Skip to content

Zacofany w lekturze

Blog Piotra Chojnackiego. Książki nowe, stare, znane i zupełnie zapomniane, pełna swoboda wyboru.

Menu
  • Strona główna
  • O mnie
  • Powieści młodzieżowe PRL
  • Przestały oczekiwać 2011
  • Przestały oczekiwać 2012
  • Przestały oczekiwać 2013
  • Przestały oczekiwać 2014
  • Przestały oczekiwać 2015
  • Przestały oczekiwać 2016
  • Przestały oczekiwać 2017
  • Przestały oczekiwać 2018
  • Przestały oczekiwać 2019
  • Przestały oczekiwać 2020
  • Przestały oczekiwać 2021
  • Polityka prywatności
  • Przestały oczekiwać 2022
  • Przestały oczekiwać 2023
  • Przestały oczekiwać 2024
  • Przestały oczekiwać 2025
  • Przestały oczekiwać 2026
Menu

„Wam wszystkim będą smakowały” (Wojciech Herbaczyński, „W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich”)

Posted on 3 listopada 201318 października 2017 by Piotr (zacofany.w.lekturze)
w dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich

 

Pamiętam swoją pierwszą wizytę w kawiarni. Właśnie skończyłem chlubnie pierwszą klasę i poszliśmy z rodzicami do „Filipinki” niedaleko mojej praskiej szkoły, przy placu (jeszcze wówczas) Juliana Leńskiego. Pojęcia nie mam, co zamówiliśmy: czy lody, czy ciastka, ale wciąż widzę wyblakłe pluszowe wnętrza w kolorze bordo i pomalowane farbą olejną na biało metalowe krzesełka na betonowym tarasie przylegającym do chodnika. Jakże odległy był ten socjalistyczny lokal od wspaniałych cukierni opisywanych przez Wojciecha Herbaczyńskiego.

Pierwsza kawiarnia pojawiła się w Warszawie w 1724 roku,

a już sześćdziesiąt lat później kawiarni i cukierni było około dwudziestu. Daleko im jeszcze było do elegancji późniejszych lokali, co miało ponoć związek z tym, że nie bywały w nich kobiety. Mężczyznom najwyraźniej wszystko jedno było, czy jedzą przy stoliku nakrytym ceratą, czy krochmalonym obrusem. Dopiero pod koniec XIX wieku warszawianki przekroczyły progi kawiarni i cukierni, a ich właściciele od razu dostosowali się do potrzeb nowej klienteli: pojawiły się lustra, wykwintne nakrycia stołowe, wyściełane foteliki i wazoniki z kwiatami.
Rozkwitały najbardziej znane kawiarnie: Lourse’a, Semadeniego, Bliklego, Lardellego, ale i dziesiątki mniejszych – kolejne rozdział opowiadają o historii rodzin cukierników, rozwoju lokali, ich bywalcach i atmosferze. Niestety, jak smutny refren w opowieściach o kolejnych cukierniach i kawiarniach pojawiają się słowa: „I tak to zbliżał się rok 1944, Powstanie Warszawskie i koniec kawiarni”.

Oczywiście, mowa jest też o tym, co przyciągało do klientów: o niezrównanych wypiekach.

Dowiadujemy się, na przykład, że „do specjalności Lourse’a należały ciastka półfrancuskie […], obwarzanki-ósemki, rogaliki z masą migdałową, napoleonki z francuskiego ciasta z grylażem lub wiśniową konfiturą, niezrównane jako dodatek do białej kawy drożdżowe briosze […]”. Do tego „sękacze, udekorowane ażurowymi elewacjami lub piramidkami […]. Smakosze wspominają też prawie ze łzą w oku bombę hrabską – kulę waniliowych lodów powleczonych mrożonym kremem i czekoladą”. Reszty opisu oszczędzę, w każdym razie książka Herbaczyńskiego szalenie pobudza apetyt, bo autor o wypiekach i słodyczach pisze z prawdziwym znawstwem i zamiłowaniem, jako cukiernik z zawodu i gawędziarz z usposobienia.
 

Bogaty wybór drobnych ciasteczek.
Oczywiście, te cztery wymienione wyżej cukiernie i kawiarnie nie były jedynymi.

„Słodkich lokali” w Warszawie było mnóstwo;

każda miała swoją specjalność, gdyż bez tego nie dało się przyciągnąć wybrednych warszawiaków. „Ziemiańska” słynęła ze swych tortów – a wyrabiano ich tam („z prawdziwym nabożeństwem”) aż dziesięć rodzajów! „Na tort »Marcello«, z bitą śmietaną, wypiekano najpierw trzy delikatne blaciki, których fundament stanowiły żółtka utarte z cukrem bez mąki i dodatkiem kakao – do smaku. Ostudzone, przekładano równie delikatnym kremem z ubitej słodkiej śmietanki. Prowansalski – z czterech blacików migdałowo-bezowych, przekładano kremem russell, o wykwintnym smaku i kolorze, jaki nadawały mu zmielone, po zrumienieniu, migdały”. Był jeszcze tort hiszpański, „Stefania”, ananasowy, poziomkowy, „Duchesse”, czekoladowy, orzechowy, kawowy… Do wypieków popijano kawę: czarną i białą, mazagrany, lemoniady, wodę sodową.
Wiele miejsca poświęcił też Herbaczyński tradycjom cukierniczego rzemiosła: trybowi poznawania fachu, systemowi cechowemu, szkolnictwu, wprowadzaniu innowacji zarówno w asortymencie wyrobów (wyjazdy zagraniczne na naukę, przywożenie cudzoziemskich nowinek), jak i metod pracy (przywołuje opór przeciwko mechanizacji w pracowniach cukierniczych) oraz etyce zawodowej (powstało nawet „Dziesięcioro przykazań dla cukierników”, regulujących postępowanie „subiektów”, czyli czeladników), a nawet reklamom. Prawdziwe warszawskie kawiarnie skończyły się jednak, zdaniem Herbaczyńskiego, wraz z ich upaństwowieniem, a jedynie prywatne cukiernie przechowywały jeszcze, choć w coraz słabszym stopniu, dawne tradycje.
Na zakończenie jeszcze dorzucę cytat o słynnych warszawskich pączkach, serwowanych już podczas obiadów czwartkowych u króla Stasia:

[…] co cukiernia, to w wystawowych oknach, na ogromnych półmiskach i paterach, wznosiły się piramidy pączków i pączeczków – bo różnej bywały wielkości – woniejących wanilią i skórką pomarańczową, a nadziewanych różnymi sposobami, to po sułtańsku – daktylami, rodzynkami i migdałami, to po krajowemu – konfiturami z jabłek, malin, wiśni i najwytworniej – z płatków róży. Doprawdy, nie było przesady w dawnej wierszowanej reklamie, która po opisaniu pączkowych zalet głosiła: „Zaręczam, że Wam wszystkim będą smakowały”.

PS. A tu film dokumentalny o Wojciechu Herbaczyńskim:
http://ninateka.pl/film/maria-kwiatkowska-kronikarz

Wojciech Herbaczyński, W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich, Państwowy Instytut Wydawniczy 1983.

62 thoughts on “„Wam wszystkim będą smakowały” (Wojciech Herbaczyński, „W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich”)”

  1. MaRCin G. pisze:
    3 listopada 2013 o 18:44

    Mniam. Chyba sobie zrobię nocną kawkę z jakimś ciasteczkiem w zestawie ;)

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      3 listopada 2013 o 18:46

      Szkoda, że do czytania tej książki nie wystarczyło jedno ciasteczko :(

      Odpowiedz
  2. Ann RK pisze:
    3 listopada 2013 o 19:00

    Pamiętam kiedy po raz pierwszy byłam z rodzicami w kinie, ale nie pamiętam pierwszej wizyty w kawiarni. Tak to jest, jak się człowiek wychowuje w Bieszczadach, gdzie 20 lat temu w każdą niedzielę, w każdym domu pachniało ciastek i nikomu do głowy nie przychodziło, by szukać jakiegoś lokalu. ;) Ale radość z przyniesionych do domu pączków czy eklerek z cukierni, ;)pamiętam dokładnie. ;)

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 listopada 2013 o 06:58

      U nas długo tradycji niedzielnego ciasta nie było, ani pieczonego, ani kupnego, niestety. Kawiarnie wymagały jakiejś bardzo specjalnej okazji, więc takie wyprawy należały do rzadkości.

      Odpowiedz
  3. momarta pisze:
    3 listopada 2013 o 22:26

    Ha! Na szczęście nie lubię pączków, czymkolwiek by nie waniały!
    Nie wiem natomiast, czy faktycznie tak ważny jest wystrój wnętrza (choć oczywiście nie zaszkodzi, gdy będzie przyjemne). Ja stawiam raczej na smak i zapach; dla nich gotowa jestem siedzieć nawet na metalowym krzesełku!:)

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 listopada 2013 o 07:01

      Niewiarygodne, że można się opierać pączkom. W kwestii wnętrz warszawianki miały zdecydowanie odmienne poglądy od Twoich, jak już wdychać i jeść, to tylko na miękkim:) Przypuszczam zresztą, że to był też myk marketingowy, jak już się siedziało na miękkim, to się więcej konsumowało, bo się nie chciało wstać:)

      Odpowiedz
    2. momarta pisze:
      4 listopada 2013 o 08:11

      Bo w tamtych czasach nikt jeszcze nie myślał o dietach! Jak się siedzi na twardym, to nie weźmie się dokładki, więc linia (inna niż linia pączka) zostanie uratowana:P

      Odpowiedz
    3. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 listopada 2013 o 08:13

      No tak, w tamtych czasach porządny gorset zastępował i dietę, i Ewę Chodakowską :D

      Odpowiedz
    4. momarta pisze:
      4 listopada 2013 o 08:20

      Zdaje się po prostu, że nie da się jednocześnie znieść i gorsetu, i twardego krzesełka:)
      A Ewa Chodakowska to twórczyni nowego stylu życia, zmierzającego jednak wyłącznie do uwolnienia się z gorsetu (m.in. po to, aby pokazać brzuch z damskim kaloryferem, a więc także i tutaj linia pączka okazuje się nieprzydatna).

      Odpowiedz
    5. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 listopada 2013 o 08:25

      Jak się znosi gorset, to i twarde krzesełko się zniesie bez trudu, ale faktycznie – po co się wysilać:P Ewa Chodakowska rzeczywiście propaguje nowy styl, a skutki są zaskakujące (tytuł z Pudelka: Po miesiącu ćwiczeń z EC odeszłam od męża).

      Odpowiedz
    6. momarta pisze:
      4 listopada 2013 o 08:43

      Widać, że nigdy nie miałeś na sobie gorsetu!:P
      Efekty ćwiczeń z Ewą Ch. faktycznie zdumiewające; co bardziej zapobiegliwi mężowie powinni natychmiast odciąć żonom kabelki od dvd, podobnie jak i te od internetu (chyba że EC działa też przez smartfony, to wtedy kaplica:P)

      Odpowiedz
    7. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 listopada 2013 o 08:47

      No jakoś gorset mi się nigdy nie trafił:P Pojęcia nie mam, przez co działa EC. Obawiam się, że przez wszystkie możliwe kanały elektroniczne, na to pomaga wykręcenie korków i pochowanie baterii.

      Odpowiedz
  4. Lirael pisze:
    4 listopada 2013 o 06:01

    Zastanawiam się, ile czasu spędziłam wpatrując się w ciasteczka tacowe i próbując wybrać to jeno”naj”. :) Jedno jest nawet w kształcie różowej świnki.
    W szary poniedziałkowy poranek te cudne opisy podziałała na mnie jak balsam. Idąc do pracy, będę sobie wyobrażać smak tortu poziomkowego, musiał być nieziemski, a poza tym z prawdziwych owoców, na pewno nie był wyrobem poziomkopodobnym. :)

    Odpowiedz
    1. Lirael pisze:
      4 listopada 2013 o 06:03

      „Podziałały”, wszystko przez wirujące ciasteczka. :)

      Odpowiedz
    2. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 listopada 2013 o 07:02

      Taka ilość ciasteczek z rana każdemu potrafi zawrócić w głowie. Z tortów najbardziej lubię kawowe:) A składników faktycznie używano naturalnych i obficie, na jedną babkę drożdżową wchodziły jakieś potężne ilości żółtek na przykład.

      Odpowiedz
    3. Lirael pisze:
      4 listopada 2013 o 16:55

      To znaczy, że krem Russell by Ci smakował w wariancie z kawą. Tutaj znalazłam przepis, wprawdzie nie z Warszawy, ale od cukiernika z Elbląga. :)

      Odpowiedz
    4. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 listopada 2013 o 18:32

      Ten krem to jakaś podróbka, nie wierzę, żeby w Ziemiańskiej stosowano margarynę:)) Ale i tak bym zjadł, pod warunkiem że nie musiałbym sam robić:))

      Odpowiedz
  5. Lirael pisze:
    4 listopada 2013 o 06:03

    Ten komentarz został usunięty przez autora.

    Odpowiedz
  6. moleslaw pisze:
    4 listopada 2013 o 09:40

    Smakowicie !!! Gdzież Ty dorwał książkę z syrenką ? U nas znaleźć to cud. A co do pączków to dzisiaj się objadamy rozmaitymi przyniesionymi przez syna z pobliskiej piekarni. O Ewie Chodakowskie wolę w takich chwilach nie pamiętać. A kto odszedł od męża? Jeśli wolno zapytać?

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 listopada 2013 o 11:16

      Syrenkę bardzo lubię i powoli zbieram, a Herbaczyński leżał u mnie od lat, z jakiejś wymiany. A rozmaite tomiki są niedrogo na aukcjach.
      Od męża odeszła jedna pani, ale to zły mąż był i dobrze zrobiła.

      Odpowiedz
    2. moleslaw pisze:
      5 listopada 2013 o 17:14

      Ja do tej pory szukałam do wypożyczenia i trafiłam dwa razy tylko, ale skoro twierdzisz że tanio idzie dostać to się przerzucę na allegro.

      Odpowiedz
    3. zacofany.w.lekturze pisze:
      5 listopada 2013 o 17:20

      Wiele tomów kosztuje grosze, a ja dziś w pudle z bibliotecznymi gratisami znalazłem „Rendez-vous z warszawską operetką” Fillera z tej serii:)

      Odpowiedz
  7. czytanki.anki pisze:
    4 listopada 2013 o 12:15

    Wydaje mi się, że o torcie Marcello czytywałam w różnych miejscach. Ciekawe, czy tort „Stefania” ma coś wspólnego z dzisiejszą Stefanką?:)

    Odpowiedz
  8. zacofany.w.lekturze pisze:
    4 listopada 2013 o 12:17

    Jest opis Stefanii, sprawdzę w domu.

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 listopada 2013 o 18:36

      Tort Stefania z blacików maślanych, przełożenie smakowało czekoladą, utartą na krem z masłem, żółtkami i cukrem.

      Odpowiedz
    2. czytanki.anki pisze:
      4 listopada 2013 o 18:57

      Czyli się zgadza – potrzeba tylko kilkakrotnego przełożenia cienkich warstw kremu i ciasta.;)
      Właśnie obejrzałam w sieci zdjęcia tortu Marcello – absolutnie muszę dla równowagi poczytać coś o kaszach lub daniach postnych.;(

      Odpowiedz
    3. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 listopada 2013 o 18:58

      Chleb ze smalcem, czerwoną cebulą i lekko posypany papryką – chodzi po mnie odkąd przeczytałem Vargę :D

      Odpowiedz
    4. momarta pisze:
      4 listopada 2013 o 19:32

      Ależ daj spokój, papryką, Ty?!:P (a u mnie wprawdzie paprykowana kiełbasa wyszła, za to zapasy węgierskiej wędzonej papryki jeszcze całkiem spore!:))

      Odpowiedz
    5. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 listopada 2013 o 19:50

      To jest sproszkowana papryka, taką trawię i nawet dość lubię:)

      Odpowiedz
    6. momarta pisze:
      4 listopada 2013 o 19:58

      No, w paprykowanej kiełbasie to chyba właśnie sproszkowana jest w składzie, ale powiedzmy że honor nie pozwala Ci się do tego przyznać:P

      Odpowiedz
    7. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 listopada 2013 o 20:01

      Ale co Ty mi tu kiełbasę sugerujesz, kiedy mam ochotę na smalec z cebulą? :) I jeszcze żebyś się miała czym podzielić, ale zjadłaś.

      Odpowiedz
    8. momarta pisze:
      4 listopada 2013 o 20:05

      Jak miałam, to gardziłeś, wymawiając się wstrętem do papryki, więc teraz nie mogę tego nie wypomnieć:P Ale widzę tu niżej smakowity przepis na placek ze słoniną – naści, upiecz sobie i posyp obficie papryką i cebulą! Niewątpliwie będzie to jakiś wypiek pełen smalcu:)

      Odpowiedz
    9. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 listopada 2013 o 20:06

      No i dalej na kiełbasę nie mam chęci. A na placek ze słoniną i owszem :P

      Odpowiedz
    10. momarta pisze:
      4 listopada 2013 o 20:14

      A to przepraszam:P I smacznego!

      Odpowiedz
    11. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 listopada 2013 o 20:15

      A dziękuję. Nie od dziś wiadomo, że ze wszystkich słodyczy najbardziej lubię boczek. I słoninkę. I śledzia.

      Odpowiedz
  9. Kasia Sawicka pisze:
    4 listopada 2013 o 13:18

    Jejku.. Gdybym czytała takie cuda nadwaga raz dwa by wróciła i nawet bieganie by nie pomogło! Podziwiam zdolność czytania takich pozycji. A teraz przyznaj się, ile kilogramów na plusie? ;)

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 listopada 2013 o 13:23

      Od tęsknego wzdychania do opisywanych słodyczy się nie tyje, na szczęście. Nadwaga w normie :)

      Odpowiedz
    2. Kasia Sawicka pisze:
      4 listopada 2013 o 13:30

      Właśnie nie wiem, czy potrafiłabym poprzestać tylko na tęsknym wzdychaniu…

      Odpowiedz
    3. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 listopada 2013 o 13:32

      Trzeba być twardym jak Roman Bratny:P Mam w planach książkę o polskich karczmach i już się zastanawiam, jak przy okazji nie popaść w alkoholizm :)

      Odpowiedz
    4. Kasia Sawicka pisze:
      4 listopada 2013 o 13:49

      To ja Tobie gratuluję takiej determinacji ;P I trzymam kciuki za skuteczną broń przeciwko alkoholizmowi. W końcu mamy to we krwi (jako naród) więc może być ciężko ;) Ale skoro masz już wprawę opierając się pokusie słodyczy, to na pewno i tu podołasz ;P

      Odpowiedz
  10. zacofany.w.lekturze pisze:
    4 listopada 2013 o 13:50

    Dzieło nie jest obszerne, góra dwa kieliszki nalewki albo jedno piwo. Dam radę :)

    Odpowiedz
  11. Anonymous pisze:
    4 listopada 2013 o 16:02

    no prosze pana,to nie jest”czysta zagrywka”,naczytałam się,naoglądałam i co?mam pod ręką tylko kawałek wczorajszej drożdżówki,nieładnie,ha ha ha ………….

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 listopada 2013 o 18:34

      To i tak jest Pani w lepszej sytuacji niż ja, u mnie nawet czerstwej drożdżówki nie było :)

      Odpowiedz
  12. Anonymous pisze:
    4 listopada 2013 o 19:03

    to trzeba się było najpierw do tej lektury przygotować,ciasteczek tacowych kupić,ha ha ha ,ewentualnnie samemu upiec,a tak możemy się tylko oblizywać

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 listopada 2013 o 19:26

      Niestety, dałem się wziąć z zaskoczenia bez tacy ciasteczek, nie przewidywałem, że to aż tak smaczna książka:P

      Odpowiedz
  13. Anonymous pisze:
    4 listopada 2013 o 20:02

    trzeba było zamiast tego otworzyć”szczęście domowe czyli dokładna nauka o gospodarstwie domowem”,a tam ha ha ha,na przykład przepis na placek ze słoniną,-wędzoną słoninę pokrajać na cienkie listki,zarumienić je i wlać na nie ciasto,na placek średniej wielkości można wziąść dwa jaja,2 albo3 wielkie łyżki mąki i 1 1/2do 2 małych filiżanek mleka,wymięszać wszystko dobrze,co ciasto bardzo polepsza,lecz nie brać do tego lichej mąki,ponieważ się ciasto z takiej mąki nie rusza,przy pieczeniu trzeba być uważnym,plackiem często strzęsać,żeby się nie przypalił,gdy się zarumieni obrócić,widzi pan,czyta się coś takiego,potem spokojnie odkłada się książkę na półkę i już,nawet człowiekowi do głowy nie przyjdzie,żeby tego spróbować,ha ha ha ,nie mówiąc już o oblizywaniu się,ha ha ha,bardziej wyrafinowanych przepisów np.na torty kawowe nie zamieścili,niestety

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 listopada 2013 o 20:04

      Jak to człowiekowi do głowy nie przyjdzie, żeby spróbować? Ja bym przeeksperymentował. Jadłem kiedyś niezłe ciastka kruche ze skwarek, to i placek ze słoniną bym spróbował.

      Odpowiedz
  14. Anonymous pisze:
    4 listopada 2013 o 20:21

    jest pan niesamowity,a ja myślałam,że to pana zniechęci,nie doceniłam pana

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 listopada 2013 o 20:22

      Dużo bardziej zniechęcający byłby tort bezowy.

      Odpowiedz
  15. Anonymous pisze:
    4 listopada 2013 o 20:28

    nie lubi pan bezów?nie wierzę,przecież są pyszne,nawiasem mówiąc tort bezowy jest podobno popisowym”numerem”beaty tyszkiewicz

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 listopada 2013 o 20:30

      Za panią Tyszkiewicz też nie przepadam :D A bezy ewentualnie takie zakalcowate, z ciągnącym się środkiem.

      Odpowiedz
  16. Anonymous pisze:
    4 listopada 2013 o 20:36

    no dla mnie bezy,które się nie ciągną to też nie są bezy,tylko jakaś licha podróba,niestety ostatnio tylko takie można spotkać

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 listopada 2013 o 20:37

      Ale ponoć tylko te suche są zgodne ze sztuką, niestety:( Wszystko schodzi na psy, nawet krówki już się nie ciągną.

      Odpowiedz
  17. Anonymous pisze:
    4 listopada 2013 o 20:54

    nie interesuje mnie sztuka,tylko to,czy mi coś smakuje,czy nie,za mordoklejkami raczej nie przepadam,czasem żaden sposób nie można się od nich uwolnić,sklejają gębe na amen

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      4 listopada 2013 o 20:55

      W tym cała uciecha :D

      Odpowiedz
  18. Bazyl pisze:
    5 listopada 2013 o 04:02

    Od razu zaznaczam, że jak tatko ma ochotę na słodkie, to jednak korzysta z dobrodziejstw wypieków żoninych, maminych i Teściowej (kolejność dowolna). Ale w LO często zachodziłem do małej, istniejącej zresztą do dziś, cukierenki z rodzinnymi tradycjami. Kurczę, piąta rano, a ja z kawałkiem pischingera w ręku. Jak mi pójdzie w bojler (nad kaloryferem zamierzam dopiero pracować), to napiszę tu z pretensją :P

    Odpowiedz
    1. zacofany.w.lekturze pisze:
      5 listopada 2013 o 06:07

      Niektórym to dobrze, pischingery bladym świtem:) Po odejściu od komentarza reklamacji się nie przyjmuje i tego będę się trzymał.

      Odpowiedz
    2. Bazyl pisze:
      6 listopada 2013 o 14:28

      Lepiej przed wejściem na bloga rozdawaj krawaty :P

      Odpowiedz
    3. zacofany.w.lekturze pisze:
      6 listopada 2013 o 15:23

      Tu same w krawatach wchodzą, bo mało awanturujące się są:))

      Odpowiedz
  19. Jarzebina pisze:
    4 maja 2015 o 11:00

    Chciałabym kupić tę ksiażkę ale nigdzie jej nie ma..prosze o pomoc w sprawie. W szczegolnosci interesuja mnie dwa rozdzialy dotyczace hoteli Bristol i Europejski – kawiarnie. Chcialabym wersje elektroniczna albo chociaz skan jesli to mozliwe. Prosze o odpowiedz na adres meilowy, dziekuje

    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      4 maja 2015 o 11:04

      Widzę kilka egzemplarzy na allegro, co prawda w niezbyt niskich cenach.

      Odpowiedz
  20. Pingback: Zakład żywienia zbiorowego (cz. 10): Z warszawskich cukierni – Zacofany w lekturze

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Wyszukiwanie

Instagram

Dwie dziurki w nosie i skończyło się. „Niebieskie buty” to ostatni tom opowieści o mme Ramotswe i jej Kobiecej Agencji Detektywistycznej Nr 1 wydany po polsku. Autor dawno temu przestał udawać, że to będzie kryminał; ewentualne śledztwa są tu jedynie pretekstami do picia herbaty (często z pączkami) i niespiesznych rozważań nad sensem życia oraz zaletami i wadami ludzi: „Większość problemów można by załagodzić, gdyby ludzie częściej pili herbatę i oddawali się przemyśleniom, które podczas picia herbaty są najbardziej owocne”. Moim zdaniem nie ma nic bardziej relaksującego nad te pogwarki, przerywane niekiedy kontemplacją krajobrazów Botswany, kraju, w którym ceni się tradycję, życzliwość i uprzejmość, chociaż w tym tomie pojawia się też akcent bardziej współczesny – kiedy to niewczesne przyznanie się do feminizmu niemal kładzie kres bardzo dobrze się zapowiadającemu związkowi. 
Przekład Tomasz Bieroń
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Dwie dziurki w nosie i skończyło się. „Niebieskie buty” to ostatni tom opowieści o mme Ramotswe i jej Kobiecej Agencji Detektywistycznej Nr 1 wydany po polsku. Autor dawno temu przestał udawać, że to będzie kryminał; ewentualne śledztwa są tu jedynie pretekstami do picia herbaty (często z pączkami) i niespiesznych rozważań nad sensem życia oraz zaletami i wadami ludzi: „Większość problemów można by załagodzić, gdyby ludzie częściej pili herbatę i oddawali się przemyśleniom, które podczas picia herbaty są najbardziej owocne”. Moim zdaniem nie ma nic bardziej relaksującego nad te pogwarki, przerywane niekiedy kontemplacją krajobrazów Botswany, kraju, w którym ceni się tradycję, życzliwość i uprzejmość, chociaż w tym tomie pojawia się też akcent bardziej współczesny – kiedy to niewczesne przyznanie się do feminizmu niemal kładzie kres bardzo dobrze się zapowiadającemu związkowi. Przekład Tomasz Bieroń
1 miesiąc ago
View on Instagram |
1/5
Minął miesiąc, więc czas na drugą część jubileuszowego zestawienia całkowicie arbitralnie wybranych biografii, o których pisałem przez minione piętnaście lat. Bierzcie i czytajcie, może znajdziecie coś dla siebie. Cały tekst już na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Minął miesiąc, więc czas na drugą część jubileuszowego zestawienia całkowicie arbitralnie wybranych biografii, o których pisałem przez minione piętnaście lat. Bierzcie i czytajcie, może znajdziecie coś dla siebie. Cały tekst już na blogu, link w bio.
1 miesiąc ago
View on Instagram |
2/5
Natalia nie jest typową bohaterką opowiadań publikowanych w serii „Portrety”: licealistką borykającą się z problemami domowymi, szkolnymi czy pierwszą miłością. Skończyła studia, pracuje, nawet wyszła za mąż. Ale wydarzenia z dzieciństwa i okresu dojrzewania tkwią w niej głęboko, unieszczęśliwiają i nie pozwalają prowadzić spokojnego życia.
Opowiadanie Wiesławy Oramus nie jest lekturą łatwą i ze względu na bolesną tematykę, i swoją konstrukcję: przeskoki czasowe, niedopowiedzenia, introspekcje. Zdecydowanie jest to bardziej rzecz przeznaczona dla dorosłych niż dla nastolatków, bardzo dobry portret dziewczyny – kobiety obciążonej pokoleniową traumą. Cały tekst już na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Natalia nie jest typową bohaterką opowiadań publikowanych w serii „Portrety”: licealistką borykającą się z problemami domowymi, szkolnymi czy pierwszą miłością. Skończyła studia, pracuje, nawet wyszła za mąż. Ale wydarzenia z dzieciństwa i okresu dojrzewania tkwią w niej głęboko, unieszczęśliwiają i nie pozwalają prowadzić spokojnego życia. Opowiadanie Wiesławy Oramus nie jest lekturą łatwą i ze względu na bolesną tematykę, i swoją konstrukcję: przeskoki czasowe, niedopowiedzenia, introspekcje. Zdecydowanie jest to bardziej rzecz przeznaczona dla dorosłych niż dla nastolatków, bardzo dobry portret dziewczyny – kobiety obciążonej pokoleniową traumą. Cały tekst już na blogu, link w bio.
1 miesiąc ago
View on Instagram |
3/5
Z okazji piętnastolecia blogowania chciałbym przedstawić szczególnie ważne książki, jakie w tym czasie poznałem. W pierwszym wpisie znalazły się biografie i wspomnienia, pierwsza siódemka (z czternastu) książek, które łączy jedno: do dziś, mimo upływu często wielu lat, nadal pamiętam, czemu zrobiły na mnie wrażenie, wciąż mogę przywołać wiele epizodów z życia ich bohaterów, odtworzyć ich sylwetki. Cały wpis już na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Z okazji piętnastolecia blogowania chciałbym przedstawić szczególnie ważne książki, jakie w tym czasie poznałem. W pierwszym wpisie znalazły się biografie i wspomnienia, pierwsza siódemka (z czternastu) książek, które łączy jedno: do dziś, mimo upływu często wielu lat, nadal pamiętam, czemu zrobiły na mnie wrażenie, wciąż mogę przywołać wiele epizodów z życia ich bohaterów, odtworzyć ich sylwetki. Cały wpis już na blogu, link w bio.
2 miesiące ago
View on Instagram |
4/5
Czort Tanner, skazany za potrójne morderstwo, dostaje szansę wyjścia z więzienia: jego winy zostaną mu odpuszczone, jeśli zdoła przewieźć szczepionkę z Kalifornii do Bostonu, pustoszonego przez zarazę. Tanner rusza w drogę dobrze wyposażony i uzbrojony, ale to od jego sprytu, determinacji i umiejętności zależy, czy wypełni misję i przeżyje, by móc skorzystać z obiecanej wolności. 
„Aleja Potępienia” to pochłaniająca właściwie od samego początku powieść akcji w postapokaliptycznych dekoracjach. Nie o scenografię tu jednak chodzi, ale o obserwowanie zmagań Tannera z tymi skrajnymi warunkami i z samym sobą. Cały tekst już na blogu, link w bio.
Przekład Zbigniew A. Królicki
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Czort Tanner, skazany za potrójne morderstwo, dostaje szansę wyjścia z więzienia: jego winy zostaną mu odpuszczone, jeśli zdoła przewieźć szczepionkę z Kalifornii do Bostonu, pustoszonego przez zarazę. Tanner rusza w drogę dobrze wyposażony i uzbrojony, ale to od jego sprytu, determinacji i umiejętności zależy, czy wypełni misję i przeżyje, by móc skorzystać z obiecanej wolności. „Aleja Potępienia” to pochłaniająca właściwie od samego początku powieść akcji w postapokaliptycznych dekoracjach. Nie o scenografię tu jednak chodzi, ale o obserwowanie zmagań Tannera z tymi skrajnymi warunkami i z samym sobą. Cały tekst już na blogu, link w bio. Przekład Zbigniew A. Królicki
3 miesiące ago
View on Instagram |
5/5
zajrzyj na instagram

Blog o książkach, blog z recenzjami książek, recenzje klasyki,
książki recenzje

Pozycjonowanie strony: VD.pl

© 2026 Zacofany w lekturze | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme
Ta strona używa ciasteczek (cookie)Rozumiem Chcę wiedzieć więcej
Polityka prywatności

Privacy Overview

This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary
Always Enabled
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Non-necessary
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.
SAVE & ACCEPT