opinii :)
Ja sobie dla zabicia absmaku za jakiś czas poczytam Przylądek Trafalgar, co to się właśnie ukazał. Może to mi lepiej wejdzie :D A Szachownica ma taki okrutny posmak lat 90., kiedy można było czytelnikowi dowolny kit wcisnąć, byle atrakcyjnie opakowany. Się łykało Ambery w złoconych okładkach, się pamięta :D
Forsajty, Ludlumy, półnagie panie na okładkach książek fantasy, złocone tytuły … Ależ człowiek wtedy czytał! Pasjami! A teraz, utknąłem w cyklu o Straży i choć mi się podoba bardzo, to wybieram opcję nieużywania mózgu i głupie filmiki na FB :(
Ale o Straży Pratchetta? Ja sobie złapałem jakiś podrabiany boczny cykl Diuny i całkiem jest przyjemny.
Ten właśnie :) Lubię bohaterów, mimo że mundurowi :P
Arturo wydawany wieki temu przez Muzę cieszył się u nas chyba dużym powodzeniem, pamiętam kilku wielkich fanów wśród znajomych. Skusiłam się wtedy na „Klub Dumas”, z którego dziś absolutnie nic nie pamiętam.
Z Twojej recenzji wynika, że fabuła jest przynajmniej osobliwa. Aż chciałoby się zapytać, skąd autor miał takie pomysły i dlaczego żaden redaktor go nie powstrzymał przed realizacją?;)
Ja się nie załapałem na pierwszą falę popularności, właśnie z czasów Muzy. Pomysł to akurat nie jest zły, nie takie pomysły przechodziły, że Dana Browna wspomnę :) Po prostu autor dołożył za dużo złotych myśli i chaosu.
Z tą serią Muzy, w której „szedł” Reverte, mam miłe wspomnienie, bo pierwszą książką zakupioną online (Merlin), była właśnie „Miłość w czasach zarazy” z niej. Ile to było strachu, obaw podczas oczekiwania i radości jak już przyszła paczucha :D No i dużo Nothomb łyknąłem dzięki :)
Merlin, rany, ileż ja tam kasy zostawiłem, jak już miałem internet (w pracy, hyhy). Nie zapomnę jak mieli jakąś wyprzedaż na Agathę Christie, ze 30 sztuk wziąłem, do dziś mam pewnie połowę nieprzeczytaną.
Też sporo paczek z M do mnie przyszło, a to wszystko przez internet uczelniany z kolei :)
Rany, ja do piątego roku studiów komputera nie widziałem, aż se własny kupiłem :D Najwyraźniej historycy nie musieli się znać na takich maszynach.
Rzeczywiście w tej serii było sporo dobrych rzeczy: Cortazar, Nothomb, a nawet Myśliwski. Dzięki, Bazyl, za przypomnienie.;)
A ja to też czytałam, 100 lat temu, czyli dobre 20, i pamiętam, że mi się podobało. Ale treści za pierona. Stoi sobie na półce, to niech dalej stoi…
Masie ludzi się podobało, może 20 lat temu klimat był inny, autor święcił triumfy.
Oszczędzę! A co innego być polecił tegoż pana, by tak tyłek nie bolał?
W zasadzie to znam jeszcze tylko W cieniu orła i to akurat polecam bardzo!