Skip to content

Zacofany w lekturze

Blog Piotra Chojnackiego. Książki nowe, stare, znane i zupełnie zapomniane, pełna swoboda wyboru.

Menu
  • Strona główna
  • O mnie
  • Powieści młodzieżowe PRL
  • Przestały oczekiwać 2011
  • Przestały oczekiwać 2012
  • Przestały oczekiwać 2013
  • Przestały oczekiwać 2014
  • Przestały oczekiwać 2015
  • Przestały oczekiwać 2016
  • Przestały oczekiwać 2017
  • Przestały oczekiwać 2018
  • Przestały oczekiwać 2019
  • Przestały oczekiwać 2020
  • Przestały oczekiwać 2021
  • Polityka prywatności
  • Przestały oczekiwać 2022
  • Przestały oczekiwać 2023
  • Przestały oczekiwać 2024
  • Przestały oczekiwać 2025
  • Przestały oczekiwać 2026
Menu

Gadające głowy (Ivy Compton-Burnett, „Dom i jego głowa”)

Posted on 14 lipca 201530 stycznia 2017 by Piotr (zacofany.w.lekturze)

20150709_063342

Spotkałem się z poglądem, że najlepsze książki składają się z samych dialogów. Żadnych rozwlekłych opisów przyrody, które trzeba przekartkowywać, żadnych głębokich rozważań, przez które trzeba się przedzierać, poziewując. Dialogi. Czysta, skondensowana informacja, wymiana zdań i akcja pędzi dalej. Zwolennik tej teorii nie czytał chyba Ivy Compton-Burnett.

„Dom i jego głowa” to właściwie same dialogi. Wymiana banalnych grzeczności, równie banalnych złotych myśli, opinii, domysłów, plotek, przytyków, aluzji, złośliwostek. Czytelnik czuje się trochę jak ślepiec na przyjęciu: gwar głosów dochodzi z każdej strony, słowa krzyżują się w powietrzu, zagłuszają nawzajem, znoszą. Czasem czegoś nie dosłyszymy, czasem ktoś ściszy głos, widząc, że obcy nadstawia ucha. Wrażenie kakofonii, szumu wydaje się z początku nieznośne, ale po jakimś czasie przywykamy, uczymy się odróżniać rozmówców, z dobiegających zdań rekonstruujemy opowiadane historie, z tonu i treści wypowiedzi, sposobu reakcji dowiadujemy się też wiele o samych uczestnikach konwersacji. Możemy stać się w ten sposób mimowolnym uczestnikiem maglowych plotek albo – jak u Compton-Burnett – rodzinnego dramatu.

Edgeworthów poznajemy przy bożonarodzeniowym śniadaniu. Głowa domu, Duncan, jest despotą, oczekującym, że wszyscy mu się podporządkują. Zahukał całkiem swoją żonę, dwie córki i bratanek próbują czasem choćby werbalnie mu się przeciwstawić, ale są od Duncana zależni finansowo. Stosunki rodzinne objawiają się nam stopniowo, a ujawniana prawda budzi odrazę. Edgeworth, tyran i skąpiec, zamienił w piekło życie potulnej Ellen i nawet w obliczu jej choroby nie potrafił zdobyć się na żadne ludzkie uczucia. Dbał zawsze tylko o siebie, inni mieli mu jedynie służyć, wbrew swoim przekonaniom i protestom. Wokół niego kręcą się wszyscy inni; wyróżnia ich tylko mniej lub bardziej uległa postawa wobec despoty. Życie rodzinne jest walką, w której najsłabsi, tacy jak Ellen, zostają zdławieni, podporządkowani, a energiczni i śmiali mają szansę wybić się na niezależność.

Ivy Compton-Burnett, około 1955 roku.
Ivy Compton-Burnett, około 1955 roku.

Jest więc „Dom i jego głowa” studium stosunków rodzinnych. I szerzej – międzyludzkich, bo Edgeworthowie funkcjonują wśród sąsiadów, w parafii. Znajomi (to cała galeria typów) z zapamiętaniem komentują ich sprawy, prezentując szeroki wachlarz opinii i poglądów. Plotki aż huczą, wszyscy płoną z ciekawości, odwiedzają się pod byle pozorem, żeby wymienić nowiny; równocześnie starają się zachowywać pozory, że kieruje nimi jedynie ludzka życzliwość, a nie pospolite wścibstwo. Książka dostarcza też ciekawych obserwacji obyczajowych. Duncan pogardza swymi niezamężnymi córkami, zresztą w ogóle do kobiet ma stosunek lekceważący. Swej drugiej żonie nie pozwala zajmować się ich dzieckiem, gdyż nie uważa jej za osobę odpowiednią do tego. Obowiązkiem matki jest znaleźć właściwą niańkę i pozostawić sprawy w jej rękach. Nie do pomyślenia jest, by dziecko, czy w ogóle jakieś sprawy gospodarstwa powierzyć mężczyznom. Same kobiety odsuwają od nich takie kwestie. Kiedy jeden z bohaterów chce przenieść kawałek materiału, wzbudza damskie protesty: „A flanela to nie pańska domena. Jak tak dalej pójdzie, to zechce pan przewijać swego siostrzeńca”.

Sposób pisania Compton-Burnett wymaga skupienia. Rozplątujemy nici dialogów, odtwarzamy obraz wydarzeń, a chwila nieuwagi sprawia, że musimy zaczynać niemal od początku. Kluczowe niekiedy wydarzenia są wspominane jedynie mimochodem, drobne wzmianki, łatwe do przeoczenia, okazują się mieć zasadnicze znaczenie. Trochę to wydawało mi się męczące. Zamierzałem skończyć stwierdzeniem, że autorka „Domu” bez wątpienia ma dar obserwacji i głęboką znajomość ludzkiej psychiki, ale nie porwała mnie swoim sposobem opowiadania. Kiedy jednak teraz kartkowałem książkę, by odświeżyć sobie to i owo, złapałem się na tym, że dostrzegam coraz to nowe zdanie, które mi wcześniej umknęło, jakąś celną, lapidarną ripostę czy uwagę, że mam ochotę ponownie wejść między bohaterów i znowu zacząć ich podsłuchiwać. Być może dzięki temu lepiej zrozumiałbym historię już przeczytaną, a kto wie, może w ogóle odtworzyłbym tę historię inaczej. Albo stworzył zupełnie nową. Nie miałem tego w planach, ale wiem, że spróbuję.

Ivy Compton-Burnett, Dom i jego głowa, tłum. Jolanta Kozak, W.A.B. 2014.

45 thoughts on “Gadające głowy (Ivy Compton-Burnett, „Dom i jego głowa”)”

  1. 5000lib pisze:
    14 lipca 2015 o 19:36

    Tak naprawdę nie ma prawideł i wytycznych. Dobra książka, powinna być dobrze napisana. Truizm, no —ale cóż? :)

    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      14 lipca 2015 o 19:38

      No nie ma prawideł i dobrze. Zresztą napisać porządny dialog to sztuka.

      Odpowiedz
      1. 5000liib pisze:
        23 lipca 2015 o 21:00

        Jak uznasz to za spam, to możesz skasować, nie mam żadnego interesu w tym żeby coś reklamować. Dla osób zainteresowanych kupnem egzemplarza tej książki informuję, że Publito ma dziś promocję 50% taniej. Pozdrawiam.

        Odpowiedz
  2. zakurzona pisze:
    14 lipca 2015 o 19:41

    Pewnie nagram coś na vloga jeszcze, ale tak mi się przypomniało, że „Legion” Cherezińskiej też mnie początkowo dziwił nagromadzeniem dialogów, w których nie mogłam się połapać. Szybko się jednak człowiek przyzwyczaja i wsiąka.
    Przy „Domu…” bardzo drażniło mnie kompletne pominięcie informacji o tym, gdzie toczy się dialog. Wciągałam się w rozmowę toczącą się w salonie i po chwili łapałam się na tym, że to już całkiem gdzieś indziej. Dużo skupienia trzeba…

    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      14 lipca 2015 o 19:43

      Ano właśnie, strasznie autorka czytelników przerzuca w czasie i miejscach. Ja zacząłem to czytać wyluzowany jako przyjemny retro obyczaj, a potem się okazało, że mus napinać uwagę. Warunki nie sprzyjały, dlatego chyba przeczytam to ponownie przy pierwszej okazji.

      Odpowiedz
      1. Bazyl pisze:
        16 lipca 2015 o 08:30

        Ja w elektronicznej wersji I tomu opowieści meekhańskich spotkałem się z przerzucaniem akcji z miejsca w miejsce i z czasu w czas, przy pomocy nie dzielenia akapitem. Drażniło okrutnie i mimo, że po paru zdaniach już wiedziałem co i jak, to jednak nie chce mi się walczyć z czymś podobnym u Compton :)

        Odpowiedz
        1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
          16 lipca 2015 o 08:58

          W moim ebooku jest tak samo, ale zakładam, że to niechlujne przygotowanie pliku, a nie celowy zamiar pisarza. Wkurzało okropnie.

          Odpowiedz
          1. Bazyl pisze:
            16 lipca 2015 o 09:02

            Też podejrzewam e-chochlika i aż mnie korci, żeby sprawdzić w papierze przy pierwszej okazji :) To teraz mi powiedz czy u Compton efekt jest podobny? :P

            Odpowiedz
            1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
              16 lipca 2015 o 09:05

              O ile pamiętam, to są akapity, a nie zbity strumień tekstu.

              Odpowiedz
              1. Bazyl pisze:
                16 lipca 2015 o 13:12

                Co byłoby logiczne, bo nie widzę w tym akurat tekście potrzeby zastosowania takiego zabiegu. Całe szczęście mam wprawę w rozkminianiu takich udziwnień po lekturze „Miasta ślepców” Saramago i paru innych :P

                Odpowiedz
  3. Marlow pisze:
    14 lipca 2015 o 20:10

    Najlepsze książki składają się z samych obrazków :-)

    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      14 lipca 2015 o 20:11

      Eee, no weź, nawet w Tytusach paprzą obrazki jakimiś dymkami z tekstem :P

      Odpowiedz
      1. Marlow pisze:
        14 lipca 2015 o 22:04

        No dobra, niech będą obrazki z dialogami, ale oczywiście bez przesady :-)

        Odpowiedz
        1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
          14 lipca 2015 o 22:07

          Jasne, głównie „łups”, „brzdęk”, „bum” i „łubudu” :D

          Odpowiedz
          1. Marlow pisze:
            14 lipca 2015 o 22:10

            I za to lubimy Papcia Chmiela :-)

            Odpowiedz
            1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
              14 lipca 2015 o 22:12

              Ale większą inwencją w tym kierunku wykazywał się Janusz Christa w Kokoszach.

              Odpowiedz
              1. Marlow pisze:
                14 lipca 2015 o 22:15

                Ja za to lubiłem komiks o Janosiku, bo to i ilustracje rysował Skarżyński, jeden z moich ulubionych ilustratorów, a autor tekstów, już nie pamiętam kto, był bardzo oszczędny :-)

                Odpowiedz
                1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
                  14 lipca 2015 o 22:17

                  Pierwsze słyszę o Janosiku, co najwyżej Żbika i Klossa czytałem.

                2. Marlow pisze:
                  14 lipca 2015 o 22:22

                  Żałuj, pamiętałem go bardzo dobrze bo biegałem od kiosku do kiosku żeby kupić kolejne numery, które zresztą chyba też i mój Tata podczytywał :-) to był szał bo chyba mniej więcej w tym samym czasie puszczono serial. Oprócz tego pamiętam jeszcze „Pilota śmigłowca” i Relaxy, w których chyba był Thorgal.

                3. visage zacofany.w.lekturze pisze:
                  14 lipca 2015 o 22:24

                  W Thorgala się nigdy nie wciągnąłem, za to lubiłem komiksy na podstawie von Danikena.

                4. Marlow pisze:
                  14 lipca 2015 o 22:27

                  Thorgala lubiłem ale bez szału, jednak klasyka nie do przebicia to były Żbiki i Kloss :-)

    2. 5000liib pisze:
      23 lipca 2015 o 21:03

      nooo…
      Można by było pomyśleć, że…Czcionka_mi_się_zarumieniła.
      A poza tym, co przerzucamy się na pismo obrazkowe?
      :)

      Odpowiedz
  4. visage zacofany.w.lekturze pisze:
    14 lipca 2015 o 22:30

    I Kleks :)

    Odpowiedz
    1. Marlow pisze:
      14 lipca 2015 o 22:34

      U mnie jakoś bokiem przemknął, ale to dlatego, że Świat młodych udawało mi się kupić tylko od wielkiego dzwonu a i zawsze byłem rozczarowany tym, że to takie krótkie odcinki, prawie jak historyjki w „donaldówach” :-)

      Odpowiedz
      1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
        14 lipca 2015 o 22:41

        Miałem Świat Młodych odkładany po znajomości, więc zebrałem sobie niemal komplet odcinków Złota Alaski z Kleksem:) A wydania książkowe są u moich rodziców do dzisiaj.

        Odpowiedz
        1. Marlow pisze:
          14 lipca 2015 o 22:47

          Parę lat temu na fali nostalgii przejrzałem kilka odcinków Żbika i Klosa – to już nie to, nie to. W dzisiejszych czasach wiadomo, że nie zawojują czytelników. Było – minęło. Gorzej, że moje próby zaszczepienia syna przygodami Tytusa spełzły na niczym.

          Odpowiedz
          1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
            14 lipca 2015 o 22:56

            U nas dzięki Tytusowi Starsza zaczęła czytać sama, więc to pewnie kwestia indywidualna. Z żalem stwierdzam, że księgi powyżej XVIII to już chłam okropny jest.

            Odpowiedz
            1. Bazyl pisze:
              16 lipca 2015 o 08:39

              Starszy znów wpadł w komiksowy szał, na czym niestety cierpi beletrystyka, ale cóż … Wyczytał po raz kolejny Tintiny, a wczoraj podrzuciłem mu sporo Baranowskiego z biblio. Złapał bakcyla i „Ależ wodzu …” już zagościło wśród domowych tekstów :D

              Odpowiedz
              1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
                16 lipca 2015 o 08:59

                „Wodzem” przerzucamy się od lat, klasyczny cytat na każdą okazję :)

                Odpowiedz
                1. Bazyl pisze:
                  16 lipca 2015 o 13:32

                  Baranowski pełen jest świetnych gier słownych i tekstów do zaadaptowania.
                  Figiel Migiel: Napiję się teraz czarnej kawy, a potem wezmę w łazience czarny tusz. Oj, chyba znowu widzę na różowo!
                  Szambelan: Zaraz szczelniej zaciągnę czarne kotary, panie.
                  Figiel Migiel: Nie o to chodzi! Wygląda na to, że już straciłem swój czarny humor. Szambelanie! Sprzedaj czarne perły na czarnym rynku, pakuj do kufra czarny kawior na czarną godzinę, wyruszamy im z pomocą!
                  Szambelan: A za kogo się przebieramy?
                  Figiel Migiel: Jak zwykle. Za Świętych Mikołajów. Szykuj latającą filiżankę!

                2. visage zacofany.w.lekturze pisze:
                  24 lipca 2015 o 22:53

                  Uwielbiam ten kawałek :)

        2. Bazyl pisze:
          16 lipca 2015 o 08:35

          Ja miałem prenumeratę ŚM. Do dziś pamiętam emocje jakie towarzyszyły chwili, w której pani kioskarka wyciągała z tekturowej teczki, z moim nazwiskiem, kolejny numer :) A Janosika też nie kojarzę. Wszystkie pozostałe czytałem :) Pamiętam też sensacyjne w typie „Skradzionego skarbu” :)

          Odpowiedz
          1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
            16 lipca 2015 o 08:59

            Prenumerata? Farciarz:)

            Odpowiedz
            1. Bazyl pisze:
              16 lipca 2015 o 13:32

              Trzeźwo myślący, młody człowiek, a nie jakiś tam farciarz :D

              Odpowiedz
              1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
                16 lipca 2015 o 21:42

                Trzeźwo myślący i z dużym kieszonkowym :)

                Odpowiedz
                1. Bazyl pisze:
                  20 lipca 2015 o 10:47

                  Nie przesadzajmy. To były czasy, że kasa była tylko towaru było brak :P

                2. visage zacofany.w.lekturze pisze:
                  20 lipca 2015 o 15:07

                  Ja tam nie miałem kasy, pewnie za dużo wydawałem na książki :D

                3. Bazyl pisze:
                  21 lipca 2015 o 08:36

                  I dlatego Ty masz olbrzymią bibliotekę, a ja już tego ŚM nie mam. Zresztą u nas nie było gdzie książek kupić :(

  5. czytankianki pisze:
    15 lipca 2015 o 14:00

    Pierwsze spotkanie z IB-C nie zachwyciło mnie zbytnio (przeszkadzała mi koturnowość języka w „Teraźniejszości i przeszłości”), ale po lekturze „Kochając” Greena przekonałam się, że same dialogi potrafią lepiej opisywać bohatera niż szczegółowy monolog wewnętrzny tegoż. Czasami ten drugi jest po prostu nieznośny.;( Oby „Dom…” to było to!

    Teraz przypomniało mi się, że w tej samej serii WAB ukazała się inna, bliższa naszym czasom rzecz również utrzymana w „gadanej” konwencji czyli „Co na kolację” Schuylera.

    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      15 lipca 2015 o 20:31

      Czytałem Twoją opinię o „Teraźniejszości”, „Dom chyba wypada lepiej. Tłumaczenie jest bardzo dobre, stylizacja na język wiktoriański widoczna, ale tylko stylizacja, niezbyt ciężka. O Schuylerze nie słyszałem, nie wiem, czy mam ochotę na kolejną „gadaną” książkę.

      Odpowiedz
  6. peek-a-boo pisze:
    15 lipca 2015 o 20:40

    To fakt, Ivy trzeba czytać z czujkami czytelniczymi ustawionymi na pełen odbiór, tylko tak można docenić walory jej stylu. A Dom i jego głowa to chyba najlepsza z jej powieści wydanych po polsku.

    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      15 lipca 2015 o 21:59

      Męcząca ta czujność momentami, ale warto się pomęczyć. W posłowiu jest wychwalany humor powieści, czy tylko ja go dostrzegłem tylko w rzadkich przebłyskach?

      Odpowiedz
  7. Tomek pisze:
    18 lipca 2015 o 20:29

    Najlepsze sztuki Szekspira z samych dialogów i monologów się składają.

    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      19 lipca 2015 o 09:37

      No te najlepsze to bez wątpienia same dialogi i monologi. A te gorsze? :P

      Odpowiedz
  8. visage zacofany.w.lekturze pisze:
    21 lipca 2015 o 09:37

    Bazyl: to były główne kioskowe broszurki z nowelami Prusa, ale faktycznie, mam je do dziś :D

    Odpowiedz

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Wyszukiwanie

Instagram

Blog o książkach, blog z recenzjami książek, recenzje klasyki,
książki recenzje

Pozycjonowanie strony: VD.pl

© 2026 Zacofany w lekturze | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme
Ta strona używa ciasteczek (cookie)Rozumiem Chcę wiedzieć więcej
Polityka prywatności

Privacy Overview

This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary
Always Enabled
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Non-necessary
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.
SAVE & ACCEPT