Czarna morwa bez smaku (Ewa Lach, „Kryptonim Czarna Morwa”)

Znacie ten ograny schemat fabularny z bandą dzieciaków, które postanawiają wspomóc nieudolnych dorosłych i wyjaśnić sprawę sabotażu w fabryce (kradzieży mienia państwowego, szpiegostwa, zniknięcia kapelusza za sto tysięcy, dziwnego zachowania sąsiadki z naprzeciwka, niepotrzebne skreślić)? Typują podejrzanych, opracowują plan, rozpoczynają śledztwo, a potem węszą, plączą się samotnie po nocy po starych halach fabrycznych, cmentarzach czy ruinach, narażając na skręcenie karku lub katar. W finale obowiązkowo zamykają najbardziej podejrzanego przestępcę w komórce na węgiel i z dumą lecą na najbliższy komisariat MO, gdzie jowialny sierżant wcale nie chce wierzyć w ich rewelacje. Gdy już uwierzy i pobiegnie aresztować złoczyńcę, to okazuje się, że w komórce siedział porucznik z wydziału kryminalnego, któremu nieletni uniemożliwili złapanie prawdziwego sabotażysty (złodzieja, szpiega, aferzysty, pasera, sąsiadki z naprzeciwka – niepotrzebne skreślić). Zrugane małolaty ostatecznie rehabilitują się w oczach władzy i rodziców, przyczyniając się do odnalezienia kluczowego dowodu albo ukrytych łupów. A potem chodzą w glorii bohaterów i wszyscy im zazdroszczą.

Dynia i pępek węża (Ewa Lach, „Pępek węża”)

pepek weza

Posiadanie matki chrzestnej ma swoje dobre strony, bywają jednak momenty, kiedy matka chrzestna (model a la Terry Pratchett) nadlatuje z różdżką i grożąc zamianą w dynię, domaga się w trybie natychmiastowym czegoś do poczytania. Co prawda Cucurbita L. to roślinka sympatyczna, ale nie podejrzewam jej o bogate życie wewnętrzne, o braku rączek do trzymania książki nie wspominając, więc po wykonaniu dziennej normy pracy zawodowej musiałem napisać choć kilka zdań.