Skip to content

Zacofany w lekturze

Blog Piotra Chojnackiego. Książki nowe, stare, znane i zupełnie zapomniane, pełna swoboda wyboru.

Menu
  • Strona główna
  • O mnie
  • Powieści młodzieżowe PRL
  • Przestały oczekiwać 2011
  • Przestały oczekiwać 2012
  • Przestały oczekiwać 2013
  • Przestały oczekiwać 2014
  • Przestały oczekiwać 2015
  • Przestały oczekiwać 2016
  • Przestały oczekiwać 2017
  • Przestały oczekiwać 2018
  • Przestały oczekiwać 2019
  • Przestały oczekiwać 2020
  • Przestały oczekiwać 2021
  • Polityka prywatności
  • Przestały oczekiwać 2022
  • Przestały oczekiwać 2023
  • Przestały oczekiwać 2024
  • Przestały oczekiwać 2025
  • Przestały oczekiwać 2026
Menu

Po przeciwnych stronach stawu (Yaa Gyasi, „Droga do domu”)

Posted on 29 listopada 20166 października 2017 by Piotr (zacofany.w.lekturze)

Droga do domu

„Rozłączone siostry są jak kobieta i jej odbicie, są skazane na pozostawanie po przeciwnych stronach stawu”, mówi afrykańskie porzekadło. I sprawdziło się ono w przypadku przyrodnich sióstr Effii i Esi. Nigdy się nie poznały, chociaż przez chwilę były blisko siebie: w brytyjskiej twierdzy Cape Coast na afrykańskim Złotym Wybrzeżu. Effia jednak trafiła tam jako kochanka gubernatora, a Esi jako towar, niewolnica, za którą chętnie zapłacą handlarze.

Jest połowa XVIII wieku. Amerykańskie plantacje potrzebują rąk do pracy, a brytyjski garnizon potrzebuje nałożnic. O tym, jaką pozycję w twierdzy zajmie dziewczyna: żołnierską sypialnię czy śmierdzący loch, decyduje przypadek. Wydawać się może, że to Effia wyciągnęła lepszy los: została w Afryce, jej potomkowie weszli do lokalnej elity, otrzymali wykształcenie, prowadzili interesy. W przeciwieństwie do Esi i jej linii nie traktowano ich jak przedmiotów, nie wywieziono na morze, ich pleców nie ranił bat nadzorcy, ich dzieci i małżonków nie sprzedawano wskutek kaprysu białego pana. A jednak życie doświadczało obie rodziny równie boleśnie. Przysłowiowe „przeciwne strony stawu” oznaczały nie tylko fizyczne rozdzielenie wielką wodą, ale też odmienne perspektywy: tych, którzy handlowali niewolnikami, i niewolników; wyrwanych siłą z rodzinnej ziemi i tych, którym rodzinną ziemię wyrwali obcy. Uwikłanie w odmienną historię dwóch kontynentów, w każdym jednak przypadku trudną i bolesną, nieodmiennie też wyciskającą piętno na ludzkich losach. Na dodatek klątwa Maame, tajemniczej matki dziewcząt, w obu gałęziach rodziny wywoływała wieczny niepokój, kazała szukać czegoś, co trudno im było określić, a co my nazwalibyśmy własnym miejscem, tożsamością, harmonią ze sobą i światem: za tym gonią wszyscy bohaterowie powieści.

Siłą „Drogi do domu” są postacie kobiece, wszystkie bez wyjątku wyraziste, czasem twarde, zawsze niezależne, stawiane przed trudnymi wyborami. To one często grają pierwsze skrzypce, mimo iż żyją w patriarchalnym świecie. Moją faworytką jest Ness, córka Edi, urodzona w niewoli, ze skórą poznaczoną bliznami, „namacalnym duchem jej przeszłości”, dowodem straszliwych przejść, które jej nie złamały. Mężczyźni, szczególnie z linii afrykańskiej, wypadają bladziej, są czasem nawet nieco irytujący w swych życiowych rozterkach. Ale i wśród nich są postacie godne zapamiętania: Kojo, syn Ness, i H, jej wnuk: silni, pełni godności, szlachetni i odważni. ale też bardzo rodzinni. Obu przyszło żyć w czasach przełomowych i obaj próbowali zmienić coś na lepsze, nie tylko dla siebie.

Debiut Gyasi to nieco ponad czterysta stron dużego druku. Początkowo trudno pojąć, jak autorka zamierza zmieścić w tej ograniczonej objętości losy siedmiu pokoleń na dwóch kontynentach, jak głosi okładka. Wyjaśnia się to po pierwszych rozdziałach: autorka zawiera losy reprezentanta każdej generacji w jednym rozdziale, skondensowanym, plastycznym, często przejmującym. Przedstawia jakiś kluczowy moment z życia bohatera, w retrospekcjach pokazując, co doprowadziło go na życiowe rozstaje. Czternaście postaci – czternaście rozdziałów, jednocześnie stanowiących zamknięte opowieści i powiązanych ze sobą; na zmianę poznajemy potomków Effii i Esi, za każdym razem przesuwając się nieco w czasie i przestrzeni: począwszy od połowy XVIII wieku do początku XXI wieku, od Złotego Wybrzeża przez Alabamę i Nowy Jork po niepodległą Ghanę.

Jeśli miałbym zgłaszać jakieś zastrzeżenia, to do objętości właśnie. Saga, szczególnie tak szeroko zakrojona, oznacza dla mnie pewną rozlewność, niespieszną, drobiazgową narrację. I „Drodze do domu” nie zaszkodziłby czasem głębszy opis, dodatkowa garść detali. Wiele tu kolorytu epoki i miejsc, ale raczej sygnalizowanego jakimś akcentem niż szczegółowo odmalowanego. Gdyby Gyasi poszła w tę stronę, moja satysfakcja byłaby pełniejsza. I bez tego jednak dostałem solidną, dobrze napisaną powieść, która obiecująco rokuje na przyszłość. Mam nadzieję, że Gyasi nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

Yaa Gyasi, Droga do domu, tłum. Michał Ronikier, Wydawnictwo Literackie 2016.

Udostępnij:

  • Kliknij by wydrukować (Otwiera się w nowym oknie) Drukuj
  • Kliknij, aby wysłać odnośnik e-mailem do znajomego (Otwiera się w nowym oknie) E-mail
  • Kliknij, aby udostępnić na Facebooku (Otwiera się w nowym oknie) Facebook
  • Kliknij, aby udostępnić na WhatsApp (Otwiera się w nowym oknie) WhatsApp
  • Kliknij, aby udostępnić na Threads (Otwiera się w nowym oknie) Threads
  • Kliknij, aby udostępnić na Bluesky (Otwiera się w nowym oknie) Bluesky

Dodaj do ulubionych:

Lubię Wczytywanie…

26 thoughts on “Po przeciwnych stronach stawu (Yaa Gyasi, „Droga do domu”)”

  1. Bazyl pisze:
    30 listopada 2016 o 09:28

    Ja na razie przedzieram się przez XIXwieczne, fabrykanckie niewolnictwo łódzkie. Tytuł zapisuję, ale póki co mam po lekturze „Ducha króla Leopolda” dość niewolnictwa i jego okropności. Tym bardziej, że wcześniej przeczytałem „Czarne skrzydła” Monk :(
    Swoją drogą zapisać blisko 300 lat rodzinnej historii i zrobić to, jak piszesz, dobrze, to nie w kij dmuchał :) Nazwisko warte zapamiętania.

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      30 listopada 2016 o 09:39

      Ja sobie chciałem snuć porównania do „Korzeni” Haleya, ale nie zdążyłem z powtórką. A „Duch króla Leopolda” bardzo zacny, mocny, nadal pamiętam to i owo.
      Liczę, że Gyasi nie będzie jednorazowym fajerwerkiem i że się rozwinie ku pożytkowi czytelników.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
      1. Bazyl pisze:
        30 listopada 2016 o 09:54

        „Korzenie” to równie, a chyba nawet bardziej, wstrząsająca lektura niż książka Monk, która bardziej pochyliła się nad abolicjonizmem niż niewolnictwem (choć przecież tych rzeczy rozerwać się nie da). A co do meritum, to w poprzednim komentarzu zapomniałem dopisać „na 400 stronach”, bo to wzbudziło mój podziw :P
        PS. Ciekawe co teraz sądziłbym o „Chacie Wuja Toma”?

        Wczytywanie…
        Odpowiedz
        1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
          30 listopada 2016 o 10:10

          Haley bezbłędnie rozegrał swoją historię. Chata Wuja Toma była wstrząsająca, miałem pewnie z 11 lat i chętnie bym wtedy podpalił jakąś plantację. A potem się okazało, że autorka sobie wszystko zmyśliła :P
          400 stron to jakiś nowy rekord skromności pisarskiej, niektóre kryminały są dłuższe :D

          Wczytywanie…
          Odpowiedz
          1. Bazyl pisze:
            30 listopada 2016 o 15:11

            Sądząc po tym co Hochschild napisał na temat wypraw Stanleya do Afryki, to spora część relacji z tamtych czasów to banialuki wyssane z palca :P A Stowe chyba nie głosiła, że „Chata ..”, to reportaż? :)

            Wczytywanie…
            Odpowiedz
            1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
              30 listopada 2016 o 17:44

              Stowe nie głosiła, że reportaż, ale zdaje się głosiła, że to wszystko (znaczy niewolnictwo) tak wygląda. Wszystko w celach propagandowych podobno :)

              Wczytywanie…
              Odpowiedz
  2. czytanki.anki pisze:
    1 grudnia 2016 o 13:06

    Mnie właśnie informacja o siedmiu pokoleniach skutecznie zniechęciło do lektury, ale skoro Gyasi pisze w sposób skondensowany, to może jednak będzie to coś dla mnie.;)

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      1 grudnia 2016 o 13:08

      Nie lubisz takich wielopokoleniówek? Ja uwielbiam, chociaż zwykle odstrasza mnie objętość.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
      1. czytanki.anki pisze:
        1 grudnia 2016 o 13:25

        Cztery pokolenia jakoś zniosę, ale i tak decyduje bohater i styl. W zasadzie trudno przypomnieć mi sobie, żebym czytała kiedyś prawdziwą kilkutomową sagę. Hm.

        Wczytywanie…
        Odpowiedz
        1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
          1 grudnia 2016 o 13:28

          Nawet Sagi o ludziach lodu nie? :D Buddenbrookowie? Forsyte’owie? Niechcicowie?Nic? Ja mam nawet zapas takich dzieł na czas, gdy będę miał dużo czasu :)

          Wczytywanie…
          Odpowiedz
  3. czytanki.anki pisze:
    1 grudnia 2016 o 13:48

    Niestety nie.;( Nawet „Noce i dnie” znam tylko z telewizji. Sama zaczynam się dziwić.;)

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      1 grudnia 2016 o 13:58

      No to chyba masz trochę do nadrobienia :)

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
  4. czytanki.anki pisze:
    1 grudnia 2016 o 14:53

    Nawet wolę nie myśleć, jak dużo.;)

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      1 grudnia 2016 o 14:59

      Zacznij od czegoś krótkiego, jednopokoleniowego.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
  5. Qbuś pożera książki pisze:
    2 grudnia 2016 o 00:05

    Może to obserwacja nieco na wyrost, ale czytając wspomnianego „Ducha…” czy tę recenzję, uświadamiam sobie, jak wielkie szczęście mam, że urodziłem się we współczesnej Polsce. Można sobie marudzić, ale do dziś jest wiele miejsc na świecie, w których urodzenie się oznacza żywot pełen cierpienia i beznadziei. Taka nieco słodko-gorzka refleksja, ale i takie potrzebne są.

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      2 grudnia 2016 o 09:43

      Hochschild, i nie tylko on zresztą, faktycznie budzi takie refleksje. Ja się zresztą, jako historyk, zabawiam czasem wymyślaniem, w jakim okresie chciałbym żyć, tak żeby nie przypadała na to życie żadna wojna czy inna katastrofa – i to jest trudne zadanie.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
  6. Jola pisze:
    6 grudnia 2016 o 23:02

    Kolejna książka na mojej liście „Must have & read”. Sagi były swego czasu (lata 80-te okres liceum ) moją prywatną lekturą obowiązkową. Z braku ciekawej literatury, wiadomo co było wtedy w księgarniach, po przeczytaniu wszystkiego co było możliwe, z mojej osobistej przepastnej biblioteczki, chętnie sięgałam po tego typu literaturę. „Sagi o ludziach lodu” nie zaliczyłam, może kiedyś jak czas okaże się łaskawszy i doba rozciągnie się do 48-72 godzin.
    Dziękuję za podpowiedź co warto czytać, a co omijać szerokim łukiem.

    lekturą obowiązkową

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      7 grudnia 2016 o 09:41

      Do Gyasi dorzuciłbym „Korzenie”, jeśli nie znasz albo znasz tylko serial, bo trochę się od siebie różnią. Czytanie sag to faktycznie albo przedsięwzięcie na czas liceum, kiedy ma się mnóstwo czasu, albo na emeryturę :)

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
      1. Jola pisze:
        7 grudnia 2016 o 21:47

        „Korzenie” czytałam dla relaksu i higieny umysłu między egzaminami na studiach, mając w pamięci serial. Mówiąc szczerze, nie pamiętam już dokładnie szczegółów – wiem, że to było wydanie I, mocno sfatygowane, pożyczone od koleżanki. Nauczona na lekcjach języka polskiego porównywałam wersję filmową do książki. W większości przypadków wcześniej czytałam książkę, a potem oglądałam film, tu było odwrotnie, dlatego porównywanie było trudne. Chętnie jeszcze raz sięgnę po ten tytuł, dziś rano znalazłam w antykwariacie za całkiem rozsądną cenę.

        Wczytywanie…
        Odpowiedz
        1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
          7 grudnia 2016 o 21:51

          U nas chyba książkę wydano dopiero na fali popularności serialu; z mikroskopijnym drukiem. Mam to wydanie na półce, dojrzewam do powtórki, bo niewiele pamiętam.

          Wczytywanie…
          Odpowiedz
  7. Claudette pisze:
    7 grudnia 2016 o 15:47

    Sagi rodzinne lubię w skondensowanej formie (bo przecież „Sto lat samotności”, czy „Kamienie przodków” Aminaty Forny można nazwać sagami). Ale nie boję się objętości, wielopokoleniowości, czy przestrzeni (życie dwóch kontynentów!) tej książki. Większy problem mam z niewolnictwem.

    Nie, nie jestem jakoś nadmiernie wrażliwa, uprzedzona, czy szaleńczo „zajawiona”. Raczej dotychczasowe moje spotkania z niewolnictwem, z tymi wszystkimi historycznymi prawdami, nie były może nudne, lecz nie zostawały we mnie na dłużej.

    Może to problem związany z konstrukcją mojej psychiki, która nie potrafi zidentyfikować się w pełni z tamtymi problemami, takimi zdarzeniami. Bardzo brutalnie o tym świadczy chociażby moje przekonanie (całkowite i bezwzględne), że główna i zarazem tytułowa bohaterka książki Toni Morrison „Umiłowana” była białą dziewczyną o delikatnej, alabastrowej skórze. Ta myśl weszła do mojego umysłu w trakcie czytania i do teraz nie mogę się jej pozbyć – wbrew logice!

    A jednocześnie „Droga do domu” mnie fascynuje. Uwielbiam silne bohaterki i takie subtelne książkowe drzwi do egzotyki. Więc pewnie zacisnę zęby i nie będę przejmować się na wyrost swoim podejściem do tej tematyki. Bo chyba warto?

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      7 grudnia 2016 o 18:41

      Najwyraźniej nie śledziłaś w maleńkości przygód niewolnicy Isaury ani nie spłakiwałaś się nad Chatą wuja Toma. Nie wiem, na co miałaś nieszczęście na trafić, jeśli chodzi o niewolnictwo, ale musiały to być podejrzane lektury. Droga do domu może być przełomem, bo warto. Akurat rozdziały o niewolniczym okresie w życiu rodziny należą do najlepszych.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
  8. Rozkminy Hadyny pisze:
    11 grudnia 2016 o 15:56

    Nie jestem gorliwą fanką sag rodzinnych, ale przypadła mi do gustu ta zwięzła forma, o której wspominasz, po jednym rozdziale na osobę:)

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      11 grudnia 2016 o 17:33

      No to zachęcam do lektury :)

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
  9. Nika pisze:
    13 stycznia 2017 o 16:06

    „Czarne skrzydła” czytało mi się rewelacyjnie! Lubię książki Sue Monk Kidd. „Droga do domu” niestety mnie nie porwała… Porzuciłam lekturę w połowie… Sporo negatywnych opinii w necie jest o tej książce. Tym bardziej zaskoczyła mnie Twoja pozytywna :-)

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      13 stycznia 2017 o 18:32

      Mnie samego zaskoczyła moja pozytywna opinia, bo spodziewałem się promowanego na siłę gniota.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz

OdpowiedzAnuluj pisanie odpowiedzi

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Zaprenumeruj ten blog przez e-mail

Wprowadź swój adres email, aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Wyszukiwanie

Instagram

Narrator opowieści, wykładowca uniwersytecki, miał dość środków, żeby w obawie przed atomową zagładą zarezerwować sobie miejsce w schronie w hotelu Termush na wybrzeżu Atlantyku. Oczekiwana katastrofa nadchodzi, a gdy najgorsze przeminie, goście mogą wyjść z jaskiń, by ocenić, jak zmienił się świat. Apokaliptyczne wizje, jakie podsuwała ocalałym wyobraźnia, okazały się mylne. Tym trudniej było pojąć, że nic już nie będzie takie, jak przedtem. Cały tekst już na blogu, link w bio.
Przekład Iwona Zimnicka
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Narrator opowieści, wykładowca uniwersytecki, miał dość środków, żeby w obawie przed atomową zagładą zarezerwować sobie miejsce w schronie w hotelu Termush na wybrzeżu Atlantyku. Oczekiwana katastrofa nadchodzi, a gdy najgorsze przeminie, goście mogą wyjść z jaskiń, by ocenić, jak zmienił się świat. Apokaliptyczne wizje, jakie podsuwała ocalałym wyobraźnia, okazały się mylne. Tym trudniej było pojąć, że nic już nie będzie takie, jak przedtem. Cały tekst już na blogu, link w bio. Przekład Iwona Zimnicka
5 dni ago
View on Instagram |
1/5
Jest 5 stycznia, jest impreza. Piętnaste urodziny bloga, który co prawda dalej haniebnie zaniedbuję i który czytają tylko najwytrwalsi z wytrwałych, ale który trwa sobie, bo kto mu zabroni... Zapraszam więc na tradycyjne podsumowanie ubiegłego roku z tradycyjną częścią nieoficjalną. Całość na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Jest 5 stycznia, jest impreza. Piętnaste urodziny bloga, który co prawda dalej haniebnie zaniedbuję i który czytają tylko najwytrwalsi z wytrwałych, ale który trwa sobie, bo kto mu zabroni... Zapraszam więc na tradycyjne podsumowanie ubiegłego roku z tradycyjną częścią nieoficjalną. Całość na blogu, link w bio.
2 tygodnie ago
View on Instagram |
2/5
Potencjalnych czytelników hardohordzianej (hardohordziej?) antologii „Cztery trupy w barszcz” ostrzegam, że nieprzyzwyczajonym zaszkodzić może stężenie bożonarodzeniowej atmosfery podkreślonej w opowiadaniach Anety Jadowskiej i Magdaleny Kubasiewicz potężną dawką akcesoriów rodem z hallmarkowego filmu świątecznego. Pomijając to głębokie zanurzenie w barszczykach, sernikach, grzańcach i brokatowych bombkach, obie autorki napisały całkiem zgrabne historie kryminalne z dodatkiem elementów pokrzepienia duchowego. Marta Kisiel z kolei pokazała, ile determinacji i oblizanych pierniczków potrzeba, żeby święta w ogóle mogły się odbyć, a także jak bardzo ostrożnie należy obchodzić się z bigosem. Milena Wójtowicz szczęśliwie darowała sobie bożonarodzeniowe klimaty, choć podkreśliła magiczną moc tego okresu oraz stworzyła postać wiedźmy włosingowej, specjalistki od rozczesywania kołtuna. Cały tom jest bardzo udany, podobnie jak drugi tom wampirzych opowieści Wójtowicz. „W cieniu dnia” to dalszy ciąg losów Aśki zmienionej w wampirzycę i, trochę wbrew woli, w przywódczynię wampirzego gniazda. Bohaterka i jej znajomi dynamicznie badają możliwości stwarzane przez nowe (nie)życie, ze szczególnym uwzględnieniem kimchi jako broni ofensywnej. Zabawne, bezpretensjonalne, może trochę miejscami chaotyczne, ale zrzućmy to na dezorientację, jaką budzi u bohaterów sos czosnkowy i zapach wilkołaków.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Potencjalnych czytelników hardohordzianej (hardohordziej?) antologii „Cztery trupy w barszcz” ostrzegam, że nieprzyzwyczajonym zaszkodzić może stężenie bożonarodzeniowej atmosfery podkreślonej w opowiadaniach Anety Jadowskiej i Magdaleny Kubasiewicz potężną dawką akcesoriów rodem z hallmarkowego filmu świątecznego. Pomijając to głębokie zanurzenie w barszczykach, sernikach, grzańcach i brokatowych bombkach, obie autorki napisały całkiem zgrabne historie kryminalne z dodatkiem elementów pokrzepienia duchowego. Marta Kisiel z kolei pokazała, ile determinacji i oblizanych pierniczków potrzeba, żeby święta w ogóle mogły się odbyć, a także jak bardzo ostrożnie należy obchodzić się z bigosem. Milena Wójtowicz szczęśliwie darowała sobie bożonarodzeniowe klimaty, choć podkreśliła magiczną moc tego okresu oraz stworzyła postać wiedźmy włosingowej, specjalistki od rozczesywania kołtuna. Cały tom jest bardzo udany, podobnie jak drugi tom wampirzych opowieści Wójtowicz. „W cieniu dnia” to dalszy ciąg losów Aśki zmienionej w wampirzycę i, trochę wbrew woli, w przywódczynię wampirzego gniazda. Bohaterka i jej znajomi dynamicznie badają możliwości stwarzane przez nowe (nie)życie, ze szczególnym uwzględnieniem kimchi jako broni ofensywnej. Zabawne, bezpretensjonalne, może trochę miejscami chaotyczne, ale zrzućmy to na dezorientację, jaką budzi u bohaterów sos czosnkowy i zapach wilkołaków.
3 tygodnie ago
View on Instagram |
3/5
Na kilka dni przed piętnastymi urodzinami bloga (ależ ten czas leci!) zapraszam na tradycyjny końcoworoczny przegląd najchętniej czytanych wpisów. Co prawda, słupki statystyk na blogu w tym roku raczej nie były wysokie, ale zestawienie wyszło całkiem zacne. Czytajcie, nadrabiajcie, jeśli coś Was ominęło! No i oczywiście niech Wam się wiedzie w nowym roku!
Cały tekst już na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Na kilka dni przed piętnastymi urodzinami bloga (ależ ten czas leci!) zapraszam na tradycyjny końcoworoczny przegląd najchętniej czytanych wpisów. Co prawda, słupki statystyk na blogu w tym roku raczej nie były wysokie, ale zestawienie wyszło całkiem zacne. Czytajcie, nadrabiajcie, jeśli coś Was ominęło! No i oczywiście niech Wam się wiedzie w nowym roku! Cały tekst już na blogu, link w bio.
3 tygodnie ago
View on Instagram |
4/5
Popielątko marzy o pójściu na królewski bal, kot w butach doprowadza młynarczyka do ślubu z królewską córką, krwawa kiszka jest hersztem zbójców dybiących na wątrobiankę, królewny uprawiają seks przedmałżeński, książęta są zaklęci w żaby albo lwy, głupi bracia okazują się najmądrzejsi, a odcinanych kończyn i wyłupywanych oczu wprost nie da się zliczyć. Nic tu nie jest uładzone, nie zawsze wszystko ma ręce i nogi (i fizycznie, i metaforycznie), a potężna dawka absurdu, czarnego humoru i makabry sprawia, że ten wybór z pierwszej edycji baśni braci Grimm niezbyt nadaje się dla dzieci, ale dorosłym może dać mnóstwo uciechy, szczególnie że nie unosi się nad nim dydaktyczny smrodek, za to mnóstwo tu niczym nieskrępowanej fantazji. Fabularne rozwichrzenie idealnie podkreślają ilustracje Michaliny Jurczyk, pełne detali, na które warto zwrócić uwagę. Znakomity przekład Elizy Pieciul-Karmińskiej oddaje naturalność i jędrność języka tych baśni.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Popielątko marzy o pójściu na królewski bal, kot w butach doprowadza młynarczyka do ślubu z królewską córką, krwawa kiszka jest hersztem zbójców dybiących na wątrobiankę, królewny uprawiają seks przedmałżeński, książęta są zaklęci w żaby albo lwy, głupi bracia okazują się najmądrzejsi, a odcinanych kończyn i wyłupywanych oczu wprost nie da się zliczyć. Nic tu nie jest uładzone, nie zawsze wszystko ma ręce i nogi (i fizycznie, i metaforycznie), a potężna dawka absurdu, czarnego humoru i makabry sprawia, że ten wybór z pierwszej edycji baśni braci Grimm niezbyt nadaje się dla dzieci, ale dorosłym może dać mnóstwo uciechy, szczególnie że nie unosi się nad nim dydaktyczny smrodek, za to mnóstwo tu niczym nieskrępowanej fantazji. Fabularne rozwichrzenie idealnie podkreślają ilustracje Michaliny Jurczyk, pełne detali, na które warto zwrócić uwagę. Znakomity przekład Elizy Pieciul-Karmińskiej oddaje naturalność i jędrność języka tych baśni.
3 tygodnie ago
View on Instagram |
5/5
zajrzyj na instagram

Blog o książkach, blog z recenzjami książek, recenzje klasyki,
książki recenzje

Pozycjonowanie strony: VD.pl

© 2026 Zacofany w lekturze | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme
Ta strona używa ciasteczek (cookie)Rozumiem Chcę wiedzieć więcej
Polityka prywatności

Privacy Overview

This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary
Always Enabled
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Non-necessary
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.
SAVE & ACCEPT
 

Wczytywanie komentarzy...
 

    %d