Rodzina Elżbiety zaznała biedy i tułaczki. Latem zarobek przynosiło odnawianie figur i malowideł w kościołach, zimą przejadano oszczędności, gnieżdżąc się w byle kącie, grunt, żeby tanim. Przełomem w życiu Ligęnzów staje się odnalezienie krewnych, właścicieli warsztatu wyrabiającego dewocjonalia w górnośląskiej osadzie. Życiowa stabilizacja okazuje się jednak równocześnie źródłem zadowolenia i frustracji…
Nowe życie
Odtąd obserwujemy nowe życie rodziny: dynamiczna matka, Agnieszka, rozwija przedsiębiorstwo, korzystając z tego, że miejscowe sanktuarium staje się popularnym miejscem pielgrzymkowym, ojciec dziwaczeje, usuwa się na margines rodzinnego życia, a Elżbieta – odkąd jej rodziców na to stać – uczy się w zakonnej szkole z internatem i do domu zjeżdża na święta i wakacje, za każdym razem na nowo odkrywając i swoich najbliższych, i okolicę. A jest co odkrywać: Ligęnzowie wspinają się po drabinie społecznej, warsztat zmienia się w fabryczkę, dochodzą do tego własne sklepy, plan budowy nowego, obszerniejszego domu, wreszcie sama Agnieszka staje się ważnym elementem lokalnej społeczności, jako działaczka licznych stowarzyszeń, ale też osoba, która pociąga za wiele sznurków, zawsze jednak chętnie wspiera swoich pracowników i sąsiadów. Osada, włączona do Polski (wspomniane są powstania śląskie) przeżywa wzloty i upadki: rozwija się przemysł, kwitnie przemyt przez granicę z Niemcami, pojawiają się tłumy pielgrzymów, umacnia polska władza, aż uderza kryzys gospodarczy, pojawia się bezrobocie, bieda, wybuchają rozruchy.
Panorama Śląska
Z dwóch członów tytułu powieści od Elżbiety zdecydowanie ważniejsza jest ziemia. Elżbieta w pewnym momencie znika nam bowiem z oczu, wyjeżdża do wielkiego świata, i docierają do nas tylko nieliczne informacje o tym, co porabia. A nawet gdy przebywa w domu, o niej samej właściwie niewiele się dowiadujemy. Wygląda zresztą na to, jakby i ona sama o sobie i swoich pragnieniach niewiele wiedziała – może nagły wyjazd do stolicy, próba oderwania się od znajomego środowiska, rozpoczęcie kariery malarskiej, miały jej pomóc w poznaniu siebie. W każdym razie nie jest Elżbieta główną bohaterką, zdecydowanie ustępuje tej ziemi, którą zamieszkuje wraz z rodziną. Bo jest powieść Gojawiczyńskiej bogatą, szczegółową panoramą życia górnośląskiego: od spraw domowych po sytuację polityczną i gospodarczą, od robienia weków na zimę do zamieszek wywołanych bezrobociem. Opisywani przez nią Ślązacy i Ślązaczki nie są bohaterami, którzy wywalczyli sobie przyłączenie do Polski, nie są niezłomnymi patriotami – wręcz przeciwnie, często nader krytycznie odnoszą się do poczynań nowych władz i niekiedy czują się obywatelami drugiej kategorii – symboliczna jest scena, gdy w szczycie kryzysu grupa mieszkańców osady ucieka na niemiecką stronę, gdzie liczą na lepsze życie pod rządami Hitlera. Dostało się zresztą autorce za ten brak pomnikowości, gdy jej powieść się ukazała. „Ziemia Elżbiety” potwierdza, że Gojawiczyńska była mistrzynią epizodu i świetnie kreśliła postacie drugoplanowe: o ile Elżbieta, teoretycznie główna bohaterka, specjalnie udana nie jest, o tyle już portret jej matki jest znakomity, podobnie jak wizerunki magazyniera Alojza, małżeństwa Buczków, służącej Margrety i wielu innych osób ukazanych na kartach powieści. Stosując metodę, którą doprowadziła do perfekcji w „Dziewczętach z Nowolipek”, autorka nie tworzy liniowej fabuły, ale ciąg epizodów, ukazujących i bohaterów, i ich osadę w różnych istotnych momentach. Uwiarygodnia swoją opowieść, szczodrze korzystając z gwary, nie tylko w dialogach, ale i w narracji; jest realistką, niekiedy nawet naturalistką, z podziwem pisze o kobietach, które, w przeciwieństwie do mężczyzn, w chwilach kryzysu mobilizują się dla dobra swojej rodziny, pomagają sobie nawzajem w przetrwaniu trudnych czasów. Nie unika tematów bolesnych, takich jak przemoc domowa, alkoholizm, aborcje, nieślubne dzieci, spraw pomijanych, a na równi z innymi stanowiącymi istotę codziennego życia. I chociaż „Ziemia Elżbiety” nie dorównuje późniejszej „dylogii warszawskiej”, to jest z pewnością warta przeczytania, choćby dla tych znakomitych opisów śląskiego życia w dwudziestoleciu międzywojennym.
Pola Gojawiczyńska, Ziemia Elżbiety, Czytelnik 1957.

Czuję się zainteresowana, głównie ze względu na element śląski.
Ponoć znawcy rozpoznają Piekary Śląskie, ale ja musiałem doczytać w literaturze pomocniczej 😏
Piekary Śląskie? A to nie hajmat Agnieszki z Dowolnika? :) Czytam ostatnio dużo notek blogowych na temat szeroko pojmowanej klasyki i utwierdzam się w przekonaniu, że chyba czas najwyższy zacząć, miast na półki z kolejnymi pisanymi na kolanie kryminałami, zerkać na powieści z dawnych lat. Ale to potem, jak w końcu dotrę do dna historii Vimesa i ferajny :) A potem porzucona biografia Milne’a, a potem dwa pożyczone Herberty o sztuce, a potem kupiona Inkwizycja, która się kurzy … :P
Owszem, Jej hajmat, ale koleżanka chyba zajęta i nie dotarła :P Klasyka jest niezawodna, zawsze można się z kimś pokłócić o jej walory, ale Vimes rządzi! Plany za to szeroko zakrojone, do inkwizycji się nie spiesz :)
Agnieszka wpadła chyba w szpony etatowego kieratu. A Vimes faktycznie wzbudza sympatię, mimo że glina do szpiku. Do Inkwizycji to dotrę tak pewnie jakoś za rok.
Biedna, ale któż z nas nie wpada w te szpony :( Vimes jest ekstra, ale Patrycjusz jest ekstraśniejszy, a do Inkwizycji się nie spiesz, to nie jest porywające dzieło :D
Kolejność u mnie to: Wiedźmy (bezsprzeczny nr 1), Śmierć i Straż. Stawkę zamykają Magowie.
U mnie Wiedźmy i Straż, no i Moist von Lipwig, do Śmierci się nie przekonałem, a Magowie w ogóle mi nie leżeli. Ale taką Prawdę i Piekło Pocztowe mogę czytać co roku :D
Kiedyś zaczęłam czytać tę powieść i zauważyłam właśnie, że Gojawiczyńska ma oko i ucho, poszczególne sceny były b. naturalistyczne.
Tak, niekiedy te naturalistyczne inspiracje są bardzo widoczne, zwłaszcza scena demonstracji, prawie jak z Germinala. Prawie, bo jednak Gojawiczyńska nie posuwa się tak daleko, jak Zola.