Skip to content

Zacofany w lekturze

Blog Piotra Chojnackiego. Książki nowe, stare, znane i zupełnie zapomniane, pełna swoboda wyboru.

Menu
  • Strona główna
  • O mnie
  • Powieści młodzieżowe PRL
  • Przestały oczekiwać 2011
  • Przestały oczekiwać 2012
  • Przestały oczekiwać 2013
  • Przestały oczekiwać 2014
  • Przestały oczekiwać 2015
  • Przestały oczekiwać 2016
  • Przestały oczekiwać 2017
  • Przestały oczekiwać 2018
  • Przestały oczekiwać 2019
  • Przestały oczekiwać 2020
  • Przestały oczekiwać 2021
  • Polityka prywatności
  • Przestały oczekiwać 2022
  • Przestały oczekiwać 2023
  • Przestały oczekiwać 2024
  • Przestały oczekiwać 2025
  • Przestały oczekiwać 2026
Menu

Rodzina od kuchni (Anya von Bremzen, „Szarlotka Lenina”)

Posted on 15 czerwca 201815 czerwca 2018 by Piotr (zacofany.w.lekturze)

Szarlotka LeninaNie dane mi było nigdy (może na szczęście) popróbować kuchni radzieckiej. Wystarczy, że szkolna wycieczka do Wilna na początku lat dziewięćdziesiątych dostarczyła pod tym względem wrażeń mocno wstrząsających: w eleganckim hotelu karmiono nas gliniastym razowcem, do którego za jedyny dodatek służył pełen chrząstek salceson. Pojęcia nie mam, co dostawaliśmy na obiad, ale wszyscy potem dojadaliśmy na mieście, a hitem był bar mleczny, w którym na zapleczu stała maszyna do smażenia naleśników zaopatrzona w taśmociąg!

Gospodarka niedoboru

To jednak, co turystów bawiło lub denerwowało swoją egzotyką, dla milionów obywateli ZSRR było codziennością: stałe niedobory, kilometrowe kolejki, brak opakowań, a okresowo kartki. Kulejąca gospodarka nie nadążała z dostarczaniem nawet podstawowych artykułów żywnościowych, a dystrybucja tych ich niewielkich ilości, które były dostępne, stawała się narzędziem kontroli politycznej: wielkie ośrodki przemysłowe, największe miasta uprzywilejowywano kosztem wsi czy mniejszych miast – co w sytuacjach ekstremalnych prowadziło do masowego głodu. Z siedmiu dziesięcioleci istnienia Związku Radzieckiego każde miało swoją specyfikę kuchenną, odzwierciedlającą sytuację polityczno-gospodarczą i aktualne prądy ideologiczne. Bo w ZSRR nawet kwestie gastronomiczne miały służyć kształtowaniu społeczeństwa zgodnie z planami władz. W radzieckim chaosie nic z tego nie wyszło, w dziedzinie żywienia panował taki sam bałagan jak we wszystkich innych; władza miała swoje sekretne sklepy zaopatrzone we wszystko, a szary obywatel musiał kombinować, żeby wykarmić rodzinę.

Za czym kolejka ta stoi…

Bez wątpienia natomiast władzy radzieckiej udało się jedno: zniszczyć klasyczną rosyjską kulturę kulinarną, opiewaną w literaturze, której symbolem przewijającym się przez całą książkę Anyi von Bremzen jest kulebiak: wysoki, wielowarstwowy, nadziewany różnościami i pięknie zdobiony. Na dziesięciolecia mroczny przedmiot pożądania, nie do przygotowania z nędznych produktów i w kuchniach komunalnych mieszkań. Po rewolucji obywatele mieli zostać uwolnieni z przyziemnej troski o jadło, żywić się w stołówkach i jadłodajniach, a zaoszczędzony czas przeznaczać na budowę nowego społeczeństwa, tymczasem spędzali je w kolejkach po wszystko.

Oczeried’ (kolejka) spełniała rolę egzystencjalnej kładki nad przepaścią, łącznika między osobistymi pragnieniami a zbiorową dostępnością uzależnioną od kaprysów scentralizowanej dystrybucji. Był to jednocześnie sposób porządkowania socjalistycznej rzeczywistości, pełen adrenaliny krwawy sport oraz specyficznie sowiecki los, mówiąc słowami pewnego socjologa. Albo pomyślmy o oczeriedi jako metaforze drogi życiowej obywatela: rozpoczyna on stanie w kolejce od działu rejestrowania urodzin, a kończy na liście oczekujących na przyzwoite miejsce na cmentarzu.

Saga kuchenna

„Szarlotka Lenina”, mimo nieciekawego tytułu i takiejże okładki, to barwne i wciągające wspomnienia rodzinne autorki z czasów radzieckich. Począwszy od lat dwudziestych, opowiada o swojej rodzinie, osią tej sagi czyniąc kwestie kuchenne: co gotowali, jak sobie radzili w trudnej rzeczywistości, jak się przystosowywali. Dziadkowie ze strony matki: odescy Żydzi, dziadek wojskowy wywiadowca; babka po mieczu: „wojenna wdowa ze skłonnością do wódki, klnąca, grająca w bilard i karty, a do tego czynna zawodowo (urbanistyka) i jeszcze czynniejsza w życiu miłosnym”. Matka Ani: wielbicielka Prousta, dysydentka programowo nieprzyjmująca do wiadomości istnienia ZSRR, do tego stopnia, że nie pozwalała córce uczyć się w przedszkolu wierszyków o Leninie. Ojciec: lekkoduch ze skłonnością do alkoholu, zatrudniony do czasu w instytucie zajmującym się konserwacją mumii Lenina. Iście wybuchowa mieszanina. Bremzen (która w 1974 roku wyemigrowała z matką do Stanów Zjednoczonych, gdzie została autorką książek i programów kulinarnych) jak wytrawna kucharka łączy składniki: rodzinne wspomnienia i anegdoty z informacjami o historii i życiu codziennym w ZSRR, doprawiając wszystko humorem, odrobiną goryczy i melancholii. Czyta się to znakomicie, w czym duża zasługa tłumaczki, Aleksandry Czwojdrak, która opatrzyła też książkę użytecznymi przypisami. Książka o dziejach państwa i rodziny z perspektywy kuchni nie byłaby pełna bez przepisów na dania, które symbolizują poszczególne dekady dziejów radzieckich: kulebiaka, gefilte fisz, blinów czy barszczu – w autorskich wersjach – a przede wszystkim bez nieśmiertelnej sałatki Olivier, bez której nie mogło się obyć żadne radzieckie przyjęcie: wariacji na temat znanej nam sałatki jarzynowej, tyle że z dodatkiem mięsa lub wędliny, zależnie od tego, co akurat rzucili do sklepu. Obowiązkowo z kwaśnym majonezem „Prowansal”, gdyż kapitalistyczny „Hellmann’s” zdecydowanie psuje smak warzywno-mięsnej kompozycji swoją słodyczą.

Anya von Bremzen, Szarlotka Lenina i inne sekrety kuchni radzieckiej, tłum. Aleksandra Czwojdrak, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego 2016.

O książce pisała też Czytanki Anki.

Udostępnij:

  • Kliknij by wydrukować (Otwiera się w nowym oknie) Drukuj
  • Kliknij, aby wysłać odnośnik e-mailem do znajomego (Otwiera się w nowym oknie) E-mail
  • Kliknij, aby udostępnić na Facebooku (Otwiera się w nowym oknie) Facebook
  • Kliknij, aby udostępnić na WhatsApp (Otwiera się w nowym oknie) WhatsApp
  • Kliknij, aby udostępnić na Threads (Otwiera się w nowym oknie) Threads
  • Kliknij, aby udostępnić na Bluesky (Otwiera się w nowym oknie) Bluesky

Dodaj do ulubionych:

Lubię Wczytywanie…

18 thoughts on “Rodzina od kuchni (Anya von Bremzen, „Szarlotka Lenina”)”

  1. czytanki anki pisze:
    15 czerwca 2018 o 14:15

    Do dzisiaj ciepło wspominam lekturę tej książki.

    Z kuchni rosyjskiej – marzą mi się prawdziwe bliny. I w ogóle jestem zdania, że znalazłoby się sporo potraw, które Polakom by przypadły do gustu, mamy raczej dość podobne smaki.

    Natomiast będąc w Wilnie jadłam chyba pierogi i najbardziej zapamiętałam smak śmietany – był nieziemski.;)

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      15 czerwca 2018 o 14:45

      Szkoda, że ta Szarlotka przepadła, chyba tylko Ty o niej pisałaś.
      Na bliny to do dobrej restauracji, ten przepis z książki wygląda na dość skomplikowany, o ile pamiętam. Natomiast wspólnota smaków na pewno, szczególnie tych kresowych. Z Wilna pamiętam te naleśniki, chyba z nadzieniem do ruskich, poza tym mandarynki i ten nieszczęsny salceson. Ciekawe, co nam dawali na obiad, skoro tak zupełnie to wyparłem.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
  2. Bazyl pisze:
    15 czerwca 2018 o 15:04

    Ech, te majonezy! No wiadomo, że Kielecki, ale słyszałem też o innych regionalnych małmazjach i aż mam chęć na test porównawczy, tylko materiału brak :P Co do tworzenia zupy z gwoździa, to nasze Mamy też osiągnęły w temacie biegłość nie byle jaką. Moja, w pośpiechu zostawiona bez składników na cokolwiek i tak zawsze czeka z czymś gorącym na stół. Cuda! :D

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      15 czerwca 2018 o 19:34

      Jeszcze lepszy jest Kętrzyński, ale u nas nie do dostania, niestety. Mam wrażenie, że jednak naszym babciom i mamom było trochę łatwiej, przynajmniej ziemniaków nie brakowało, dziadek ze wsi parę jajek podrzucił albo i kawałek schabu i jakoś szło.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
      1. Bazyl pisze:
        18 czerwca 2018 o 09:27

        Gdzieś, kiedyś czytałem bój zażarty, internetowy o majonezach właśnie. I był na placu, oprócz tu wymienionych, jeszcze jeden zawodnik, ale nie pomnę jego miana :( A za PRL-u to jeśli nie dziadek, to instytucja tzw. baby ze wsi ratowała miastowe gospodynie, wożąc jaja i rąbankę jak za Niemca, pod paltotem. Słynne, tu jest kiosk Ruchu, ja tu mięso mam, nie wzięło się znikąd :)

        Wczytywanie…
        Odpowiedz
        1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
          18 czerwca 2018 o 09:32

          Baba z cielęciną :P Myśmy mieli dziadka na wsi, to baba nam nie była potrzebna :) Majonez zaś ponoć najlepszy domowy, ale w życiu się nie odważyłem ukręcić.

          Wczytywanie…
          Odpowiedz
          1. Bazyl pisze:
            18 czerwca 2018 o 09:48

            Myśmy ogólnie byli na wsi, więc też nie :P A człowiek jakoś tego niedostatku nie zauważał. Tu się poszło na czereśnie, tu się zagryzło zieloną papierówką i tak wiosna, lato i jesień zlatywały. A zimą chleb z masłem i cukrem (jak był) i też uszło :) Za „słodyczami” made in PRL ponoć nie przepadałem i wykupione (bo szkoda kartek) albo leżały aż zbielały, albo trafiały do brzuszków koleżeństwa :)

            Wczytywanie…
            Odpowiedz
            1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
              18 czerwca 2018 o 09:50

              Szczaw i mirabelki :) Szczaw zbierał dziadek na zupę, a my mirabelki na kompot/ Ale słodycze nawet made in PRL to lubiłem.

              Wczytywanie…
              Odpowiedz
  3. czytanki anki pisze:
    18 czerwca 2018 o 14:48

    Tak, książka najwyraźniej przepadła, a miała szansę stać się przebojem. Śmiem twierdzić, że okładka trochę o tym przesądziła.;(
    Salceson – wiem, że dzisiaj niektórzy się tym zajadają, mnie jakoś nie kusi.;( Musiałabym jeść z zamkniętymi oczami.;(

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      18 czerwca 2018 o 14:50

      Mam wrażenie, że cała ta seria jakoś przechodzi bez echa, mimo sporej liczby recenzji blogowych – które się jednak skupiają na wybranych kilku tytułach.
      Salceson odpada, chociaż ponoć dobrze zrobiony to zupelnie coś innego niż to, czym próbowano mnie karmić w dzieciństwie. Ale uraz mam zbyt duży :P

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
  4. czytanki anki pisze:
    18 czerwca 2018 o 15:41

    W moich bibliotekach seria Mundus cieszy się popularnością, na książkę o Danii były liczne zapisy.;) A jest tu przecież tyle innych fajnych tytułów.
    Mnie nie próbowano karmić salcesonem, ale wygląd zawsze mnie jakoś odstręczał. Podobnie jak samo napomknięcia o śledziu w śmietanie, jakie trafiały się w podręcznikach do rosyjskiego – a jak już spróbowałam, to oderwać się nie mogłam.;) Ale oczywiście wolę w majonezie, niekoniecznie Prwansalu.;)

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      18 czerwca 2018 o 17:00

      No chyba przez tę mnogość tytułów recenzenci nie wyrabiają :)
      Śledź w śmietanie jest pycha – serio było o nim w podręcznikach do rosyjskiego? Nie pamiętam w ogóle żadnych śledzi.

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
  5. czytanki anki pisze:
    19 czerwca 2018 o 13:35

    W mojej czytance w podstawówce był śledź.;) Innych specjałów nie pamiętam, a przecież o zakupach albo rodzinnym obiedzie/kolacji musiała być mowa.

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      19 czerwca 2018 o 13:42

      Chleb był na pewno, kiełbasa, owoce (bo myliła mi się truskawka z poziomką) i warzywa. Śledzie musiałem wyprzeć, dopiero z „Szarlotki” się dowiedziałem, jak to jest po rosyjsku :D

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
  6. czarny.pieprz pisze:
    20 czerwca 2018 o 03:51

    Ach, kuchnia radziecka! Pamiętam, pamiętam! Do ZSRR jeździłam od lat 70-tych, jeszcze mikrym pacholęciem będąc (to dawne ZSRR to także Mińsk, Tbilisi, Samarkanda, Buchara, Wilno itp. itd), i miałam okazję jadać zarówno to co zwykli Rosjanie mieli w domu, jak i to co podawali w hotelach dla innostrańców, do których taki zwykły Rosjanin wstępu nie miał, no chyba, że był dygnitarzem, albo wysoko postawionym wojskowym. Dziwiło mnie , że w porze obiadu restauracje były zamknięte, bo przecież pracownicy też musieli iść na obiad.:-)))) W ZSRR jadłam po raz pierwszy kawior, i pierwszy raz piłam kwas chlebowy, ach, jakie to było smaczne. Najbardziej smakowały mi zupy, takie domowe szczi, albo solanka. A nasza „ciocia Lena” miała całą lodówkę wypakowaną sieljodką, i taką piękną złotą zastawę, i cały dom w kolorach złotym i bordowym, i dywany na ścianach..:-)))) I funkcję pułkownika w pewnym ważnym urzędzie, dzięki czemu i po upadku komunizmu nieźle sobie radziła, jej syn miał kilka sklepów monopolowych w Moskwie. Pamiętam rosyjskie Bieriozki, gdzie kupowaliśmy dla Rosjan towary, których oni sami sobie kupić nie mogli, bo nie mieli tam wstępu. Och, otworzył mi się worek ze wspomnieniami:-)))

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      20 czerwca 2018 o 07:52

      Co za piękne wspomnienie! Wpadnij, jeśli jeszcze coś Ci się przypomni :D

      Wczytywanie…
      Odpowiedz
  7. Małgorzata pisze:
    22 czerwca 2018 o 17:03

    Nie byłam świadoma istnienia serii. Uwielbiam rosyjską kuchnię – w Petersburgu żywiłam się blinami z takich kiosków na ulicach – za to bliny były z kawiorem. Cudowne. Z kawiorem były niestety najdroższe, ale miałam oszczędności, bo w muzeach i pałacach bilety wstępu dostawałam bez pytania dla grażdan (dla innostancew są wyższe ceny). Nie ma to jak swojska wschodnia uroda.
    Muszę przeczytać. Mówicie, że biblioteki mają? Jakoś nie widzę e-booków, a na papierze nie kupię.

    Wczytywanie…
    Odpowiedz
    1. visage Piotr (zacofany.w.lekturze) pisze:
      24 czerwca 2018 o 14:09

      Seria jest bardzo urozmiacona i chyba już dość spora, niestety bez ebooków, o ile wiem. Może wydawca uznał, że się nie opłaca.
      Bliny z kawiorem? Czysta rozpusta, ale w obliczu oszczędności na biletach to faktycznie nie było sobie co żałować. Chociaż ja za kawiorem nie bardzo :P

      Wczytywanie…
      Odpowiedz

OdpowiedzAnuluj pisanie odpowiedzi

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.

Zaprenumeruj ten blog przez e-mail

Wprowadź swój adres email, aby zaprenumerować ten blog i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Wyszukiwanie

Instagram

Narrator opowieści, wykładowca uniwersytecki, miał dość środków, żeby w obawie przed atomową zagładą zarezerwować sobie miejsce w schronie w hotelu Termush na wybrzeżu Atlantyku. Oczekiwana katastrofa nadchodzi, a gdy najgorsze przeminie, goście mogą wyjść z jaskiń, by ocenić, jak zmienił się świat. Apokaliptyczne wizje, jakie podsuwała ocalałym wyobraźnia, okazały się mylne. Tym trudniej było pojąć, że nic już nie będzie takie, jak przedtem. Cały tekst już na blogu, link w bio.
Przekład Iwona Zimnicka
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Narrator opowieści, wykładowca uniwersytecki, miał dość środków, żeby w obawie przed atomową zagładą zarezerwować sobie miejsce w schronie w hotelu Termush na wybrzeżu Atlantyku. Oczekiwana katastrofa nadchodzi, a gdy najgorsze przeminie, goście mogą wyjść z jaskiń, by ocenić, jak zmienił się świat. Apokaliptyczne wizje, jakie podsuwała ocalałym wyobraźnia, okazały się mylne. Tym trudniej było pojąć, że nic już nie będzie takie, jak przedtem. Cały tekst już na blogu, link w bio. Przekład Iwona Zimnicka
5 dni ago
View on Instagram |
1/5
Jest 5 stycznia, jest impreza. Piętnaste urodziny bloga, który co prawda dalej haniebnie zaniedbuję i który czytają tylko najwytrwalsi z wytrwałych, ale który trwa sobie, bo kto mu zabroni... Zapraszam więc na tradycyjne podsumowanie ubiegłego roku z tradycyjną częścią nieoficjalną. Całość na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Jest 5 stycznia, jest impreza. Piętnaste urodziny bloga, który co prawda dalej haniebnie zaniedbuję i który czytają tylko najwytrwalsi z wytrwałych, ale który trwa sobie, bo kto mu zabroni... Zapraszam więc na tradycyjne podsumowanie ubiegłego roku z tradycyjną częścią nieoficjalną. Całość na blogu, link w bio.
2 tygodnie ago
View on Instagram |
2/5
Potencjalnych czytelników hardohordzianej (hardohordziej?) antologii „Cztery trupy w barszcz” ostrzegam, że nieprzyzwyczajonym zaszkodzić może stężenie bożonarodzeniowej atmosfery podkreślonej w opowiadaniach Anety Jadowskiej i Magdaleny Kubasiewicz potężną dawką akcesoriów rodem z hallmarkowego filmu świątecznego. Pomijając to głębokie zanurzenie w barszczykach, sernikach, grzańcach i brokatowych bombkach, obie autorki napisały całkiem zgrabne historie kryminalne z dodatkiem elementów pokrzepienia duchowego. Marta Kisiel z kolei pokazała, ile determinacji i oblizanych pierniczków potrzeba, żeby święta w ogóle mogły się odbyć, a także jak bardzo ostrożnie należy obchodzić się z bigosem. Milena Wójtowicz szczęśliwie darowała sobie bożonarodzeniowe klimaty, choć podkreśliła magiczną moc tego okresu oraz stworzyła postać wiedźmy włosingowej, specjalistki od rozczesywania kołtuna. Cały tom jest bardzo udany, podobnie jak drugi tom wampirzych opowieści Wójtowicz. „W cieniu dnia” to dalszy ciąg losów Aśki zmienionej w wampirzycę i, trochę wbrew woli, w przywódczynię wampirzego gniazda. Bohaterka i jej znajomi dynamicznie badają możliwości stwarzane przez nowe (nie)życie, ze szczególnym uwzględnieniem kimchi jako broni ofensywnej. Zabawne, bezpretensjonalne, może trochę miejscami chaotyczne, ale zrzućmy to na dezorientację, jaką budzi u bohaterów sos czosnkowy i zapach wilkołaków.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Potencjalnych czytelników hardohordzianej (hardohordziej?) antologii „Cztery trupy w barszcz” ostrzegam, że nieprzyzwyczajonym zaszkodzić może stężenie bożonarodzeniowej atmosfery podkreślonej w opowiadaniach Anety Jadowskiej i Magdaleny Kubasiewicz potężną dawką akcesoriów rodem z hallmarkowego filmu świątecznego. Pomijając to głębokie zanurzenie w barszczykach, sernikach, grzańcach i brokatowych bombkach, obie autorki napisały całkiem zgrabne historie kryminalne z dodatkiem elementów pokrzepienia duchowego. Marta Kisiel z kolei pokazała, ile determinacji i oblizanych pierniczków potrzeba, żeby święta w ogóle mogły się odbyć, a także jak bardzo ostrożnie należy obchodzić się z bigosem. Milena Wójtowicz szczęśliwie darowała sobie bożonarodzeniowe klimaty, choć podkreśliła magiczną moc tego okresu oraz stworzyła postać wiedźmy włosingowej, specjalistki od rozczesywania kołtuna. Cały tom jest bardzo udany, podobnie jak drugi tom wampirzych opowieści Wójtowicz. „W cieniu dnia” to dalszy ciąg losów Aśki zmienionej w wampirzycę i, trochę wbrew woli, w przywódczynię wampirzego gniazda. Bohaterka i jej znajomi dynamicznie badają możliwości stwarzane przez nowe (nie)życie, ze szczególnym uwzględnieniem kimchi jako broni ofensywnej. Zabawne, bezpretensjonalne, może trochę miejscami chaotyczne, ale zrzućmy to na dezorientację, jaką budzi u bohaterów sos czosnkowy i zapach wilkołaków.
3 tygodnie ago
View on Instagram |
3/5
Na kilka dni przed piętnastymi urodzinami bloga (ależ ten czas leci!) zapraszam na tradycyjny końcoworoczny przegląd najchętniej czytanych wpisów. Co prawda, słupki statystyk na blogu w tym roku raczej nie były wysokie, ale zestawienie wyszło całkiem zacne. Czytajcie, nadrabiajcie, jeśli coś Was ominęło! No i oczywiście niech Wam się wiedzie w nowym roku!
Cały tekst już na blogu, link w bio.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Na kilka dni przed piętnastymi urodzinami bloga (ależ ten czas leci!) zapraszam na tradycyjny końcoworoczny przegląd najchętniej czytanych wpisów. Co prawda, słupki statystyk na blogu w tym roku raczej nie były wysokie, ale zestawienie wyszło całkiem zacne. Czytajcie, nadrabiajcie, jeśli coś Was ominęło! No i oczywiście niech Wam się wiedzie w nowym roku! Cały tekst już na blogu, link w bio.
3 tygodnie ago
View on Instagram |
4/5
Popielątko marzy o pójściu na królewski bal, kot w butach doprowadza młynarczyka do ślubu z królewską córką, krwawa kiszka jest hersztem zbójców dybiących na wątrobiankę, królewny uprawiają seks przedmałżeński, książęta są zaklęci w żaby albo lwy, głupi bracia okazują się najmądrzejsi, a odcinanych kończyn i wyłupywanych oczu wprost nie da się zliczyć. Nic tu nie jest uładzone, nie zawsze wszystko ma ręce i nogi (i fizycznie, i metaforycznie), a potężna dawka absurdu, czarnego humoru i makabry sprawia, że ten wybór z pierwszej edycji baśni braci Grimm niezbyt nadaje się dla dzieci, ale dorosłym może dać mnóstwo uciechy, szczególnie że nie unosi się nad nim dydaktyczny smrodek, za to mnóstwo tu niczym nieskrępowanej fantazji. Fabularne rozwichrzenie idealnie podkreślają ilustracje Michaliny Jurczyk, pełne detali, na które warto zwrócić uwagę. Znakomity przekład Elizy Pieciul-Karmińskiej oddaje naturalność i jędrność języka tych baśni.
zacofany.w.lekturze
zacofany.w.lekturze
•
Follow
Popielątko marzy o pójściu na królewski bal, kot w butach doprowadza młynarczyka do ślubu z królewską córką, krwawa kiszka jest hersztem zbójców dybiących na wątrobiankę, królewny uprawiają seks przedmałżeński, książęta są zaklęci w żaby albo lwy, głupi bracia okazują się najmądrzejsi, a odcinanych kończyn i wyłupywanych oczu wprost nie da się zliczyć. Nic tu nie jest uładzone, nie zawsze wszystko ma ręce i nogi (i fizycznie, i metaforycznie), a potężna dawka absurdu, czarnego humoru i makabry sprawia, że ten wybór z pierwszej edycji baśni braci Grimm niezbyt nadaje się dla dzieci, ale dorosłym może dać mnóstwo uciechy, szczególnie że nie unosi się nad nim dydaktyczny smrodek, za to mnóstwo tu niczym nieskrępowanej fantazji. Fabularne rozwichrzenie idealnie podkreślają ilustracje Michaliny Jurczyk, pełne detali, na które warto zwrócić uwagę. Znakomity przekład Elizy Pieciul-Karmińskiej oddaje naturalność i jędrność języka tych baśni.
3 tygodnie ago
View on Instagram |
5/5
zajrzyj na instagram

Blog o książkach, blog z recenzjami książek, recenzje klasyki,
książki recenzje

Pozycjonowanie strony: VD.pl

© 2026 Zacofany w lekturze | Powered by Minimalist Blog WordPress Theme
Ta strona używa ciasteczek (cookie)Rozumiem Chcę wiedzieć więcej
Polityka prywatności

Privacy Overview

This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may affect your browsing experience.
Necessary
Always Enabled
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Non-necessary
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.
SAVE & ACCEPT
 

Wczytywanie komentarzy...
 

    %d