Narrator opowieści, wykładowca uniwersytecki, miał dość środków, żeby w obawie przed atomową zagładą zarezerwować sobie miejsce w schronie w hotelu Termush na wybrzeżu Atlantyku. Oczekiwana katastrofa nadchodzi, a gdy najgorsze przeminie, goście mogą wyjść z jaskiń, by ocenić, jak zmienił się świat.
Znośne dni
Apokaliptyczne wizje, jakie podsuwała ocalałym wyobraźnia, okazały się mylne. Dokoła wszystko wyglądało tak, jak przedtem, tyle że należało uważać na radioaktywny pył. Tym trudniej było pojąć, że nic już nie będzie takie, jak przedtem. Goście hotelu próbują się urządzić w swoich pokojach, przywyknąć do nowej rutyny. Niekiedy, po oczyszczeniu najbliższej okolicy, mogą spacerować wokół budynku, pilnie obserwowani przez strażników. „Dni w Termush są znośne”, stwierdza lakonicznie narrator: „jedzenie trafia na stoły, z głośników płynie muzyka”. Nikt jednak nie rozmawia ani o przeszłości, ani o przyszłości. Przeszłość zniknęła bezpowrotnie, choć nie widać tego na pierwszy rzut oka, przyszłość nie jawi się optymistycznie – społeczność Termush wytrzyma, póki starczy zapasów i póki dyrekcja hotelu będzie zdolna bronić tej enklawy przed ludźmi z zewnątrz, tymi, którzy nie mieli dość szczęścia i pieniędzy, by kupić sobie „towar o nazwie »przeżycie«”. A bez wątpienia próby wdarcia się do tego raju nastąpią. Jak się wtedy zachować? Czy podzielić się żywnością i lekami, czy odciąć od świata w imię przedłużenia własnej egzystencji?
Po co się bronić?
Relacja o wypadkach w Termush jest niemal beznamiętnym (może nawet, jak na mój gust, zbyt beznamiętnym) sprawozdaniem; jej autor jako naukowiec przywykł zapewne do takiego stylu opisywania zjawisk i tak samo sprawozdaje o wypadkach w hotelu. Zauważa, że ze względu na brak radykalnych zmian w otoczeniu przyjęcie do wiadomości, że przeszłość nie wróci, że doszło do katastrofy, przed którą nie można uciec, da się jedynie odwlec nieuchronne, jest trudne; łatwiej przychodzi zachowywanie pozorów, udawanie, że nic, czy prawie nic, się nie zmieniło. Ale ten stan przerywać będą coraz gwałtowniejsze wydarzenia: alarmy w chwilach zwiększonego promieniowania, pojawianie się potrzebujących pomocy ludzi z zewnątrz, przypadki załamań psychicznych, gdy pensjonariusze nie wytrzymywali napięcia. Obserwujemy, jak dyrekcja hotelu, która powinna być nastawiona na opiekę swoimi gośćmi, przekształca się w rodzaj władzy, która decyduje, co jest dla ocalałych najlepsze: cenzuruje wiadomości, coraz bardziej zacieśnia nadzór i ogranicza swobodę. Z jednej strony to zrozumiałe, chce bronić ludzi przed paniką i fizycznymi napadami, z drugiej – staje się rodzajem autorytarnej władzy, wykorzystującej motyw „oblężonej twierdzy”, by utrzymywać posłuch. Widzimy, jak narasta zbiorowy egoizm, z którym próbuje walczyć lekarz idealista, jak przeciwstawia się „swoich” tym „obcym”, którzy zagrażają cennym zapasom. W gruncie rzeczy jednak, czy warto się bronić, czy warto było w ogóle ratować sobie życie w obliczu tego, że żadne schronienie nie jest tak naprawdę bezpieczne? Powieść Holma, wydana w 1967 roku, wykorzystuje, rzecz jasna, powszechne wtedy lęki przed wojną jądrową, ale ma wymiar dużo bardziej uniwersalny: jak w interesującym posłowiu zauważa Maciej Jakubowiak, nasze pokolenie odnajdzie w niej doświadczenia pandemii, a być może także zapowiedź przyszłości – kiedy zamożni i wpływowi będą chcieli zapewnić sobie bezpieczeństwo w podobnych enklawach przed katastrofą klimatyczną i nieuchronnymi konfliktami, jakie wtedy wybuchną. Jak na powieść o końcu świata, dzieje się tu zaskakująco niewiele i bez gwałtownych emocji, w czym powieść Holma przypomina nieco „Ostatni brzeg” Nevile’a Shute’a; to, co najistotniejsze, zostaje umieszczone w tle, warto więc skupiać się na drobnych niekiedy sygnałach wskazujących na zmiany sytuacji w hotelu, by pojąć, co się tam tak naprawdę rozgrywa.
Sven Holm, Termush, wybrzeże Oceanu Atlantyckiego, tłum. Iwona Zimnicka, ArtRage 2025.

Właśnie miałem przywołać „Ostatni brzeg” :) A temat enklaw po zagładzie świata zgłębiam na bieżąco, bo powtórzyłem sobie pierwszy sezon „Fallouta”, zacząłem drugi i spokojnie czekam na kolejne odcinki. Pięknie nie jest, ale w obliczu zanikania na świecie gatunku lekarz (czy ogólnie człowiek) – idealista, nie mam żadnych wątpliwości, że w razie W rządzić będzie prawo dżungli :(
Tak, co do prawa dżungli to chyba nie będzie inaczej, należałoby właściwie zapobiegawczo zapisać się na jakiś kurs rzucania siekierą albo i nożem, tak na wszelki wypadek :(