Kiedy ich najmłodsza córka, Rilla, staje się podlotkiem, państwo Blythe orientują się, że dziewczę jest płoche, raczej próżne, nie chce się kształcić i wolałoby się bawić, niż zajmować się jakimiś nudnymi obowiązkami. Cóż, jak sobie wychowali, tak mają, było mnóstwo czasu na korektę linii wychowawczej, ale widocznie doktorostwu się zapomniało. Szczęśliwie wybuch wojny (pierwszej światowej) pozwala na wprowadzenie zimniejszego chowu.
Wojenna nastolatka
Sarkazmuje sobie tutaj, bo jakoś dopiero przy tej, nie wiem już której, powtórce dotarło do mnie, że rodzice wymagają od Rilli rzeczy, do których jej nie wdrożyli. Za to przyspieszony kurs dojrzewania funduje nastolatce historia: Kanada jako część imperium brytyjskiego wysyła swoich żołnierzy do Europy, a w kraju trwa gorączkowa praca na rzecz wysiłku wojennego. Rilla włącza się w działania Czerwonego Krzyża (choć z początku ekscytuje ją głównie projektowanie mundurów dla dziewcząt), wychowuje wojennego sierotę, ale przede wszystkim przeżywa zmienne koleje walk i wyjazdy kolejnych chłopców na front: ukochanych braci i przyjaciół, a zwłaszcza tego jednego, którego miłość chciałaby zdobyć. Głęboko przeżywa rozterki starszego brata Waltera, który jest głęboko rozdarty między poczuciem obowiązku a świadomością, że okropieństwa wojny go zniszczą, że nie zniesie nie tyle myśli o śmierci, ale o powolnym konaniu w błocie. Portret tego wrażliwego chłopca, targanego sprzecznymi uczuciami, jest wstrząsający.
Susan Baker i Piątek
Drugim znakomitym portretem jest Susan Baker, gosposia Blythe’ów, która w tym tomie urasta do rangi symbolu wszystkich kobiet dotkniętych wojną: chciwie śledzi doniesienia z frontu, żarliwie, choć może naiwnie o nich dyskutuje, ale przede wszystkim nie traci wiary w ostateczne zwycięstwo, ostro ucinając wszelkie głosy defetystów. A równocześnie wie, jak ważne jest zachowanie normalności, że bez względu na to, czy Łódź upadnie, czy nie, trzeba podać kolację. Gorliwie robi na drutach skarpety dla żołnierzy i pamięta, by do paczki na front oprócz domowych ciasteczek dołożyć czystą bieliznę i gęsty grzebień. Wreszcie mamy niezłomnego psa Piątka, który długie lata wiernie i cierpliwie czeka na dworcu na powrót swojego pana – a scena ich powitania nieodmiennie wyciska łzy z oczu. Trudno jednak wybaczyć Montgomery niepotrzebnie okrutną scenę ze złożeniem w ofierze kociątka. Przekład Anny Bańkowskiej, jak zawsze zresztą, znakomicie podkreśla wszystkie najmocniejsze strony powieści i bezwzględnie obnaża jej słabsze miejsca – bo „Rilla” to książka nierówna, momentami nieznośnie patetyczna albo przesadnie ckliwa, niekiedy jednak prawdziwie przejmująca. Fabułę znam od lat, więc siłą rzeczy przy każdej kolejnej powtórce schodzi ona na drugi plan, uczuciowe i życiowe rozterki tytułowej bohaterki wydają się błahe, choć wciąż ważna jej bliskość z Walterem, a także rodząca się więź z małym wychowankiem. Warto jednak podkreślić, jak na przykładzie małej społeczności Montgomery pokazała szeroką gamę postaw wobec wojny i cały jej tragizm: bo nawet obserwowana z daleka i poprzez prasowe doniesienia budzi grozę, a kiedy uczestniczą w niej kanadyjscy chłopcy, znani od małego, wywiera głęboki wpływ na życie całej wioski, żyjącej w rytmie nie pór roku, lecz kolejnych ofensyw.

Rilla mnie wzrusza, zawsze i od zawsze. A co do wychowania Rilli, tych braków – w wielodzietnych rodzinach to rodzice wychowują starsze, a potem te starsze wychowują młodsze. No i teraz wiesz już, kto nie dopilnował ;)
Znam ten mechanizm wychowawczy, ale tak było raczej u pastora po sąsiedzku. Blythe’owie raczej nie chowali się sami, szczególnie że Anne nie była zaharowaną tkaczką z Łodzi :) Nie ma co zwalać na rodzeństwo.
Mimo wad, o których piszesz i tak mam zamiar zgromadzić wszystko co wyjdzie w nowym tłumaczeniu. A na emeryturze cieszyć się lekturą :D
Ciesz się wcześniej niż na emeryturze :)
Ten rok tak mnie kopie po klejnotach, że cieszenie się jakąkolwiek lekturą jest bardzo trudne. Tematy wojenne nie pomogą :P
A to faktycznie, może o wojnie niekoniecznie :(
Ze Złotych CZYCH??? Jakich do licha ciężkiego ZŁOTYCH ISKIER? :-D
W oryginale stoi jak byk Ingleside.
Ingleside w żadnym kanadyjskim narzeczu nie oznacza niczego złotego. To półfrancuski mieszany slang – side po angielsku oznacza Wybrzeże lub Ubocze lub stronę/kierunek geograficzny, a jeśli dom to może być Ustronie. Ingles to po francusku oznacza angielski/Anglików. Można by więc dom nazwać Ustronie Angielskie albo Wybrzeże Jankesów albo coś w ten deseń.
Poprzednie przedpotopowe tłumaczenie, które znamy wszyscy, nawet poprawnie użyło słowo Brzeg (od wybrzeża) ale skąd tłumacz wyciągnął przymiotnik Złoty, to tylko licho wie. Pewnie nie wiedząc, co znaczy Ingle, wymyślili jakiś ładny przymiotnik, aby dom Ani zdobił.
To teraz Bańkowska też zignorowała Ingle, wzięła ten stary błędny przymiotnik złoty i wymyśliła jakieś sensacyjne złote iskry do tego. Jakby Aniowie mieszkali w hucie żelaza lub w kuźni krasnoludów :-D
Razem z wydawnictem Bańkowska udaje, że to jakaś całkiem nowa książka LMM i trzepią kasę od łatwowiernej gawiedzi. Nowe opakowanie tej samej starej ramotki co zawsze.
A jeśli chodzi o treść ramotki, to okrucieństwo LMM wobec zwierząt całkiem przysłania jej płakanie nad wojną i nigdy jej tego w Rilli nie wybaczyłam ani innych jej radosnych opisów (wieszanie psa, zamęczanie koguta, trucie kota, a tutaj topienie ukochanego kota przez psychopatyczne dziecko, które ma być niby pozytywną postacią). A idźta
Słownik jako żywo podaje, że „ingle” to ogień w kominku, więc skojarzenie z „na Wojtusia z popielnika iskiereczka mruga” się narzuca. Natomiast jeśli to „ingle” jako Anglik jest gdzieś potwierdzone, to szybki przegląd internetowych słowników tego nie pokazuje, więc nie jest to wiedza oczywista. Plus sentymentalna Anne nazywająca swój dom Angielskim Ustroniem czy Wybrzeżem Jankesów? Jakoś nie widzę. Oraz w ogóle cała kombinacja z tą nazwą jest wyjaśniana w poprzednim tomie.
Gwoli sprawiedliwości, Bańkowska nie udaje, że to nowa książka, wszyscy wiedzą, że to ta sama poczciwa Rilla. A co okrucieństwa wobec zwierząt, to pełna zgoda, odrażające to jest u LMM, nawet jeśli weźmiemy poprawkę na zwyczaje epoki, ona tym epatuje zupełnie bez sensu i potrzeby.