Skip to content

Zacofany w lekturze

Blog Piotra Chojnackiego. Książki nowe, stare, znane i zupełnie zapomniane, pełna swoboda wyboru.

Menu
  • Strona główna
  • O mnie
  • Powieści młodzieżowe PRL
  • Przestały oczekiwać 2011
  • Przestały oczekiwać 2012
  • Przestały oczekiwać 2013
  • Przestały oczekiwać 2014
  • Przestały oczekiwać 2015
  • Przestały oczekiwać 2016
  • Przestały oczekiwać 2017
  • Przestały oczekiwać 2018
  • Przestały oczekiwać 2019
  • Przestały oczekiwać 2020
  • Przestały oczekiwać 2021
  • Polityka prywatności
  • Przestały oczekiwać 2022
  • Przestały oczekiwać 2023
  • Przestały oczekiwać 2024
  • Przestały oczekiwać 2025
  • Przestały oczekiwać 2026
Menu

„Ile czasu się tam umiera?” (Shlomo Venezia, „Sonderkommando”)

Posted on 24 maja 201110 października 2017 by Piotr (zacofany.w.lekturze)
Sonderkommando

 

Od lat czytuję literaturę poświęconą obozom koncentracyjnym i Holocaustowi. Wydawało mi się, że wiem sporo o mechanizmach funkcjonowania  obozów i o Zagładzie, o rozmaitych postawach ludzi wobec tragicznych wydarzeń, o ich przeżyciach w piekle, jakie zgotowali im inni ludzie. Myliłem się. Nigdy bowiem nie dane mi było zstąpić na samo dno tych piekieł, do ich ostatniego kręgu – komór gazowych i krematoriów.
Obsługujący je więźniowie, którzy tworzyli Sonderkommando – komando specjalne – nie mieli bowiem prawa przeżyć,

nie mieli prawa przekazać nikomu prawdy o tym, co widzieli.

Cudem przeżyli nieliczni, ale nawet oni przez wiele lat milczeli: bali się odrzucenia, piętna kłamców, a może i współwinnych niemieckich zbrodni. Nie chcieli obarczać najbliższych brzemieniem swej tragedii. Otworzyli się – tak jak Shlomo Venezia – po bardzo wielu latach, gdy uznali, że mimo ogromnego bólu, jaki ich to będzie kosztować, ich świadectwo będzie mogło coś zmienić, oddziaływać na młode pokolenie, przeciwstawić się odradzającemu się złu.
Shlomo Venezia (rocznik 1923) jest greckim Żydem z Salonik. Wcześnie stracił ojca i musiał pomagać matce w utrzymaniu domu. Po klęsce armii greckiej w 1941 roku Saloniki znalazły się w niemieckiej strefie okupacyjnej. Rozpoczęło się prześladowanie Żydów: kierowani byli do robót przymusowych, musieli zamieszkać w getcie. Rodzina Veneziów, dzięki swemu włoskiemu obywatelstwu (ojciec Shlomo walczył w armii włoskiej podczas pierwszej wojny), przeniosła się do Aten, okupowanych przez Włochów, licząc, że tam będzie bezpieczniej. W drugiej połowie 1943 roku jednak i tutaj wkroczyli Niemcy, rozpoczynając wywózkę Żydów do obozów zagłady. Shlomo z rodziną 11 kwietnia 1944 roku znalazł się w transporcie do Auschwitz.
Po kwarantannie Shlomo trafił do Sonderkommando. Venezia rzeczowo i szczegółowo opowiada o tym, czym musiał się zajmować, o tym, jak przebiegały ostatnie chwile życia skazanych na śmierć ludzi z całej Europy, jak wyglądała ich agonia i co działo się z ich ciałami po otwarciu drzwi komory gazowej.

Z trudem czyta się jego słowa, szczere i bezpośrednie,

widać, że nie zamierzał nic ukrywać, nic łagodzić. Grozę unoszącą się nad tą partią książki potęgują jeszcze ilustracje – rysunki Davida Olere’a, również członka Sonderkommando, który po wojnie utrwalał na papierze to, co oglądał za murami krematorium. Wszystko, co mógłbym napisać, zabrzmiałoby patetycznie, a patosu właśnie w tych wspomnieniach nie ma. Początkowy wstręt, jaki odczuwał Shlomo, przekształcał się w „rutynę, o której lepiej nie myśleć”. Tylko dzięki temu członkowie Sonderkommanda nie odchodzili od zmysłów, a przecież wielu z nich widziało śmierć własnych krewnych.
Shlomo też pewnego razu zauważył wśród chorych wybranych do zagazowania kuzyna swego ojca. Mężczyzna spytał go: „Ile czasu się tam się umiera? Czy bardzo się cierpi?” Chłopak, aby go uspokoić, skłamał. Zapewnił, „że to nie trwa długo i nie boli. W rzeczywistości dziesięć do dwunastu minut to cała wieczność, kiedy walczy się o powietrze”. Dziesięć do dwunastu minut trwało, zanim z komory gazowej przestały dochodzi jakiekolwiek odgłosy życia.

Książka ma formę wywiadu.

Rozmowę z Venezią przeprowadziła Beatrice Prasquier, która zadawała mu lapidarne pytania – wystarczały one jednak, by Venezia dzielił się swoimi wspomnieniami i przemyśleniami. Nie zabrakło pytań trudnych: czy członkowie Sonderkommanda zastanawiali się nad tym, czy ludzie przyprowadzani do krematorium domyślali się, jaki los ich czeka? Czy zapamiętywali twarze mordowanych? Czy myśleli o przyszłości? Odpowiedzi składają się na psychologiczny portret człowieka zmuszanego do robienia rzeczy, które budzą w nim głęboki sprzeciw, a który jednocześnie nie może tego sprzeciwu wyrazić; musi wyłączyć rozum i myślenie, zmienić się w robota. Jakże gorzka musi być prześladująca Venezię całe życie świadomość, że niektórzy uważają jego i jego kolegów za współsprawców zbrodni.
Wspomnienia Venezii to lektura bardzo bolesna i trudna, mimo prostej formy i bezpośredniego języka. Wbrew sobie, podświadomie, próbowałem zająć jego miejsce, wyobrazić sobie to, co czuł, odpowiedzieć na pytania, które sobie stawiał. To było oczywiście niemożliwe, ale wyczerpywało emocjonalnie. Napięcie ustąpiło nieco w późniejszych fragmentach opowiadania, gdy Venezia mówił o swoich dalszych losach po wyrwaniu się z Sonderkommando i Auschwitz.
To nie jest książka, o której mogę napisać, że szczerze ją polecam. Każdy sam musi rozważyć, czy ma dość siły, by towarzyszyć Venezii w najniższym kręgu piekła.

Shlomo Venezia we współpracy z Beatrice Prasquier, Sonderkommando. W piekle komór gazowych, tłum. Krystyna Szerzyńska-Maćkowiak, Prószyński i S-ka 2009.

Za przesłanie książki dziękuję wydawnictwu Prószyński i S-ka.
PS. Rysunki i obrazy Davida Olere’a można obejrzeć w wielu miejscach w internecie. Na stronie A Teacher’s Guide to the Holocaust  znajduje się reprezentatywna próbka jego twórczości, w tym kilka rysunków z krematorium. W całości poświęcona jest mu strona http://www.sonderkommando.info/skauschwitz/temoignages/art/olere/index.html.

 

14 thoughts on “„Ile czasu się tam umiera?” (Shlomo Venezia, „Sonderkommando”)”

  1. kasandra_85 pisze:
    24 maja 2011 o 21:20

    Książka z pewnością przygnębiająca, choć myślę, że warta przeczytania. Jak tylko zbiorę w sobie wystarczająco dużo siły, spróbuję się z nią zmierzyć. Pozdrawiam:)

    Odpowiedz
  2. dea pisze:
    25 maja 2011 o 07:12

    Ja ostatnio jestem w temacie, więc dzięki za tytuł.
    Z kolei wyprodukowałam się o Getcie Łódzkim, a konkretniej o Rumkowskim, gdybyś miał ochotę zerknąć …
    http://www.portalwww.eu/pl/artykuly/2011/5/18/oddajcie-mi-wasze-dzieci/

    Odpowiedz
  3. Sempeanka pisze:
    25 maja 2011 o 08:52

    ooooo nieeeee – wystarczy mi że przeczytałam twoją recenzję… na więcej mnie nie stać…

    Odpowiedz
  4. Lirael pisze:
    25 maja 2011 o 09:01

    Twoja recenzja bardzo mnie poruszyła, tak bardzo, że trudno mi to wyrazić słowami. Dobrze, że publikowane są takie książki, bo pozwalają choć o milimetr zbliżyć się do odpowiedzi na pytanie: „jak można było przeżyć coś takiego i pozostać człowiekiem?”, ale droga przed nami nadal długa.
    Rysunki Davida Olere’a są wstrząsające. Nie potrafię ocenić ich wartości artystycznej, ale ładunek emocji jest dla mnie prawie nie do udźwignięcia. Tym bardziej, że to nie są malarskie gry wyobraźni, a reminiscencje wydarzeń autentycznych.

    Odpowiedz
  5. zacofany.w.lekturze pisze:
    25 maja 2011 o 09:13

    @Kasandra i Sempeanka: sił potrzeba naprawdę dużo, emocje są potężne.

    @Dea: dzięki za tekst o Rumkowskim, to kontrowersyjna postać, chociaż ostatnio zdecydowanie krytykowana, mało kto jeszcze powtarza, że naprawdę próbował ratować mieszkańców getta.

    @Lirael: to są wstrząsające świadectwa, właściwie powinienem dać jakieś ostrzeżenie przy tych linkach; ja tego spokojnie oglądać nie mogłem. Jak się czyta tekst, to własna wyobraźnia odmawia posłuszeństwa, ale te dołączone rysunki naprawdę robią wtedy dodatkowe wrażenie.

    Odpowiedz
  6. http://pisanyinaczej.blogspot.com/ pisze:
    25 maja 2011 o 14:09

    Dla mnie takie książki są zbyt traumatyczne, przeczytałem pare i dałem sobie spokój :-(

    Odpowiedz
  7. zacofany.w.lekturze pisze:
    25 maja 2011 o 14:49

    @Pisanyinaczej: wiele razy sobie obiecywał, że dam sobie spokój, ale ciągle wracam.

    Odpowiedz
  8. monani pisze:
    25 maja 2011 o 15:16

    Pozycja obowiązkowa, dla mnie oczywiście. Też sobie obiecuję, że już koniec, że dam sobie spokój i też ciągle wracam. Nie wiem, dlaczego ta literatura tak mnie przyciąga, mam już całkiem sporą biblioteczkę, ostatnio nabyłam Holocaust Knoppa i Imperium Hitlera Mazowera. Pozycja recenzowana przez Ciebie będzie następna na liście. Te książki są wstrząsające i straszne, ale dobrze, że są. Obawiam się, że niebawem w niektórych krajach będą to pozycje zaliczane do sf. O tym się przecież nie mówi, tego się nie pokazuje w telewizji, nie uczy się w szkole. A o tym trzeba pamiętać, ku przestrodze…

    Odpowiedz
  9. orchisss pisze:
    25 maja 2011 o 17:01

    Może nie brzmi to najlepiej, ale bardzo zaintrygowałeś mnie recenzją. Z pewnością przeczytam. Chociażby dlatego, że … to nie jest tak, że jak się odwrócimy czy zasłonimy oczy/uszy to temat zniknie…

    Odpowiedz
  10. zacofany.w.lekturze pisze:
    25 maja 2011 o 19:21

    @Monani: moje zbiory też coraz większe, sporo jeszcze czeka na przeczytanie. Nie znam ani Knoppa, ani Mazowera, ale zaraz to naprawię. Rzeczywiście dobrze, że te książki są, bo przecież już coraz mniej ludzi pamięta obozy i Holocaust z własnego doświadczenia.

    @Orchiss: ja też nie powinienem pisać, że polecam, bo to szczególna książka. Ale znać warto, a może nawet trzeba – jeśli nie tę, to inne. Odwracać się od tematu nie można.

    Odpowiedz
  11. Agnes pisze:
    26 maja 2011 o 14:00

    Oglądanie tych obrazów aż boli…
    A książkę chcę przeczytać.

    Odpowiedz
  12. zacofany.w.lekturze pisze:
    26 maja 2011 o 14:59

    @Agnes: jako ilustracja do tekstu bolą jeszcze bardziej…

    Odpowiedz
  13. Aneta pisze:
    26 maja 2011 o 15:02

    Książki o tematyce obozowej czyta się powoli, trudno, momentami ma się ochotę odłożyć i dać sobie spokój, ale uważam, że każdy powinien minimum 1-2 książki przeczytać o cierpieniach Polaków, Żydów i innych narodowości podczas wojny. Musimy wiedzieć.

    Odpowiedz
  14. zacofany.w.lekturze pisze:
    26 maja 2011 o 17:34

    @Aneta: Musimy, ale nie wszyscy tak uważają, niestety. Nie mam pojęcia, czy taki np. Borowski jeszcze się trzyma w lekturach szkolnych.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Wyszukiwanie

Instagram

Blog o książkach, blog z recenzjami książek, recenzje klasyki,
książki recenzje

Pozycjonowanie strony: VD.pl

© 2026 Zacofany w lekturze | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme
Ta strona używa ciasteczek (cookie)Rozumiem Chcę wiedzieć więcej
Polityka prywatności

Privacy Overview

This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary
Always Enabled
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Non-necessary
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.
SAVE & ACCEPT