Skip to content

Zacofany w lekturze

Blog Piotra Chojnackiego. Książki nowe, stare, znane i zupełnie zapomniane, pełna swoboda wyboru.

Menu
  • Strona główna
  • O mnie
  • Powieści młodzieżowe PRL
  • Przestały oczekiwać 2011
  • Przestały oczekiwać 2012
  • Przestały oczekiwać 2013
  • Przestały oczekiwać 2014
  • Przestały oczekiwać 2015
  • Przestały oczekiwać 2016
  • Przestały oczekiwać 2017
  • Przestały oczekiwać 2018
  • Przestały oczekiwać 2019
  • Przestały oczekiwać 2020
  • Przestały oczekiwać 2021
  • Polityka prywatności
  • Przestały oczekiwać 2022
  • Przestały oczekiwać 2023
  • Przestały oczekiwać 2024
  • Przestały oczekiwać 2025
  • Przestały oczekiwać 2026
Menu

Miłość z deadlinem (Dorit Rabinyan, „Żywopłot”)

Posted on 6 lipca 20176 października 2017 by Piotr (zacofany.w.lekturze)

Żywopłot

Historia Romea i Julii eksploatowana jest od stuleci w coraz to nowszych wariantach i dekoracjach. Dorit Rabinyan postawiła na Julię Żydówkę i Romea Palestyńczyka. Weronę zastąpiła zimowym Nowym Jorkiem, a rodowe niesnaski – wrogością dwóch narodów. Nie powiem, to mogło się udać. Ba!, zdaniem choćby Amosa Oza udało się wręcz nadzwyczajnie. Tyle że nie. Jednak coś nie wyszło.

Liat przyjechała z Izraela do Nowego Jorku na stypendium. Poznaje tam Palestyńczyka Hilmiego, malarza, i pod wpływem impulsu idzie z nim do jego pracowni. Chłopak ją fascynuje od pierwszej chwili, rozmawiają, opowiadają o sobie, lądują w łóżku. Liat czuje, że to coś więcej niż przelotna znajomość, i szybko uznaje, że lepiej dla nich obojga będzie zerwać, nim narodzi się coś poważniejszego. Nie znajduje jednak na to siły. Miłość Liat i Hilmiego rozkwita w mroźnym Nowy Jorku, choć oboje, w miarę upływu czasu i zbliżającego się wyjazdu dziewczyny, coraz lepiej wiedzą, że ich związek nie przetrwa przenosin z zimowej Ameryki na upalny Bliski Wschód. To miłość „z deadlinem, z włączonym stoperem”, niemożliwa tam, w domu. Nad uczuciem, szczególnie ze strony Liat, zaczyna dominować poczucie winy: w końcu jej ukochany jest Arabem, wrogiem. Co powiedzą rodzice? Sąsiedzi? Związek z Hilmim staje się czymś wstydliwym. Bliscy Palestyńczyka też nie bardzo sobie wyobrażają ich przyszłość. „Nie jesteśmy tak naprawdę tylko we dwoje, jak chcielibyśmy w to wierzyć. Nawet w tym olbrzymim mieście, daleko od domu […] nie leżymy tutaj sami”.

Kiedy do głosu coraz silniej zaczyna u Liat dochodzić świadomość, że związek z Hilmim nie ma przyszłości, że dzieli ich bolesny i nierozwiązywalny konflikt między narodami, dziewczyna skupia się na sobie, zamiast na nich obojgu; wstydzi się chłopaka, kocha go, rozczarowuje się nim, czuje, jak wyrasta między nimi mur, „żywopłot z kolczastej opuncji” – płot symboliczny, ale i realny, jak ten budowany między Izraelem a Zachodnim Brzegiem. Ciekawe, że Liat tylko przelotnie rozważa możliwość pozostania w Stanach Zjednoczonych, by ocalić związek z Hilmim. Nie potrafi wznieść się nad wpojone w nią przekonania, podziały plemienne, zrezygnować z poczucia wyższości. Rabinyan pisała dla Izraelczyków, którym te kwestie są doskonale znane; oni pewnie nie mają problemów z wczuciem się w sytuację Liat – ja niestety te jej wątpliwości tłumaczyłem na jej niekorzyść, wątpiąc w szczerość uczucia.

Opis rodzącej się miłości, pierwszych spojrzeń, dotknięć, wspólnych chwil jest bardzo intensywny. Pierwsze sto stron „Żywopłotu” jest całkiem zgrabnie skrojone, choć Amos Oz z przesadą pisze o „eleganckiej historii miłosnej, nakreślonej precyzyjnie delikatną kreską”. Mnie szczególnie urzekły opisy Nowego Jorku: ulic, ludzi, sklepów, jakieś drobne epizody zaobserwowane przez bohaterów podczas spacerów czy z ich udziałem. Umiejętność tworzenia takich migawek świadczy o darze obserwacji i ciekawości świata. Później jest jednak coraz gorzej: środkowe partie książki pod względem języka popadają czasem w banał, czasem w pretensjonalność, a gdy mowa o losach Izraelczyków i Palestyńczyków – w zgrzytliwą deklaratywność. Obszerne partie rozważań o sytuacji obu narodów brzmią momentami wręcz publicystyczne i są zwyczajnie nudnawe.

Myślę, że i to jakoś bym przełknął w oczekiwaniu na nieuchronny unhappy end. Tu zamierzam zdradzić to i owo, gdyby więc ktoś chciał mimo wszystko czytać „Żywopłot”, niech tu skończy. Wiadomo, że historia Romea i Julii nie może się skończyć dobrze i Rabinyan nie zamierzała tu nic zmieniać. Rozegrała to jednak w sposób, który mnie zaskoczył. Negatywnie. Wszystkim piszącym powinno być wiadomo, że strzelba, która w pierwszym akcie wisi nad kominkiem, musi wystrzelić w ostatnim. Tak mówi stara zasada. Gdybym nie zajrzał do biografii Dorit Rabinyan, stwierdziłbym, że była nieobecna na zajęciach, gdy wykładowca kreatywnego pisania o tym wspominał. Albo też uznała, że chce być na siłę oryginalna. Albo nie zamierzała obarczać swych rodaków brzemieniem winy za końcową tragedię. W każdym razie unoszący się niczym fatum nad bohaterami jej książki konflikt żydowsko-palestyński staje się ostatecznie jedynie elementem scenografii, mającym przekonać czytelnika, że czyta coś więcej niż tylko romans, że bohaterowie nie są jednostkami obdarzonymi wolną wolą, ale piórkami miotanymi geopolitycznymi wichrami. Całe strony rozważań o sytuacji historycznej, politycznej i społecznej, wprowadzanie nastroju napięcia, podkreślanie żywej niechęci, wręcz nienawiści między Izraelczykami i Palestyńczykami powinny doprowadzić do dramatycznej kulminacji: miałem wizję śmierci kochanków, albo chociaż jednego z nich, w zamachu bombowym czy od strzałów wojskowego patrolu; albo samobójstwa, gdy odium niechęci otoczenia stanie się zbyt nieznośne, czy chociaż samotnego życia w zgorzknieniu po dwóch stronach tytułowego „żywopłotu”. Jasne, byłby to melodramat, ale przynajmniej jakoś wynikający z fabuły, z uwarunkowań, o których tyle czytaliśmy. Rabinyan jednak postanowiła wykorzystać niemal jeden do jednego wątki z własnej biografii i stworzyła melodramat nijak związany z całą resztą. To, co wydarzyło się w życiu, po przeniesieniu do powieści nie okazało się dobrą literaturą. Pisarka miała prawo przepracować swoje traumy w ten sposób. Moje prawo uznać, że nie stworzyła przez to dobrej książki.

Dorit Rabinyan, Żywopłot, tłum. Agnieszka Olek, Smak Słowa 2016.

„Żywopłot” budził spore zainteresowanie. Pisali o nim m.in.: Buk nocą, Cocteau & Co, Czytaj od lewej, Bernadetta Darska, Krytycznym okiem, Owca z książką,

Udostępnij:

  • Kliknij by wydrukować (Otwiera się w nowym oknie) Drukuj
  • Kliknij, aby wysłać odnośnik e-mailem do znajomego (Otwiera się w nowym oknie) E-mail
  • Kliknij, aby udostępnić na Facebooku (Otwiera się w nowym oknie) Facebook
  • Kliknij, aby udostępnić na WhatsApp (Otwiera się w nowym oknie) WhatsApp
  • Kliknij, aby udostępnić na Threads (Otwiera się w nowym oknie) Threads
  • Kliknij, aby udostępnić na Bluesky (Otwiera się w nowym oknie) Bluesky

Dodaj do ulubionych:

Lubię Wczytywanie…

19 thoughts on “Miłość z deadlinem (Dorit Rabinyan, „Żywopłot”)”

  1. Bazyl pisze:
    6 lipca 2017 o 15:28

    Za każdym razem kiedy czytałem książkę Izraelczyka/lki, to jest w tym pisaniu (czy to beletrystyka czy non fiction), taki specyficzny dżings wynikający z przekonania o byciu narodem wybranym. Przynajmniej ja tak to sobie tłumaczę :)

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      6 lipca 2017 o 17:52

      Nie mam doświadczenia z izraelskimi pisarzami, ale tak się zastanawiam, czy to przekonanie z czasów biblijnych, czy raczej zaszczepione na świeżo po założeniu Izraela w ramach działań jednoczących społeczeństwo.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
      1. Bazyl pisze:
        7 lipca 2017 o 07:53

        Raczej to drugie, ale oczywiście wzmocnione echem tego pierwszego. I jak to nie masz? Nawet w tłumaczonym przez Was „Mossadzie” ten dżings jest wyraźnie widoczny :P

        Wczytywanie…
        Odpowiedz
        1. zacofany.w.lekturze pisze:
          7 lipca 2017 o 07:58

          Serio? Wydawało mi się, że Mossad to ma raczej przekonanie, że jest najlepszą tajną służbą, a niekoniecznie narodem wybranym :)

          Wczytywanie…
          Odpowiedz
          1. Bazyl pisze:
            7 lipca 2017 o 08:16

            Kurczę, no nie umiem tego dobrze wytłumaczyć :(

            Wczytywanie…
            Odpowiedz
            1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
              7 lipca 2017 o 08:20

              Spoko, wiem, o co ci chodzi, bo to widać w Żywopłocie, główna bohaterka ma tam właśnie refleksje w stylu „nasz cywilizowany/wyższy styl życia”. Natomiast nie widziałem tego w Mossadzie, gdzie agenci byli raczej dumni przede wszystkim z własnej sprawności, ewentualnie w drugiej kolejności z tego, że oni, Żydzi, mogą ścigać zbrodniarzy etc.

              Wczytywanie…
              Odpowiedz
              1. Bazyl pisze:
                7 lipca 2017 o 08:34

                Ale były też wtyki o ratowaniu zachodniej cywilizacji i takie „gdyby nie my to hohoho” i co rozdział wymienianie „nasz największy wróg”, podczas gdy ja myślałem, że największy to może być tylko jeden. Takie właśnie, jak to zgrabnie ująłeś poniżej, dęcie w trąby. Zadęcie nawet :P Ale to pewnie dotyczy wszystkich choć trochę „zadętych” pisarzy, bez względu na nację, a ja miałem akurat pecha trafić tak jak trafiłem i nie była to próbka reprezentatywna :D

                Wczytywanie…
                Odpowiedz
                1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
                  7 lipca 2017 o 08:39

                  Jesteś na świeżo, to pamiętasz więcej detali. No to w takim razie tak, to jest to właśnie.

                  Wczytywanie…
                2. Bazyl pisze:
                  7 lipca 2017 o 13:28

                  Aż dziw w ogóle, że książka zawierała również opisy nieudanych akcji :P A tak zupełnie na marginesie, to trzeba przyznać, że akcje mieli naprawdę nieziemskie. Niestety opisane były tak sobie :P

                  Wczytywanie…
                3. visage zacofany.w.lekturze pisze:
                  7 lipca 2017 o 13:36

                  Panowie autorzy okropnie byli chaotycznie, ale może to celowo – tajemnica służbowa :P

                  Wczytywanie…
                4. czytankianki pisze:
                  7 lipca 2017 o 12:34

                  Bazyl, uważasz, że Oz też tak ma?

                  Wczytywanie…
                5. Bazyl pisze:
                  7 lipca 2017 o 13:34

                  Oza nie znam, poza bodaj jedną książką, której tytułu nawet nie pamiętam (a może tylko przeglądałem), więc trudno mi cokolwiek powiedzieć. Ale w „Córce rabina” też to mi gdzieś tam zgrzytało. Z tym, że akurat w tej książce bohaterka była w ogóle tak rozchwiana i tak dęła we wszystkie możliwe trąby, że nie wytrzymałem jej towarzystwa i nie dokończyłem lektury :P

                  Wczytywanie…
                6. czytanki.anki pisze:
                  10 lipca 2017 o 19:43

                  Wydaje mi się, że akurat Oz jest dość powściągliwy. ;)

                  Wczytywanie…
  2. czytankianki pisze:
    6 lipca 2017 o 15:43

    Całkowicie zgadzam się z Twoją opinią.
    Byłam zaskoczona, że po bodaj 10 latach od tragedii autorka nie nabrała dystansu, który pozwoliłby opowiedzieć tę historię „elegancko i precyzyjną kreską”.;( Wyszło coś ckliwego, a potencjał był ogromny.
    Mnie też podobały się opisy miejsc, miały swój klimat.

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      6 lipca 2017 o 17:53

      Moim zdaniem, albo powinna napisać kameralną historię miłosną, albo wielką tragedię miłosno-narodową. Niezdecydowanie w tej kwestii skończyło się, jak się skończyło. Przy czym zdecydowanie wolałbym coś kameralnego, bo tu miała coś do powiedzenia. Niestety dęcie w patriotyczne trąby wyszło okropnie.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
  3. czytanki.anki pisze:
    6 lipca 2017 o 19:24

    Tak, kameralna wersja byłaby z korzyścią dla całości.
    Domyślam się, że powieść jest swoistym hołdem dla byłego narzeczonego, ale prawda niestety fatalnie wygląda na papierze.;(

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      6 lipca 2017 o 19:27

      Zdecydowanie wielka szkoda, że nie zdecydowała się tego jakoś przetworzyć. Trochę współczuję izraelskim licealitom, że mają to na liście lektur, chociaż sądzę, że raczej jako książkę o przełamywaniu uprzedzeń niż jako dobrą literaturę. Z recenzji, które przejrzałem, tylko Cocteau & Co ma wrażenia podobne do naszych.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
  4. Pożeracz pisze:
    10 lipca 2017 o 01:57

    Ode mnie zaś uwaga okołoszekspirowska. Zawsze mnie fascynowało to, jak często Bard podkradał pomysły innym. Niby kultura remiksu to rzecz współczesna, ale Szekspir miał remiks opanowany po mistrzowsku.

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage zacofany.w.lekturze pisze:
      10 lipca 2017 o 17:50

      Szczęśliwie żył w czasach bez dyktatu praw autorskich :D Zresztą cała wcześniejsza literatura i duża część późniejszej też sobie podkrada, co tylko się da.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz

OdpowiedzAnuluj pisanie odpowiedzi

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Zaprenumeruj ten blog przez e-mail

Wprowadź swój adres email, aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Wyszukiwanie

Instagram

Jest 5 stycznia, jest impreza. Piętnaste urodziny bloga, który co prawda dalej haniebnie zaniedbuję i który czytają tylko najwytrwalsi z wytrwałych, ale który trwa sobie, bo kto mu zabroni... Zapraszam więc na tradycyjne podsumowanie ubiegłego roku z tradycyjną częścią nieoficjalną. Całość na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Jest 5 stycznia, jest impreza. Piętnaste urodziny bloga, który co prawda dalej haniebnie zaniedbuję i który czytają tylko najwytrwalsi z wytrwałych, ale który trwa sobie, bo kto mu zabroni... Zapraszam więc na tradycyjne podsumowanie ubiegłego roku z tradycyjną częścią nieoficjalną. Całość na blogu, link w bio.
1 tydzień ago
View on Instagram |
1/5
Potencjalnych czytelników hardohordzianej (hardohordziej?) antologii „Cztery trupy w barszcz” ostrzegam, że nieprzyzwyczajonym zaszkodzić może stężenie bożonarodzeniowej atmosfery podkreślonej w opowiadaniach Anety Jadowskiej i Magdaleny Kubasiewicz potężną dawką akcesoriów rodem z hallmarkowego filmu świątecznego. Pomijając to głębokie zanurzenie w barszczykach, sernikach, grzańcach i brokatowych bombkach, obie autorki napisały całkiem zgrabne historie kryminalne z dodatkiem elementów pokrzepienia duchowego. Marta Kisiel z kolei pokazała, ile determinacji i oblizanych pierniczków potrzeba, żeby święta w ogóle mogły się odbyć, a także jak bardzo ostrożnie należy obchodzić się z bigosem. Milena Wójtowicz szczęśliwie darowała sobie bożonarodzeniowe klimaty, choć podkreśliła magiczną moc tego okresu oraz stworzyła postać wiedźmy włosingowej, specjalistki od rozczesywania kołtuna. Cały tom jest bardzo udany, podobnie jak drugi tom wampirzych opowieści Wójtowicz. „W cieniu dnia” to dalszy ciąg losów Aśki zmienionej w wampirzycę i, trochę wbrew woli, w przywódczynię wampirzego gniazda. Bohaterka i jej znajomi dynamicznie badają możliwości stwarzane przez nowe (nie)życie, ze szczególnym uwzględnieniem kimchi jako broni ofensywnej. Zabawne, bezpretensjonalne, może trochę miejscami chaotyczne, ale zrzućmy to na dezorientację, jaką budzi u bohaterów sos czosnkowy i zapach wilkołaków.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Potencjalnych czytelników hardohordzianej (hardohordziej?) antologii „Cztery trupy w barszcz” ostrzegam, że nieprzyzwyczajonym zaszkodzić może stężenie bożonarodzeniowej atmosfery podkreślonej w opowiadaniach Anety Jadowskiej i Magdaleny Kubasiewicz potężną dawką akcesoriów rodem z hallmarkowego filmu świątecznego. Pomijając to głębokie zanurzenie w barszczykach, sernikach, grzańcach i brokatowych bombkach, obie autorki napisały całkiem zgrabne historie kryminalne z dodatkiem elementów pokrzepienia duchowego. Marta Kisiel z kolei pokazała, ile determinacji i oblizanych pierniczków potrzeba, żeby święta w ogóle mogły się odbyć, a także jak bardzo ostrożnie należy obchodzić się z bigosem. Milena Wójtowicz szczęśliwie darowała sobie bożonarodzeniowe klimaty, choć podkreśliła magiczną moc tego okresu oraz stworzyła postać wiedźmy włosingowej, specjalistki od rozczesywania kołtuna. Cały tom jest bardzo udany, podobnie jak drugi tom wampirzych opowieści Wójtowicz. „W cieniu dnia” to dalszy ciąg losów Aśki zmienionej w wampirzycę i, trochę wbrew woli, w przywódczynię wampirzego gniazda. Bohaterka i jej znajomi dynamicznie badają możliwości stwarzane przez nowe (nie)życie, ze szczególnym uwzględnieniem kimchi jako broni ofensywnej. Zabawne, bezpretensjonalne, może trochę miejscami chaotyczne, ale zrzućmy to na dezorientację, jaką budzi u bohaterów sos czosnkowy i zapach wilkołaków.
2 tygodnie ago
View on Instagram |
2/5
Na kilka dni przed piętnastymi urodzinami bloga (ależ ten czas leci!) zapraszam na tradycyjny końcoworoczny przegląd najchętniej czytanych wpisów. Co prawda, słupki statystyk na blogu w tym roku raczej nie były wysokie, ale zestawienie wyszło całkiem zacne. Czytajcie, nadrabiajcie, jeśli coś Was ominęło! No i oczywiście niech Wam się wiedzie w nowym roku!
Cały tekst już na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Na kilka dni przed piętnastymi urodzinami bloga (ależ ten czas leci!) zapraszam na tradycyjny końcoworoczny przegląd najchętniej czytanych wpisów. Co prawda, słupki statystyk na blogu w tym roku raczej nie były wysokie, ale zestawienie wyszło całkiem zacne. Czytajcie, nadrabiajcie, jeśli coś Was ominęło! No i oczywiście niech Wam się wiedzie w nowym roku! Cały tekst już na blogu, link w bio.
2 tygodnie ago
View on Instagram |
3/5
Popielątko marzy o pójściu na królewski bal, kot w butach doprowadza młynarczyka do ślubu z królewską córką, krwawa kiszka jest hersztem zbójców dybiących na wątrobiankę, królewny uprawiają seks przedmałżeński, książęta są zaklęci w żaby albo lwy, głupi bracia okazują się najmądrzejsi, a odcinanych kończyn i wyłupywanych oczu wprost nie da się zliczyć. Nic tu nie jest uładzone, nie zawsze wszystko ma ręce i nogi (i fizycznie, i metaforycznie), a potężna dawka absurdu, czarnego humoru i makabry sprawia, że ten wybór z pierwszej edycji baśni braci Grimm niezbyt nadaje się dla dzieci, ale dorosłym może dać mnóstwo uciechy, szczególnie że nie unosi się nad nim dydaktyczny smrodek, za to mnóstwo tu niczym nieskrępowanej fantazji. Fabularne rozwichrzenie idealnie podkreślają ilustracje Michaliny Jurczyk, pełne detali, na które warto zwrócić uwagę. Znakomity przekład Elizy Pieciul-Karmińskiej oddaje naturalność i jędrność języka tych baśni.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Popielątko marzy o pójściu na królewski bal, kot w butach doprowadza młynarczyka do ślubu z królewską córką, krwawa kiszka jest hersztem zbójców dybiących na wątrobiankę, królewny uprawiają seks przedmałżeński, książęta są zaklęci w żaby albo lwy, głupi bracia okazują się najmądrzejsi, a odcinanych kończyn i wyłupywanych oczu wprost nie da się zliczyć. Nic tu nie jest uładzone, nie zawsze wszystko ma ręce i nogi (i fizycznie, i metaforycznie), a potężna dawka absurdu, czarnego humoru i makabry sprawia, że ten wybór z pierwszej edycji baśni braci Grimm niezbyt nadaje się dla dzieci, ale dorosłym może dać mnóstwo uciechy, szczególnie że nie unosi się nad nim dydaktyczny smrodek, za to mnóstwo tu niczym nieskrępowanej fantazji. Fabularne rozwichrzenie idealnie podkreślają ilustracje Michaliny Jurczyk, pełne detali, na które warto zwrócić uwagę. Znakomity przekład Elizy Pieciul-Karmińskiej oddaje naturalność i jędrność języka tych baśni.
3 tygodnie ago
View on Instagram |
4/5
W potoku słów, jaki Cher wygenerowała w pierwszym tomie swojej autobiografii, niemal ginie to, co w tej opowieści najważniejsze: historia dziewczyny, która wbrew traumom, bez wsparcia i właściwych wzorców, próbuje się wybić, a gdy już jej się udaje, musi jeszcze nauczyć się decydować o sobie. Cały tekst już na blogu, link w bio.
Przekład Adam Tuz
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
W potoku słów, jaki Cher wygenerowała w pierwszym tomie swojej autobiografii, niemal ginie to, co w tej opowieści najważniejsze: historia dziewczyny, która wbrew traumom, bez wsparcia i właściwych wzorców, próbuje się wybić, a gdy już jej się udaje, musi jeszcze nauczyć się decydować o sobie. Cały tekst już na blogu, link w bio. Przekład Adam Tuz
3 tygodnie ago
View on Instagram |
5/5
zajrzyj na instagram

Blog o książkach, blog z recenzjami książek, recenzje klasyki,
książki recenzje

Pozycjonowanie strony: VD.pl

© 2026 Zacofany w lekturze | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme
Ta strona używa ciasteczek (cookie)Rozumiem Chcę wiedzieć więcej
Polityka prywatności

Privacy Overview

This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary
Always Enabled
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Non-necessary
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.
SAVE & ACCEPT
 

Wczytywanie komentarzy...
 

    %d