Skip to content

Zacofany w lekturze

Blog Piotra Chojnackiego. Książki nowe, stare, znane i zupełnie zapomniane, pełna swoboda wyboru.

Menu
  • Strona główna
  • O mnie
  • Powieści młodzieżowe PRL
  • Przestały oczekiwać 2011
  • Przestały oczekiwać 2012
  • Przestały oczekiwać 2013
  • Przestały oczekiwać 2014
  • Przestały oczekiwać 2015
  • Przestały oczekiwać 2016
  • Przestały oczekiwać 2017
  • Przestały oczekiwać 2018
  • Przestały oczekiwać 2019
  • Przestały oczekiwać 2020
  • Przestały oczekiwać 2021
  • Polityka prywatności
  • Przestały oczekiwać 2022
  • Przestały oczekiwać 2023
  • Przestały oczekiwać 2024
  • Przestały oczekiwać 2025
  • Przestały oczekiwać 2026
Menu

„Żyć, żyć, żyć!” (Maria Rodziewiczówna, „Lato leśnych ludzi”)

Posted on 2 marca 201331 stycznia 2017 by Piotr (zacofany.w.lekturze)

 

Powroty do natury, wszystkie slow-life’y i slow-foody, wszystkie minimalizmy świata, o wegetarianizmie i ekologii nie wspominając, nie są wynalazkami naszej epoki. Istniały pewnie od zawsze, pod mniej wyszukanymi nazwami, albo i w ogóle bez nazw, czasem praktykowane z konieczności, czasem z potrzeby i przekonania. Z konieczności Jan i Cecylia uszli w puszczę, by prowadzić tam życie proste i szlachetne, dając początek rodowi Bohatyrowiczów, a bohaterowie powieści Rodziewiczówny co roku na wiosnę zamieszkiwali w lesie, by znaleźć się w bliskości przyrody, oderwać się od szumu miasta, wrócić do cnót zapomnianych w wielkim świecie, by w pracy codziennej odnaleźć siebie i swoje miejsce w życiu.

Rosomak, Pantera i Żuraw wiosną sprowadzają się do leśnej chaty i zrzucają miejskie ubiory. Uprawiają ogród, łowią ryby, ale przede wszystkim obcują z przyrodą, której są znawcami: nic w lesie nie ukryje się przed ich oczyma, znają wszystkie ścieżki, obyczaje, tropy, odgłosy. Żyją zgodnie z rytmem natury i zgodnie z jej prawami, pokorni wobec mocy, która ich przewyższa. Czasem jednak odzywa się w nich ludzka pycha i usiłują narzucić przyrodzie człowieczą moralność, zaprowadzić swój porządek i ukarać „leśnych zbrodniarzy”, drapieżniki, które działają przecież jedynie pod wpływem instynktu, a nie z okrucieństwa czy zemsty. To jedyny właściwie zgrzyt w tej pięknej pieśni na cześć przyrody, jaką jest książka Rodziewiczówny.
Podpatrujemy rozmaite epizody z leśnego życia, trudy i radości, przygody i prace. Do trzech bohaterów dołącza kilkunastoletni Coto, mieszczuch, który podczas leśnych wakacji wyleczyć ma się z głupiej miłości do starszej kobiety. Zaczyna się jego edukacja, wprowadzanie w tajniki puszczy, w ciężkie, ale radość niosące roboty w domu i w polu, a zwieńczeniem letnich przeżyć jest wyprawa w nieznane ostępy lasu, gdzie kryje się wiele niezbadanych sekretów.
Swoją opowieść snuje Rodziewiczówna nieśpiesznie, stylem, który początkowo może irytować swoją ozdobnością, wręcz napuszeniem, poetyckim niemal czy biblijnym charakterem, archaizmami i wyrazami gwarowymi. Szybko jednak okazuje się, że to język idealnie dobrany do opisu leśnego życia, jego rytmu zmieniającego się w ciągu doby, w ciągu tygodni i miesięcy. Widać w nim dogłębną znajomość lasu, roślin i zwierząt, niezliczonych czynności codziennych, zwyczajów i tradycji wiejskich i puszczańskich, przywiązanie do religii i ojczyzny, szacunek do pracy. Wiele razy wyraża pisarka poglądy na wskroś nowoczesne, stwierdzając choćby, że nie ma prac męskich i kobiecych: „każda robota każdemu człowiekowi przystoi”, czy też wkładając w usta Rosomaka pełne niechęci słowa o jedzeniu mięsa.
Jest „Lato leśnych ludzi” baśnią, opowieścią o krainie szczęśliwości, gdzie można zaznać spokoju w kontakcie z przyrodą, zapomnieć o gniewie, cywilizacyjnym pośpiechu, gdzie króluje Bóg i Natura, a nie wróg Moskal, gdzie pamięta się o bohaterach i czeka na sygnał, by ruszyć w bój o odrodzenie ojczyzny. Gdzie ceni się pracę i szanuje kobietę. Przy tym wszystkim książka Rodziewiczówny nie jest literackim zabytkiem, to wciąż historia, która oczarowuje – choćby fascynującym opisem osadzania roju pszczelego, uspokaja i daje nadzieję: przyjdzie wiosna. Oto jej niezawodne zwiastuny:

Leszczyna kutasiki karminowe jeszcze od chłodu otula, ale kotki już puściła na wicher; w wodach lodowatych na dnie widać pęczniejące kaczeńce, pod liśćmi w gaju można wyszukać zawilce. Wszystko gotowe czeka i gdy ucho do ziemi przyłożysz, słychać, że coś grać zaczyna, aż człowiek dorozumieć nie może: ziemia li gra czy jego własna krew – jedno! Żyć, żyć, żyć!

 Maria Rodziewiczówna, Lato leśnych ludzi, ilustr. Mieczysław Kwacz, Nasza Księgarnia 1988.

45 thoughts on “„Żyć, żyć, żyć!” (Maria Rodziewiczówna, „Lato leśnych ludzi”)”

  1. bookfa pisze:
    2 marca 2013 o 15:48

    Baśń, nie baśń, ale okładka super ;P

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      2 marca 2013 o 19:39

      Pewnie:) A Tobie łosie jakby szczególnie bliskie ostatnio:)

      Odpowiedz
    2. bookfa pisze:
      2 marca 2013 o 21:19

      Już chyba bliższe być nie mogą ;p

      Odpowiedz
  2. momarta pisze:
    2 marca 2013 o 16:24

    Byliśmy dziś na spacerze, ale nijakich kutasików nie dostrzegliśmy, nawet otulonych:( Widać sporo jeszcze przyjdzie na wiosnę czekać… Ech!
    Cieszę się, że ci się podobało. O „Strasznym dziaduniu” nie da się, niestety, stworzyć posta tego rodzaju.

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      2 marca 2013 o 19:40

      U nas wschodzą tulipany i żonkile, pączki na krzewach też już są:) O Dziaduniu nie da się takiego, może się da inny post stworzyć – wszystko dla ludzi:) Aż taki zły ten Dziadunio?

      Odpowiedz
    2. momarta pisze:
      2 marca 2013 o 19:56

      U nas wiało dziś jak cholera (choć odnośnie tego, co robił wiatr, pcha się na usta inne słowo, zwłaszcza w zestawieniu z „kutasikami”), więc może dlatego nie widziałam tego, co powinnam? Ale ok, koło szkoły Starszego przebiło się już parę krokusów; być może wkrótce przebiją się także i do mojej świadomości!
      Co zaś do Dziadunia: zły nie jest, czyta się szybko, choć mam wrażenie, że chichotałam tylko w tych momentach, które autorka traktowała śmiertelnie poważnie. Myślę jednak i myślę co z przesłania jest do dziś aktualne i wymyślić nie mogę:(

      Odpowiedz
    3. zacofany.w.lekturze pisze:
      2 marca 2013 o 20:03

      U nas też wiało jak wiadomo gdzie:P I po raz kolejny masz na sumieniu mój starannie ułożony plan czytelniczy, bo na takie dictum mogę jedynie rzucić historię KORu oraz Marqueza i czytać Dziadunia:P

      Odpowiedz
    4. momarta pisze:
      2 marca 2013 o 20:13

      Niczego nie mam na sumieniu – Dziadunia przeczytasz w dwie godziny i bezboleśnie wrócisz do KORu. Ale czytaj, czytaj; ciekawe czy będziesz chichotać w tych samych momentach?

      Odpowiedz
    5. zacofany.w.lekturze pisze:
      2 marca 2013 o 20:15

      A spisałaś sobie gdzie chichotałaś? To ja sobie też spiszę:)

      Odpowiedz
    6. momarta pisze:
      2 marca 2013 o 20:20

      Przeceniasz moją pilność i staranność związaną z lekturami! W tym przypadku bez problemu jednak odtworzę miejsca chichotliwe, więc proszę bardzo, spisuj, zrobimy porównanie:)) Na przyszłość rozważę jednak wprowadzenie różowych samoprzylepnych karteczek, które będą oznaczały chichot:)

      Odpowiedz
    7. zacofany.w.lekturze pisze:
      2 marca 2013 o 20:23

      Rysuj po prostu uśmiechnięte buźki na zwykłych żółtych post-itach, będzie taniej:P

      Odpowiedz
    8. momarta pisze:
      2 marca 2013 o 20:32

      Apage! Mam tanie dojścia do post-itów w różnych kolorach, a żółte musiałabym wynosić z pracy, żeby stworzyć konkurencję cenową. Mój nieskazitelny charakter za mocno by na tym ucierpiał!:))

      Odpowiedz
    9. zacofany.w.lekturze pisze:
      2 marca 2013 o 20:35

      Cofam propozycję, żebyś nie musiała naginać nieskazitelności:P

      Odpowiedz
    10. momarta pisze:
      2 marca 2013 o 20:40

      Dziękuję, zwłaszcza że nieskazitelność jakby nadszarpnięta po wczorajszym spotkaniu z drogówką. 73 na 50, albo jakoś tak:(

      Odpowiedz
    11. zacofany.w.lekturze pisze:
      2 marca 2013 o 20:42

      Tyle jechałaś czy na tyle utargowałaś mandat? Chociaż mandaty chyba już są trzycyfrowe:)

      Odpowiedz
    12. momarta pisze:
      2 marca 2013 o 20:44

      Dwucyfrowe też bywają, ale niczego nie targowałam. Długa prosta była i tyle.

      Odpowiedz
    13. zacofany.w.lekturze pisze:
      2 marca 2013 o 20:46

      Rozumiem, a stres odreagować trzeba:)

      Odpowiedz
    14. Bazyl pisze:
      4 marca 2013 o 07:05

      Co Wy wiecie o wianiu? :P

      Odpowiedz
    15. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 marca 2013 o 09:04

      No w porównaniu z Tobą, to pewnie nic:)

      Odpowiedz
    16. Bazyl pisze:
      4 marca 2013 o 09:11

      Jak w niedzielę Starszy wychodził od Babci, to go z drzwiami (otwieranymi na zewnątrz) zabrało. Całe szczęście wszystko się dobrze skończyło :)

      Odpowiedz
    17. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 marca 2013 o 09:15

      Całe szczęście, bo mógłby razem z drzwiami wylądować w krainie Oz, przygniótłszy przypadkiem Czarownicę:)

      Odpowiedz
  3. Dabarai pisze:
    2 marca 2013 o 20:00

    Nic tak nie rozwesela jak kutasik. Leszczynowy zwłaszcza. A książki nie czytałam, bo mnie jakoś podniosłe opisy przyrody zniechęcały.

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      2 marca 2013 o 20:14

      To może warto jutro włożyć kalosze i płaszcz, wziąć aparat i ruszyć na poszukiwanie leszczyny?

      Odpowiedz
    2. Dabarai pisze:
      2 marca 2013 o 21:10

      Jutro nie, ale w poniedziałek wybierzemy się na rowery do parku. :)

      Odpowiedz
  4. anek7 pisze:
    2 marca 2013 o 20:00

    Byliśmy dzisiaj w lesie, ale nic nie wskazuje na to, że zbliża się wiosna – wszędzie jeszcze pełno śniegu ew. błota…
    Koło domu śnieg już zszedł i coś, co na jesieni było trawnikiem aktualnie przedstawia sobą obraz nędzy i rozpaczy – jedno wielkie kretowisko.

    A „Straszny dziadunio” jest fajny – pozytywistyczny do bólu, ale fajny.
    Ale ja generalnie lubię Rodziewiczównę:)

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      2 marca 2013 o 20:04

      W środkowej Polsce nie jest tak źle, czuć tę wiosnę powoli:) Dziadunio idzie na drugi ogień, się okażę, czy też lubię Rodziewiczównę:)

      Odpowiedz
    2. anek7 pisze:
      2 marca 2013 o 21:43

      U mnie sympatia do pani R. zaczęła się od „Czaharów”, a właściwie od Kasjana, jednego z bohaterów tej książki.
      Bardzo lubię jeszcze „Dwajtisa”, „Szary proch” i „Farsę panny Heni”.

      Ech, cała półka Rodziewiczówny u mamy mojej stoi – pasowało by powtórzyć, ale kiedy? Do emerytury jeszcze sporo brakuje…

      Odpowiedz
  5. Lirael pisze:
    3 marca 2013 o 06:33

    Chociaż recenzja przecudnej urody, muszę dorzucić łyżkę dziegciu. Do mnie Rodziewiczówna nie przemówiła zupełnie. Jedyna jej powieść, jaką czytałam, to „Dewajtis”, i na tym niestety definitywnie zakończyła się moja przygoda z jej twórczością. I chyba już tak zostanie. Zraziła mnie śmiertelna powaga i patetyczne tony, pretensjonalność wątku miłosnego i wyraźne echa „Nad Niemnem”. Mam alergię na ten typ pompatyczności. W porównaniu z Rodziewiczówną JIK wydaje mi się literackim i psychologicznym koneserem.
    Jeden z tytułów wymienionych przez Anek, „Farsa panny Heni”, bardzo mnie zaciekawił i może kiedyś pójdę w tym kierunku.

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      3 marca 2013 o 08:11

      W Lecie na szczęście nijakiego wątku miłosnego nie ma, poza wzmiankami, patos w dużej dawce dopiero pod koniec, a nawiązania do Nad Niemnem, całkiem liczne, zupełnie mi nie przeszkadzały:)

      Odpowiedz
    2. Lirael pisze:
      3 marca 2013 o 15:34

      Mnie też by nie przeszkadzały, przy założeniu, że byłyby to właśnie nawiązania, a w przypadku „Dewajtis” moim zdaniem to określenie nazbyt delikatne. Podobno niektóre dzienniki wręcz zarzuciły Rodziewiczównie plagiat.

      Odpowiedz
    3. zacofany.w.lekturze pisze:
      3 marca 2013 o 20:05

      Dewajtis nie wchodził do moich literackich planów, ale tym plagiatem mnie szalenie zainteresowałaś, chyba zaryzykuję:)

      Odpowiedz
    4. Lirael pisze:
      4 marca 2013 o 08:38

      Będę niecierpliwie czekać na Twoje wrażenia. Mnie coraz bardziej intryguje „Farsa panny Heni”: „Przezabawna opowieść o uroczej siedemnastolatce marzącej o karierze na wielkich scenach operowych Europy”. :)

      Odpowiedz
    5. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 marca 2013 o 09:05

      Jeśli przymiotnik „przezabawna” pochodzi od wydawcy, to czarno tę farsę widzę:)

      Odpowiedz
    6. Iza pisze:
      4 marca 2013 o 12:31

      Lirael,
      nie wszystko jest takie, np. „Niedobitowski” wręcz ociekał sarkazmem.
      A u mnie w wielkim mieście cieplej, więc te leszczynopodobne cosie już pylą. Tako rzecze prognoza pyleń dla alergików.

      Odpowiedz
    7. Lirael pisze:
      5 marca 2013 o 19:57

      ~ Zacofany w lekturze
      Tak, to z noty w najnowszym wydaniu. A propos tej „przezabawności” dość dziwna wydaje mi się depresyjna i złowieszcza okładka poprzedniej edycji.

      ~ Iza
      Najwyraźniej miałam pecha. Zapewniano mnie, że to jedna z najlepszych powieści Rodziewiczówny.

      Odpowiedz
    8. zacofany.w.lekturze pisze:
      5 marca 2013 o 20:04

      Rodziewiczówna nie miała i nie ma szczęścia do okładek. Te z LSW czy Alfy to jakieś koszmary, te najnowsze z MG też nie lepsze. Specjalnie szukałem Lata w serii ze Złotym Liściem, żeby nie było zbyt koszmarnie, to się okazało, że to jakiś tom schyłkowy, ohydny papier i już nie to, co kiedyś. Za to Straszny Dziadunio wygląda lepiej, ilustracje Uniechowskiego – jak mi się tekst nie spodoba, to chociaż obrazki będą przyjemne:)

      Odpowiedz
    9. Lirael pisze:
      5 marca 2013 o 20:20

      Te najnowsze są lekko frywolne i humorystyczne, co szczerze mówiąc średnio mi pasuje do prozy Rodziewiczówny, w każdym razie w kontekście klimatu powieści „Dewajtis”. Za ilustracjami Uniechowskiego przepadam.

      Odpowiedz
    10. zacofany.w.lekturze pisze:
      5 marca 2013 o 20:25

      Ja bym raczej powiedział „kiczowate” i „odstręczające” :)

      Odpowiedz
    11. Lirael pisze:
      5 marca 2013 o 20:57

      Mam wrażenie, że one są specjalnie słitaśnie przerysowane, żeby wywołać efekt komiczny, ale kto wie?

      Odpowiedz
    12. zacofany.w.lekturze pisze:
      5 marca 2013 o 21:12

      Efekt komiczny to chyba ostatni z efektów, jaki chciałbym uzyskać przy książce Rodziewiczówny. No ale ja się nie znam na współczesnej grafice okładkowej:P

      Odpowiedz
  6. Agnieszka pisze:
    3 marca 2013 o 19:33

    Kutasików czerwonych nie dostrzegłam, ale też trudno byłoby mi zatrzymywać się przy każdym krzaku i szukać, bowiem moja pierwsza w tym roku wyprawa rowerowa nigdy by się zakończyła (wyprawa to może dużo powiedziane, ale 17 kilometrów z wywieszonym jęzorem zaliczyłam)… Zastanowiło mnie natomiast stwierdzenie na wstępie, to o ruchach „bliżej natury”, slow foodzie i tak dalej. W zasadzie spontanicznie powiedziałabym, że to trend dość nowy, w Niemczech ze względu na coraz częstsze skandale spożywcze coraz szerszy, ale jak tak dobrze poszukać i się zastanowić, to niektórych zawsze chyba ciągnęło w stronę życia z naturą. Tak czy siak, o „Lecie leśnych ludzi” jeszcze w ten sposób nie myślałam;-)

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      3 marca 2013 o 20:09

      A czymże jest niespieszne i według starszeństwa pojadanie kartofli z jednej miski jak nie slow foodem w wydaniu retro? A już egipscy pustelnicy uciekali od pośpiechu cywilizacji na pustynię:) Wszystko już było, zupełnie jak w modzie:)

      Odpowiedz
  7. Bazyl pisze:
    4 marca 2013 o 07:12

    Oddałem rower do serwisu, więc musi być wiosna :) A z przyrodą poobcuję raczej fejs tu fejs, niż przez opisy Rodziewiczówny :)

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 marca 2013 o 09:05

      My też poobcujemy fejs tu fejs, jak już się pozbędziemy szkolnego wirusa:) Na razie zostaje Rodziewiczówna i wyglądanie przez okno:P

      Odpowiedz
  8. Ola pisze:
    8 marca 2013 o 12:51

    Jest „Lato leśnych ludzi” baśnią…pięknie powiedziane…byle do lata,ech:)

    Odpowiedz

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Wyszukiwanie

Instagram

Dwie dziurki w nosie i skończyło się. „Niebieskie buty” to ostatni tom opowieści o mme Ramotswe i jej Kobiecej Agencji Detektywistycznej Nr 1 wydany po polsku. Autor dawno temu przestał udawać, że to będzie kryminał; ewentualne śledztwa są tu jedynie pretekstami do picia herbaty (często z pączkami) i niespiesznych rozważań nad sensem życia oraz zaletami i wadami ludzi: „Większość problemów można by załagodzić, gdyby ludzie częściej pili herbatę i oddawali się przemyśleniom, które podczas picia herbaty są najbardziej owocne”. Moim zdaniem nie ma nic bardziej relaksującego nad te pogwarki, przerywane niekiedy kontemplacją krajobrazów Botswany, kraju, w którym ceni się tradycję, życzliwość i uprzejmość, chociaż w tym tomie pojawia się też akcent bardziej współczesny – kiedy to niewczesne przyznanie się do feminizmu niemal kładzie kres bardzo dobrze się zapowiadającemu związkowi. 
Przekład Tomasz Bieroń
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Dwie dziurki w nosie i skończyło się. „Niebieskie buty” to ostatni tom opowieści o mme Ramotswe i jej Kobiecej Agencji Detektywistycznej Nr 1 wydany po polsku. Autor dawno temu przestał udawać, że to będzie kryminał; ewentualne śledztwa są tu jedynie pretekstami do picia herbaty (często z pączkami) i niespiesznych rozważań nad sensem życia oraz zaletami i wadami ludzi: „Większość problemów można by załagodzić, gdyby ludzie częściej pili herbatę i oddawali się przemyśleniom, które podczas picia herbaty są najbardziej owocne”. Moim zdaniem nie ma nic bardziej relaksującego nad te pogwarki, przerywane niekiedy kontemplacją krajobrazów Botswany, kraju, w którym ceni się tradycję, życzliwość i uprzejmość, chociaż w tym tomie pojawia się też akcent bardziej współczesny – kiedy to niewczesne przyznanie się do feminizmu niemal kładzie kres bardzo dobrze się zapowiadającemu związkowi. Przekład Tomasz Bieroń
1 miesiąc ago
View on Instagram |
1/5
Minął miesiąc, więc czas na drugą część jubileuszowego zestawienia całkowicie arbitralnie wybranych biografii, o których pisałem przez minione piętnaście lat. Bierzcie i czytajcie, może znajdziecie coś dla siebie. Cały tekst już na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Minął miesiąc, więc czas na drugą część jubileuszowego zestawienia całkowicie arbitralnie wybranych biografii, o których pisałem przez minione piętnaście lat. Bierzcie i czytajcie, może znajdziecie coś dla siebie. Cały tekst już na blogu, link w bio.
1 miesiąc ago
View on Instagram |
2/5
Natalia nie jest typową bohaterką opowiadań publikowanych w serii „Portrety”: licealistką borykającą się z problemami domowymi, szkolnymi czy pierwszą miłością. Skończyła studia, pracuje, nawet wyszła za mąż. Ale wydarzenia z dzieciństwa i okresu dojrzewania tkwią w niej głęboko, unieszczęśliwiają i nie pozwalają prowadzić spokojnego życia.
Opowiadanie Wiesławy Oramus nie jest lekturą łatwą i ze względu na bolesną tematykę, i swoją konstrukcję: przeskoki czasowe, niedopowiedzenia, introspekcje. Zdecydowanie jest to bardziej rzecz przeznaczona dla dorosłych niż dla nastolatków, bardzo dobry portret dziewczyny – kobiety obciążonej pokoleniową traumą. Cały tekst już na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Natalia nie jest typową bohaterką opowiadań publikowanych w serii „Portrety”: licealistką borykającą się z problemami domowymi, szkolnymi czy pierwszą miłością. Skończyła studia, pracuje, nawet wyszła za mąż. Ale wydarzenia z dzieciństwa i okresu dojrzewania tkwią w niej głęboko, unieszczęśliwiają i nie pozwalają prowadzić spokojnego życia. Opowiadanie Wiesławy Oramus nie jest lekturą łatwą i ze względu na bolesną tematykę, i swoją konstrukcję: przeskoki czasowe, niedopowiedzenia, introspekcje. Zdecydowanie jest to bardziej rzecz przeznaczona dla dorosłych niż dla nastolatków, bardzo dobry portret dziewczyny – kobiety obciążonej pokoleniową traumą. Cały tekst już na blogu, link w bio.
2 miesiące ago
View on Instagram |
3/5
Z okazji piętnastolecia blogowania chciałbym przedstawić szczególnie ważne książki, jakie w tym czasie poznałem. W pierwszym wpisie znalazły się biografie i wspomnienia, pierwsza siódemka (z czternastu) książek, które łączy jedno: do dziś, mimo upływu często wielu lat, nadal pamiętam, czemu zrobiły na mnie wrażenie, wciąż mogę przywołać wiele epizodów z życia ich bohaterów, odtworzyć ich sylwetki. Cały wpis już na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Z okazji piętnastolecia blogowania chciałbym przedstawić szczególnie ważne książki, jakie w tym czasie poznałem. W pierwszym wpisie znalazły się biografie i wspomnienia, pierwsza siódemka (z czternastu) książek, które łączy jedno: do dziś, mimo upływu często wielu lat, nadal pamiętam, czemu zrobiły na mnie wrażenie, wciąż mogę przywołać wiele epizodów z życia ich bohaterów, odtworzyć ich sylwetki. Cały wpis już na blogu, link w bio.
2 miesiące ago
View on Instagram |
4/5
Czort Tanner, skazany za potrójne morderstwo, dostaje szansę wyjścia z więzienia: jego winy zostaną mu odpuszczone, jeśli zdoła przewieźć szczepionkę z Kalifornii do Bostonu, pustoszonego przez zarazę. Tanner rusza w drogę dobrze wyposażony i uzbrojony, ale to od jego sprytu, determinacji i umiejętności zależy, czy wypełni misję i przeżyje, by móc skorzystać z obiecanej wolności. 
„Aleja Potępienia” to pochłaniająca właściwie od samego początku powieść akcji w postapokaliptycznych dekoracjach. Nie o scenografię tu jednak chodzi, ale o obserwowanie zmagań Tannera z tymi skrajnymi warunkami i z samym sobą. Cały tekst już na blogu, link w bio.
Przekład Zbigniew A. Królicki
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Czort Tanner, skazany za potrójne morderstwo, dostaje szansę wyjścia z więzienia: jego winy zostaną mu odpuszczone, jeśli zdoła przewieźć szczepionkę z Kalifornii do Bostonu, pustoszonego przez zarazę. Tanner rusza w drogę dobrze wyposażony i uzbrojony, ale to od jego sprytu, determinacji i umiejętności zależy, czy wypełni misję i przeżyje, by móc skorzystać z obiecanej wolności. „Aleja Potępienia” to pochłaniająca właściwie od samego początku powieść akcji w postapokaliptycznych dekoracjach. Nie o scenografię tu jednak chodzi, ale o obserwowanie zmagań Tannera z tymi skrajnymi warunkami i z samym sobą. Cały tekst już na blogu, link w bio. Przekład Zbigniew A. Królicki
3 miesiące ago
View on Instagram |
5/5
zajrzyj na instagram

Blog o książkach, blog z recenzjami książek, recenzje klasyki,
książki recenzje

Pozycjonowanie strony: VD.pl

© 2026 Zacofany w lekturze | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme
Ta strona używa ciasteczek (cookie)Rozumiem Chcę wiedzieć więcej
Polityka prywatności

Privacy Overview

This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary
Always Enabled
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Non-necessary
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.
SAVE & ACCEPT