W smętnym nadmorskim kurorcie po sezonie ginie dziewiętnastolatka. Do zbrodni przyznaje się zakochany w niej chłopak, więc sprawa zostaje uznana za rozwiązaną. Niedługo potem do starszego sierżanta Igielskiego zgłasza się jednak mężczyzna, który nie tylko bierze na siebie winę za tę śmierć, ale zeznaje też, że od wielu lat regularnie w tym samym miejscu mordował inne młode dziewczyny.
Zbrodnia seryjna
Choć brzmi to dość nieprawdopodobnie, Igielski zaczyna sprawdzać rewelacje Jana Kowalskiego, w czym wspomaga go przyjaciel, miejscowy lekarz. Co siedem lat w małej zatoczce nad morzem miała ginąć dziewczyna, lecz nikt nie podnosił alarmu – uznawano powszechnie, że ofiara po prostu uciekła z nudnej dziury w wielki świat. Równocześnie sprawę śmierci swojej koleżanki próbuje rozwikłać Pola Filipiak. I milicjant, i nastolatka zauważają, że krewni i znajomi zaginionych zachowują się tak, jakby wcale nie życzyli sobie poznać prawdy. Ostatecznie, po przemierzeniu niezliczonych kilometrów w niesprzyjającej aurze i po wypiciu niezliczonych herbat, Igielski i Filipiak, każde nieco inną drogą, odkrywają zaskakującą tajemnicę niewielkiej społeczności miasteczka.
Kolejne szklanki herbaty
Nad „Pokutą” unosi się senna atmosfera miejsca, które ożywia się na krótko w sezonie turystycznym. Jesienią jest deszczowo, zimno, beznadziejnie i nudno. Nawet morderstwo elektryzuje mieszkańców tylko na parę chwil, a prowadzący swoje dochodzenia Igielski i Pola odbijają się od muru obojętności. A może to nie obojętność? Mnożą się kolejne wątki do wyjaśnienia, narastają wątpliwości, gęstnieje groza. Powieść świetnie się zaczyna, im bliżej jednak zakończenia, tym silniejsze staje się wrażenie, że cała koncepcja jest naciągana. Autorka co prawda wyjaśnia wszystko, zamyka wątki, ale pozostawia czytelnika z wrażeniem, że całość jest nazbyt skomplikowana i przez to mało wiarygodna. Niemal w pełni wiarygodny jest jednak obraz siermiężnych lat osiemdziesiątych, miasteczka, które nie ma wiele do zaoferowania młodym ludziom, którzy marzą o wyjeździe i lepszym życiu, ani starszym, znużonym codzienną harówką i wiecznymi deficytami. Z Igielskim i Polą zwiedzamy kolejne mieszkania i domy, zamożniejsze i biedniejsze, porządne i mniej porządne: zdejmują buty w przedpokoju i dostają szklankę gorącej herbaty, bo gościa, nawet niezbyt pożądanego, wypada czymś poczęstować. Udali się Kańtoch bohaterowie: samotny gliniarz, który nie wierzy w siebie i celowo chciał pracować w małej mieścinie, żeby musieć się mierzyć z trudniejszymi sprawami, a teraz nie dość że prowadzi skomplikowane śledztwo, to jeszcze przepracowuje odejście narzeczonej, i młodej, zakompleksionej dziewczyny, wychowywanej przez toksyczną matkę. Pola jest nieładna, brakuje jej pewności siebie, a swoimi problemami nie ma się z kim podzielić. Te postacie oraz mroczny klimat zdecydowanie równoważą przekombinowany finał i sprawiają, że po „Pokutę” warto sięgnąć.
Anna Kańtoch, Pokuta, Czarne 2019.

Twój wpis tylko potwierdza mój „problem” z kryminałami. Mam tak – czytam i zapominam (choć ostatnio mam wrażenie, że dotyczy to wszystkich książek). Motyw zaginięć pamiętam, ale jak to się rozwiązało, jakieś, choćby pojedyncze, sceny? Nic :(
Ma to jednak dobre strony. Oglądaliśmy ostatnio na Netfliksie ekranizację Departamentu Q i choć nieco zmieniono scenariusz w stosunku do książkowego oryginału, to mordercy nie domyśliłem się aż do końca. Chcąc być jednak szczerym, niezbyt się starałem wytężać pamięć :P
Ja już np. prawie nic nie pamiętam z Wiary, a z Łaski jakieś mętne fragmenty. Co znaczy, że pewnie kiedyś będę mógł je przeczytać na nowo i mieć niespodziankę :D Ale mam tak, odkąd pamiętam, hyhy.
Recenzowałem już niemało czasu temu, ale też pamiętam, że zakończenie mi nie grało.
Niestety Annie Kańtoch często zdarza się przefajnować zakończenia, nie tylko w kryminałach.
Kiepsko pisze, tak 3/10